Nie ukrywam, że moja znajomość z twórczością Zyty Rudzkiej
Kiedy Zyta Rudzka opublikowała nową powieść pod ekscytującym tytułem, co stało się jej specjalnością, "Tylko durnie żyją do końca" (W.A.B. 2025), było oczywiste, że ją kupię i prędzej lub później przeczytam. Teraz nadarzył się idealny moment, bo na spotkaniu klubu czytelniczego, na które od czasu do czasu uczęszczam, będzie omawiana właśnie ta książka.
Zanim podzielę się refleksjami na jej temat, najpierw wrócę do dwóch poprzednich powieści. Co mi z nich zostało? Z pierwszej olśnienie fenomenalnym językiem, ale już samą historię, poruszane problemy pamiętam słabo. Inaczej jest z kolejną powieścią, "Ten się śmieje, kto ma zęby", tu język też oczywiście był majstersztykiem, ale nie zaskoczył, no bo tego właśnie się spodziewałam, natomiast sama bohaterka, Wera, jej historia we mnie zostały. Z ciekawości zerknęłam do moich refleksji na temat obu tytułów. Wynika z nich, że wyżej oceniłam pierwszy, nad drugim nieco marudziłam, doceniając jednak kunszt i wagę tematu. Cóż, to żadne odkrycie, że czas weryfikuje opinie.
No a teraz po tych przydługich, jak często, dygresjach, przyszedł moment, aby podzielić się refleksją o najnowszej powieści, "Tylko durnie żyją do końca". Wygląda na to, że przynajmniej w tym momencie, bezpośrednio po lekturze, ta książka spośród tych trzech wzbudziła we mnie najmniej emocji, ale nie wykluczam, że czas znowu zweryfikuje moją opinię. Może po raz kolejny obraz bezkompromisowej, oryginalnej bohaterki, jej sposób na życie pozostanie na długo w mojej pamięci. Zobaczymy.
Zacznę znowu od języka, który rzecz jasna naszpikowany jest ekwilibrystycznymi sztuczkami, ale albo jest tych łamańców i celnych powiedzonek mniej, albo tak mi się tylko wydaje, bo już wiem, czego powinnam oczekiwać i ten charakterystyczny styl Zyty Rudzkiej po prostu mi się opatrzył, przyjmuję go jako coś oczywistego. Najlepszy dowód, że nie zaznaczyłam sobie żadnego cytatu, którym chciałabym się podzielić, pisząc o tej kwestii. Kiedy zerkam do moich refleksji o jej dwóch poprzednich książkach, widzę, że zagadnieniu języka poświęciłam tam sporo miejsca. W notce o powieści "Ten się śmieje, kto ma zęby" znajduje się spory akapit składający się z olśniewających cytatów.
No a teraz bohaterka. Jest nią Lida, kobieta dojrzała, nauczycielka wychowania fizycznego, która żyje po swojemu. Powiedzieć tak, to nic nie powiedzieć, że zacytuję klasyka. Ona żyje bardzo, bardzo po swojemu. Nie ogląda się na innych, za nic ma opinię środowiska, potrafi prowokować. Pochodzi z Warszawy, jej rodzice byli wziętymi adwokatami, a ona poszła swoją drogą. Nie tylko nie wybrała ich ścieżki kariery, ale wyjechała na wieś i to taką zwyczajną, niewyróżniającą się pięknym krajobrazem. Przyciągnęła ją tam rzeka, w której codziennie pływa, nago. Śmiga też na motorze po leśnych ostępach. Wbrew opinii ojca, ale dzięki jego pieniądzom, kupiła tam opuszczony dom, w nienajlepszym stanie, na odludziu, gdzie mieszka z Rochem i Ziutem, których tam poznała (To tak skończyłaś, córeczko, z pajacem [Ziut] i moczymordą [Roch].), i licznymi zwierzętami. Jednym z nich jest Elvis, prosiak. Żyją, jak mają ochotę. Roch, geodeta, pędzi bimber z pigwy, którym często raczą się wieczorami. Chcą pić, to piją, chcą po domu chodzić nago, to chodzą.
Leżę w trawie, patrzę na pigwy. (...) Niczego mi nie brak. Cała nasza trójka miała plan, aby żyć bez planu, i ten plan w stu procentach wykonujemy.
Te słowa wypowiada wprawdzie Roch, ale i Lida, i Ziut, trzeci z tego trójkąta, na pewno się pod nimi podpisują.
Co ciekawe, nie widać, aby ich sposób życia kogokolwiek gorszył. Ani ojca, który od czasu do czasu odwiedza Lidę i jej partnerów, zawsze nieoczekiwanie. Ani mieszkańców wsi. Ani dyrektora szkoły, nauczycielek i nauczycieli. Mało tego, wygląda na to, że Lida czasem otwiera coś w innych. Kiedy jedna ze starszych mieszkanek wsi prosi ją o lekcje pływania, po jakimś czasie również wchodzi do rzeki nago. Jej więzi z ojcem (Kiedy wyjeżdżasz? Zapytałam. Zaśmiał się sztucznie albo odkrztusił ślinę. Oddalam pytanie, powiedział. A ja je ponawiam. Jutro jadę do sklepu, podrzucę cię.), a przede wszystkim z dorosłą córką mieszkającą w Warszawie, są dość luźne. Najważniejsi dla niej są kochankowie, zwierzęta i rzeka. Ojciec podsumuje to tak:
Na tym świecie jeszcze tylko psy i pijaki trzymają się razem. Taka sielanka i wspólnota, wymamrotał.
Jak w poprzednich powieściach tak i w tej Zyta Rudzka nie ucieka od biologii. Fizyczność to dla Lidy coś bardzo ważnego. Nadal jest sprawna, szczupła, obdarzona dużym biustem. Ona powiedziałaby, że cycem. Stąd skojarzenia z Dolly Parton. Za to jej partnerzy albo się starzeją, albo słaba forma fizyczna wynika z przebytej choroby. Lida dostrzega to, ale myśli o nich z czułością, chociaż nie dorównują jej sprawnością. To ona, kobieta jest tu górą. To niedoskonałe męskie ciała wystawione są na widok czytelniczek i czytelników, wystawione na ich osąd.
Gdzieś w tle pojawiają się jakieś problemy. Stosunek do zwierząt - zdarza się, że ktoś podrzuca Lidzie zwierzęta, żywe albo martwe, bo wiadomo, że je przygarnie albo pochowa. Ksiądz, który dzierży rząd dusz, doprowadzając tym niektóre z tych dusz do tragedii. Hipokryzja dyrektora, jej szkolnych koleżanek i kolegów. A i dalsi krewni przedstawieni są ironicznie.
Niby wszystko się zgadza, niby wszystko gra, problem w tym, że los Lidy ani mnie ziębi, ani grzeje, a już na pewno nie gorszy. Jeśli Zyta Rudzka chciała sprowokować, powołując do życia taką bohaterkę, to ja sprowokowana się nie czuję. Zresztą dziś o prowokację trudno.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz