O Macieju Siembiedzie i jego kryminalnych oraz sensacyjnych
powieściach słyszałam od dawna, wiedziałam, że są bardzo cenione i popularne, bywało, że miałam ochotę po którąś sięgnąć. Najbliżej byłam "Katharsis", pierwszej części jego greckiej trylogii. Przez chwilę znajdowała się nawet na liście moich książkowych zakupów, no ale czas nie jest z gumy, lektury trzeba wybierać, więc kryminały, których kiedyś czytałam sporo, poszły w odstawkę. O "Gołoborzu" (Znak Literanova 2025) oczywiście trudno było nie słyszeć, pojawiały się głosy, że jest czymś więcej niż nawet najlepiej napisana powieść sensacyjna, że powinno być nominowane nie tylko do Nagrody Wielkiego Kalibru, ale także do Nike, co rzeczywiście się stało. Autor mówił, że to najbardziej osobista z jego książek, bo wychował się na Kielecczyźnie, i trudno mu złapać dystans do tego, co napisał. W posłowiu informuje, które elementy powieści są prawdziwe. Zresztą warto wspomnieć, że Maciej Siembieda do literatury przyszedł z dziennikarstwa, przez lata zajmował się reportażem i teraz wokół niewykorzystanych wcześniej tematów buduje swoje książki. Dlaczego w takim razie zdecydowałam się jednak sięgnąć po "Gołoborze"? Oczywiście ciekawość, ale ostatecznie zadecydował impuls, pod wpływem którego zapisałam się na powieść w bibliotece, swoje odczekałam, a potem mimo słusznego rozmiaru (ponad pięćset stron) przeczytałam w kilka dni.Akcja "Gołoborza" toczy się w fikcyjnej wsi Grabin u stóp Gór Świętokrzyskich i rozpięta jest od powstania styczniowego do roku 1989. Każda z dziewięciu części opatrzona została datą. Niektóre z nich są znaczące w naszej historii, na przykład rok 1968, 1970, 1976 czy 1989 właśnie, inne związane są z czasem po pierwszej wojnie albo z drugą wojną czy z latami tuż po wyzwoleniu. Zastanawiałam się, czy jest jakiś klucz w doborze tych dat, szczególnie powojennych. No bo powstanie i wojna oczywiście miały ogromny wpływ na życie bohaterów, inaczej jest z kolejnymi. Przyznam, że go nie odnalazłam. Na przykład antysemicka nagonka roku 1968 nijak nie znajduje odzwierciedlenia w życiu mieszkańców Grabina, ale już echa grudnia 1970 roku czy wypadków w Radomiu w 1976 znajdujemy w powieści.
Bohaterami "Gołoborza" są dwie rodziny, a właściwie dwa klany, zamieszkujące Grabin, Kończaki, zamożni gospodarze, i Cebrzyny, którzy bardziej niż gospodarowaniem zajmują się przemytem, kradzieżami koni czy bydła. Kłótnia na jakimś weselu zapoczątkowała świętą wojnę. Jej pierwszy akt dokonał się w czasie powstania styczniowego, kiedy to jeden z Cebrzynów wydał Rosjanom Tomasza Kończaka, który przystąpił do walczących. Odtąd ta rodowa wojna stanie się jeszcze bardziej zagorzała i krwawa. Obowiązek zemsty przechodzi z ojca na syna i nie ma zmiłuj, nie można się z niego wyłamać. Krzywda wyrządzona nawet dziesiątki lat wcześniej nigdy nie zostanie zapomniana i musi zostać pomszczona. Niekoniecznie dokona się to od razu, czasem lepiej poczekać na dogodny moment. W tym świecie honor klanu znaczy wszystko. Jeden z Kończaków, który po drugiej wojnie wstąpi do milicji, usłyszy od głowy rodu, że jest najpierw Kończakiem, a potem milicjantem. Dobrze to sobie zapamięta. Wszyscy akceptują te reguły i dlatego będą trzymać język za zębami. Milicja jest bezradna, nikt nie puści pary z ust, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. To zamknięty, wsobny świat, w którym członkowie rodu pobierają się między sobą, niechętnie dopuszczają kogoś z zewnątrz, a już niedopuszczalne jest małżeństwo pomiędzy parą pochodzącą ze zwaśnionych klanów.
Maciej Siembieda odkrywa przed czytelniczkami i czytelnikami swojej książki świat, jaki dotąd znaliśmy z opowieści o mafii sycylijskiej potem przeniesionej na grunt amerykański, i twierdzi, że i u nas, u stóp Gór Świętokrzyskich, również obowiązywał nakaz rodowej wendety, a prawa rodzinnego klanu były ważniejsze od praw państwowych. Wychował się w tym świecie, nasłuchał się podobnych opowieści w dzieciństwie. Tu warto przywołać znakomitą reporterską książkę Wiesława Łuki "Nie oświadczam się", która opowiada o wstrząsającej zbrodni połanieckiej. Teraz słychać o niej więcej, bo Jan Holoubek kręci serial o tamtych zdarzeniach. Mamy tam te same mechanizmy - dwie rodziny, stosunkowo błahy spór, krwawa zemsta dokonana w obecności wielu świadków i milczenie całej wsi. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Aż wierzyć się nie chce, że można dokonać takiego morderstwa z zimną krwią na oczach wielu ludzi i zmusić wszystkich do milczenia. Podobnie jest w powieści. Okrutne zbrodnie dokonane w imię zemsty, świadkowie, akceptacja i milczenie.
Muszę przyznać, że po przeczytaniu dwóch albo może nawet trzech pierwszych części byłam nieco rozczarowana. Nie żebym się nudziła, żeby mi się nie podobało, ale pomyślałam sobie, że jeśli będzie tak dalej, zemsta goni zemstę, to wszystko stało się przewidywalne. Tym bardziej, że byłam świeżo po "Revolterium" Bernarda Gromka, a tam zwrot akcji goni zwrot akcji, autor umiejętnie gubi tropy, nie wiadomo, czego się spodziewać. Okazało się jednak, że byłam w błędzie, bo potem od czasów powojennych akcja powieści rozlewa się niczym rzeka zmierzająca do morza deltą składającą się z wielu drobniejszych i większych odnóg. Po prostu pojawiają się nowe wątki, a sprawa się komplikuje i rzeczywiście nie wiadomo, czego się spodziewać. A sam finał powieści jest niezwykle zaskakujący.
Na koniec chciałabym napisać, na co szczególnie zwróciłam uwagę, czytając powieść - co zrobiło na mnie największe wrażenie, co zainteresowało najbardziej. Jeśli chodzi o to ostatnie, to chyba szczególnie ciekawa ze względów poznawczych wydała mi się ta część książki, której akcja rozgrywa się w powojennym Opolu, a zwłaszcza opowieści o szabrownikach i rozmiarze ich działalności. Natomiast największe wrażenie zrobiły na mnie dwie sprawy. Pierwsza to historia bohaterów i bohaterki, którzy chcą żyć inaczej i wyłamać się z klanowych obowiązków. Co ma zrobić człowiek, który zdaje sobie sprawę ze zła, jakie się dzieje, a nakazem rodziny zostaje zmuszony do dokonania zbrodni na człowieku, którego on wcale nie uważa za wroga? Nie chce ani nie potrafi zabić. Jeśli nie tego nie zrobi, straci wszystko, dosłownie, i zostanie wykluczony z rodzinnego klanu. W jego oczach zabicie tego człowieka to nie żadna rodowa zemsta, ale przestępstwo. Takich dylematów nie ma wspomniany już Kończak milicjant. A co mają zrobić dziewczyna i chłopak, którzy się pokochali i chcą być razem, a nie mogą tylko dlatego, że pochodzą ze zwaśnionych klanów? Czy jest dla nich jakiś ratunek? Ale największe wrażenie zrobiły na mnie zbrodnie dokonywane z zimną krwią przez ojca i syna z błogosławieństwem matki i z modlitwą na ustach, mieszkańców sąsiedniej wsi.
Rzeczywiście "Gołoborze" okazało się książką wartą lektury. Pewnie gdybym dysponowała nieograniczonym czasem na czytanie, sięgnęłabym po inne powieści Macieja Siembiedy. Zobaczymy, może kiedyś wrócę do pomysłu przeczytania "Katharsis".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz