Dziś epilog cyklu podróżnego - "Zbrodnia w raju. W poszukiwaniu
To zapomniana historia na nowo ożywiona przez Johna Treherne w jego książce, która w oryginale ukazała się w roku 1983. Ale w latach trzydziestych, kiedy ten dramat się rozegrał, rozgrzewała światową prasę do czerwoności.
Nieżyjący już autor był angielskim entomologiem, wielokrotnie odwiedzał archipelag wysp Galapagos, aby prowadzić tam badania naukowe. To wtedy dowiedział się o tajemniczych zdarzeniach na jednej z wysp, Floreanie, i postanowił napisać książkę, aby rozwikłać zagadkę zniknięcia dwóch osób i śmierci kolejnych trzech. Tego celu nie osiągnął, bo zbyt wiele czasu upłynęło od tamtych wydarzeń. Jak pisze w posłowiu: Okazało się jednak, że kluczowe dowody są fragmentaryczne i wzajemnie sprzeczne. Tajemnica pozostała tajemnicą. Trudno jednak oprzeć się pokusie stworzenia satysfakcjonującej hipotezy. I właśnie we wspomnianym posłowiu pozwala sobie na snucie hipotez dotyczących tego, co stało się z dwojgiem zaginionych, w jakich okolicznościach zginęło tych dwóch, których ciała odnaleziono, i dlaczego umarł ten trzeci. Jak było naprawdę, tego nigdy się nie dowiemy, ale hipotezy autora wydają się przekonujące. Zresztą, czy musimy wiedzieć wszystko? Czyż takie nierozwikłane zagadki nie dostarczają nam przyjemnego i ekscytującego dreszczu emocji?
O czym w takim razie opowiada ta książka i czy warto ją przeczytać? Może nie jest to lektura konieczna, ale na pewno z przyjemnością sięgną po nią miłośnicy spraw niewyjaśnionych, dziwacznych, zaskakujących historii i ci, których zainteresuje życie pionierów na na niezamieszkanej, nieprzyjaznej człowiekowi wyspie gdzieś na końcu świata. Dlaczego wyjechali tam z dalekiej Europy? Jak to jest być takim Robinsonem z wyboru? Jak zorganizowali sobie życie? No i koniecznie powinni poznać ją ci szczęściarze, którzy na Galapagos byli lub się tam wybiorą.
Floreana, na której rozegrała się ta historia, to jedna z czterech zamieszkanych wysp archipelagu Galapagos. Ma najmniej mieszkańców i ponieważ jest słabo skomunikowana z pozostałymi trzema, najrzadziej docierają tam turyści. W roku 1929, kiedy przybyła tam ekscentryczna niemiecka para, lekarz i filozof, miłośnik Nietschego, Friedrich Ritter i zapatrzona w niego kochanka Dore Strauch, na stałe nie mieszkał tam już nikt. Wcześniej wyspa była odwiedzana przez piratów, wielorybników, osadzano tam więźniów, a od czasu do czasu ktoś próbował zostać na niej na stałe, ale bez sukcesu. Kilka lat przed przybyciem Friedricha i Dore mieszkało tam dwudziestu dwóch Norwegów znęconych wizją majątku, jaki rzekomo można tu było zbić na polowaniu, rybołówstwie i rolnictwie. Po roku większość z nich opuściła wyspę, tuż przed przybyciem nowych osadników zdezerterowało trzech ostatnich. Pozostał po nich w pobliżu jednej z zatok drewniany dom pokryty blachą falistą.
Opuszczony norweski dom stanowił symbol ludzkiej klęski, co nie mogło ujść uwadze obdarzonej bogatą wyobraźnią Dore Strauch, gdy postawiła swoją nogę na tym skrawku lądu.
Po jakimś czasie wyspa skusiła inną niemiecką parę, małżeństwo Margret i Heinza Wittmerów, które przybyło tu wraz z jego kilkunastoletnim synem z pierwszego związku, a jakby tego było mało, kobieta była w ciąży. Jaką determinację, odwagę i ... jaki brak wyobraźni trzeba było mieć, aby w takiej sytuacji rzucić wszystko i ruszyć w nieznane. I być może nie doszłoby do żadnych nieszczęśliwych zdarzeń, gdyby jakiś czas potem na Floreanę nie przybyła baronessa Eloise Wagner de Bosquet wraz z dwoma młodszymi kochankami, którzy zaczną między sobą rywalizować o tę despotyczną, ekscentryczną i niebezpieczną kobietę zatruwającą pobyt na wyspie obu parom.
Co przygnało na koniec świata tych ludzi?
Wybór Galapagos był wyjątkowo odpowiedni dla doktora Rittera i jego wyznawczyni. Ich mroczny, nietzcheański romantyzm nie pasowałby do scenerii tropikalnej wyspy ze stereotypowych wyobrażeń: palmy, owoce i miękki złocisty piasek. O ileż bardziej adekwatnym wyborem dla bohaterskiego nadczłowieka był odległy archipelag Galapagos ze specyficzną fauną, zamglonym krajobrazem wulkanicznym i skojarzeniami z Charlsem Darwinem. Związki z tymi wyspami miał nawet pierwowzór ulubionego bohatera Friedricha z dzieciństwa, Robinson Crusoe (którego imię Ritter połączy ze swoim, tytułując się "Robinsonem z Galapagos").
Ta para snuła romantyczną wizję ucieczki od cywilizacji. Natomiast Wittmerowie zdecydowali się na wyjazd z powodu bytowych kłopotów i mieli nadzieję, że klimat Galapagos będzie sprzyjał chorowitemu synowi Heinza. Oni, najbardziej solidni i pragmatyczni, zostali na Floreanie na zawsze, a jak wynika z moich poszukiwań internetowych, ich potomkowie mieszkają tam do dziś i zajmują się biznesem turystycznym. A baronessa? Przypłynęła zwabiona medialną sławą swoich poprzedników, chciała się tam osiedlić, zbudować hotel dla bogatych amerykańskich turystów i wyobraziła sobie, że zostanie władczynią wyspy. Uprzykrzała życie wszystkim, także swoim kochankom, intrygowała, była łasa na sławę i zazdrosna o wszystko.
Oprócz samej podlanej tajemnicą historii, portretów barwnych, chociaż w większości niesympatycznych, bohaterek i bohaterów najbardziej zainteresowały mnie te fragmenty, które opowiadały o niewyobrażalnych trudach życia na bezludnej Floreanie. O zaczynaniu wszystkiego od nowa w nieznanym górzystym, pokrytym zaschniętą lawą terenie, gdzie wprawdzie roślinność mnoży się bujnie, ale założonemu warzywnikowi zagrażają dzikie zwierzęta, a o wodę trudno. Jak zbudować jakieś schronienie? Co jeść? Jak urodzić dziecko w takich warunkach? Jak je potem wychować? A co jeśli ktoś zachoruje? Skojarzenia z Robinsonem Crusoe naprawdę nie są tu nadużyciem. Niech o ogromie wyzwań zaświadczą cytaty.
Wszystko to [przywieziony z Europy dobytek] trzeba było przenieść przez przez poszarpane połacie zastygłej lawy, gdzie pojedyncze potknięcie mogło skończyć się złamaniem kostki albo bolesnym zranieniem, następnie zaś przez plątaninę drzew i kaktusów, które stanowiły zagrożenie dla twarzy i oczu. (...) Przez kolejne dwa tygodnie karawana złożona z Friedricha, Dore i konia [jedynego, którego udało im się złapać] codziennie przenosiła masę sprzętu z Zatoki Pocztowej do Friedo [Tak nazwali miejsce, w którym postanowili się osiedlić.]. Noce o tej porze roku były chłodne i deszczowe, jednak każdego ranka równikowe słońce przeganiało chmury oraz mgłę i atakowało bezlitośnie. (...) Regularnie była [Dore] u granic swoich możliwości i z płaczem błagała Friedricha o pomoc. Ten jednak ignorował jej prośby. Zostawiał ją na ziemi przygniecioną ciężarem, łkającą i wyczerpaną.
Regularne marsze przez poszarpane lawowe zbocza zdarły ich europejskie buty do cna. To samo spotkało drewniane chodaki wykonane dla Dore przez Friedricha. Do ran na stopach doszła jeszcze opuchlizna spowodowana przez pchły piaskowe, które wnikają głęboko w skórę zazwyczaj w okolicach palców u stóp.
Z podobnymi trudami mierzyli się też Wittmerowie. Mieszkańcy wyspy, a szczególnie Ritter i baronessa stali się kimś w rodzaju współczesnych celebrytów. Rozpisywała się o nich prasa, na Floreanę zawijali rozmaici żeglarze, aby ich poznać i zobaczyć, jak żyją. Oboje byli zazdrośni o swoją sławę. Kilka lat później, kiedy doszło do tragedii, prasa tym bardziej będzie miała używanie.
Przeczytałam tę książkę z przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Mojej lekturze towarzyszyło nieustanne zdumienie determinacją, siłą woli i pewnie brakiem wyobraźni mieszkańców Floreany.
PS. Już po napisaniu tej notki odnalazłam w internecie raczej wiarygodną informację, że kilka lat temu Paweł Pawlikowski chciał nakręcić film o tamtych zdarzeniach. Przyznam, że o tym nie słyszałam. Ciekawa jestem, czy nie zrezygnował z pomysłu. Póki co zamiast opowieści o pionierach z Floreany dostaliśmy znakomitą "Ojczyznę".
