"Kret" Rafaela Lewandowskiego

Jako że żywo interesuje mnie polskie kino, nie mogłam nie obejrzeć "Kreta", fabularnego debiutu Rafaela Lewandowskiego, o którym głośno przy okazji premiery. W Gdyni za rolę drugoplanową w tym filmie nagrodę otrzymał Marian Dziędziel. Nagroda w pełni zasłużona, ale rola drugoplanowa? Dziędziel gra tu jednego z dwóch głównych bohaterów! No ale to tak na marginesie. Targają mną mieszane uczucia. Chyba miałam większe oczekiwania. To nie oznacza, że żałuję. Film na pewno warto zobaczyć. Historię ojca i syna (w tej roli Szyc) ogląda się świetnie, ich losy śledzi się z rosnącym napięciem. Ze zdumieniem jednak przeczytałam w materiałach dystrybutora, że to thriller, co oczywiście niczego filmowi nie ujmuje. Chyba inaczej rozumiem ten termin. Cóż, taka strategia marketingowa. Ale do rzeczy. Na pewno drugą zaletą filmu jest świetne aktorstwo, nie tylko nagrodzonego Mariana Dziędziela. Co w takim razie mi przeszkadza? Nie sposób nie porównywać "Kreta" z "Rysą" Michała Rosy czy "Czeskim błędem" Hrebejka, ponieważ poruszają podobny temat: oskarżenia o współpracę z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa. Moim zdaniem na tle tamtych filmów ten wypada najsłabiej. Brakuje mu zniuansowania, skomplikowania, subtelności, jest po prostu najbardziej jednoznaczny. Tu dość łatwo postawić akcenty, bo film wpisuje się w pewien schemat: jeśli zdradził, to dlatego że znalazł się w potrzasku; nie był draniem, zmusiła go do tego sytuacja. Oczywiście broniąc "Kreta", można przywołać argumenty, że to nie film o lustracji, ale o czymś więcej. To prawda, niemniej jednak nie sposób pominąć tej tematyki, bo w taki kontekst wpisał reżyser, zarazem współscenarzysta, losy swoich bohaterów. Ale moje największe zastrzeżenia budzi zakończenie, którego ze zrozumiałych względów nie zdradzę. Końcówka filmu wydaje mi się zupełnie puszczona, nieprzemyślana, a przez to nieprawdopodobna! Scenarzyści postawili jednego z dwóch głównych bohaterów w pewnej krańcowej sytuacji, a potem przemknęli nad nią, jakby nic się nie stało! W tym wypadku przeczy to logice rzeczywistości, jest po prostu kompletnie nieprawdopodobne! A po szczegóły, jak zwykle w części dalszej, odsyłam tych, którzy film już widzieli.

Zacznę może od zakończenia, które mnie zirytowało. Co wydaje mi się tak nieprawdopodobne? Otóż bardzo wiele. Paweł w akcie zemsty? z nienawiści? wymierzając sprawiedliwość? morduje cynicznego ubeka Garbarka. Na pewno nie robi tego w afekcie, zwracam uwagę na drobniutki szczegół: kamień, którym uderza, zabiera ze sobą z chaty, użyje go dopiero, kiedy dojdą do samochodu. Jakby dawał sobie jeszcze czas na przemyślenie wszystkiego albo szukał dogodnego momentu. Jest zima. Do tej chwili wszystko się zgadza. Ostatnia scena filmu to już wiosna. Minęło zatem kilka miesięcy. Co widzimy: Paweł z żoną i synkiem przyjeżdżają odwiedzić ojca w sanatorium. Jakby się nic nie stało! Jakby nie było tamtego morderstwa! Zbrodnia to nie bułka z masłem, wobec tego całkowite pominięcie w filmie konsekwencji, jakie powinna była wywołać, wydaje mi się wielkim błędem. Przecież musiało być jakieś śledztwo! Zginął w końcu świadek w procesie, który rozgrzewał do czerwoności opinię publiczną, ubek, powiązany ze sprawą Zygmunta. Trudno sobie wyobrazić, aby Paweł nie był przesłuchiwany! Nie ma mowy, aby taka sprawa nie miała wpływu na jego małżeństwo, skoro już wcześniej oskarżenia rzucone na ojca skonfliktowały go z żoną (to zresztą wydało mi się też dość powierzchowne, mało subtelne, takie łopatologiczne, wiadomo, muszą się poróżnić z tego powodu). A przecież żona na pewno zorientowała się, że Paweł jest zamieszany w te zbrodnię. Dlaczego? Po pierwsze zauważa jego długą nieobecność w domu, pyta, gdzie był. Po drugie pieniądze. Bo skąd wziął te dwieście tysięcy dla szantażysty? To na pewno była kwota przeznaczona na samochód. Zwróćmy uwagę na to, że po zamordowaniu Garbarka Paweł wszystko pali. A ojciec? Trudno mi uwierzyć, że nie przemknęła mu przez głowę myśl, że to jego syn stoi za tą zbrodnią. I nic? Tak spokojnie korzysta sobie z uroków życia? A sam Paweł? Może z tym żyć? Żadnych wyrzutów sumienia? Nic się nie zmienia? Co prawda to przeciągłe, wymowne spojrzenie, pełne bólu? żalu? pretensji? rozpaczy?,  którym obdarza ojca, jest istotne i jakiś niepokój sugeruje, ale to moim zdaniem za mało.

W warstwie lustracyjnej niczym odkrywczym film Lewandowskiego nie zaskakuje. Mamy tu Zygmunta, dawnego działacza opozycji, przywódcę strajku, któremu wiedzie się nie najlepiej (chociaż nie jakoś dramatycznie). Cynicznego ubeka, który żyje jak pączek w maśle (dom, samochód) i jeszcze narzeka, że zmniejszono mu emeryturę. Ciągnący się latami proces o zabójstwo dawnego opozycjonisty. Typowa jest też reakcja na wiadomość, że Zygmunt to TW o pseudonimie Kret. Kiedy prasa wydobędzie tę sensację, jedni nie uwierzą w oskarżenia, inni natychmiast rzucą kamieniem. Rosnąca nieufność pomiędzy Pawłem i jego żoną Ewą, która doprowadza do konfliktu, też wpisuje się w schemat. Kto widział "Rysę", pewnie zgodzi się ze mną, że tam to samo zostało pokazane ciekawiej, o wiele bardziej dramatycznie i nie tak prosto jak tu. Być może jednak tematyka lustracji miała w zamyśle scenarzystów i reżysera stanowić tylko tło, a prawdziwy temat "Kreta" jest inny. Stąd te uproszczenia? O czym w takim razie jeszcze, a może przede wszystkim, jest ten film?

Najciekawsza na pewno jest tu relacja pomiędzy ojcem i synem wsparta świetnym aktorstwem. Dziędziel gra zwykłego człowieka, niekoniecznie szlachetnego (rasistowskie uwagi rzucane pod adresem Araba), który nie ogląda się w przeszłość. Prawdziwą i może jedyną radością w jego życiu jest wnuk. Do procesu,  wytoczonego przez synową, podchodzi z dużym dystansem. Czy boi się, że przy tej okazji wypłynie prawda o jego przeszłości? Raczej nie, jest przecież pewny umowy z prowadzącym go niegdyś ubekiem. Kiedy jednak padają na niego podejrzenia, a sprawa podsycana przez media robi się bardzo głośna, niknie w oczach. Staje się bezradny, zaszczuty, ucieka. Nie chce stanąć z otwartą przyłbicą, przyznać się, wytłumaczyć i przeprosić. Konsekwentnie milczy. Nawet synowi nie powie całej prawdy. Przyzna się tylko do podpisania lojalki, drobiazgu w kontekście całości, której warunki zerwał po śmierci żony. Reszty dowie się Paweł od ubeka Garbarka. Być może obciąża go zbyt wiele i dlatego nie znajduje w sobie dość odwagi, aby przyznać się i przeprosić. Być może wstydzi się tego także przed synem i dlatego woli milczeć. A może prawda wydaje mu się zbyt skomplikowana, aby tłumaczyć. Kto nie przeżył na własnej skórze, nie zrozumie? Oczywiście z moralnego punktu widzenia jego milczenie jest winą. Milcząc, kłamie, a tym samym kreuje fałszywy obraz rzeczywistości. Pozostawia siebie na piedestale. Mnie nasuwa się jeszcze jedno pytanie: jaki jest jego udział w śmierci towarzysza walki, ojca jego synowej? Czy ta śmierć go jakoś obciąża? Czy przyczynił się do niej swoimi donosami? Na to pytanie film nie tyle nie odpowiada (nie musi przecież dawać odpowiedzi na wszystko), ile się nim, moim zdaniem, nie zajmuje. Szkoda.

A Paweł? Przeszłością ojca i teścia zainteresowany jest tak sobie. Bardziej porusza go to, że widzi swoją żonę w telewizji. "Ładnie wypadłaś." powie. (Cytat z pamięci) Zajmują go sprawy codzienne: handel używaną odzieżą, rodzina, studia żony. Początkowo nie wierzy w winę ojca. Ufa mu bezgranicznie. Potem przyjmuje jego wyjaśnienie, rozumie. Pewnie dlatego dziwi go, że ojciec ucieka przed odpowiedzialnością, która taka wielka nie jest. Nie walczy o swoje dobre imię. To on musi bronić jego honoru, próbuje szukać pomocy u przewodniczącego Solidarności, dla którego największym zmartwieniem nie jest Zygmunt, ale zszargana opinia związku, gdyby oskarżenie okazało się prawdziwe. Nawet kiedy dowie się wszystkiego, jest gotów zapłacić szantażyście a w końcu go zabija. Dlaczego to robi? Teraz już nie ma wątpliwości, jaka jest prawda, której ujawnienie zniszczyłoby legendę Zygmunta. Czy boi się o zdrowie ojca? O swoje małżeństwo? O odium, które rykoszetem dotknęłoby też jego? Czuje, że jest mu to winien? Tak jak kiedyś ojciec zachował się podle z miłości do niego i żony, tak teraz on  musi coś dla niego zrobić? Bierze na siebie współodpowiedzialność? Czy ojciec  uczynił go współwinnym, kiedy poszedł na współpracę z miłości do niego ? Jak w greckiej tragedii, wina rodzica obciąża syna? W każdym razie Paweł staje przed dylematem: z jednej strony ujawnienie prawdy, z drugiej miłość do ojca. Ale czy rzeczywiście ten wybór to dla niego dylemat? Moim zdaniem nie. Raczej nie miał  wątpliwości, kiedy zdecydował się prawdę ukryć. Potem, tak jak ojciec, wybiera milczenie. O popełnionych niegodziwościach nie będą rozmawiać. Fakt, że czasem lepiej nie wiedzieć. Niekoniecznie zawsze trzeba się dogrzebywać prawdy. Ale tu za dużo wydarzyło się między ojcem i synem, aby milczeć. A może nic innego im nie pozostaje, jeśli mają wieść dalej zwyczajne życie? Pytanie tylko, czy na milczeniu można je zbudować.

"Królestwo zwierząt", poruszający film z Australii.

Tym razem nie będzie o nowości. Ten australijski film miał swoją premierę w grudniu 2011. Właściwie nie wiem, dlaczego go wtedy nie obejrzałam, pamiętam dobre recenzje. Może natłok innych nowości? A może zniechęciła mnie tematyka: gangsterski świat Melbourne, porachunki z policją. Cóż, w każdym razie film przegapiłam, ale teraz nieoczekiwanie udało mi się nadrobić zaległości dzięki wakacyjnemu przeglądowi, jaki corocznie odbywa się w moim ulubionym kinie. Jeśli ktoś nie widział, warto poszukać i obejrzeć. To świetne kino! Film trzyma w napięciu do ostatniej minuty, zaskakuje zwrotami akcji do samego finału. Jest znakomicie zagrany (szczególnie rola Jamesa Frechevilla, odtwórcy głównego bohatera, siedemnastoletniego Josha, zapada w pamięć, ale nie tylko ta). To wszystko jednak nie popchnęłoby mnie do pisania o filmie, który miał swoją premierę kilka miesięcy temu, tym bardziej, że rozgrywki pomiędzy policjantami a gangsterami to w kinie temat ograny. (Ale czy jest jakiś nieograny?) Tu dostajemy znacznie więcej: sytuacja bez wyjścia, tym tragiczniejsza, że dotyczy siedemnastolatka; zło, które dotyka przypadkowych ludzi; zdeprawowany świat bez skrupułów; demoniczni bohaterowie. Ale przede wszystkim główny bohater, od którego nie można oderwać oczu. Trudno zapomnieć o tym, jak miota się, szukając rozwiązania. Na mnie mieszanka tych wszystkich elementów zrobiła duże wrażenie. Na pewno, czytelniku tej notki, zorientowałeś się, że nie jest to film optymistyczny. Nie mylisz się. Kto się nie boi takiego kina, powinien koniecznie "Królestwo zwierząt" zobaczyć. Kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Dawno nie widziałam filmu, który pokazywałby tak zdeprawowany świat. Jak się domyślamy, Joshowi i wcześniej nie było łatwo: życie z matką narkomanką na pewno do miłych nie należy. Miała jednak ta kobieta na tyle instynktu samozachowawczego, aby trzymać go z daleka od swojej zdeprawowanej, gangsterskiej rodziny. Już w pierwszej scenie główny bohater budzi sympatię i litość. Kiedy orientuje się, że matka przedawkowała i nie żyje, jest zupełnie bezradny. Nie płacze, nie rozpacza, ale zwyczajnie nie wie, co robić. Sytuacja go przerasta i trudno się dziwić. Wydaje się, że znalazł rozwiązanie. Jest przecież babcia. Ale rodzina matki, ta, od której miał się trzymać z daleka, nic dobrego nie może mu zaoferować. Owszem, będzie żył w dostatku: wygodny dom, pieniądze, ale przecież nie to jest najważniejsze. Czuje się wśród nich obco, nie zna właściwie ani swojej babci, ani wujów. Na pewno nie ułatwia mu sytuacji jego osobowość: jest nieśmiały, zamknięty w sobie, obserwuje swoją rodzinę z dystansu. Oni, zajęci swoimi sprawami, nie zajmują się nim jakoś specjalnie. Prawdopodobnie Josh jest dla nich tylko niepotrzebnym balastem. Babcia? Czegóż oczekiwać od kobiety, która zerwała kontakt z córką z powodu jakiegoś drobiazgu! Jak może zapewnić mu bezpieczny dom kobieta, która biernie, a może nawet z akceptacją, przygląda się przestępczej działalności synów? Jakim będzie wzorem i autorytetem? A wujowie gangsterzy?

Josh trafia w zdeprawowane, gangsterskie środowisko i nigdzie nie znajduje pomocy. Bardzo szybko zostaje wciągnięty w ich przestępczą grę. Czy mógł odmówić? Czy siedemnastolatek potrafi znaleźć w sobie tyle siły, aby postawić się gangsterom? A może nie chciał? Może podobała mu się myśl o pomszczeniu Barrego? Przecież wiedział, że kompan jego wujów, chociaż nie był niewiniątkiem, został zastrzelony przez policjantów bezprawnie. Jego śmierć miała być pokazem siły, policyjną zemstą, zastraszeniem tego, na którym zależało im najbardziej, Andrew Codego, zwanego Papieżem. Wcześniej Josh był świadkiem rozmowy ze skorumpowanym policjantem, który przekazywał jego wujom tajne informacje. Co mógł myśleć o środowisku, w którym przyszło mu żyć?

A ten świat jest jeszcze gorszy niż myśli i on, i my, widzowie. Wujowie okazują się bezwzględni, szczególnie demoniczny, zepsuty do szpiku Papież nie cofnie się przed niczym. Równie bezwzględna okaże się babcia. Aby ratować ukochanego syna, Darrena, bez skrupułów, bez mrugnięcia okiem, bez wyrzutów sumienia skazuje wnuka na śmierć. Przeprowadza zimną kalkulację i nie zawaha się. To ona przejmie stery i sprytnie wykorzystując sytuację, zażąda zlikwidowania Josha. Początkowo wydawała się tylko bierną obserwatorką poczynań swoich zdeprawowanych synów, głupią, wyzywająco i tandetnie ubraną kobietką, która dla własnej wygody albo ze strachu akceptuje przestępczą działalność. Ale to tylko pozory. Jest zdeprawowana jak jej syn, Papież, bezwzględna, zimna i zła. Co z tego, że nie używa broni? Ale to nie koniec. Równie zepsuci są policjanci: jedni, ścigając przestępców, działają poza prawem, inni współpracują z gangsterami. A adwokaci? Czym różnią się od kryminalistów, których bronią? Jakże cyniczna jest piękna pani adwokat! Być może ten kontrast pomiędzy miłym dla oka obrazem, a odrażającymi czynami, moralnym zepsuciem jeszcze mocniej działa. Bo tu wszystko jest ładne, estetyczne i czyste. Mieszkania gangsterów to nie jakieś odrażające, zaniedbane nory, oni sami też są przystojni, dobrze ubrani. Dzielnica, w której żyją, to schludne domki z ogródkami, jakich pełno w Stanach czy Australii, a nie slumsy. Ale dość dygresji, wracam do głównego tematu. Nawet prowadzący śledztwo inspektor nie ma czystych intencji. On nie chce pomóc Joshowi, chce go wykorzystać i skłonić, aby zeznawał przeciwko wujom. To oczywiście zrozumiałe, wszak tylko Josh może ich pogrążyć, więc nakłonienie go do zeznań to jego policyjna robota. Niestety ogranicza swoją rolę tylko do tego, nie próbuje go wyrwać z tego zdeprawowanego środowiska. Kiedy przestraszony chłopak zmieni zdanie, będzie musiał wrócić, skąd przyszedł. A policjantów stać tylko na straszenie go i pogardę. Zresztą metody, jakimi inspektor próbuje go nakłonić do współpracy, są też na granicy prawa, a może poza tą granicą. Jakby jeszcze tego było mało, chroni go w sposób wyjątkowo partacki. Tak więc Josh znajdzie się między młotem a kowadłem. Z jednej strony rodzinne więzi, z drugiej świadomość popełnionej zbrodni. Z jednej zimny, zły Papież, który zabija już samym spojrzeniem, z drugiej policja nieprzebierająca w środkach. I narastające niebezpieczeństwo, pętla zaciskająca się na szyi. I wreszcie coś, co przeleje czarę goryczy: zamordowanie jego dziewczyny, tylko dlatego, że przypadkowo mogła coś usłyszeć, więc stała się niewygodna. Ale na tym nie koniec. Spirala nieprawości raz wprawiona w ruch, kręci się coraz szybciej. Josh nie może już liczyć na nikogo, jest przeraźliwie samotny, zrozumie, że, aby ratować swoje życie, musi podjąć grę ze złem. Jak rozumieć jego ostatni gest? Na pewno nienawiść, zemsta, upust nagromadzonych emocji. Wymierzenie sprawiedliwości? Bezradność? A może też przejęcie władzy? Przeszedł przez piekło, otrzymał gangsterskie szlify i teraz on będzie rządził przestępczą rodziną? Jaka przyszłość go czeka?

Czy Josh był z góry skazany na przegraną? Czy to, że urodził się w takiej rodzinie, zdeterminowało jego los? Kto mógł mu pomóc? Może rodzice jego dziewczyny? W pewnym momencie rozpaczliwie szuka u nich schronienia, ucieczki. Ale Josh i Nicky nie są do końca szczerzy, kluczą i zwodzą, pewnie dlatego chłopak nie otrzymuje takiej pomocy, na jaką liczy. A gdyby powiedział prawdę, gdyby przyznał się, kim są jego krewni, jak zareagowaliby rodzice jego dziewczyny? Staraliby się pomóc czy przegonili i zabronili córce widywać się z nim? A najmłodszy z wujów, Darren, niewiele starszy od Josha? Czy on mógł coś dla niego zrobić? Tylko on zdaje się odróżniać dobro od zła, tylko on ma wyrzuty sumienia i rozumie, w jaką pułapkę są wciągani Josh i jego dziewczyna. Ale jest słaby, nie potrafi zdecydowanie przeciwstawić się bezwzględnemu bratu, który tę słabość jeszcze z premedytacją wykorzystuje.

Pisałam o spirali nieprawości, która nakręca ten gangsterski świat. Co ją wprawia w ruch? Strach! Strach jest tu wszechobecny. Boi się nie tylko Josh, przede wszystkim boją się jego wujowie. To dlatego Papież się ukrywa, to dlatego on i jego bracia zrobią wszystko, aby uniknąć kary. Śmiertelnie przerażony jest Darren: boi się Papieża, a potem więzienia. Wszyscy zachowują się jak zaszczute zwierzęta, polowanie trwa. Strach maluje się na ich twarzach, widać go w ich oczach. Działają coraz szybciej, coraz bardziej nerwowo, nie ma czasu do namysłu. Co z tego, że mają pieniądze? Być może strach jest największą ceną, jaką płacą za swoje przestępcze życie.

I na koniec jeszcze o czymś, co poruszyło mnie równie mocno jak historia Josha. To los jego dziewczyny i jej najbliższych. Nicky nieświadomie i przez przypadek zostaje wciągnięta w orbitę zła. Płaci za to cenę najwyższą. Spokój jej rodziny zostaje na zawsze zburzony. Zło pleni się i rozlewa, dotykając swoimi mackami niewinnych. Jakże poruszająca jest prawie niema, migawkowa scena rozpaczy jej rodziców. Nie pada ani jedno słowo, nie słychać płaczu, gesty i mimika mówią wszystko.

Miljenko Jergović "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". Kolejna wyprawa na Bałkany.

Miljenko Jergovicia odkryłam wiosną dzięki "Rucie Tannenbaum" (pisałam o tej

książce jakiś czas temu). Właśnie wydana "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki" (Czarne 2011) jest trzecią książką chorwackiego autora, jaką przeczytałam, i już z całą pewnością mogę powiedzieć, że to jeden z moich ulubionych pisarzy. Szkoda, że w Polsce dotąd wydano tylko cztery jego powieści, mam nadzieję, że z czasem wydawnictwo Czarne nadrobi te zaległości. Wśród zapowiedzi z radością odkryłam informację, że kolejna powieść Jergovicia jest tłumaczona, niestety przyjdzie na nią poczekać do jesieni roku 2012!

Ale do rzeczy. I tym razem autor zabiera czytelnika na wyprawę w swoje rodzinne strony, na Bałkany: do Zagrzebia, Belgradu, Sarajewa i innych miejscowości Bośni. Rodakom podstawia pod nos lustro, w którym każe się przeglądać, i zapewniam: nie jest to widok przyjemny. Czytelnika zagranicznego oprowadza po swoim świecie, starając się objaśnić jego skomplikowanie. Czy jesteśmy w stanie Bałkany zrozumieć? Pewnie nie do końca, ale przynajmniej trochę. Ta powieść zaspokaja ciekawość świata, ciekawość innego, pozwala wyrwać się z naszego podwórka i lepiej poznać rejon, który najczęściej znamy tylko z wakacyjnych wypadów. Obraz wyłaniający się z kart powieści jest straszny i fascynujący zarazem.

Akcję książki umieścił pisarz w Zagrzebiu w roku 2005, ale to tylko rama, bo poznając historię pięciorga głównych bohaterów, ich przodków i wielu epizodycznych postaci, o których ktoś nagle zaczyna snuć opowieść, cofamy się nawet do początków dwudziestego wieku. Przede wszystkim jednak poznajemy życie w tym zakątku Europy w czasach, kiedy wszystkie bałkańskie narody zamieszkiwały z woli polityków jedno państwo, Jugosławię. Jesteśmy świadkami jej rozpadu, potem wojny, a wreszcie powstania nowego: Chorwacji. Jeśli, czytelniku tej notki, obawiasz się, że w powieści znajdziesz strzelaninę, masakry, krew, tortury i inne okropności wojny, to spieszę cię uspokoić: nie, tego tu nie ma. Wojna jest gdzieś w tle i jeśli dotyka bohaterów, to dlatego, że muszą opuścić swoje rodzinne strony: Bośnię lub Belgrad i przenieść się do Zagrzebia. Jednak  wypędzenie albo ucieczka, pozostawienie za sobą dawnego życia, swoich ukochanych kątów, grobów najbliższych samo w sobie  jest już czymś niewyobrażalnie okropnym. Spróbujmy tylko wczuć się w sytuację wypędzonego czy uciekiniera! Budowanie nowego życia w miejscu tak naprawdę obcym, w miejscu, w którym niby się jest u siebie, a tak naprawdę wcale nie, też do łatwych nie należy. W tym sensie nie jest to powieść miła. A trzeba dodać do tego jeszcze nienawiść, wzajemne uprzedzenia, nietolerancję i brak zrozumienia dla bliźniego, które toczą współczesne chorwackie społeczeństwo, a których korzenie można odnaleźć w odległej przeszłości.

Ponieważ Jergović jest mistrzem gawędy, jego powieść czyta się znakomicie, jednym tchem, chciałoby się powiedzieć. Losy bohaterów są często, właściwie należałoby napisać: zawsze, za sprawą miejscowej historii mocno powikłane i niezwykle barwne. Jakby tego jeszcze było mało, jedna opowieść generuje następną. Pełno tutaj dygresji. Czasem są to historie  postaci związanych z jednym z głównych bohaterów (na przykład historia Frantiszka Wachy, nietuzinkowego krawca, syna Czechów, którzy jeszcze za czasów monarchii austro-węgierskiej zamieszkali w Sarajewie), a czasem zupełnie epizodycznych (komiczna opowieść o księciu Saladynie). Humor, dowcip, ironia mieszają się ze smutkiem, melancholią, tragizmem, obrzydzeniem i strachem. Dobroć, szlachetne czyny z nienawiścią, okrucieństwem i złem. Nie ma tu postaci czarno-białych. Złych stać na czyny szlachetne, dobrzy popełniają niegodziwości. Autor głęboko wnika w dusze bohaterów, pokazuje to, co ukryte na samym dnie: traumy i pokrętne, dziwaczne motywacje ich czynów. Ale trzeba uczciwie przyznać, że więcej tu tego, co ciemne. Taka tonacja przeważa nad jasną, pogodną.

Proza Jergovicia jest niezwykle sensualna. Kiedy chorwaccy uciekinierzy po opuszczeniu Bośni siedzą w dusznym, rozgrzanym od gorąca autokarze i bez końca czekają, aż wreszcie ruszy, i mnie strugi potu spływały po plecach, i ja odczuwałam  beznadziejną niecierpliwość oczekiwania. Proza Jergovicia jest też niezwykle piękna. Czy można nie zachwycić się zdaniem: "... puszcza myśli na zieloną trawkę."? A takich smacznych kąsków, które pozwalają rozkoszować się słowem, jest w tej książce wiele. Momentami narracja nabiera charakteru ludowej gawędy, podkreślają to na przykład takie wtręty: "niech mi Bóg wybaczy". Gawędziarstwo, gminność, żeby nie powiedzieć plotkarstwo, sprawiają, że nie do końca wiemy, co tu jest prawdą, a co fantazją czy kłamstwem. Że opowieść o księciu Saladynie, w takim kształcie, w jakim sprzedaje ją opowiadacz, jest zmyślona (ale za to jaka pyszna!), tego jesteśmy raczej pewni. Ale czy zamknięty w celi Ile jest rzeczywiście codziennie bity przez nachodzących go policjantów? Czy sympatyczny, wrażliwy inspektor Lovro pozwoliłby na to swoim podwładnym? A czy sam Ile miałby siłę snuć swoje opowieści, gdyby był tak dotkliwie codziennie maltretowany? Tego już rozstrzygnąć nie sposób, tym bardziej, że, jak już wspominałam, dobro i zło chodzą w tym świecie pod rękę. 

Gdybym miała napisać, co stanowi temat książki Jergovicia, to przyszłoby mi stwierdzić, że jest to panorama współczesnego społeczeństwa chorwackiego. Czy jednak na pewno? Czy ten zlepek ludzi zamieszkujących współczesny Zagrzeb można nazwać społeczeństwem? Bohaterami swojej powieści uczynił pisarz ludzi, którzy w Zagrzebiu nie czują się do końca u siebie. Stąd nieustanny strach, że się zostanie rozpoznanym, choćby z powodu akcentu, języka albo imienia, i stanie się obiektem kpin, pogardy albo nienawiści. Kim są ci ludzie? Lazar, Serb z Bośni, który do Zagrzebia przybył jeszcze w czasach Jugosławii, kiedyś pracownik służby bezpieczeństwa, dziś nikt, nocny stróż w kostnicy. Mimo że od wojny upłynęło już dziesięć lat, nadal starannie ukrywa swoje pochodzenie. Lovro, bośniacki Chorwat, mieszkający w Zagrzebiu od czasów dzieciństwa, ale jego korzenie nadal tkwią w bośniackiej Ramie, on nadal jest stamtąd. Ile, też Chorwat z Bośni, ofiara ostatniej bałkańskiej wojny, uciekinier, właściwie sierota, chyba najtragiczniejszy z bohaterów (ale czy da się to jakoś zmierzyć czy zważyć?). Toma, Bośniak z Sarajewa (wnuk czeskiego krawca Frantiszka, o którym wspominałam), któremu udało się uciec wraz z rodziną z oblężonego Sarajewa i który tutaj, w Zagrzebiu za wszelką cenę chce się stać Chorwatem. I wreszcie bohater o najbardziej pokręconej historii: Svjetlan Andrassy (jeszcze niedawno Lucifero Andraszić). Kim jest? Serbem czy Chorwatem? Ani tu, ani tu nie jest u siebie. To Chorwat urodzony w Belgradzie, któremu w czasie wojny dzięki starym koneksjom ojca udało się opuścić Serbię i wrócić do Zagrzebia, skąd wywodzi się jego rodzina. W ten sposób uniknął wcielenia do wojska. Aby zrozumieć historię Svjetlana, trzeba wspomnieć o jego ojcu, Dimitrjiu, który w czasie drugiej wojny światowej przyłączył się do partyzantów, bo ustasz zastrzelił na ulicy jego żydowską narzeczoną Esterę. Odtąd nie chciał mieć nic wspólnego z Chorwatami, dlatego po wojnie wyjechał do Belgradu i tam robił karierę jako wojskowy lekarz, komunista do końca wierny Ticie. Równie niezwykła, chociaż zupełnie inna, jest historia matki Svjetlana.

Powieść Jergovicia znakomicie pokazuje węzeł gordyjski, jakim jest kłębowisko problemów trapiących mieszkańców Bałkanów. W spokojniejszych czasach narodowe nienawiści, pogarda, antysemityzm przysypiają, chowają się gdzieś pod powierzchnią, pozornie ich nie ma. Ale tylko pozornie, bo przecież dają o sobie znać od czasu do czasu choćby tylko na poziomie języka. Po śmierci Tity powoli, początkowo właściwie niezauważalnie, sytuacja się zmienia. Aż wreszcie Chorwat znowu staje się ustaszem, a Serb czetnikiem, są jeszcze pogardzani Bośniacy, a doktor Weber, patolog z zagrzebskiej kostnicy, to na pewno Żyd. Tłumiona nienawiść wybucha, nikt nie czuje się już u siebie, nikt nie jest bezpieczny. Trzeba uciekać, zostawić swoje domy, udawać kogoś innego, budować życie na nowo. Ale nienawiść i strach przycupnęły gdzieś za rogiem, nie zniknęły, czają się. Może dlatego została zamordowana tytułowa Srda Kapurowa, kilkunastoletnia żebraczka, której narodowości nie sposób ustalić, bo w żadnym państwie nie ma po niej śladu. A więc może być jeszcze gorzej. Lazar, Lovro, Ile, Toma, Svjetlan mają swoją historię, swoje korzenie i jakieś życie w Zagrzebiu, Srda jest po prostu nikim, śmieciem. Nie wiadomo, ile miała lat, skąd przybyła, gdzie mieszkała, co lubiła, o czym marzyła, czego się bała, wiadomo tylko, jak zginęła. I nawet jeśli ktoś upomni się o jej pamięć i nie pozwoli umrzeć prowadzonemu śledztwu, to nie zrobi tego z czystej, bezinteresownej szlachetności, jak się początkowo wydaje.

Żeby poznać meandry bałkańskiego świata, niezwykłe losy Lazara, Lovry, Ilego, Svjetlana, Toma i wielu innych, trzeba koniecznie tę szalenie bogatą powieść przeczytać. Namawiam bardzo. No i "Ruta Tannenbaum" to też lektura obowiązkowa!

Filmowe remanenty (II).

Jak wspominałam w poprzednim wpisie, nadrabiam filmowe zaległości, dlatego byłam w kinie aż trzy razy, a że trudno by mi było o każdym z obejrzanych filmów pisać osobno, a i nie o każdym warto, więc tym razem w jednej notce aż o trzech. Wszystkie miały dobre lub nawet bardzo dobre recenzje, ale ja przeżyłam tylko jedno spełnienie i dwa rozczarowania. 

Zacznę od tego, który zrobił na mnie największe wrażenie. To meksykański "Rok przestępny", nagrodzony w Cannes debiut Michaela Rowe. Z materiałów dystrybutora możemy się dowiedzieć, że wzbudził tam sensację. Jeśli tak rzeczywiście było, to sensacja wydaje mi się nieco na wyrost, niemniej jednak film zrobił na mnie wrażenie. To historia dwudziestokilkuletniej niepięknej, całkiem zwyczajnej Laury, która przed czterema laty opuściła rodzinną miejscowość, aby szukać szczęścia w stolicy. Czy chodziło tylko o skorzystanie z zawodowej szansy, jaką daje duże miasto, czy o coś więcej, tego możemy się tylko domyślać. To jeden z tych filmów, które sugerują różne możliwości, podsuwają widzowi tropy, czynią aluzje, ale jednoznacznej odpowiedzi nie udzielają. To, czego dowiadujemy się o bohaterce, pełne jest niedopowiedzeń. Nie znamy dokładnie jej przeszłości, nie wiemy też, czego tak naprawdę pragnie. Czy marzy o miłości, bliskości, czy wystarczy jej tylko seks z odrobiną zainteresowania? Czy może pragnąc bliższego związku, jednocześnie przed nim ucieka, bo boi się zostać zraniona? A może chodzi jeszcze o coś innego? W każdym razie odpowiedź na pytanie: dlaczego zachowuje się w taki sposób, zdaje się tkwić w jej przeszłości. Jeśli napisałam, że okrzyknięcie tego filmu sensacją, wydaje mi się przesadą, to dlatego, że jest on jednak nieco wtórny. Historii o samotności, o związku opartym tylko na namiętnym, odważnym seksie, który zawładnął bohaterami do tego stopnia, że wszystko przestaje się liczyć, w kinie było już sporo. Nawet umieszczenie akcji w jednym pomieszczeniu nie jest niczym nowym (A może to świadome nawiązanie do "Ostatniego tanga w Paryżu"?). Muszę przyznać, że początkowo czułam się nieco rozczarowana, a Laura budziła moją irytację. "Weź się w garść, dziewczyno!", myślałam, patrząc na to, jak nie potrafi nadać swemu życiu żadnego sensu. Potem jednak jakoś poruszyła mnie jej historia i spojrzałam na bohaterkę z większą wyrozumiałością. Mimo zastrzeżeń, o których wspomniałam, moim zdaniem film jednak warto zobaczyć. Ale ostrzegam: to nie jest kino dla każdego. Niewiele się tu dzieje, akcję reżyser umieścił tylko w dość przygnębiającym mieszkaniu Laury, spore partie filmu to podglądanie jej codzienności, a sceny seksu, których jest tu sporo, mogą się wydać niektórym przykre czy wręcz odrażające.

Potem urządziłam polowanie na "Najszczęśliwszą dziewczynę na świecie" Radu Jude, ponieważ od jakiegoś czasu jestem wielbicielką rumuńskiego kina. Może dlatego, że sporo trudu musiałam włożyć, aby ten film dopaść jeszcze w jakimś kinie, bo dość szybko przemknął przez ekrany, a może dlatego, że tyle sobie po nim obiecywałam, nieco mnie rozczarował. Chyba po moich ostatnich spotkaniach z filmami rumuńskimi, o czym za chwilę, oczekiwałam czegoś niezwykle dramatycznego, czegoś na kształt na przykład znakomitych "Peryferii", o których jakiś czas temu pisałam. Tymczasem jest to historia dziewczyny, licealistki z małego miasta, która w promocji soku owocowego wygrywa samochód. Warunkiem otrzymania nagrody jest jej udział w reklamówce, jakie często atakują nas z ekranu telewizora. Film pokazuje zderzenie marzeń, lukrowanego świata reklamy z rzeczywistością. Delia w kręconej reklamie mówi o tym, że jest najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, bo wygrała wspaniały samochód, tymczasem nagroda nie przyniosła jej szczęścia, ale kłopot. Bohaterka musi podczas wielokrotnych dubli powtarzać zapisaną w scenariuszu okrągłą formułkę o szczęściu i to szczęście udawać. Tym mocniej dostrzegamy fałsz sytuacji: w przerwach między zdjęciami przyglądamy się ordynarnym, kupieckim targom o to, co z wygranym samochodem zrobić. Pazerność bohaterów jest wyjątkowo odrażająca, a Delia, która początkowo wydaje się ofiarą, okazuje się nie lepsza od swych rodziców. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, można by rzec. Oprócz portretu tej strasznej rodzinki, dostajemy też obraz cynicznych twórców reklamy i producenta soku. Nic, czego byśmy na ten temat nie wiedzieli. Do niczego przyczepić się nie można (oczywiście jeśli ktoś lubi kino gadane), ale jest to taki film, który spokojnie można obejrzeć w domu, a niekoniecznie w kinie. Myślę nawet, że wtedy by zyskał. Trochę się dziwię, że ten film znalazł kinowego dystrybutora, a znakomity "Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę" Florina Serbana jest pokazywany tylko przez kanał Ale Kino!. Polecam! Polecam też na tym samym kanale inne w duchu, z humorem pokazujące absurdy komunistycznej przeszłości, nowelowe "Opowieści złotego wieku" według scenariusza Cristiana Mungiu. A wkrótce wchodzi do kin "Wtorek po świętach" Radu Munteana, który widziałam w ramach czerwcowego tygodnia kina rumuńskiego. Jest to, moim zdaniem, niezwykle prawdziwa historia miłosnego trójkąta, która bez upraszczania i moralizowania, bez czarno-białego rozłożenia akcentów, świetnie pokazuje trzy strony medalu. Film, jak zauważyłam, zbiera różne recenzje, ja zgadzam się z tymi dobrymi. Bardzo żałuję, że, przynajmniej na razie, do kin nie wejdzie "Morgen" Mariana Crisana, też pokazywany na wspomnianym przeglądzie. Tym bardziej, że porusza bardzo aktualny temat uchodźców, a robi to w sposób pogodny i smutny jednocześnie.

I na koniec słów parę o filmie, który pewnie znajdzie sporo widzów, czyli o amerykańskich "Debiutantach" Mika Millsa. Być może, gdyby nie lato, nie pofatygowałabym się do kina, bo z rzadka chadzam na filmy amerykańskie. No cóż, można zobaczyć, ale można też sobie darować. Film o sprawach poważnych i ważnych (zmaganie się z własną, nieakceptowaną niegdyś przez świat, orientacją seksualną, obawa przed stałym związkiem, zmiany obyczajowe, pytanie: czy rodzina zbudowana na fałszu, może wychować szczęśliwe dziecko), ale po amerykańsku gładki. Wszystko jest tu piękne, cierpliwość zostanie nagrodzona i okaże się, że nigdy nie jest za późno na spełnienie własnych marzeń, jeśli tylko zechcemy. Entuzjazm i łatwość, z jaką siedemdziesięciokilkuletni ojciec Oliviera po śmierci żony rzuca się w wir nowego życia, mnie nieco irytował, bo pokazany w sposób nieskomplikowany, niezniuansowany przypomina spełnienie marzeń rodem z reklam czy poradników. Gdzież  "Debiutantom" do subtelnych, hiszpańskich "80 dni" o podobnej tematyce (pisałam jakiś czas temu). Tamten film pokazuje prawdziwy obraz świata, ten uproszczony. Nieco irytował mnie też Oliver, bo i chciałby, i boi się. Ale właściwie skąd strach, nie bardzo wiadomo. Tak jakby scenarzysta, zgodnie z wymogami gatunku, na siłę musiał skomplikować mu życie. Owszem, na pewno przyjemnie patrzy się na parę głównych bohaterów: Oliviera i Annę, tym bardziej, że jego gra Ewan McGregor a ją intrygująca Melanie Laurent. Podobał mi się też melancholijny smutek tego filmu, no i ładnie pokazana relacja ojciec-syn, szczególnie w obliczu choroby. Nie mogę jednak powstrzymać się od złośliwej uwagi, że łatwiej zmierzyć się z chorobą ojca w tym bogatym, pięknym świecie niż w naszym, prawdziwym.

To tyle. Kończę  przegląd tego, co aktualnie można znaleźć na ekranach naszych kin, a wybór, co zobaczyć, i tak należy do ciebie, czytelniku tej notki.

Susanne Bier "W lepszym świecie". Nie przegapcie!

Nadrabiam kinowe zaległości. Na pierwszy ogień poszedł film duńskiej reżyserki Susanne Bier, a to dlatego, że jestem jej wielką miłośniczką. Spodobał mi się już pierwszy jej obraz, jaki zobaczyłam, "Otwarte serca", ale wtedy jeszcze nie zapamiętałam nazwiska. Kojarzę ją od "Braci", filmu, który mną wstrząsnął. Od tej pory nie opuszczam niczego, co reżyserowała a co pojawia się w naszych kinach. Bier ma swoje ulubione tematy i motywy. Najczęściej przygląda się skomplikowanym relacjom rodzinnym. Swoich bohaterów lubi stawiać w sytuacjach granicznych, każąc im dokonywać wyboru niemożliwego, niczym w antycznej tragedii. Lubi też konfrontować nasz europejski świat ze światem egzotycznym targanym wojnami albo dręczonym przez nędzę. Tak jest i w jej najnowszym filmie. Pojawia się w nim także coś nowego: równoprawnymi bohaterami uczyniła oprócz dorosłych i dzieci. Nie jest to kino lekkie, łatwe i przyjemne, brak w nim zawrotnego tempa, reżyserka skupia się na psychologicznej obserwacji i emocjach. Niby wszystko to już w kinie widzieliśmy, ale Bier o cierpieniu, samotności i braku porozumienia w rodzinie opowiada tak, że trudno o jej filmie zapomnieć. Kto, jak ja, polubił jej kino, na pewno i tego nie przegapi. Kto dotąd się z twórczością Susanne Bier nie spotkał, powinien tę lukę nadrobić. A kto już "W lepszym świecie" widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Anton, chirurg, jeden z głównych bohaterów filmu, żyje w dwóch światach. Tym tytułowym, lepszym (czytaj: europejskim, duńskim) i tym drugim, w domyśle gorszym: gdzieś we wstrząsanej plemiennymi, krwawymi konfliktami Afryce. W obozie dla uchodźców leczy chorych i ofiary przemocy. Na pewno jest tam potrzebny. Kto, jeśli nie tacy jak on, pomoże tym ludziom? Ale każdy medal ma dwie strony. Pracując na rzecz jednych, zaniedbuje własną rodzinę, za usprawiedliwienie mając to, że przecież jego najbliżsi żyją w lepszym świecie. A może praca w Afryce jest ucieczką od konfliktu z żoną? Tymczasem ten europejski świat tylko z pozoru jest lepszy. I tu, i tu rządzi przemoc, zemsta, i tu, i tu umierają ludzie. Chorującej na raka matki Christiana lekarze nie są w stanie uratować, ba, nie mogą nawet ulżyć jej cierpieniu, mimo że dysponują nieporównywalnymi możliwościami do tych, które ma Anton w swoim polowym, afrykańskim szpitalu. Dzieci w duńskiej szkole robią sobie wzajemnie piekło. Ktoś jest katem, ktoś ofiarą: poniżaną, wyśmiewaną, bitą. I znikąd pomocy. Elias, krzywdzone, miłe dziecko o bezbronnym uśmiechu, do którego instynktownie czujemy sympatię, nawet nie stara się obciążać matki swoimi problemami. Jakby nie wierzył, że to coś może zmienić. I chyba ma rację, bo kiedy wreszcie dochodzi do szkolnej konfrontacji, nauczyciele w imię bezstronności i politycznej poprawności usprawiedliwiają kata, a winę dostrzegają w ofierze i jej rodzinie. Nic dziwnego, że Elias po prostu biernie godzi się ze swoim statusem kozła ofiarnego i stara się jakoś przetrwać. Dlaczego się nie buntuje? Dlaczego nie walczy? Może jest po prostu słaby? Może nie wierzy, że bunt cokolwiek da? A może wziął sobie do serca postawę ojca, Antona, który przemocą się brzydzi i jest przekonany, że nie w ten sposób okazuje się swoją odwagę?

Zupełnie inny jest Christian. Zamknięty w sobie, o spokojnym, zimnym, stalowym , przenikliwym spojrzeniu, bez uśmiechu, poważny, zdaje się bacznie obserwować otoczenie. Tłumi w sobie bunt spowodowany śmiercią matki. Jest wściekły na los i na ojca, nie może mu wybaczyć, że się poddał, że z ulgą przyjął śmierć żony mimo obietnicy, że nie pozwoli jej umrzeć. Nie wie, bo i skąd kilkunastoletnie dziecko ma wiedzieć, że tak bywa: nie możemy w swej bezradności patrzeć na cierpienie najbliższej osoby i z ulgą przyjmujemy koniec. Obarcza ojca całą winą, zarzuca mu kłamstwa i nieczyste intencje, wmawia zdrady i romanse (raczej nic nie potwierdza jego oskarżeń). Nie chce z nim rozmawiać, nie szuka też oparcia u babci. Ale czy ta bogata, elegancka starsza pani potrafi dać mu coś więcej poza dostatkiem, materialną opieką i zainstalowaniem internetu? Dlatego Christian, nie wierząc dorosłym i nie mogąc liczyć na ich pomoc, postanawia sam uporać się ze złem świata. Niczym starotestamentowy Bóg pokazuje swoją siłę i wymierza sprawiedliwość. Krzywdy muszą być pomszczone, kara wymierzona. Niczym Bóg obserwuje świat z dachu silosu górującego nad okolicą. Stamtąd widać lepiej, widać niemal wszystko. Dość szybko orientujemy się, że musi dojść do tragedii, że ten dziecięcy bunt i gniew doprowadzi do nieszczęścia. Dorośli zajęci swoimi problemami i nieszczęściami, pracą, zbawianiem świata nie widzą, co się święci. Zrozpaczony, zszokowany Anton nie ma siły na rozmowę z Eliasem, a przecież to jest moment, kiedy jeszcze wszystko da się odwrócić. Dopiero katastrofa, której omal nie spowodował, wstrząsa Christianem, pokazuje, że i on jest słaby, i cierpi, a siła i bezwzględność to maska. Dopiero wtedy jest w stanie wykrzyczeć ojcu swoje żale i na końcu się z nim pojednać.

Wszyscy jesteśmy i silni, i słabi jednocześnie. Nasza siła często bierze się z chęci zemsty, z nienawiści. Niedaleko jest od poczucia mocy do ogromnego strachu. W środku trapi nas niepokój, egzystencjalne lęk, jesteśmy tak samo bezbronni jak dzieci. Christian, jeszcze przed chwilą pan świata, teraz drży ze strachu przed gniewem Marianne, matki Eliasa. Claus, ojciec Christiana, biznesmen, człowiek interesu, jest bezradny wobec choroby żony i cierpienia syna, szaleje z rozpaczy, kiedy ten znika. Sofus, który bezwzględnie dręczy Eliasa, sam staje się ofiarą Christiana i zwierzęco boi się jego gniewu. Okrutny i cyniczny afrykański watażka, diabeł wcielony, nagle jest bezbronny wobec tłumu, który chce go zlinczować z zemsty za wszystkie krzywdy. Jesteśmy częścią natury: wygrywa aktualnie silniejszy, zastawiamy na siebie pułapki jak pająk snujący sieć, aby schwytać w nią swą ofiarę (nie przez przypadek Anton dwukrotnie przygląda się misternej pajęczynie i jej twórcy).

Czy jest jakiś ratunek? Czy możemy ocalić swoje człowieczeństwo? Filmy Bier przynoszą pocieszenie. Reżyserka najpierw widzów emocjonalnie przeczołga, by potem pozwolić przeżyć katharsis, przynieść ukojenie. Wystarczy ze sobą rozmawiać, nie zamykać się w swojej skorupie, dać sobie pomóc, przebaczyć. Niby proste i oczywiste, ale dobrze wiemy, że trudne. To Anton ze swą filozofią niestosowania siły ostatecznie zwycięża. Klęskę ponosi wtedy, kiedy powodowany bezradnością i olbrzymimi emocjami, na moment rezygnuje ze swych zasad i w napadzie wściekłości wyrzuca z obozu afrykańskiego watażkę, któremu wcześniej uratował życie, czego nie mogli zrozumieć miejscowi. Wyrzucając, skazuje go na śmierć z rąk wściekłego tłumu pałającego chęcią zemsty. Zgodnie z teorią chaosu motyl ruchem swoich skrzydeł może spowodować nieobliczalne skutki tysiące kilometrów dalej. Podobnie Anton: jednym czynem tu, w Afryce, powoduje nieszczęście gdzieś daleko, w tym lepszym świecie. Dopiero kiedy znowu zacznie przestrzegać zasad, które wyznaje, kiedy wyrzeknie się przemocy, nienawiści i chęci zemsty, może naprawić wszystko, co, nie tylko on, zepsuł.

Więc jest jednak ten lepszy świat? To świat zasad i wartości, moralnego ładu. Może być wszędzie i może go nie być nigdzie.

Said Kaszua "Arabowie tańczą". Izrael z arabskiej perspektywy.

Kolejna interesująca książka, no raczej książeczka (187 stron), wydawnictwa Pogranicze (2005) wyszperana w taniej książce. Autor jest Arabem mieszkającym w Izraelu, pisze po hebrajsku. To powieść o dorastaniu i szukaniu własnej tożsamości. Narratorem jest Palestyńczyk pochodzący z wioski Tira w Izraelu, który snuje opowieść o swoim dzieciństwie, czasach szkolnych i studenckich, małżeństwie, a wszystko w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Książka podzielona jest na pięć części wyznaczających pięć ważnych etapów jego życia, te z kolei składają się z krótkich rozdziałów, które można traktować jak osobne opowiastki. Całość składa się na obraz drogi życiowej dwudziestokilkuletniego bohatera. Mimo że powieść dotyka stosunków arabsko-izraelskich, nie znajdziemy w niej zapiekłej nienawiści, okrucieństwa czy drastycznych opisów wojny. Jest raczej wzajemna pogarda, kompleksy i obraz codziennego życia w niełatwych czasach. Bohatera bardziej jednak zajmuje własna kondycja duchowa niż polityka. Od tej ostatniej zupełnie uciec się jednak nie da, skoro stale obecna jest w pamięci babci, której mąż zginął w czasie jednej z wojen, a syn (ojciec narratora) spędził kilka lat w więzieniu podejrzany o udział w zamachu. Mimo że narrator od polityki stroni, naznacza ona jego życie od dzieciństwa. Trudno, aby tak nie było w kraju, w którym wobec Arabów, obywateli Izraela, stosuje się zasadę ograniczonego zaufania.

Mieszkają w jednym państwie, ale, szczególnie na prowincji, stanowią dwa odrębne światy. W Tirze, zamieszkanej przez Arabów, jest trochę jak w polskim Jackowie w Chicago: od biedy można żyć, nie znając hebrajskiego. Językiem pierwszym, domowym, jest arabski, hebrajski poznaje się w szkole. Jednak  dzieci nie są jakoś specjalnie patriotycznie kształtowane przez dom. Mimo że w czasie szkolnych wycieczek śpiewają: "Nie bój się policji. My dzieci Palestyny, Palestyna to nasz kraj, a Żyd to nasz pies jest, przychodzi i puka do drzwi jak żebrak.", to tak naprawdę nie mają świadomości, że to oni są owymi Palestyńczykami z piosenki. Nienawiść do Żydów przejawia się na poziomie języka, nie jest uświadomiona. Uczniowie obrażają się wzajemnie słowem sahjuni (syjonista), nie rozumiejąc jego znaczenia. Są przekonane, że ów sahjuni to po prostu grubas. Oczywiście z czasem ta pogarda wyrażana w słowach, może przerodzić się w pogardę i nienawiść prawdziwą. I pewnie tak jest, ale autor pokazuje postawę przeciwną. Bohater tej powieści, mimo że wychowywany przez lewicującego ojca o politycznej przeszłości, który wraz z innymi od czasu do czasu organizuje, raczej groteskowe, manifestacje antyizraelskie, wstydzi się swojej arabskości, za wszelką cenę chce się stać Żydem, a Arabami gardzi. Jest dumny ze swojego niearabskiego wyglądu, szlifuje hebrajski tak, aby broń Boże nikt nie odkrył, kim jest. Kiedy słyszy słowa: "Naprawdę nie wyglądasz na Araba", traktuje je jak komplement, a nie przejaw rasizmu. Wszak do tego właśnie z uporem dążył, nie szczędząc wysiłków, i udało się. Ale nie zawsze tak było. Pierwszy tydzień pobytu w izraelskiej szkole dla uczniów zdolnych, do której dostał się jako jedyny z Tiry, w jego wspomnieniach to pasmo upokorzeń spowodowanych nieznajomością tamtego świata. Jadł w inny sposób, słuchał innej muzyki, nosił inne spodnie, więc był obiektem kpin ze strony swoich izraelskich kolegów z jerozolimskiego internatu. Potem jest już oczywiście lepiej, ale tylko do czasu, kiedy zrozumie, że "Są sprawy, którymi Arabowie nie mogą się zajmować.". Bo bohater tej książeczki jest ofiarą podwójnego oszustwa. Został oszukany przez swojego ojca i przez swoje środowisko.

Dzięki ojcu uwierzył, że kiedy zdobędzie wykształcenie, żadna droga nie będzie przed nim zamknięta i zostanie pierwszym Arabem, który na przykład skonstruuje bombę atomową (wiadomo po co). Dzięki ojcu miał nadzieję, że każda następna wojna okaże się zwycięska dla Palestyńczyków. Złudzenia szybko się rozwiały, więc dwudziestokilkuletni narrator jest przepełniony nienawiścią do ojca, który go nie tylko oszukał, ale także sprawił, że nie potrafi wyjechać z kraju, bo kiedyś nauczono go, że tu jest jego miejsce i lepiej umrzeć niż się poddać. Obaj stracili nadzieję, a swoje rozczarowania topią w alkoholu. Drugie oszustwo dotyczy spraw obyczajowych. Wychowanie wpoiło w niego wiarę, że kiedy prześpi się z arabską dziewczyną, musi się z nią ożenić, bo inaczej ona na zawsze zostanie zhańbiona. Tak zrobił, ale i to okazało się mitem. Latami żył w obsesyjnym lęku, że zostanie zmuszony do małżeństwa, a kiedy wreszcie uległ moralnemu szantażowi, dręczyli się i on, i żona wzajemnymi pretensjami.

Ta opowieść o rozczarowaniach, nieudanym życiu i marazmie, w jakim tkwi bohater i jego pobratymcy, jest momentami przejmująco smutna, ale beznadzieja i melancholia łagodzone są przez konstrukcję całości. Co jakiś czas pojawia się klimat dziecięcej opowieści, wspomnień dziecka. Temu służy też nieporadność językowa: narracja prowadzona jest zazwyczaj krótkimi zdaniami, sporo w niej powtórzeń. Ten infantylny język tak charakterystyczny dla dwóch pierwszych części opowiadających o dzieciństwie bohatera powraca momentami i później, i myślę, że jest wyrazem jego niedojrzałości. Mimo wewnętrznego buntu nie potrafi nic zmienić w swoim życiu. Nadal nie akceptuje w sobie Araba, ale i nie umie oderwać się od swoich znienawidzonych korzeni. Mówi, że na zawsze pozostał grzecznym i posłusznym dzieckiem. Być może, aby nadać sens swojemu życiu, aby ratować siebie, powinien wreszcie odciąć się od przeszłości. Czy tak zrobi, nie wiadomo. Czytając historię Araba, który chciał być Żydem, współczułam mu i nie lubiłam jednocześnie. Drażniła mnie jego bierność, użalanie się nad sobą, marnowanie życia, topienie rozczarowań w alkoholu.

Philip Roth "Wzburzenie"

Nadrabiania wieloletnich zaległości ciąg dalszy. Tak jak zapowiadałam, sięgnęłam po kolejną powieść Rotha. Tym razem wybrałam jedną z najświeższych, "Wzburzenie" (Czytelnik 2011). Teraz jestem już pewna, że jedna z moich luk literackich pod tytułem Philip Roth powoli będzie zasypywana. Już wiem, że za jakiś czas przeczytam następną książkę amerykańskiego pisarza.

To zupełnie inna powieść niż "Operacja Shylock.Wyznanie", którą czytałam poprzednio. Jej akcja toczy się w Stanach w czasie, kiedy trwa wojna koreańska. Bohaterem, jednocześnie narratorem, jest dziewiętnastoletni Marcus Messner syn koszernego rzeźnika z małego miasteczka Newark. Jak wielu rówieśników żyje w strachu przed wojną. Jedyną ucieczką, i to tylko na jakiś czas, w końcu nikt nie wie, ile ta wojna potrwa, są studia. Dlatego Marcus, który studiować bardzo chce, zdaje sobie sprawę, że jakakolwiek wpadka powodująca relegowanie z uczelni zaprowadzi go wprost na koreański front. Pewnie dlatego w powieści wielokrotnie powracają obrazy krwi. Krew towarzyszy mu w sklepie ojca, kiedy musi czyścić kubły po koszernym uboju, krew musiała płynąć z pociętych nadgarstków jego przyjaciółki Olivii, wreszcie zjawia się w wojennych koszmarach, które go dręczą. Symbolizuje śmierć, unicestwienie.

Zdecydowanie nie jest to optymistyczna powieść. Wojna niby odległa, toczona gdzieś na innym kontynencie, jest jednak bardzo realna, wisi niczym miecz Damoklesa, kładzie się cieniem na życie Marcusa. Na domiar złego los zastawia na niego pułapki i dlatego wciąż musi uciekać. Najpierw przed wojną na studia, potem przed ojcem, który nagle opanowany panicznym lękiem o syna, czyni jego życie nie do zniesienia. Ale to wcale nie koniec. Kiedy uwolni się od domu, wyjeżdżając na inną uczelnię prawie na drugi koniec Stanów, byle dalej, wpadnie w szpony kolegów, którzy nie liczą się z nikim. Marzy o spokoju, chce się uczyć, ale nie może, bo jego towarzysze z pokoju prowadzą nocne życie, co sprawia, że nie może zmrużyć oka. Więc znowu ucieka, do kolejnych pokoi, ale nawet kiedy wreszcie zamieszka sam w jakiejś obskurnej klitce, odnajdzie go i tam kolega-dręczyciel. Znikąd ratunku.

Uczelnia nie jest źródłem naukowych olśnień, oazą spokoju, duchowej wolności, jak wyobrażał to sobie Marcus, ale okazuje się koszmarem niczym ze złego snu. Marcus, który uciekł przed wiecznie kontrolującym go ojcem, wcale nie staje się wolny. Władze uczelni też kontrolują życie studentów i to w każdym obszarze: obyczajowym (czytaj: seksualnym) i duchowym, religijnym. Niesubordynacja grozi usunięciem, a wtedy droga prowadzi już tylko na koreański front. Nawet, wydawałoby się niewinne, przenoszenie się z pokoju do pokoju nie umknie uwagi rektora do spraw studenckich, który wzywa biednego Marcusa na rozmowę. Niby robi to w trosce o niego, bo niepokoi go jego alienacja, tak naprawdę jednak kontroluje. Ciąg nieporozumień, które prześladują narratora, przypomina sytuację bohatera Kafki. Czuje, że wali głową w mur. Nikt nie rozumie, że on pragnie tylko jednego: spokoju do nauki. Ale im bardziej jest kontrolowany, tym większą świadomość siebie zyskuje, tym silniej pragnie wolności. W końcu stanie przed tragicznym dylematem: wierność sobie, swoim przekonaniom albo konformizm. Tym tragiczniejszy to wybór, że manifestowanie swojego światopoglądu, odmiennego od oficjalnie panującego na uczelni, wiąże się ze złamaniem panujących tu reguł, a to oznacza, o czym już wspominałam, zesłanie na front koreański. Jak w greckiej tragedii: przed przeznaczeniem nie uciekniesz, losu nie przechytrzysz. A może jak w baśni: nieuczciwa próba osiągnięcia celu musi skończyć się źle.

Ale nie tylko na takie udręki narażony jest Marcus. Nie ominą go też komplikacje uczuciowe. Ponieważ ta sfera życia podlega kontroli, w jego prywatne sprawy wtrąci się nie tylko matka, ale i rektor. Po raz kolejny wraca poczucie zniewolenia i świadomość, że nic od niego nie zależy. Przed Marcusem kolejny raz wyrasta niewidzialny mur, którego nie można ani przeskoczyć, ani obejść, ani zburzyć. Dlatego narasta w nim owo tytułowe wzburzenie. Jego jednak nie wyzwoli. Dopiero suma takich, czasem przypadkowych, wzburzeń po kilku latach da wolność innym.

Tak więc życie jest udręką, młodość jest udręką, miłość jest udręką, ale i śmierć jest udręką. Bo śmierć taka, jak wyobraża ją sobie Roth, to wieczne rozpamiętywanie swojego ziemskiego życia, stale od początku i jeszcze raz od początku, i jeszcze, i jeszcze ...., a im życie krótsze, tym gorzej. A wszystko to w całkowitej samotności. Nie ma żadnego boga, w którego zresztą Marcus nie wierzył, ale nie ma też pustki: jest wieczne przeżywanie życia, wieczny znój, wieczna udręka. Nie ma ucieczki. Jeśli trafiłeś człowieku ze swoim życiem w zły czas, a któż nie trafia, będziesz cierpiał na wieki, przeżywając swój ziemski koszmar bez końca. 

Być może, czytelniku tej notki, odniosłeś wrażenie, że powieść Rotha to traktat filozoficzny, historiozoficzny czy moralny. Nic bardziej błędnego. To obyczajowy obraz amerykańskiej prowincji w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Pisarz pokazuje życie małego miasteczka i żydowskiej niereligijnej, a mimo to konserwatywnej rodziny. Przygląda się relacji rodzice-dzieci, a szczególnie ojciec-syn. Wreszcie zaprasza czytelnika na amerykańską, prowincjonalną, uczelnię, aby pokazać studenckie życie, purytańską obyczajowość, dojrzewanie, pierwsze, zdobywane w ukryciu, seksualne doświadczenia. A od czasu do czasu pesymizm łagodzony jest allenowskim humorem (przynajmniej mnie się ten humor tak kojarzy). Taka jest tragiczna w swoich skutkach, ale opowiedziana ironicznie, scena przesłuchiwania studentów, którzy wzięli udział w majtkowej orgii, szczególnie dwóch nieszczęśników "... którzy połamali sobie nogi, skacząc z okna bursy żeńskiej, i wystąpili przed dziekanem w świeżych gipsach ...".  To wszystko sprawia, że książkę, mimo jej pesymistycznego przesłania, czyta się znakomicie. "Czytajcie Philipa Rotha!", chciałoby się zakrzyknąć.

Dezso Kosztolanyi "Ptaszyna". Świetna nieprzyjemna powieść.

Zachęcona recenzją Krzysztofa Vargi postanowiłam przeczytać "Ptaszynę" Dezsy Kosztolaniego (W.A.B. 2011, seria Nowy Kanon) nieznanego mi dotąd węgierskiego pisarza z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Tę niedługą powieść pochłonęłam w ciągu kilku dni. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam czegoś tak pesymistycznego. Smutek i melancholia aż buchają z jej kart, a momentami wręcz nokautują swoim natężeniem. Myślisz, czytelniku tej notki, że bohaterów powieści dotykają jakieś spektakularne tragedie, nieszczęścia czy kataklizmy? Otóż nie masz racji. Jest znacznie gorzej: to ich prozaiczna egzystencja i prozaiczne, głęboko skrywane nieszczęście, zwyczajny ból istnienia, są źródłem tego wszechogarniającego smutku. Jeśli, czytelniku drogi, jesteś zwolennikiem książek przyjemnych, niosących pokrzepienie, to ta powieść na pewno nie jest dla ciebie. Ale jeżeli lubisz się babrać w literaturze, która obnaża beznadzieję ludzkiego istnienia, dotykając przy tym dotkliwie, sięgnij koniecznie po "Ptaszynę". Słowa te mogą wydać się ironiczne, ale wcale takie nie są. To świetna powieść i mimo przygnębiającego tonu łatwa w czytaniu. Mięsista, potoczysta narracja upstrzona opisami małego węgierskiego miasteczka, w którym jest tylko jedna asfaltowa ulica (rok 1899), i jego do bólu zwyczajnych mieszkańców działa na wyobraźnię. 

Główni bohaterowie książki Kosztolaniego to rodzina Vajkayów: Akacjusz, emerytowany prawie sześćdziesięcioletni urzędnik, jego żona i ich trzydziestopięcioletnia, brzydka, starzejąca się córka, zwana Ptaszyną. Wiodą przerażająco monotonną, zwyczajną egzystencję ograniczoną do wykonywania codziennych obowiązków. Żadnych rozrywek, żadnego życia towarzyskiego, żadnych przyjemności, nawet potrawy gotowane w tym domu są pozbawione przypraw. Kiedyś było inaczej, chociaż i ich poprzedni żywot trudno nazwać ekscytującym. Czy są nieszczęśliwi? Wydaje się, że sprzątanie, gotowanie, wyszywanie serwetek (Ptaszyna), szycie (matka), przeglądanie heraldycznych książek (Akacjusz), spacer, kościół w niedzielę i przebywanie tylko we własnym, rodzinnym towarzystwie bardzo im odpowiada. Rodzice kochają Ptaszynę aż do przesady, troszczą się o nią i martwią tak, jakby była małą dziewczynką, a nie trzydziestopięcioletnią kobietą. Ona odwzajemnia ich miłość. Tygodniowe rozstanie, akcja powieści toczy się właśnie w ciągu tych nietypowych siedmiu dni, przybiera początkowo rozmiary tragedii. Vajkayowie żegnają swoją córkę tak, jakby wyjeżdżała co najmniej na rok i to na drugą półkulę. Tymczasem ona udaje się na krótki wypoczynek do krewnych mieszkających na wsi. Ale ta rodzinna sielanka, zadowolenie z życia okazują się wielkim oszustwem. Tu każdy każdego nabiera, pokazując pogodną twarz. Dlaczego? Ptaszyna z miłości do rodziców. Po prostu nie chce ich martwić, nie chce, aby wiedzieli, jak dotkliwie odczuwa swoją samotność i poczucie beznadziei. 

"Za rok będzie miała trzydzieści sześć lat. A ile za dziesięć lat? A ile za następne dziesięć? Ojciec ma teraz pięćdziesiąt dziewięć lat, matka pięćdziesiąt siedem. Minie dziesięć lat, może nawet mniej i rodzice poumierają. Co to będzie, Matko Najświętsza, co to będzie?"

Co pozostaje? Pociecha, że inni cierpią jeszcze bardziej, i powrót do codziennych obowiązków, które znieczulają ból duszy. A rodzice? Oni wolą oszukiwać samych siebie i nie dopuszczać  myśli o szpetocie własnej córki. Zresztą cóż da, jeśli przyznają, że Ptaszyna jest brzydką, starą panną, którą właściwie nikt nigdy się nie zainteresował? Czy ulżą jej i swojemu cierpieniu?

"Uczyniliśmy wszystko - pomyślała matka - na co człowieka stać. Przecierpieliśmy wszystko, co możliwe."

Żadne pragnienia, żadne poświęcenia, wielka miłość nic tu poradzić nie mogą. Nawet rodzina nie jest balsamem na zbolałą duszę. W pewnym momencie pozostaje tylko bezradność i modlitwa do Boga, który "nadał boską rangę każdemu ludzkiemu bólowi." Ta książka pogrąża naiwną, potoczną wiarę, że chcieć, to móc, że wystarczy tylko mocno wierzyć w sukces, szczęście, spełnienie marzeń, że wystarczy tylko odrobina cierpliwości i wszystko będzie, jak chcemy. Otóż nie zawsze. Śmiem twierdzić, że częściej nie niż tak.

Vajkayowie to krewni bohaterów Czechowa, "Ziemi obiecanej" Reymonta, Wokulskiego czy rodzeństwa Buddenbrooków, że wymienię pierwsze z brzegu postacie zaludniające karty literatury, których los zawsze do głębi mnie porusza. Nawet sukces, który osiągnęli niektórzy spośród wymienionych, nie przynosi spełnienia.

Ale na tym nie koniec. Właściwie jest jeszcze gorzej. Co tracą Akacjusz i jego żona, wiodąc swój marny żywot? Niewiele. W czym lepsze jest życie innych mieszkańców miasteczka? Tych wszystkich urzędników, lekarzy, prawników, dziennikarzy miejscowej gazety, aktorów prowincjonalnego teatru, właścicieli ziemskich, ich żon i kochanek? Co z tego, że jadają obiady w restauracji Pod węgierskim królem zamiast w domu, co z tego, że raczą się gulaszem z kotła i kluseczkami z wanilią, co z tego, że chodzą do miejscowego teatru wystawiającego mierne sztuczki? Ich życie wydaje się równie puste jak życie Vajkayów, i równie nieszczęśliwe. Smutny pan Doba zdradzany przez żonę, samotny Geza Cifra, nieszczęśliwy Mikołaj Ijas, dziennikarz miejscowej gazety, marzący o karierze poety. Może dlatego mężczyźni należący do nieformalnego klubu lampartów, którego członkiem był swego czasu i Akacjusz, w każdą czwartkową noc bawią się i piją do nieprzytomności, a ich żony pokornie pozwalają im na to? Może dlatego mieszkańcy miasteczka z pobłażaniem słuchają ich pijackich ryków niosących się po okolicy? Może tylko w ten sposób da się zagłuszyć ten ból, który drąży? Ale to ułuda, bo właśnie po pijackiej nocy spędzonej w towarzystwie lampartów Akacjusz odważył się spojrzeć prawdzie w oczy i wykrzyczeć ją swojej żonie. Straszni mieszczanie. Ale chociaż ich portret jest rzeczywiście przygnębiający, narrator nie traktuje ich z taką pogardą jak Tuwim w swoim wierszu, raczej obdarza współczuciem. Czy jest dla nich jakiś ratunek, jakieś zbawienie? Może w sztuce, ale tej prawdziwej, nie taniej, tandetnej rodem z miejscowego teatru? W wierszach pisanych przez Mikołaja Ijasa? W grze na fortepianie, na którym kiedyś brzdąkała żona Akacjusza? Ale ona szybko zamyka wieko instrumentu, jakby wstydziła się przyznać mężowi, że przypomniała sobie o latach młodości, jakby traktowała muzykę jak niepotrzebną fanaberię.

Im dłużej myślę o powieści Kosztolanyiego, tym bardziej czuję się nią poruszona. Jest nieprzyjemna jak lustro, które pokazuje prawdę.

Benjamin Tammuz "Minotaur"

O tej książce usłyszałam jakiś czas temu przypadkowo, nadal niewiele się o niej mówi czy pisze. I chociaż to powieść izraelskiego pisarza, o którym wcześniej nic nie wiedziałam, zniechęcona przypiętą jej łatką powieści szpiegowskiej, nigdy bym pewnie po nią nie sięgnęła, gdyby nie jedna informacja. Otóż podobno "Minotaurem" zachwycony był Graham Green autor jednej z moich ulubionych powieści, "Sedna sprawy". Skoro Green był takim entuzjastą, pomyślałam, muszę koniecznie przekonać się, co go tak zachwyciło. A trzeba wiedzieć, że ten, nieco już niesłusznie zapomniany, angielski pisarz stawiał swoich bohaterów przed nie lada dylematami moralnymi. To, co dziś dla nas, indywidualistów, wolnych i nowoczesnych, jest źródłem zaledwie lekkiego moralnego dyskomfortu, w powieściowym świecie Greena wystawiało postaci przez niego stworzone na moralne męki. Dlatego właśnie sięgnęłam po książkę tego, dotąd w Polsce niewydawanego, izraelskiego pisarza. Zanim jednak zacznę o niej pisać, jeszcze parę słów o autorze i wydawnictwie. Książkę wydała (2010) bardzo młoda oficyna o wdzięcznej nazwie Claroscuro (zbitka dwóch hiszpańskich słów jasno, ciemno), której zapowiedzi wydawnicze brzmią nader inetersująco. To kolejne wydawnictwo, które chce się specjalizować w literaturze mało znanej, między innymi  z obrzeży Europy czy świata (np. literatura kubańska, gruzińska czy z krajów afrykańskich). Nie będę się tu więcej na ten temat rozpisywać, kto jest zainteresowany, może przecież zajrzeć na ich stronę internetową. A autor? Zmarły w 1989 roku Benjamin Tammuz to jeden z ciekawszych, ważniejszych i najoryginalniejszych autorów literatury hebrajskiej. Tworzył powieści, opowiadania, tłumaczył, parał się też felietonistyką i krytyką literacką, pisał również o sztuce (w młodości malował i rzeźbił). Informacje te zaczerpnęłam z posłowia zamieszczonego przez tłumacza powieści, Michała Sobelmana. Po tym przydługim, ale koniecznym, wstępie czas najwyższy przyjrzeć się "Minotaurowi".

Jeśli ktoś da się zwieść reklamowym sloganom określającym tę powieść mianem szpiegowskiej, będzie mocno zawiedziony. Owszem jej bohaterem jest tajny agent Mosadu Aleksander Abramow, ale to wszystko. Na tej zasadzie można by tak samo nazwać "Zrozumieć kobietę" Amosa Oza. O czym więc jest "Minotaur"? O miłości niezwykłej, bo kochankowie w zasadzie się nie znają, dzieli ich też znaczna różnica wieku. Jest to uczucie idealne, platoniczne, nigdy nieskonsumowane, raczej idea miłości wiecznej, wielkiej i czystej niż miłość realna. Trudno to, co dzieje się między Theą a Aleksandrem, traktować w kategoriach realistycznych. On całe życie na nią czekał, wiedział, że kiedyś ją spotka i kiedy wreszcie zobaczył, od razu był pewien, że to ona. Ona mimo że nigdy go nie pozna i nie zobaczy, a właściwie nie będzie miała świadomości, że otarła się o niego kilka razy, zakocha się w nim dzięki listom, jakie będzie do niej pisał. I mimo że każde z nich prowadzi swoje niezależne życie z dala od tej drugiej osoby, ich uczucie trwa i to ono okaże się najważniejsze. Czy taka miłość to przekleństwo, które niszczy wszystko i prowadzi do zguby, czy ucieleśnienie jakiejś najpiękniejszej, najwspanialszej, najwyższej idei? Czy Thea i Aleksander spotkali się przypadkowo, czy też było to im przeznaczone i, jak w greckiej tragedii, nie mogli uciec? Na te pytania czytelnik musi sobie sam odpowiedzieć.

Ale to także powieść o osaczeniu i manipulacji. Siły są nierówne. Wszystko, co się między nimi dzieje, dzieje się za jego sprawą. To Aleksander dzięki swojej profesji wie o Thei tyle, ile zechce, to on dawkuje jej informacje o sobie, to on ją obserwuje i pokazuje jej się, kiedy ma na to ochotę, to on przyspiesza albo spowalnia rytm ich dziwnej znajomości, to on wreszcie manipuluje jej życiem i decyduje, z kim może się spotykać a z kim nie. Stawia się w pozycji boga, ale, jak się okaże, bogiem jednak nie jest. Ona może zadecydować tylko o jednym: o rozstaniu. Oczywiście to wybór pozorny: pokochała go i jest już na tę miłość skazana. 

Powieść składa się z czterech części. Oglądamy tę historię z punktu widzenia każdej z czterech zamieszanych w nią osób. Kolejne rozdziały odkrywają przed czytelnikiem coś nowego, inaczej oświetlają zdarzenia, które śledzimy. Stopniowo docieramy do prawdy, poznajemy rzeczywiste przyczyny tego, co się działo. Wszystko krok po kroku zaczyna się zazębiać i składać niczym w puzzlach, aż na końcu dowiemy się, jak było naprawdę. Co było przypadkiem, a co nie, co tylko zbiegiem okoliczności. Mnie najbardziej zainteresowały dwie ostatnie części, szczególnie czwarta, zresztą najdłuższa, opowiadająca historię  głównego bohatera, Aleksandra, i jego rodziny. Dwa pierwsze rozdziały zwięzłe i lakoniczne wydały mi się bardziej traktatem o miłości idealnej rozpisanym na listy niż historią z krwi i kości. Dopiero dalszy ciąg nabiera epickiego rozmachu (nie tak wielkiego, książka ma zaledwie dwieście stron niedużego formatu) i nadaje tej opowieści ludzki wymiar. Tu splatają się ze sobą losy bohaterów i losy narodu, ziemi, Palestyny, potem Izraela. Rodzina Abramowów przybyła do Palestyny na początku dwudziestego wieku, kiedy państwo żydowskie było jeszcze zaledwie ideą, marzeniem. Jak w pigułce poznajemy historię tych terenów: konflikt arabsko-żydowski, opór przeciwko okupującym te tereny Brytyjczykom, walkę o powstanie Izraela i osiągnięcie celu, a potem dalsze wojny i konflikty. No i przede wszystkim poznajemy Aleksandra, jego korzenie i to, co go ukształtowało. Dowiadujemy się, skąd się wzięły jego upodobanie do samotności, zamknięcie w sobie, kontemplacyjna natura, a jednocześnie praca w Mosadzie. Poznamy jego wewnętrzne pęknięcie, moralną udrękę. Ciekawe jest spojrzenie na konflikt arabsko-żydowski. Nienawidzi się Arabów traktowanych jak naród, uważa się ich za śmiertelnych wrogów, ale jednocześnie można polubić konkretnego Araba: arabską nianię, ogrodnika czy robotników pracujących w majątku ojca. Oni mają twarze, imiona, są mili, ciepli i sympatyczni. Trudno wyobrazić sobie, że czyhają gdzieś w ukryciu z nożem, aby rzucić się na bezbronnego Żyda i pomścic krzywdę swojego narodu.

Nie powiem, abym zachwyciła się tą powieścią. Mogę ją na chłodno analizować, ale emocji we mnie nie wywołuje. Wydaje mi się za bardzo wykoncypowana, za mało w niej prawdziwego życia, narracyjnego mięsa, bardziej przypomina traktat o miłości idealnej, historyczny wykład o tragicznej i skomplikowanej historii tych ziem, nawet losy bohaterów podane są raczej jak obszerne biogramy wzbogacone o analizę psychologiczną. Może taki odbiór spowodowany jest moim upodobaniem do powieści grubych, ale przecież to nie jakaś czytelnicza reguła. Cóż, jeśli chodzi o odwieczny literacki temat miłości wielkiej, idealnej, skomplikowanej i tragicznej wybieram na przykład "Sedno sprawy" Greena czy historię Tristana i Izoldy. 

Dina Rubina "Syndykat"

 Dinę Rubinę odkryłam jakiś czas temu, kiedy przeczytałam wywiad z nią na łamach Dużego Formatu. To, co mówiła o sobie i swojej twórczości, zainteresowało mnie na tyle, że natychmiast musiałam zaspokoić swoją ciekawość i sięgnąć po jedną z jej książek. W księgarni znalazłam trzy, mój wybór padł na "Oto idzie Mesjasz" (MUZA 2006). "Syndykat" (MUZA 2008) to druga powieść tej rosyjskiej? izraelskiej? pisarki, jaką przeczytałam. Rubina urodziła się w Taszkiencie w roku 1953, pisze po rosyjsku, ale w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku wyemigrowała do Izraela i dopiero tam zdobyła sławę pisarską. Stąd wątpliwości wyrażone w poprzednim zdaniu. Jej książki na moim regale stoją w rządku literatury izraelskiej. W obu powieściach mocno widać jej żydowską tożsamość, ale i rosyjskie korzenie. Ich bohaterami są rosyjscy Żydzi przybyli do Izraela po pierestrojce, a narratorką Dina, pisarka. Nie należy jednak utożsamiać jej z autorką, co mocno podkreśla w notce rozpoczynającej "Syndykat". Jasne jednak jest, że jak wielu piszących, garściami czerpie z własnych doświadczeń. Cóż, można napisać, że stosuje podobny zabieg jak Philip Roth, chociaż oczywiście to nie ta literacka półka. Obie powieści, które przeczytałam, to bardzo dobre czytadła z ambicjami. Zaprawione humorem, niestroniące od groteskowego tonu, z odrobiną smutku i melancholii. A że bliskie są moim literackim zainteresowaniom z ciekawością je przeczytałam.

Muszę wyznać, że pierwsza z książek, po którą sięgnęłam,"Oto idzie Mesjasz", spodobała mi się na tyle, że od razu byłam pewna, że za jakiś czas poszukam następnych. Jej akcja toczy się w Izraelu, głównie w Tel Awiwie i Jerozolimie, ale także, i to jest chyba najciekawsze, w jednej z izraelskich osad na Zachodnim Brzegu. Trudno orzec, dlaczego właściwie zamieszkała tam wraz ze swoją rodziną główna bohaterka i narratorka zarazem, skoro codzienne powroty do domu przez arabskie miasteczka i wioski Zachodniego Brzegu okupuje panicznym lękiem. Podróż samochodem któregoś z sąsiadów w towarzystwie innych mieszkańców osady od ostatniego przystanku izraelskiego autobusu do domu to pasmo strachu przed strzałami, które mogą paść po drodze. Dlaczego wobec tego wbrew mężowi upiera się, aby tam właśnie mieszkać? Przecież nie jest fanatyczką, nie łączą jej z tą ziemią żadne korzenie, wszak urodziła się w Rosji. Chodzi chyba o solidarność z własnym narodem, solidarność neofity. W tej powieści śledzimy losy nie tylko Diny, ale też jej przyjaciół i znajomych, rosyjskich imigrantów, ludzi różnych zawodów, o różnym majątkowym statusie. Niektórym w Izraelu się powiodło, inni zdegradowali się i z trudem wiążą koniec z końcem. Jak to bywa w powieściach o tej tematyce obserwujemy piekiełko emigranckiego środowiska. Książka ciekawa choćby tylko ze względów poznawczych. Trudno mi się jednak teraz na jej temat szerzej rozpisywać, bo czytałam ją jakieś dwa lata temu. Nie chcąc zejść na manowce pamięci, kończę refleksje na jej temat zachętą do lektury (od niedawna widuję ją w mojej ulubionej księgarni taniej książki, w której od czasu do czasu udaje mi się upolować prawdziwe skarby, o czym jakiś czas temu wspominałam).

Czas przejść do "Syndykatu", który właśnie skończyłam. Ta powieść, mimo że w Polsce ukazała się później, powstała przed "Oto idzie Mesjasz". Bohaterką i narratorką jest również Dina, pisarka, która przyjmuje znakomicie płatną pracę syndyka w moskiewskim oddziale Syndykatu, izraelskiej organizacji, której celem jest wyszukiwanie Żydów rozsianych po całym świecie  i namawianie ich do powrotu na łono ojczyzny. A że kto chciał wyjechać, już dawno to zrobił, a czasy w Izraelu są akurat niespokojne i zamach goni zamach (Dina co jakiś czas opłakuje kogoś znajomego), o chętnych do powrotu niełatwo. A tu, jak w wojsku, trzeba wykonać założony przez jerozolimską górę plan, więc nic dziwnego, że zdesperowani syndycy chwytają się wszelkich metod, aby sprostać zadaniu. Można zaryzykować stwierdzenie, że obok Diny głównym bohaterem książki jest ów tytułowy Syndykat. Powieść w satyryczny sposób pokazuje działalność tego typu organizacji. No cóż, pochodzące od rządu i bogatych amerykańskich sponsorów pieniądze wydawane są niekoniecznie w najbardziej pożyteczny sposób. Instytucja ta, jak wiele innych podobnych, staje się dojną krową dla różnych spryciarzy i niespełnionych artystów, którzy wyciągają z niej kasę. Myślę, że prawie każdy otarł się w swym zawodowym życiu o podobne organizacje. Nie tylko w zawodowym. Kto od czasu do czasu ogląda telewizję, pewnie zauważył, że ostatnio prawie każdy program sponsorowany jest przez unijny program Kapitał Ludzki. Czy potrzebnie? Wiesz już, czytelniku tej notki, o czym piszę? Być może jedyną pożyteczną działalność prowadzi departament kierowany przez Dinę: Departament Spontanicznych Imprez Kulturalnych, chociaż i jej nie udaje się do końca zapanować nad przepływem, a raczej wypływem, funduszy.

Akcja powieści toczy się w ciągu trzech lat, które Dina spędza w Moskwie. Jest to właściwie ciąg luźnych zabawnych, zwariowanych, groteskowych zdarzeń, najczęściej o anegdotycznym charakterze, z życia pracowników Syndykatu. Nanizała je autorka niczym paciorki na nić pewnej intrygi związanej z pozyskiwaniem powracających. Intrygi, która z jednej strony ma zaspokoić żądne sukcesu władze, z drugiej nabić kabzę jednemu z bohaterów, tajemniczemu i wszechpotężnemu biznesmenowi o artystycznych ambicjach, niejakiemu Kleszczatikowi, który jest głównym beneficjentem Syndykatu. Mnie ta postać, nie wiem, czy taki był zamysł pisarki, skojarzyła się z bułhakowowskim Wolandem. Powiedzmy, że Kleszczatik to jego odległe echo. Podobnie cała powieść, łącznie z zakończeniem, w groteskowy sposób obnażająca absurdy rosyjskich i izraelskich realiów przypomina nieco wywołanego przeze mnie "Mistrza i Małgorzatę". Oczywiście równać się z nim nie może, ale pewnie sama autorka nie miała takich ambicji. Pisarka portretuje środowisko pracowników Syndykatu: tych przybyłych z Izraela i zatrudnionych na miejscu Rosjan. Oprócz nich przez powieść przewija się mnóstwo innych ważniejszych lub tylko epizodycznych postaci: dziwaków, ekscentryków, błaznów, cwaniaczków, nawiedzonych i frustratów, z którymi stykają się pracownicy organizacji. Trudno tu mówić o psychologicznych portretach bohaterów, wszyscy "naszkicowani są lekką komiksową kreską", jak stwierdza Rubina w krótkiej notce rozpoczynającej powieść. Od czasu do czasu uderza autorka w ton poważny i sentymentalny, ale to nie osłabia groteskowego charakteru całości. Służy mu dosadny, rubaszny język. Narratorka nie waha się używać kolokwializmów: tyłek, gacie, pierdoły i inne tego typu słowa bogato inkrustują narrację..

Czas najwyższy na podsumowanie. Zdecydowanie wolę pierwszą przeczytaną przeze mnie powieść Rubiny, "Oto idzie Mesjasz", bo ciekawsza, a przede wszystkim bardziej zwarta. "Syndykat" jest po prostu zdecydowanie za długi. Zyskałby, gdyby mu odjąć jakieś dwieście stron (całość liczy 570). Uwielbiam cegły, ale objętość powinna przekładać się na jakość. Tu tak nie jest. Opisywane zdarzenia, dość podobne w charakterze, zaczynają po prostu nużyć. Ileż w końcu można czytać anegdot. Dopiero pod koniec powieść na nowo nabiera rozpędu. Mimo wszystko jednak nie żałuję, że ją przeczytałam i na pewno za jakiś czas sięgnę po inną powieść Diny Rubiny.

"Melancholia" Larsa von Triera

Przyznam się, że nie należę do grona wielbicieli Larsa von Triera. Widziałam tylko dwa jego filmy, "Przełamując fale" i "Tańcząc w ciemnościach", i za każdym razem miałam poczucie, że reżyser nabija mnie w butelkę, bo wymusza emocje, szantażując moralnie i uczuciowo. Nie miejsce i nie pora, aby tutaj o tym pisać tym bardziej, że oba filmy widziałam już jakiś czas temu, więc trudno mi się do nich teraz odnosić. Na pewno powinnam nadrobić zaległości i zobaczyć "Dogville", bo nie znam osoby, a są to osoby bardzo różne, której by ten film nie poruszył. Ale do rzeczy. Postanowiłam dać von Trierowi jeszcze jedną szansę i obejrzeć "Melancholię", która była jedną z kandydatek do tegorocznej Złotej Palmy. Wrażenia mam mieszane. Nie przyjmuję najnowszego dzieła duńskiego reżysera bezkrytycznie, ale oglądałam je z zainteresowaniem. Dałam się porwać świetnie budowanej atmosferze zagrożenia, napięcia i oczekiwania na katastrofę. Trzeba przyznać, że ten film zmusza do myślenia, nie daje o sobie zapomnieć. Dla mnie to rodzaj umysłowej szarady, którą po seansie usiłowałam rozplątać. Jednak raczej nie przejęłam się losem bohaterek, może dlatego, że są tylko figurami, a nie kobietami z krwi i kości. Za mało o nich wiemy, aby się przywiązać i współczuć. Cóż, miłośników Larsa von Triera na pewno nie muszę namawiać, pozostałych mimo wszystko zachęcam: to film z tych, które prawdziwy fan kina powinien zobaczyć. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy i skonfrontować swój odbiór z moim. Zapraszam.

To film o katastrofie, która zagraża Ziemi, ale także o śmierci i o złudnych nadziejach, których chwytamy się w chwilach dramatycznych. Bohaterowie muszą się skonfrontować z nadchodzącym niebezpieczeństwem. Jak spędzą ostatnie godziny swojego życia? Jak poradzą sobie ze świadomością końca? Co będzie potem? Coś czy nic? O tym jest najnowszy film duńskiego reżysera.

Larsa von Triera zdaje się nie interesować ogół, przygląda się tylko czterem osobom zamieszkującym olbrzymią, bogatą posiadłość znajdującą się z dala od wielkiego miasta i najbliższej wioski. Początkowo wydaje się, że do katastrofy nie dojdzie i błękitna Melancholia, wędrowiec z wszechświata, ominie Ziemię. Tak przynajmniej wynika z zapewnień naukowców popartych precyzyjnymi obliczeniami. Ale internet, media pewnie też, aż huczy od sensacyjnych pytań i spekulacji: czy rzeczywiście uda się i do najgorszego nie dojdzie? Każda z osób zamieszkująca bogatą rezydencję inaczej reaguje na wieści o tajemniczej planecie. John, astronom amator, jest pewien, że nic złego się nie stanie, a Melancholia przelatująca obok Ziemi będzie źródłem ekscytujących obserwacji i przeżyć. W rzeczywistości jednak i on żywi pewne obawy, ale ze względu na żonę i synka udaje pewność siebie. Do swoich lęków, wszak, jak powie potem, obliczenia mogą w takiej sytuacji zawieść, przyzna się, kiedy planeta zacznie się oddalać. Claire boi się. W tajemnicy przed mężem sprawdza niepokojące informacje w internecie, ale i ona musi starać się ukryć swój niepokój szczególnie przed synkiem. Odetchnie spokojnie, kiedy niebezpieczeństwo minie. Jeszcze inaczej reaguje jej siostra, Justine. Od początku zdaje się być zafascynowana niezwykłymi zjawiskami na niebie. Początkowo jest to czerwony Antares, gwiazda z konstelacji Skorpiona, którą wyraźnie widać na nieboskłonie w dniu jej nieudanego wesela. Potem z równą fascynacją spogląda na błękitną Melancholię, która swoim niezwykłym światłem zaczyna spowijać wszystko wokół. Zafascynowana, a może należałoby powiedzieć zahipnotyzowana, wpatruje się najpierw w Antaresa, potem w Melancholię. Godzinami w bezruchu przygląda się niezwykłym zjawiskom, jakby ją coś do nich przyciągało. Czy to pragnienie śmierci? Bo Justine od początku jest przekonana, że katastrofa się wydarzy i potem nie będzie nic. Mówi, że ma pewność, bo ona wie więcej. Nie żal jej życia, nie żal jej świata, bo jest zły, jak stwierdzi dość ogólnikowo. Dlaczego nie boi się śmierci, a wręcz jej pragnie? Tego możemy się tylko domyślać, bo Justine to postać dość enigmatyczna. I to jest właśnie moja zasadnicza wątpliwość dotycząca filmu.

Niewiele o niej wiemy. Od początku dziwnie się zachowuje. Claire, która organizuje wesele, obawia się jej dziwnych zachowań. Czy to załamanie nerwowe? Czy choroba psychiczna? Nic tu nie jest nazywane wprost. Czy powód jej niedomagań to praca, którą nagle w czasie wesela demonstracyjnie porzuca? Ma już dość wciskania ludziom reklamowego kitu, sprzedawania kłamstw i złudzeń? Czy zawsze była chora? Czy jej dziwactwa i przeczucia biorą się właśnie z choroby? A może jest kimś niezwykłym, taką współczesną wieszczką? Dlaczego wychodzi za mąż, a zaraz potem odtrąca swojego świeżo poślubionego męża, spędzając swoją symboliczną noc poślubną z niezgułowatym, też tajemniczym kolegą z pracy? Cała ta weselna sekwencja zdarzeń jest dość dziwaczna i niezrozumiała. Demoniczny szef, zatrudniony przez niego niepotrafiący do trzech zliczyć młodzieniec, którego zadaniem jest wydobycie z Justine reklamowego hasła właśnie w czasie wesela, jej zachowanie (stale gdzieś znika, nie zważając na gości i męża; można też odnieść wrażenie, że woli konie od ludzi). A może ma dość z powodu rodzinnego bagienka? Rozwiedzeni rodzice: groteskowy ojciec emablujący młode dziewczyny, matka, która nie wierzy w małżeństwo i bez ogródek w imię szczerości wyraża swoją niechęć do wszystkiego i wszystkich. Siostra, organizatorka wesela, która z zegarkiem w dłoni perfekcyjnie odmierza wszystkie punkty programu. Jej nieprzyzwoicie bogaty mąż. Ale co jemu można zarzucić? Co o nim wiemy? Tylko mały siostrzeniec wydaje się być niewinny. Dla niego Justine to Superciocia, która wszystko potrafi. A i ona wydaje się być do chłopca niezwykle przywiązana. Może właśnie z tych wszystkich powodów świat wydaje jej się  zły. Z załamania psychicznego wyciąga ją powoli Melancholia. Gdy w jakiś czas po katastrofie weselnej przybywa do rezydencji siostry i szwagra, dosłownie słania się na nogach. Aż serce ściska się z żalu, kiedy obserwujemy nagą, zniedołężniałą Justine, którą siostra delikatnie i cierpliwie namawia na kąpiel. Stopniowo ożywia się. Już nie spędza całych dni w łóżku, nie leży na wpół martwa, lecz godzinami wpatruje się w niepokojącą i zarazem fascynującą  Melancholię, jeździ konno. Jakby na nowo wstąpiło w nią życie, aby zaraz się skończyć. Jakby nadchodząca katastrofa była źródłem piękna, szczęścia i ekstatycznego zachwytu. Czeka na nią zahipnotyzowana. Podobnie jak przed laty w filmie Petera Weira "Piknik pod wiszącą skałą"  uczennice z pewnej prywatnej australijskiej szkoły wspinały się pod tytułową wiszącą skałę w hipnotycznym transie.

Kiedy Melancholia nieoczekiwanie zawróci i stanie się jasne, że tym razem nieszczęścia nie da się uniknąć, Justine do końca pozostanie spokojna i zafascynowana. John zdezerteruje pierwszy: zażyje tabletki nasenne kupione przez Claire i skończy z sobą, nie dbając o los żony i synka. Wcześniej spokojny, pewny swoich racji, teraz nie wytrzymuje napięcia. A może nie jest w stanie znieść cierpienia najbliższych? Świadomości, że nie potrafi im pomóc? A może obawia się śmierci w męczarniach? A może to gest rozpaczy człowieka, który zawierzył nauce i poniósł klęskę? Dlaczego na miejsce swojej śmierci wybrał końską stajnię? Z kolei Claire chciałaby wierzyć, że potem nie będzie pustki, że nie jesteśmy sami we wszechświecie, więc może zdarzy się coś nieprzewidzianego. Boi się, popada w szaleństwo, miota się bezradnie, próbując szukać jakiegoś ratunku dla siebie i synka. Jest to pewnie ludzki strach przed śmiercią, ale też Claire inaczej niż jej siostra jest chyba (piszę chyba, bo, jak już wspominałam, za mało mamy danych, aby mieć pewność) zadowolona ze swojego wygodnego, spokojnego życia i po prostu żal jej się z nim rozstawać. W tych ostatnich chwilach Justine, Claire i jej synek są razem, ale każdy musi swój strach przeżyć sam. Nic się zrobić nie da, nawet Superciocia nie okaże się czarodziejką. Może jedynie zbudować symboliczną tajemniczą grotę, aby dać złudną nadzieję swojemu małemu siostrzeńcowi, ulżyć jego lękowi. I tak we trójkę, razem, ale osobno, pozostaje im czekać na koniec. Gdy nadejdzie, rzeczywiście nie będzie już nic. Rację miała Justine.

Lars von Trier wspaniale buduje atmosferę napięcia i zagrożenia, od początkowych obrazów stanowiących rodzaj prologu, zapowiedzi tego, co zobaczymy w filmie. Niezwykłe przestrzenie, rezydencja, pustka, nieco teatralny krajobraz, rżenie koni, ich niepokój podczas przejażdżek, dziwne zjawiska, błękitne światło spowijające wszystko wokół, szalejące robaczki, elektryczne wyładowania, a na koniec wichura i deszcz. Wreszcie sama dostojna, wielka, piękna, błękitna Melancholia, coraz większa i większa. To wszystko sprawia, że niepokój i rosnące zagrożenie odczuwa i widz. 

Duński reżyser tym filmem, mimo zgłoszonych zastrzeżeń, powraca do moich łask, chociaż do grona jego wiernych wyznawców na pewno nadal nie będę się zaliczać. 

Popularne posty