"Sponsoring" Małgośki Szumowskiej

To kolejny film, na który niecierpliwie czekałam, ale tym razem spełnienia nie było. Nie wiem, czy to wina poprzedzającej go ostrej kampanii promocyjnej, od której uciec nie sposób, czy też może słabość tkwi w samym obrazie. Już nigdy się nie dowiem, na ile świeżość spojrzenia spowodowałaby emocjonalny odbiór tego, co na ekranie. Owszem, oglądałam z zainteresowaniem, które w pewnym momencie przerodziło się niestety w lekkie znużenie, aby pod koniec znowu powrócić, ale cały czas patrzyłam chłodnym okiem, bez emocji, a chyba nie o to chodziło Szumowskiej. Nic mnie nie zaskoczyło, nie zobaczyłam niczego, czego bym się nie spodziewała. A szkoda, bo od "33 scen z życia" bardzo kibicuję reżyserce. Powiem więcej: wiele jej poglądów i doświadczeń jest mi bliskich. Tym bardziej mi żal. Film jest dobry, ale tylko dobry. Raczej nie z tych, które pozostają w pamięci na dłużej. To, co napisałam, nie oznacza, że odwodzę kogokolwiek od wybrania się do kina na "Sponsoring". Pójść warto, choćby dla trzech aktorek: Juliette Binoche, Anais Demoustier i Joanny Kulig. No i jeszcze jedno: uważam, że francuski tytuł o wiele lepiej oddaje istotę filmu. Polski jest trochę mylący, zawęża problematykę, sprowadzając ją do kina społecznego. Ale o tym w dalszej części.

A francuski tytuł brzmi "One" i to on jest kluczem do odczytania filmu Szumowskiej. Bo dostajemy tu portrety trzech kobiet: dwóch studentek, Charlotty vel Loli i Alicji, oraz Anne, kobiety w średnim wieku, dziennikarki. Wszystkie konfrontują się ze swoją seksualnością.

Najmniej skomplikowana wydaje mi się Polka, Alicja. Spontaniczna, trochę prymitywna, pewna siebie. Zdaje się zupełnie nie żałować dokonanego wyboru. Być może pewność siebie, którą wręcz prowokuje Anne, daje jej materialna pozycja, jaką osiągnęła. To ona narzuca ton ich rozmowie, od początku dominuje i prowadzi grę. Bawi ją niepewność dziennikarki, zawodowa uprzejmość, ogłada, widoczne skrępowanie. W gruncie rzeczy chyba nią gardzi: od czasu do czasu złośliwie, po polsku komentuje jej zachowanie. Alicja nie widzi nic złego w tym, co robi. Lubi niczym nieskrępowany seks. Nie wstydzi się swojego zajęcia, a w rozmowie z Anne wręcz chełpi. Miałam wrażenie, że swoboda, z jaką podchodzi do swoich seksualnych doświadczeń, daje jej przewagę, poczucie wyższości. Mimo że młodsza, czuje, że w tej dziedzinie mogłaby swoją rozmówczynię niejednego nauczyć. Na pewno burzy jej spokój.

Zupełnie inna jest Lola. Niby też pewna siebie, ale w głębi duszy subtelna, nieśmiała, wrażliwa. Nawet jej powierzchowność jest odmienna: piegowata twarz czyni z niej bardziej niewinną dziewczynkę (nie lolitkę) niż kobietę. Ma chłopaka, który oczywiście nie wie, jak dorabia jego dziewczyna. Początkowo bagatelizuje swoją sytuację. Ona też twierdzi, że lubi to, co robi. Z czasem okazuje się, że w jej przypadku nie jest to wcale takie proste. Przeszkadzają jej ciągłe kłamstwa, do których musi się uciekać przed rodzicami i chłopakiem. Lawirowanie, kluczenie, aby niczego się nie dowiedzieli. Ma też za sobą przykre i niebezpieczne doświadczenie: seks z sadystycznym klientem (Andrzej Chyra). I chyba nie zawsze to, co robi sprawia jej przyjemność. Czasem wyraźnie się zmusza i odbębnia pańszczyznę. Przeżyje też rozczarowanie: wydaje się jej, że z jednym z mężczyzn może połączyć ją coś więcej, ale on szybko sprowadzi ją na ziemię. Dla niego Lola jest tylko dziewczyną, której płaci za seks. Jego namiętność jest tylko fizyczną namiętnością. Łajdaczy się z nią (to jego określenie) w przerwie na lunch. A ona ponosi koszty tej relacji: już nie potrafi jak dawniej być ze swoim chłopakiem, coś się zaczyna psuć. Inne są też jej spotkania z Anne. Z czasem stają się bardziej szczere i przyjazne. Obdarza ją zaufaniem, a na końcu zdradzi jej swoje prawdziwe imię, Charlotte.

Dlaczego to robią? Odpowiedź jest dość oczywista i wcale nie odkrywcza: dla pieniędzy. Wydaje im się, że to przyjemniejszy i bezbolesny sposób na zapewnienie sobie lepszego statusu materialnego. Wolą sponsoring niż harówkę w knajpie. Chcą mieć wszystko od razu. Można zapytać: czy Alicja musi studiować w Paryżu, skoro jej na to nie stać? A Charlotte koniecznie chce zmyć z siebie zapach blokowiska, z którego się wywodzi. Czy uważają, że się prostytuują? Chyba nie. Być może jednak prowokatorka Alicja wcale nie obraziłaby się, gdyby nazwać ją dziwką. W każdym razie nie robią wrażenia ofiar.

No i wreszcie najważniejsza z całej trójki, główna bohaterka, Anne. Spotkania z Alicją i Lolą burzą jej spokój. Nie potrafi tak jak jej mąż traktować ich z pogardą. Czuje się wobec nich winna. Ona nigdy o nic nie musiała walczyć, pewnie pochodzi z zamożnej francuskiej rodziny. Jej synowie też nie będą musieli o nic walczyć. Starszy, licealista, buntuje się przeciwko mieszczańskiemu stylowi życia rodziców. On gardzi tym, za czym tęskni Lola. Przynajmniej tak mu się wydaje. Jego bunt sprowadza się do opuszczania szkoły i słownych deklaracji. Nic więcej za nim nie idzie. Czy potrafiłby się wyrzec wygodnego życia? Ale to nie o nim mam pisać, wracam zatem do głównej bohaterki. Anne drażni codzienność: przewidywalna, nudna, pełna dokuczliwych drobiazgów. Świetne są sceny, kiedy poirytowana walczy ze złośliwą lodówką czy wózkiem na zakupy. Czuje się zamknięta w konwencjonalnej codzienności. Obserwujemy ją w ciągu jednego dnia, kiedy musi skończyć artykuł i jednocześnie przygotować elegancką kolację dla znajomych męża, z którymi nic jej nie łączy. A pomiędzy jednym i drugim utarczki z synami, pretensje do męża, jakieś porządki. Można powiedzieć: czego chcesz kobieto, przecież żyjesz sobie wygodnie, nie musisz martwić się o nic, szukasz dziury w całym. Ale dostatek rodzi pustkę. Czy sens jej życiu ma nadawać patroszenie ostryg na wykwintną kolację dla mężowskiego szefa, z którym nie czuje żadnego powinowactwa dusz? Nie przypadkiem tej scenie towarzyszy muzyczne gloria jak ironiczny komentarz. Czy o to tylko chodzi? Pod wpływem spotkań z dziewczynami  Anne uświadamia sobie rutynę swojej relacji z mężem, uczuciowe wychłodzenie. Nagle czuje się niespełniona i niezaspokojona seksualnie. Tym boleśniej to ją dotyka, że w komputerze męża (i syna) znajdzie filmy pornograficzne. A może i jej mąż korzysta z usług takich dziewczyn jak Alicja i Lola? Przecież Charlotta opowiada jej, że jej klienci są żonatymi mężczyznami i od niej wracają potulnie do swoich żon. Skoro Anne i jej mąż chcą tego samego, dlaczego nie mogą się spotkać? Czy rutyna codzienności zabija namiętność? Czy tak to się musi skończyć? Czy Anne jest niezaspokojoną przez obojętnego męża ofiarą, czy może to ona nie potrafi go zaspokoić, dotąd obojętna na tę sferę życia?  A może wystarczy szczera rozmowa? Film nie udziela odpowiedzi. A próba ratowania związku, jaką podejmuje Anne, wypada żałośnie. Jest rozpaczliwym błaganiem o bliskość, namiętność, a może chęcią wyzwolenia namiętności w sobie. Jak, wobec tego, rozumieć ostatnią scenę filmu? Radosne śniadanie w rodzinnym gronie, a w tle wzniosła muzyka. Ironia? Pogodzenie? Po chwilowym szaleństwie i buncie wszystko wraca na stare, dobre, wygodne tory? Tak jest dobrze? Nie wiem, mam problem z interpretacją.

Film ma  tytuł "One" (ten francuski), ale gdzieś w tle, wcale nie tak niewyraźnym i nieważnym, pozostają oni, mężczyźni: klienci, mężowie ochoczo korzystający z usług dziewczyn, które sponsorują, co nie przeszkadza im wyrażać się o nich pogardliwie. W czym są od nich lepsi? Tacy zwyczajni, porządni mieszczanie. Tak jak Alicja i Lola są zwyczajnymi studentkami. Każdy może być takim mężczyzną, co świetnie pokazuje scena kolacji, kiedy to wyobraźnia Anne gromadzi wokół stołu wszystkich klientów obu dziewczyn i sadza ich pomiędzy zaproszonymi gośćmi, nagimi jak tamci.

To tyle. Sporo refleksji po obejrzeniu, ale w czasie seansu emocjonalny chłód, a ja lubię, kiedy film mnie porusza.

Eileen Chang "Gorzkie spotkanie"

Mam z tą książką kłopot. To pierwsza chińska powieść, jaką przeczytałam. Bardzo lubię chińskie kino obyczajowe i jeśli tylko jest okazja, idę do kina, ale z chińską literaturą jakoś do tej pory się nie zetknęłam. A Eileen Chang, pisarka od 1955 roku do śmierci mieszkająca w Stanach, jest autorką opowiadania, na podstawie którego powstał scenariusz do znakomitego filmu Anga Lee "Ostrożnie, pożądanie". W Polsce wyszły dotąd dwa tomy jej opowiadań (w jednym z nich znajduje się  to, o którym wspomniałam), ale, jako że nie przepadam za krótkimi formami, to po nie nie sięgnęłam. Skusiła mnie dopiero powieść "Gorzkie spotkanie" (W.A.B. 2011; przełożyła Katarzyna Kulpa). No i mam z nią problem, a nawet kilka, a tak wiele sobie obiecywałam!

Pierwszy to rozczarowanie. Być może odpowiada za nie film Anga Lee, który tak bardzo mi się podobał, że obejrzałam go dwa razy i pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę. Kto widział, ten wie, że ta opowieść miłosna z historią w tle, aż kipi od namiętności i uczuć. A ponieważ temat książki jest nieco podobny, spodziewałam się równie intensywnej dawki emocji. Nic bardziej mylnego. Powieść jest raczej chłodna, a emocje ukryte gdzieś między wierszami. "W swojej rozpaczliwej samotności matka potrzebowała choć jednego ciepłego wspomnienia." - podobne zdania należą do rzadkości.  Nie wiem, czy taki jest styl autorki, czy też wpływ na to miało to, że "Gorzkie spotkanie" wyszło dopiero po jej śmierci. Nigdy nie zdecydowała się go wydać ze względu na liczne wątki autobiograficzne. Jej wydawca obawiał się, że pierwowzór jednego z bohaterów powieści, dawny kochanek i mąż pisarki, przypuści na nią atak. Jest wielce prawdopodobne, że czytelnik dostaje do rąk powieść niedoszlifowaną. Być może pisarka dopracowałaby ją jeszcze, gdyby zdecydowała się na wydanie. Jej wydawca miał do tej książki poważne uwagi, o czym czytelnik dowiaduje się z urywków korespondencji zamieszczonych w posłowiu. Ale może odpowiedź jest jeszcze inna. Eileen Chang była też autorką scenariuszy filmowych, a "Gorzkie spotkanie" ma w sobie coś ze scenariusza. I nie chodzi tylko o  emocje, których czytelnik musi się domyślać. Mam trochę wrażenie, że dostajemy tu zarys bardzo bogatej w liczne wątki, rozbudowanej opowieści, ale właśnie tylko zarys. Bo jest to historia nie tylko głównej bohaterki, młodej dziewczyny, Julii Sheng, ale i jej licznej rodziny: matki, ojca, jego drugiej żony, brata i wreszcie ciotki. Na kartach powieści znajdziemy też mnóstwo innych postaci: znajomych, przyjaciół, dalszych krewnych. A za każdym ciągnie się jakaś historia. Kondensacja sprawia, że dość łatwo zagubić się w licznych wątkach. Brakuje narracyjnego mięsa. Autorka swobodnie przerzuca się od miejsca do miejsca, od wątku do wątku, za nic ma upływ czasu. Bywa że między jednym wersem a następnym mija na przykład miesiąc. A może Chang była po prostu mistrzynią krótkiej formy, a gorzej radziła sobie z powieścią? Rozwodzę się tak nad tym, bo mnie ta kondensacja przeszkadza. Jestem miłośniczką rozbudowanej narracji, długaśnych opisów, opasłych powieści. Sześćset stron mi nie straszne, tu dostałam zaledwie trzysta, a materiału było na więcej.

Kolejny kłopot to background, a właściwie jego brak. Niewiele wiem o Chinach, wiedzę o tym kraju mam powierzchowną i bardzo przeszkadzało mi to w odbiorze powieści. Obawiam się, że moja interpretacja tej powieści jest skażona europejskim punktem widzenia. Nie wiem, co jest kwestią chińskich obyczajów, a co kwestią indywidualną. A to kluczowa sprawa dla zrozumienia głównej bohaterki, Julii. Czy jej dzieciństwo i młodość spędzone w domu rodzinnym uznać za nieszczęśliwe? Tak nakazuje mi mój europejski punkt widzenia. Ale może jest niewłaściwy? Może takie zimne, chłodne, pozbawione ciepła wychowanie dzieci było w Chinach w latach trzydziestych i czterdziestych zeszłego wieku czymś zwyczajnym? Na ile matka Julii, Rachel, jest kobietą ekscentryczną, nowoczesną i nieszczęśliwą w swym wiecznym poszukiwaniu szczęścia, a na ile to znowu kwestia innej obyczajowości? Czy to, że po rozstaniu z mężem zostawia swoje dzieci na łasce jego i jego drugiej żony, a sama udaje się w latami trwającą podróż po świecie, przy okazji zmieniając mężczyzn jak rękawiczki, było czymś zwyczajnym wśród zamożnych warstw chińskiego społeczeństwa? Oszczędna narracja nie ułatwia niestety orientacji w tych kwestiach. Kolejne pytanie: na ile dość swobodne obyczaje panujące w środowisku głównej bohaterki nie budziły w Chinach w tamtym czasie zdziwienia? Czy normy moralne rozluźniła trwająca wojna japońsko-chińska a potem światowa? Czy zawsze takie były? Liczne żony, konkubiny egzystujące obok siebie, wiedzące o swoim istnieniu, niejednokrotnie mieszkające pod jednym dachem to norma w tamtym okresie? Wbrew pozorom to nie są pytania bez znaczenia. Bo gdybym miała spojrzeć na Julię z mojej europejskiej perspektywy, to powiem, że jest to zamknięta w sobie, nieśmiała, niepewna siebie młoda dziewczyna, a potem kobieta, a źródeł jej osobowości trzeba szukać w jej dzieciństwie i młodości, w relacjach z rodzicami. Odtrącona przez wiecznie podróżująca matkę, maltretowana psychicznie przez uzależnionego od opium ojca i jego drugą żonę, przystań znajduje w domu ciotki, Trudy, kobiety samodzielnej, singielki, jeśli przyłożyć dzisiejszą miarę (a nie wiem, czy wolno). Potem wdaje się w romans ze starszym od niej krytykiem (Julia próbuje swoich sił jako pisarka), ale nie jest jedyną kobietą w jego życiu. Pomijam żony, które jej nie przeszkadzają, ale są i inne, więc Julia cierpi, ale długo nie umie się od niego uwolnić. A ryzykuje tym bardziej, że jej ukochany współpracuje z kolaborującym z Japończykami rządem, więc po wojnie zostaje uznany za zdrajcę. Nie jestem jednak pewna, czy tak powinnam na nią patrzeć. Może jej dzieciństwo nie było wcale takie nadzwyczajne? A jak traktować te liczne kobiety w życiu jej kochanka? O żony nie jest zazdrosna, o pozostałe tak. Czy Shao Zhiyong jest draniem żerującym na jej uczuciu, a ona zaślepioną miłością, nieszczęśliwą, wykorzystywaną kobietą? Ja ich tak odbieram, ale czy słusznie?

To wszystko sprawia, że chociaż powieść przeczytałam ze sporym zainteresowaniem, emocjonalnie pozostałam obojętna. Nie wzruszyłam się jakoś szczególnie losem Julii Sheng. A szkoda, bo jej historia ma potencjał frapującej, kipiącej emocjami opowieści. Tym bardziej, że osadzona jest w trudnych, wojennych i tuż powojennych czasach, a bohaterowie muszą się zmagać z biedą, głodem i politycznymi wyborami. Mimo rozczarowania, jakiemu dałam wyraz, dam Eileen Chang jeszcze jedną szansę, jeśli tylko wyjdzie jej kolejna powieść.

"Róża" Wojciecha Smarzowskiego. Film nie tylko o miłości.

To jeden z tych filmów, na które z niecierpliwością czekałam. Raz, że należę do licznego grona miłośników twórczości Smarzowskiego. Dwa, że bardzo interesował mnie temat. I wreszcie trzy, że od festiwalu w Gdyni wszyscy się "Różą" zachwycają. Oczywiście bywa, że oczekiwania, szczególnie tak bardzo wyśrubowane, nie zostają spełnione. Wiele razy przyszło mi się rozczarować chwaloną powieścią czy filmem. Na szczęście dobra passa polskiego kina trwa. Po "Wymyku" i "W ciemności" to kolejny poruszający, mocny film, który trzeba zobaczyć. Muszę przyznać, że chociaż znałam temat, kilkakrotnie widziałam w kinie zwiastun i nie do końca udało mi się uniknąć medialnego szumu wokół "Róży" (tak zwykle bywa, kiedy film jest tak bardzo zapowiadany), przebieg akcji zaskoczył mnie kompletnie. To jeszcze jedna zaleta obrazu Smarzowskiego. Odbieram ten film nie tylko jako romans, ale może przede wszystkim jako opowieść o tym, co działo się na Mazurach przyłączonych do Polski po drugiej wojnie światowej. Historia w czasach PRL-u zakłamana i przemilczana, a i dziś słabo znana. I jakoś nie wierzę w zapewnienia reżysera, że chciał nakręcić opowieść o miłości, a kontekst był nieistotny. Dla mnie kontekst jest tu najważniejszy, a i miłość pokazana jest też w sposób daleki od schematów, nie jak w romansie. Tyle tytułem wstępu. Jeszcze raz podkreślam, że film zobaczyć trzeba koniecznie, mimo że nie jest to kino weekendowe. Miłośnicy Smarzowskiego wiedzą na pewno doskonale, czego się spodziewać. A kto już "Różę" widział, może przeczytać ciąg dalszy. Jak zwykle zapraszam.

Odkąd zachwyciłam się powieścią Lenza "Muzeum ziemi ojczystej", która opowiada o historii Mazur i Mazurów, a pisana jest z ich perspektywy, temat ten niezwykle mnie zainteresował. Chociaż wcześniej ze względu na koligacje rodzinne troszeczkę o tym wiedziałam, to jednak dopiero ten niemiecki pisarz otworzył mi oczy i nie tylko jego literatura, ale i skomplikowana historia tamtych terenów stały się dla mnie odkryciem. Czytajcie Lenza!!!, muszę jeszcze raz zaapelować (o jego dwóch powieściach pisałam). A najbardziej przejmującym momentem w książce, którą tu przywołuję, jest ucieczka Mazurów przed armią sowiecką. I właśnie to najmocniej łączy powieść z filmem Smarzowskiego. Reżyser pokazuje tych, którzy zdecydowali się zostać. Bohaterowie Lenza, którzy uciekli, tęsknią za Mazurami, ale okazuje się, że pozostanie tam było równie niebezpieczne jak ucieczka. A exodus był też częścią historii Róży. I ona w pierwszym momencie wraz z córką, a może ze względu na nią, decyduje się szukać ratunku na statkach, które stanowiły wtedy jedyną drogę ewakuacji. Po drodze czeka ją strach i brutalne gwałty dokonywane masowo na niemieckich kobietach przez sowieckich żołnierzy. O problemie, który jeszcze do niedawna był tabu, troszeczkę się od jakiegoś czasu mówi. Zainteresowanych odsyłam do bardzo ciekawego wywiadu z profesorem historii z Uniwersytetu Gdańskiego, Józefem Włodarskim, który ukazał się w sobotnim wydaniu Gazety Wyborczej ("Czas kobiet"). Po raz kolejny zadaję sobie pytanie, jak można żyć, kiedy wycierpiało się tyle: strata męża, strach, poniewierka, nędza, wielokrotne gwałty i jeszcze troska o córkę, która jest niemym świadkiem tego, co dzieje się z matką. Ale po powrocie wcale nie jest lepiej. Głód, harówa w gospodarstwie, wieczny strach przed Rosjanami i Polakami, napady rabunkowe i samotność. Bo jakby tego było mało, Róża zostaje odtrącona także przez swoich. O tym mechanizmie także opowiada profesor Włodarski we wspomnianym wywiadzie. Nic dziwnego, że jest zamknięta w sobie, ponura, milcząca i nieufna. Bliskość jej i Tadeusza rodzi się stopniowo i niepostrzeżenie. Żaden to gwałtowny, namiętny romans. Nie ma westchnień, miłosnych wyznań ani seksu. Być może Róża wielokrotnie gwałcona boi się miłosnych zbliżeń. Pewnie przeżywa traumę, oczywiście wtedy nie tak o tym mówiono. Mamy za to codzienność: rozminowywanie pola, sadzenie ziemniaków, sprzątanie domu, cerowanie rozerwanych portek, zdobywanie tego, co do przeżycia konieczne. I troskę, coraz większą troskę Tadeusza o Różę i strach o nią. Bo nadal szerzą się napady, zdemoralizowani Sowieci za cichym przyzwoleniem polskich władz pozwalają sobie na wszystko, szczególnie wobec rdzennych mieszkańców tych ziem. Róży grozi deportacja, więc Tadeusz stara się zrobić wszystko, aby uniknęła tego losu. Wreszcie najgorsze: lęk o jej zdrowie, a w końcu walka nie tyle o życie, ile o uśmierzenie bólu. Dni Róży i Tadeusza upływają w wiecznym napięciu i strachu. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, spodziewać się można najgorszego. Pełno tu przemocy i zwierzęcych krzyków. Kiedyś gwałcona Róża milczała, teraz broni się i wyje. Może przelała się czara goryczy, a może wreszcie próbuje zakosztować zwyczajnego życia, więc gwałt jest gwałtem podwójnym: na niej i na codzienności. W tym nienormalnym, niespokojnym czasie, najeżonym strachem, sceny miłosne naznaczone są zwyczajnością. To jazda na rowerze, wspólna rozmowa na ławce pod domem (o mazurskich zwyczajach związanych ze śmiercią), śpiewana piosenka i pocałunek. Tyle. Więcej nie będzie im dane, bo Róża umrze. Muszę przyznać, że takiego obrotu sprawy zupełnie się nie spodziewałam. Czułam, że ta historia, szczególnie opowiadana przez Smarzowskiego, nie może mieć happy endu, ale raczej spodziewałam się rozstania bohaterów wymuszonego deportacją Róży albo uwięzienia, ewentualnie śmierci w wyniku napadu. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie decyzja umierającej Róży, która ratując córkę, wymusza na niej i na Tadeuszu małżeństwo. To zresztą historię jeszcze bardziej komplikuje i czyni  wieloznaczną.

Smarzowski nikogo nie oszczędza. Pokazuje małość i nikczemność każdej ze stron. Miejscowych, którzy odwracają się od Róży i dopiero śmierć sprawi, że zgromadzą się wokół jej trumny. Polaków, którzy traktują Mazurów jak śmiecie, a swoich, stojących w czasie wojny po drugiej stronie barykady, jak zdrajców i wrogów. Ale nie chodzi tylko o komunistyczne władze i panoszącą się służbę bezpieczeństwa. Także rola przesiedleńców z Wileńszczyzny jest dwuznaczna. Czy Władek wsypał Tadeusza, czy po prostu skorzystał z okazji i zajął gospodarstwo po Róży? Wszak wielokrotnie zarzucał mu nieostrożne postępowanie, a być może w jakiś irracjonalny sposób obwiniał o zgwałcenie  żony. I wreszcie Rosjanie. Tym dostaje się najbardziej.

Świat pokazany przez Smarzowskiego jak zwykle jest okrutny i beznadziejny. Pełen dzikich, zwierzęcych, pierwotnych zachowań i emocji. Zewsząd czyha niebezpieczeństwo, wszędzie czai się zło. Jednak coś różni ten film od "Wesela" i "Domu złego". To ci wszyscy niezłomni i zwyczajnie dobrzy bohaterowie: przede wszystkim Róża i Tadeusz, ale też dwaj lekarze: Polak i Rosjanin, niemiecki pastor, córka Róży, Jadwiga, początkowo nieufna i zagniewana, ale potem pogodzona z wyborem matki. No i zakończenie: z jednej strony mroczne i tragiczne, z drugiej podszyte nadzieją. Bo w tym strasznym świecie jest przynajmniej dwoje takich, którzy mogą się na sobie wesprzeć (trochę egzaltowanie to brzmi, ale innych słów nie znajduję). W każdym razie ja tak odebrałam finałowe sceny filmu. Zgadzam się jednak, że tego optymizmu i nadziei można nie dostrzec. "Róża" wstrząsnęła mną i poruszyła. Nie mogę o niej zapomnieć, wciąż mam w głowie obrazy z tego filmu: spokojną twarz Marcina Dorocińskiego i wyjącą z bólu Agatę Kuleszę (właściwiej byłoby oczywiście napisać: Różę). A świetne aktorstwo to jeszcze jedna zaleta filmu Smarzowskiego.

Hans Fallada "W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944"

Proszę się nie obawiać. Wbrew tytułowi ta książka to nie zapiski więzienne, a notatki robione w więzieniu. Jaka to różnica? Otóż zasadnicza: jest to spisana w celi, z narażeniem życia, opowieść o życiu w III Rzeszy w latach 1933-1944, a bohaterem tej historii jest sam Fallada, niemiecki pisarz stosunkowo mało u nas znany. Tak się dziwnie złożyło, że, oprócz książki, o której piszę: "W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944" (Czytelnik 2011; przełożył Bogdan Baran), wyszła właśnie jedna z jego powieści wydana przez całkiem inne wydawnictwo ("Każdy umiera w samotności" Sonia Draga). Na razie czeka grzecznie na swoją kolej na półce. Ale do rzeczy.

Kiedy spojrzymy na tytuł i skojarzymy go z datą, możemy łatwo ulec kolejnemu złudzeniu. III Rzesza, wojna, więzienie, a więc pewnie sprawa polityczna. Otóż nic bardziej błędnego. Fallada odbywa karę w więzieniu dla umysłowo chorych, gdzie trafił z zarzutem usiłowania zabójstwa swojej żony. Nie pierwszy to zresztą wyrok w awanturniczym życiu artysty. To właśnie w takich warunkach powstaje dziennik, a właściwie pamiętnik czy wspomnienia. Ma być świadectwem prawdy o tamtych czarnych czasach. Autor daje upust swojej nienawiści do nazistów, ale też tłumaczy, dlaczego nie wyemigrował jak wielu innych artystów. A pozostanie w kraju z konieczności wymuszało wiele kompromisów. Ponieważ szczerość mogła kosztować go życie, Fallada pisze swoje wspomnienia drobnym maczkiem, używa wielu skrótów na przykład n. oznacza nazistów. W ten sposób minimalizuje ryzyko w razie wpadki. W końcu korzystając z przepustki, wynosi swój dziennik poza więzienie i skrzętnie ukrywa. Dlatego zapisków nie doprowadza do końca.

Wspomnienia Fallady to obraz życia w III Rzeszy. Pierwsza notatka zaczyna się od dnia, kiedy spłonął Reichstag, ostatnia to  lata wojny. Oczywiście, jak już wspomniałam, bohaterem tej książki jest sam pisarz i jego najbliżsi: rodzina, przyjaciele. Ale oprócz tego dostajemy obraz degeneracji społeczeństwa niemieckiego w czasach nazizmu. Wspomnienia są odpowiedzią na pytanie, jak udawało się żyć w III Rzeszy, jeśli nie podzielało się powszechnie panujących poglądów.

To historia artysty, pisarza, człowieka, który nie interesuje się polityką, ale żyje w takim miejscu i w takim okresie, że od polityki uciec nie sposób. W tych momentach historia dogania każdego i zmusza do zajęcia jakiegoś stanowiska. Można mówić, że polityka nas nie obchodzi, ale zawsze ma wpływ na nasze życie, czy sobie tego życzymy czy nie. A w burzliwych czasach,  w jakich przyszło żyć Falladzie, ten wpływ był większy niż zwykle. Cenzura, zakazy wydawania pisarzy znajdujących się na liście artystów niepożądanych, palenie książek uznanych za nieprawomyślne. Co ma zrobić artysta, kiedy jego twórcza wolność zostaje ograniczona? Wielu decyduje się na emigrację, on zostaje. Wyjazd za granicę to niepewność, poniewierka, często ucieczka, bieda, zaczynanie wszystkiego od nowa. Ale pozostanie w kraju to albo decyzja o współpracy z nazistami, albo borykanie się z kłopotami finansowymi i polityczne represje, albo wieczne lawirowanie pomiędzy władzą a wiernością swoim poglądom. To szukanie tej cienkiej granicy po przekroczeniu której traci się twarz. Fallada stale lawiruje. Z jednej strony pisze o swojej nienawiści do nazistów, pomstuje na to, co zrobili z niemieckim narodem, z drugiej stara się pisać i wydawać. Martwi się, że trafi na listę artystów niepożądanych, bo to grozi utratą dochodów. Jak daleko musi się posunąć, niech świadczy fakt, że w pewnym okresie pisze scenariusz filmowy i zgodnie z instrukcją Goebelsa idzie na daleko idące ustępstwa, dopisując zakończenie w duchu nazistowskim. Po cichu liczy na to, że zanim film będzie gotowy, władza upadnie. Może po to, aby usprawiedliwić siebie, a może po to, aby oddać prawdę o tamtych czasach, pisze też o innych. Na przykład o swoim znajomym, znanym rysowniku, który regularnie publikował  karykatury w jednym z nazistowskich pism. Jak się tłumaczył? Była wojna, wrogami III Rzeszy byli Churchill, Roosevelt i Stalin, więc z nimi walczył swoimi rysunkami. A za zasługę poczytywał sobie, że nie rysuje karykatur antysemickich. A jego żona usprawiedliwiała go przymusem rysowania. Pewnie dlatego, zdając sobie sprawę z dwuznaczności swojej sytuacji, kilkakrotnie gwałtownie krytykuje emigrantów. Pisze, że nie mają prawa się wypowiadać o czymś, o czym nie mają pojęcia. Szydzi z emigracyjnych apeli o stawianie aktywnego oporu  nazistom. Twierdzi, że łatwo wzywać z bezpiecznego portu. Mówi, że nie wiedzą, ilu trudów i wyrzeczeń wymagało zabieganie o zwykłe, codzienne sprawy: zdobywanie pieniędzy, opału, żywności. Jak tłumaczy swoją decyzje o pozostaniu? Zwyczajnie: apolitycznością i miłością do kraju. Przyznaję, że trudno mi zrozumieć podobne postawy. A jeszcze trudniej zachowanie wielu po wybuchu wojny. Wydawca Fallady, kiedy się o tym dowiaduje, wraca z emigracji i mimo swoich antynazistowskich poglądów zaciąga się do wojska.

Druga warstwa tych wspomnień to obraz degeneracji stosunków międzyludzkich. Przede wszystkim wieczna nieufność spowodowana powszechnym donosicielstwem. Ostrożność należy zachować nawet wobec dawnych przyjaciół. Jak pisze Fallada:

"...gdy wówczas zeszło się w Niemczech trzech ludzi, jeden na pewno był donosicielem."

Pisarz też padł ofiarą takiego donosu, czego omal nie przypłacił życiem. Szczęśliwie skończyło się tylko na kilkunastodniowym areszcie, skąd dzięki staraniom żony i znajomych udało mu się wyjść. A pobudki kierujące donosicielami były nie tylko ideowe, ale przede wszystkim materialne. Zwykła, ludzka chciwość przykryta dla niepoznaki nazistowską ideologią wtrącała ludzi do więzień, a często prowadziła na śmierć. Kolejna sprawa to robienie karier przez rozmaite miernoty wierne nazistom. Fallada długo rozpisuje się o dwóch wójtach po kolei sprawujących władzę w wiosce, w której mieszka. Byli bezkarni, bo cieszyli się całkowitym zaufaniem partii. A układać się z nimi jakoś było trzeba, bo to od takich ludzi zależał na przykład przydział opału na zimę. Pisarz obserwując życie małej, spokojnej miejscowości, w której mieszka, pokazuje, jak zmieniają się stosunki sąsiedzkie. W miejsce wzajemnej życzliwości, uczynności, sympatii i zaufania wkrada się podejrzliwość, nieufność, donosicielstwo i zwierzęca walka o zapewnienie materialnej egzystencji. Ciekawy jest też obraz czasu wojny. Z perspektywy Fallady wojna to przede wszystkim codzienna udręka, kombinowanie, skąd zdobyć opał czy dodatkowy przydział żywności. I wreszcie antysemityzm. Dziennik jest dowodem na to, jak antysemicka propaganda przesiąka ludzkie umysły. Fallada wielokrotnie twierdzi, że nie jest antysemitą, ale też wielokrotnie daje dowody, jak antysemickie stereotypy zadomowiły się w jego sposobie myślenia. Powiela na przykład stereotyp o żydowskiej chciwości, w innym miejscu użyje pogardliwego epitetu drobny, wynaturzony Żydek, na kolejnych stronach z ubolewaniem pisze o zmianie swoich poglądów na temat Żydów.

Kupiłam i przeczytałam tę książkę ze względu na tematykę i entuzjastyczną notkę, jaką o niej przeczytałam na łamach książkowej rubryki w jednym z tygodników. Muszę przyznać, że po przeczytaniu poczułam się trochę rozczarowana. Pewnie miałam zbyt wielkie oczekiwania i stąd ten niedosyt. Owszem, książka jest ciekawa, ale jakoś szczególnie mnie nie poruszyła. A może to kwestia rozgadania tak charakterystycznego dla wspomnień czy dzienników. Groza gdzieś rozmywa się pośród żywiołu opowieści o znajomych i zdarzeniach czy pośród dygresji. Znacznie bardziej przeżyłam inne lektury na ten sam temat: "Południcę" Julii Franck, "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrida Lenza (o obu pisałam) i "Aimee i Jaguar" Erici Fischer (lektura jeszcze z czasów przedblogowych). Te książki naprawdę polecam. A po Falladę też sięgnąć na pewno warto. Może dla kogoś, kto jest miłośnikiem dzienników, takie świadectwo będzie bardziej interesujące? A ja jestem ciekawa powieści Fallady, która czeka cierpliwie na półce.

Necla Kelek "Slodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji"

Niedawno w ramach przeglądu najciekawszych filmów z festiwalu Nowe Horyzonty obejrzałam "Pewnego razu w Anatolii" Ceylana (napiszę o nim w marcu, kiedy wejdzie do kin). Tak bardzo spodobał mi się ten film, że postanowiłam od razu zabrać się za leżącą od Bożego Narodzenia na półce "Słodko-gorzką ojczyznę. Raport z serca Turcji" Necli Kelek (Czarne 2012; przełożyła Elżbieta Kalinowska). Gdyby nie film, pewnie ta książka poczekałaby na swoją kolej trochę dłużej, ale chciałam pooddychać jeszcze atmosferą Anatolii. Udałam się więc w podróż w odległe rejony Turcji, za przewodniczkę mając Neclę Kelek, Turczynkę wychowaną i mieszkającą w Niemczech. A może Niemkę? Wszak większość swojego życia spędziła w kraju naszych zachodnich sąsiadów. Najlepiej będzie, jeśli głos w tej sprawie oddam autorce:

"Jestem szczęśliwa, że mogę powiedzieć: jestem Niemką i Europejką, ale przez to wcale nie mniej Turczynką."

Kelek jest w swojej pierwszej ojczyźnie częstym gościem, choćby dlatego, że ma tam liczną rodzinę. Nic dziwnego, że to, co się tam dzieje, żywo ją interesuje. To nie jej pierwsza książka o Turcji, relacjach niemiecko-tureckich i diasporze tureckiej w Niemczech. Czym jest wydana właśnie "Słodko-gorzka ojczyzna"? Trochę reportażem, trochę publicystyką, trochę relacją z podróży, a trochę wspomnieniem z czasu dzieciństwa spędzonego najpierw na prowincji w głębi kraju, a potem w Stambule. Autorka przygląda się Turcji krytycznie, ale i czule (stąd tytuł). Nie wypiera się swoich korzeni i związków z krajem.

To, co wydało mi się najciekawsze, dlatego książkę kupiłam, to spojrzenie na Turcję z perspektywy jej serca, czyli prowincji, a nie tylko Stambułu. Taką optykę narzucają nam w dużej mierze powieści Pamuka i Safak, ale też niektóre reportaże. I jest to obraz na tyle silny, że zapomina się o tureckich filmach czy książkach, które opowiadają o prowincji. A przecież widziałam i czytałam również takie. Choćby "Śnieg"  przywołanego przed chwilą Pamuka. A jednak kiedy myślimy Turcja, pierwszym skojarzeniem jest Stambuł, a nie na przykład południowo- wschodnie tereny, dziś zamieszkane przede wszystkim przez Kurdów, kiedyś kolebka chrześcijaństwa. Kelek odbywa podróż w towarzystwie swojego niemieckiego partnera. Mimo że jest Turczynką, samotne włóczenie się po tej części kraju byłoby niebezpieczne. W wielu miejscach nawet we dwoje czują się nieswojo. To nadal kraj mężczyzn, kobiety pędzą życie domowe i sąsiedzkie, często za murami starych domostw. Tam czują się swobodnie, tam mogą zdjąć chusty. Autorka zwraca uwagę na to, że kraj pod rządami AKP i premiera Erdogana powoli, ale nieubłaganie ulega reislamizacji. Coraz więcej kobiet w chustach i czadorach, coraz większy wpływ religii na obyczaje i regulacje prawne, coraz większe przyzwolenie państwa na taki stan rzeczy. Islam wciska się trochę tylnymi drzwiami, powoli, niepostrzeżenie, ale bardzo skutecznie. A przecież, co autorka przypomina, Imperium Osmańskie było państwem, w którym żyły obok siebie różne narodowości i ludzie różnych wyznań. Skończyło się to wraz z jego upadkiem i powstaniem Turcji pod wodzą Ataturka. Ale wtedy z kolei nastąpił rozdział religii od państwa. Dziś i jedno, i drugie jest już przeszłością.

Kelek spogląda na swą drugą ojczyznę z perspektywy kobiecej. Pisze o męskiej i rodzinnej dominacji i ich konsekwencjach dla kobiet. Honorowe zabójstwa albo zmuszanie do samobójstwa, aranżowane małżeństwa, porwania i więzienie kobiet, które próbują ułożyć sobie życie po swojemu, i wreszcie zwyczajna domowa przemoc, która w takim kraju jak Turcja jest szczególnie dotkliwa, bo kobieta pozostaje najczęściej bezbronna. Oczywiście te wszystkie procedery są przez prawo zakazane, ale siła tradycji, szczególnie na prowincji, jest ogromna. Państwo po cichu kapituluje przed obyczajem. Swoją podróż odbywa autorka częściowo śladami kobiet i w ich sprawach. Ale oprócz tych maltretowanych i prześladowanych spotyka też takie, którym udało się wybić na samodzielność, wyrwać z rodzinnych więzów. Rozmawia z pracownicami organizacji pomagających kobietom. To  postęp: jeszcze kilkanaście lat temu takich stowarzyszeń po prostu nie było. Bardzo ciekawa jest historia Nergis, żyjącej na prowincji wykształconej singielki. Jest akceptowana jako szefowa austriackiej firmy, ale przeźroczysta jako kobieta, bo niezależna i samotna. Nawet ona, wykształcona, niezależna finansowo, samodzielna, musi iść na różne rodzinne kompromisy.

Można powiedzieć, że książka Kelek jest rodzajem rozprawy w sprawie o członkostwo Turcji w Unii Europejskiej. Wydany przez nią wyrok brzmi: nie. Autorka pokazuje, jak wiele dzieli jej miejsce urodzenia od Europy. Inne  wartości, przekonania, obyczaje i standardy. To wykształcone elity kilku dużych miast marzą o Zachodzie, prowincja wcale za nim nie tęskni i ani myśli zmieniać uświęcone tradycją i religią wielowiekowe obyczaje i styl życia. A obecna władza zdaje się temu po cichu sprzyjać. Narzucanie islamskiej kultury wszystkim niezależnie od światopoglądu, pozorna demokracja, nieakceptowanie równouprawnienia kobiet, dominacja wspólnoty nad jednostką, wpływy armii, niezdolność do dialogu, obrażanie się na krytykę i wreszcie amnezja dotycząca wstydliwej przeszłości (nierozliczenie się z ludobójstwa Ormian, a wręcz zaprzeczanie, że miało miejsce) to przyczyny, dla których Turcja, zdaniem autorki, nie powinna jeszcze zostać przyjęta do Unii. Kelek sięga w przeszłość i pokazuje historyczne przyczyny takiego stanu rzeczy. Źródeł współczesnych procesów społecznych i sytuacji politycznej dopatruje się z jednej strony jeszcze w czasach osmańskich (sytuacja kobiet, dominacja wspólnoty nad jednostką, niesamodzielność społeczeństwa, wyznawany przez mężczyzn kult nicnierobienia), z drugiej w spuściźnie kemalistowskiej (wpływy armii, pozory demokracji). A na to wszystko dzisiaj nakładają się rządy AKP. Muszę przyznać, że autorka jest bardzo przekonywująca. Nigdy jakoś specjalnie nie zastanawiałam się nad sporem wokół przyjęcia Turcji do Unii, a raczej pod wpływem obrazu wykreowanego w powieściach Pamuka, byłam skłonna uważać, że problemu nie ma i należy spełnić marzenia Turków o wstąpieniu do rodziny krajów Zachodu. Po przeczytaniu "Słodko-gorzkiej ojczyzny" zaczynam dostrzegać przepaść. Zresztą, jak  od czasu do czasu donosi prasa, po arabskiej rewolucji Turcja zaczyna zmieniać swoje priorytety i niekoniecznie nadal  tak bardzo spieszy do Europy (przynajmniej nieoficjalnie).

Znajdziemy w tej książce wiele spraw bardzo ciekawych. Trudno tu pisać o wszystkim, nie o to też przecież chodzi. Chciałam zasygnalizować jeszcze dwie. Przyznam, że nie miałam o nich pojęcia. Jedna to niechlubna rola Turcji w kwestii żydowskiej. Autorka opisuje dramatyczne losy statku wypełnionego po brzegi żydowskimi uciekinierami z Rumunii, który nie dostał pozwolenia na zacumowanie w jednym z tureckich portów, co było konieczne ze względu na poważną awarię. W końcu po tygodniach stania na redzie został zmuszony do opuszczenia tureckich wód, co oznaczało wydanie tych pasażerów, którzy przetrwali tragiczne warunki, jakie tam panowały, na pewną śmierć. Tak się stało. Dryfujący po wodach Morza Czarnego statek został trafiony torpedą. Przeżył jeden pasażer. A to tylko jeden z wielu haniebnych przykładów tureckiej polityki wobec Żydów przed i w czasie wojny. Druga niezwykle ciekawa kwestia to polityka niemieckich władz wobec Turków mieszkających w Niemczech. Nie chodzi tu tylko o fiasko asymilacji. O tym sporo się ostatnio pisze. Znacznie gorsze jest to, że demokratyczne państwo wyznające świeckie wartości kapituluje i staje się bezradne wobec na przykład nierównego traktowania Turczynek. Wewnątrz tureckiej diaspory zachodzą te same procesy, co w Turcji. A macki tureckiego urzędu do spraw religii sięgają na terytorium Niemiec. Nie muszę dodawać, jak oburza to autorkę.

I na koniec chcę jeszcze raz powrócić do podróży na wschód. Od kilku lat marzę o zwiedzeniu wnętrza Turcji. Niekoniecznie Stambułu, niekoniecznie Kapadocji, ale właśnie tych południowo-wschodnich terenów, gdzie mieszają się różnorakie kultury, gdzie można odnaleźć najstarsze zabytki chrześcijańskie. Kelek opisując stare miasta zamknięte za ścianami murów, wąskie uliczki, medyny, kościoły i meczety, jeszcze bardziej wyostrzyła mój apetyt. Mimo że nie jest to reportaż podróżny, to jednak te nieliczne opowieści turystki, jaką na chwilę staje się autorka, są tak zmysłowe i ciekawe, że wzbudzają tęsknotę za tymi niezwykłymi, dalekimi miejscami. Niestety autorka uświadomiła mi z całą mocą to, co podejrzewałam: samotna wyprawa w tamte rejony jest raczej niemożliwa. I tą smutną konstatacją kończę opowieść o tej bardzo ciekawej książce. Dla miłośników Pamuka, Safak, Ceylana i innych tureckich artystów pozycja obowiązkowa.

"Rzeź" Romana Polańskiego

    Tym razem najnowszy film Polańskiego nie rozczarował mnie jak poprzedni "Autor widmo". Może dlatego, że doskonale wiedziałam na co idę, bo wiosną widziałam w teatrze "Boga mordu" Yasminy Rezy, sztukę, na której oparty został scenariusz. Nie rozczarował, nie oznacza wcale, że jakoś szczególnie się zachwycam. Pewnie wszyscy już wiedzą, że "Rzeź" to historia jednego popołudnia, kiedy to dwie pary małżeńskie spotykają się, aby wyjaśnić konflikt pomiędzy ich nastoletnimi synami. Jedno mieszkanie, cztery osoby i rozmowa, która krok po kroku przeradza się w kłótnię. Spadają maski, zmieniają się sojusze, wychodzą na wierzch skrywane urazy i pretensje. Para przeciw parze, kobiety przeciw mężczyznom (i odwrotnie), żony przeciw mężom (i, jak łatwo się domyślić, odwrotnie). Znikają gdzieś polityczna poprawność, dobre wychowanie, maniery, uprzejmość, szacunek, miłość, dialog, chęć porozumienia, pojawiają się egoizm, chamstwo, szyderstwo, pogarda, złość, niekontrolowane wybuchy gniewu. Trudno powiedzieć jednak, aby film Polańskiego był szczególnie ostry, jak uważają niektórzy. Raczej jest to przyjemna rozrywka i koncert gry aktorskiej, niż z pasja wykrzyczane oskarżenie. Nie wyszłam po seansie jakoś szczególnie poruszona czy zamyślona. Górę w filmie Polańskiego bierze ton rozrywkowy nad poważnym. Gdzie "Rzezi" do takiego na przykład "Placu Zbawiciela" Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze! Ani takiej temperatury, ani siły rażenia! A przecież oba filmy są w pewnym sensie podobne: obnażają prawdziwe oblicze zwyczajnych, porządnych mieszczan. To pierwszy z brzegu przykład, jaki wpadł mi do głowy, ale pewnie mogłabym podać ich więcej. Tak więc "Rzeź" polecam przede wszystkim dla aktorów, bo śledzenie ich gry jest przyjemnością samą w sobie, ale radzę nie oczekiwać dużo więcej ponad inteligentną rozrywkę.

"Code blue" Urszuli Antoniak

O tym filmie było głośno, zanim wszedł na ekrany. Pokazywany na festiwalu w Cannes, potem we Wrocławiu na Nowych Horyzontach. Jedni się zachwycają, dla innych to obraz kontrowersyjny. Ale nie tylko z tego powodu poszłam do kina. Po prostu podobał mi się pierwszy film Urszuli Antoniak "Nic osobistego" (pisałam tu o nim). W obu widać bardzo osobisty charakter filmowego pisma tej polskiej reżyserki tworzącej w Danii. W obu dostrzec można podobne tematy dręczące autorkę: samotność i śmierć. Jak słyszałam, nie bez wpływu na to była osobista tragedia. "Code blue" to opowieść o przeraźliwie samotnej pielęgniarce pracującej, chyba, w hospicjum. Ta praca to jej wybór, jak mówi lekarzowi: Tu mi się podoba.(Cytat z pamięci.) Film jest bardzo mocny (Mam wrażenie, że ostatnio często powtarzam te słowa.), właściwie na granicy wytrzymałości. Ale wbrew pozorom te najstraszniejsze sceny wcale nie są związane ze śmiercią. Śmierć nie jest też, moim zdaniem, głównym tematem tego filmu, co sugerują zapowiedzi. Tak czy inaczej nie sposób o nim zapomnieć. To, co widzimy na ekranie, powraca, mimo że chciałoby się być może zapomnieć. Na pewno jest to film ważny, ale nie przyłączę się do chóru zachwyconych. I nie z powodu jego ostrości. Lubię mocne, targające kino. Dlaczego w takim razie wyszłam z mieszanymi uczuciami, a ostatecznie jestem raczej na nie? Otóż z powodu formy! Film jest tak bardzo przeestetyzowany, że sprawia wrażenie jakiegoś artystycznego, wydumanego, zimnego tworu. Świat pokazany na ekranie reżyserka ogołociła z życia, brakuje mu realności. Taka filmowa estetyka z góry skazuje "Code blue" na nieliczną, głównie festiwalową publiczność. Szkoda. Więcej uwag jak zwykle w ciągu dalszym. Zapraszam tych, którzy film już widzieli.

Muszę przyznać, że taki sposób filmowego opowiadania chyba najbardziej mnie w kinie drażni. Jeśli domyślam się, że będę miała do czynienia z bardzo artystycznym dziełem, raczej je sobie darowuję, a jeżeli już przypadkowo dam się wpuścić w estetyczne maliny, żałuję i składam sobie obietnicę, że uważniej będę wybierała to, co oglądam. Tym razem jednak i tak bym pewnie poszła do kina, bo naprawdę podobał mi się debiut Urszuli Antoniak. Już tamten film miał podobne ciągotki, ale jakoś się jeszcze ziemi trzymał. Ten nie. Powolne tempo, wysublimowane, chłodne kadry, świat wyabstrahowany z realizmu, sprawiający wrażenie makiety, sceny, o których nie wiemy, czy są prawdziwe, czy rozgrywają się tylko w wyobraźni bohaterki, nagłe przechodzenie na angielski (Dlaczego? Ma ten zabieg podkreślić uniwersalność opowiadanej historii, która mogłaby się zdarzyć wszędzie?), pustka, szarość to wszystko sprawia, że nie potrafię do końca przejąć się losem Marian. W tym sztucznie wypreparowanym świecie odbieram ją jak symbol, a nie jak żywą kobietę z krwi i kości. Filmów o samotności widziałam w ciągu ostatniego roku kilka i muszę przyznać, że losy samotnych bohaterów meksykańskiego "Roku przestępnego", a przede wszystkim znakomitego "Kolejnego roku" Mike'a Leigh poruszyły mnie znacznie bardziej. Zdecydowanie też wolę "Pianistkę" Hanekego, do której "Code blue" zdradza pewne podobieństwo. Tyle wybrzydzania, a teraz zajmę się problemami, jakie film porusza.

Marian jest kobietą samotną. Z wyboru pracuje w hospicjum (a może to szpital?), głównie nocą. Jak duch przemierza sterylne, szpitalne korytarze, zagląda do sal, w których leżą terminalnie chorzy. Jest dla nich czuła, delikatna, troskliwa, cierpliwa. Myje stare, wychudzone ciała, trzyma za rękę, głaszcze. Robi to wszystko, o czym myślimy z lękiem albo nawet z obrzydzeniem. Antoniak pokazuje w swoim filmie to, o czym wolimy zapomnieć: starość, chorobę, śmierć. Nie oszczędza widza. Już w pierwszej scenie jesteśmy świadkami agonii. Nie uchyla się od kontrowersyjnych tematów. Widzimy udrękę choroby i umierania, patrzymy, jak ta sytuacja wyzwala w bliskich niskie uczucia (Ktoś szepcze: Chcę, żebyś już umarł.). Przeraźliwą samotność i anonimowość w sterylnym szpitalu. Marian chce jakoś ocalić tych wszystkich umierających ludzi, wyrwać ich z anonimowości. Może dlatego gromadzi w domu ich osobiste przedmioty, ślady życia: ołówek, grzebień, zdjęcie. A kiedy sądzi, że chory ma już dość wegetacji, skraca mu życie, podając zastrzyk, a wcześniej głaszcze i czule trzyma za rękę. Pomaga przejść na druga stronę, towarzyszy w umieraniu. To kolejny kontrowersyjny temat: eutanazja. Reżyserka pokazuje dwie strony medalu:  skrócenie bezsensownego cierpienia, ale także pomyłkę. Bo raz Marian popełnia błąd, źle odczytuje intencje chorego. Scena, kiedy mężczyzna do końca walczy, broni się, nie chce umierać, jest przerażająca. Ale Marian nie jest okrutną, bezduszną panią-śmierć. Nie potrafi sobie z tym, co zrobiła, poradzić. Szuka pocieszenia u jedynej bliskiej jej osoby, przypadkowo poznanej sąsiadki (Też starszej! Dlaczego obcuje ze starością? Boi się ludzi? Nie potrafi nawiązać kontaktu z rówieśnikami?). Chciałaby rozgrzeszenia, ale żyje w duchowej pustce, nie jest osobą wierzącą, a więc nie ma jej kto odpuścić grzechu. Jak poradzić sobie z winą w takim świecie? Nie ma boskiego autorytetu, nie ma winy, nie ma kary, nie ma żalu, nie ma pokuty, nie ma wreszcie odpuszczenia grzechu. Ale Marian czuje się winna,  potrzebuje rozgrzeszenia. Czy Boga ma jej zastąpić sąsiadka, która problem zbywa ironią?

Świat Marian jest przeraźliwie pusty i samotny. Właśnie przeprowadziła się do jakiegoś koszmarnego, wielkiego, nowoczesnego, szklanego bloku, gdzie wszystko jest równie bezduszne i anonimowe. Wokół księżycowa pustka. Jej białe, surowe, puste mieszkanie zapełniają nierozpakowane kartony. Tak jakby była tu tylko na chwilę. Może obcując ze śmiercią, odczuwa tymczasowość, kruchość życia? Nie warto się zakorzeniać? Mościć sobie wygodne gniazdko? A może po prostu nie przywiązuje do tego wagi? Jest abnegatką? Minimalistką? W domu tylko śpi i ogląda telewizję. Długo wydaje się, że taki stan jej odpowiada. Ale to tylko pozory. Bo Marian marzy o bliskości, o miłości i o seksie. Tak bardzo, że ulega fascynacji okrutną sceną gwałtu, którą obserwuje z okna swojego pokoju, a potem błaga o miłość mężczyznę, z którym kilkakrotnie krzyżują się jej drogi. Może uwierzyła, że to nie przypadek, ale zrządzenie losu. Poniża się przed nim, daje się upokorzyć. To sceny, które najtrudniej znieść. Dręczyły mnie długo. Biedna, przeraźliwie chuda Marian, brzydka w swej kościstej nagości. Kiedy widzimy ją nagą, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że jej wysiłki są daremne. Inaczej niż bohaterka wspomnianego "Roku przestępnego"  pragnie nie tylko seksu, ale przede wszystkim miłości. Skąd jej samotność? Czy dlatego żyje sama, bo jest oschła i nieprzyjemna (scena w sklepie, wizyta pary znajomych)? Czy odwrotnie: oschłość to maska, która ma chronić ją przed światem? Jakby nie było, Marian budzi litość, współczucie, ale i jakiś rodzaj niechęci. A może złości?

Cóż, film zirytował mnie formą, ale jednocześnie nie dał o sobie zapomnieć. Mógłby podziałać jeszcze mocniej, gdyby nie ta forma właśnie. Mimo wszystko czekam na kolejny film Urszuli Antoniak. Ciekawe, jaki będzie.

"W ciemności", najnowszy film Agnieszki Holland.

To jeden z tych filmów, na które czekałam. Jest tak bardzo reklamowany, tyle się o nim mówi, reżyserka udziela wywiadów, więc nie ma chyba kinomana, którego w jakikolwiek sposób należałoby wprowadzać w temat. Wspomnę więc tylko króciutko, że to autentyczna historia grupki Żydów, którzy po likwidacji lwowskiego getta ukrywają się przez czternaście miesięcy w kanałach. Ale jest to też opowieść o zwykłym człowieku, drobnym cwaniaczku, kanalarzu Leopoldzie Sosze, granym rewelacyjnie przez Więckiewicza. Film zobaczyć trzeba koniecznie, mimo że, jak łatwo się domyślić, jest to rzecz mocna, tragiczna. Tym bardziej wstrząsa, gdy uświadomimy sobie, że to, co widzimy na ekranie, działo się naprawdę. Jedna z bohaterek, kilkuletnia dziewczynka, Krysia, jest dziś mocno starszą panią. Wielką zaletą filmu jest autentyzm. Znakomicie oddane realia zawdzięczamy między innymi zdjęciom Jolanty Dylewskiej, ale także uporowi reżyserki, aby bohaterowie mówili w swoich językach, a nie po angielsku! Z ekranu słychać polski, gwarę lwowską (stąd od czasu do czasu polskie napisy!), jidysz, niemiecki. Wieża Babel, tak rozmaita była Polska przedwojenna. Ile prawdy dodała filmowi taka właśnie decyzja, widać, kiedy porównamy "W ciemności" z "Lektorem" Stephena Daldriego. Angielski, według mnie, zabił "Lektora", sprawił, że stał się sztucznym, wydumanym konstruktem. Tyle tytułem wstępu. A kto już widział najnowszy film Agnieszki Holland, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Nie mogę powiedzieć, abym była wielką admiratorką Agnieszki Holland. Wielu jej filmów nie widziałam, spośród tych, które obejrzałam, nie wszystkie należą do moich najbardziej ulubionych. Ale jednocześnie to ona zrobiła "Gorzkie żniwa" (za które zresztą była nominowana do Oskara), film moim zdaniem znakomity. Bardzo  mnie kiedyś sponiewierał. Kameralny, psychologiczny dramat, z historią w tle, rozpisany właściwie na dwoje bohaterów, niezwykle mocny. Wspominam o nim przy okazji, bo temat podobny, a jako że w Polsce chyba nigdy nie był normalnie rozpowszechniany (to jeden z pierwszych albo pierwszy z emigracyjnych filmów Holland, nakręcony w 1985 roku), nie każdy o nim wie, a naprawdę warto zobaczyć. No ale to nie o nim mam pisać, wobec tego zmieniam temat i wracam do "W ciemności".

Może zacznę od tego, o czym mówi się najmniej przy okazji gwaru wokół najnowszego dzieła Agnieszki Holland, a co mnie zawsze porusza, kiedy czytam lub oglądam coś o tematyce wojennej. Myślę o tragicznych wyborach, których musieli dokonywać ludzie żyjący w tamtych czasach. Wybory świadome lub nie, decyzje, które ważyły na czyimś życiu, a czasu, aby je  rozważnie podejmować,  brakowało. Może zresztą tak było lepiej, bo jak z rozmysłem decydować o czyimś być lub nie być? Tak jest i tu. Kto ma zejść do kanałów? Wiadomo, że wszyscy nie mogą. Krzyk, pisk, płacz, szloch. Żona i córka czy kochanka? Kogo ma wybrać Janek, kiedy żona stawia ultimatum: albo ja, albo ona? A potem, kiedy staje się jasne, że trzeba tę gromadę ukrywających się podzielić i Socha mówi, że w inne, lepsze miejsce może zabrać tylko jedenaście osób? Kto ma iść? Kto ma o tym decydować? Ci, którzy zostaną, zdają sobie sprawę, że to wyrok. I gdzie jest ta granica? Dlaczego jedenastu a nie dwunastu lub jeszcze lepiej trzynastu? Zostać w mokrych, ciemnych, zimnych, brudnych, zaszczurzonych, cuchnących kanałach czy jednak wyjść i próbować szczęścia na powierzchni? Ile można wytrzymać w podziemnym więzieniu? W takich koszmarnych warunkach? Kiedy towarzyszy ci wieczny strach, bo w każdej chwili ktoś jednak może cię odkryć? A czy można ufać Sosze? Długo mu nie ufają! I co tam robić, kiedy minuta równa się wieczności? Ocean czasu naszpikowany strachem. Zostać, jak każe starsza siostra, czy wyjść? A potem dylemat Klary: szukać Mani czy nie? A ile dylematów przed Sochą! Początkowo myśli tylko o zarobku, nie zastanawia się nad niebezpieczeństwem i konsekwencjami. Z czasem, kiedy robi się niebezpieczniej, krążą pogłoski o tym, że w kanałach ukrywają się Żydzi, Socha coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że ryzykuje nie tylko swoim życiem, ale życiem swojej rodziny. Kogo byś wybrał? Jakże często konsekwencje decyzji, które podejmowali, były tragiczne dla innych. Tak jest, kiedy Mundek,  poszukując Mani, przedostaje się do obozu. To, że on nie ma czapki, nieoczekiwanie skaże na śmierć mężczyznę stojącego obok. Jemu niemiecki żołnierz w ostatniej chwili daruje życie, bo jest zdrowy i silny, a więc zdolny do pracy. W zamian zginie ten obok, bo starszy i wygląda na słabszego. Ale jeszcze bardziej wstrząsająca jest historia, kiedy w odwecie za zamordowanie niemieckiego żołnierza, Niemcy wieszają dziesięciu Polaków. Wśród nich Socha rozpoznaje swojego przyjaciela Szczepka. A przecież on i Mundek  musieli zabić tego żołnierza w obronie własnej! Ironia losu polega  na tym, że Szczepek, aby nie narażać siebie i swojej ciężarnej żony, przestaje pomagać Żydom ukrytym w kanałach. Mimo to swojego życia nie ocalił a nieszczęście sprowadzili na niego, zupełnie nieświadomie, właśnie Mundek i  Socha. Zawsze, kiedy czytam lub oglądam coś o czasie zagłady, dręczą mnie pytania: co ja bym zrobiła? czy miałabym odwagę pomagać? czy umiałabym narażać najbliższych? A gdybym to ja musiała się ukrywać? Wytrwałabym czy wyszła na powierzchnię, aby zginąć?

Równie ciekawy jest portret Żydów z getta. Holland portretuje ich nie jak bohaterów bez skazy, ale jak zwykłych ludzi: z zaletami i przywarami. Kłótnie, złośliwość, zawiść, zdrada, romans, podłość, wzajemna niechęć, ale i szlachetność, pomoc, wspieranie się, podtrzymywanie na duchu. Są tak bardzo różni: wykształceni i prości, bogaci i biedni, niewierzący i tacy, którzy nawet w kanałach nie zapominają o modlitwie. Te różnice najlepiej pokazuje pomieszanie języków: polski, jidisz, niemiecki. Ale być może najbardziej szokują sceny seksu. Na oczach wszystkich, bo intymność jest w tych warunkach niemożliwa. Jakoś nie wyobrażamy sobie, że miłość, seks, romans, zdrada, zazdrość były tam możliwe. A jednak, jak wiadomo z licznych świadectw, ludzie się zakochiwali, zdradzali, kochali. Może to był ratunek? A może natura jest silniejsza?

No i wreszcie główny bohater, Leopold Socha. Kanalarz, drobny cwaniaczek, który, jak wielu innych, korzysta z okazji i bez skrupułów, bez refleksji przeszukuje porzucone przez Żydów przedmioty w poszukiwaniu czegoś cennego. Nie waha się też  kraść. Poznajemy go, kiedy wraz z przyjacielem, Szczepkiem, włamują się do opuszczonego domu gdzieś pod Lwowem. W pobliskim lesie są świadkami egzekucji na grupie żydowskich, odartych z godności, nagich kobiet. To wstrząsająca scena. Ale jej wspomnienie nie przeszkadza Sosze po powrocie do domu kochać się z żoną. Żydów, którzy postanawiają ukryć się w kanałach, los stawia na jego drodze przez przypadek. Początkowo pomaga tylko dla pieniędzy. Nie ufa im, ale i oni mu nie ufają. Są zdani całkowicie na niego. Staje się ich panem i władcą. Nie mają wyboru. On ma. Ale od początku to postać niejednoznaczna. Interesowny cwaniaczek, gotowy wykorzystać sytuację do końca, ale to jednocześnie dzięki niemu przerażona Krysia schodzi do kanału. Jest dla niej czuły, troskliwy i delikatny. Cierpliwie przemawia i łagodzi strach. Potem obserwujemy jego wahania. Kiedy robi się coraz niebezpieczniej, chce ich zostawić. Ma żal, że mu nie ufają, że nie okazują wdzięczności. Cały czas jednak wraca, coraz bardziej narażając swoja rodzinę. Musi lawirować i kombinować. I nie wiadomo już, kogo chce ocalić: rodzinę, siebie czy Żydów. W którym momencie stają się jego Żydami? Nie ma iluminacji. Przemiana dokonuje się stopniowo, aż wreszcie, kiedy skończą się pieniądze, pomaga za darmo. Gotów jest zabrać i wychowywać urodzone przez Chaję niemowlę.  A w końcu nie zważa już na nic i kiedy w czasie ulewy grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo, ratuje ich, narażając siebie i przede wszystkim rodzinę. Długo ten cwaniaczek postępuje instynktownie, jego dobroć to odruch: dziewczynka płacze, to trzeba ją pocieszyć, dzieci się zgubiły, to trzeba je odprowadzić do rodziców. Zwyczajny człowiek, który bohaterem staje się przez przypadek, krok po kroku. On, który początkowo nie krył swojej niechęci i uprzedzeń do Żydów. Inaczej jest z jego żoną. To ona żałuje mordowanych Żydów, dostrzega w nich ludzi, ale kiedy dowiaduje się, że mąż im pomaga, jest wściekła. Teoria sobie, praktyka sobie. Od słów do czynów daleko. Ale wcale niełatwo ją  potępić: lęka się nie tylko o siebie i męża, ale przede wszystkim o córeczkę. Cały czas zmaga się z tą sytuacją. Chociaż boi się i nie pochwala, to jednak pozwala. Nie mówi kategorycznie: nie. W końcu to ona wychodzi z inicjatywą zabrania urodzonego w kanałach niemowlęcia.

Muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o fantastycznych zdjęciach Jolanty Dylewskiej, które budują klimat filmu. Są realistyczne, ale jednocześnie niezwykle malarskie. Tak filmowana jest tragiczna, przejmująca scena egzekucji żydowskich kobiet, o której wspominałam. O obrazach myślę też, kiedy kamera wyłuskuje z ciemności kanałów jasną, brodatą twarz starego, modlącego się Żyda.

I wreszcie wyznanie najbardziej osobiste. Na koniec po prostu się rozpłakałam (musiałam kryć swoje łzy) i wcale nie ze wzruszenia. Kiedy nagle po szczęśliwym, nieco cukierkowym, acz podszytym jakąś niepewnością, zakończeniu pojawiły na białym tle czarne, proste napisy informujące o tragicznej śmierci Sochy i potem kolejne o tym, co powiedział ktoś na jego pogrzebie, nie wytrzymałam. Przytoczę tu z pamięci jeszcze jeden ostatni: czy naprawdę potrzebujemy Boga, aby się karać? 


Arnaldur Indridason "W bagnie". Kryminał z deszczowej Islandii.

Strasznie zachciało mi się kryminału. Odkąd skończyła się moja ukochana seria o komisarzu Wallanderze poszukuję czegoś równie ekscytującego. Gdzieś niedawno usłyszałam o kryminałach islandzkiego pisarza Arnaldura Indridasona, podobno nawet lepszych od książek Mankella. Kupiłam więc część pierwszą "W bagnie" (W.A.B. 2010) i w czasie świąt połknęłam. Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby był to zły kryminał, ale do książek Szweda mu daleko. Owszem, czyta się świetnie, zagadka jest skomplikowana, aby ją rozwikłać komisarz Erlendur musi zanurzyć się w mrocznej przeszłości zamordowanego mężczyzny, wyjątkowo odrażającego typa. Sama zbrodnia nie jest specjalnie wyrafinowana, policjantom wydaje się początkowo, że będą mieli do czynienia z typowym islandzkim morderstwem, ale szukając motywu i sprawcy, odgrzebują przeszłość, o której zainteresowani woleliby zapomnieć, i uruchamiają lawinę nieszczęść.

Dlaczego wobec tego kręcę nosem? Otóż brakuje mi tła, mięsistych opisów, krwistych bohaterów. Chciałabym przy okazji poznać trochę Islandii, niestety nic z tego. Tylko deszcz pada i pada. Komisarz Erlendur nakreślony raczej cienką kreską, gdzie mu tam do rozterek duchowych Wallandera. No i sam problem gromadzenia danych o chorobach genetycznych mieszkańców wyspy też potraktowany raczej naskórkowo. Książka jest po prostu za krótka, miejsca starczyło tylko na wartką, kryminalną intrygę. Nie wykluczam jednak, że to, co dla mnie jest wadą, dla innych będzie zaletą. Nie wiem, czy sięgnę po kolejną część serii (dotąd wyszły trzy). Mogę, ale nie muszę. Co mi zastąpi Wallandera?

Howard Jacobson "Kwestia Finklera"

Po raz drugi w ostatnim czasie przeżywam rozczarowanie książką autora, którym kiedyś się zachwyciłam. Tak było z "Wolnością" Franzena, tak jest z "Kwestią

Finklera" Howarda Jacobsona (Świat Książki 2011; przełożyła  Grażyna Smosna). Kilka lat temu przeczytałam artykuł o współczesnej literaturze żydowskiej  tworzonej przez pisarzy urodzonych już po wojnie, mieszkających nie tylko w Izraelu. Autorka wymieniała kilka nazwisk. Zwróciłam uwagę na  Howarda Jacobsona i przeczytałam jego pierwszą  powieść wydaną w Polsce "Wieczory kaluki" (Cyklady 2008; przełożył  Maciej Świerkocki). W międzyczasie ten urodzony w roku 1942 brytyjski pisarz dostał Nagrodę Bookera. Trudno mi wypowiadać się na temat całej jego twórczości, ale we wspomnianych powieściach w sposób prześmiewczy, ironiczny, obrazoburczy przygląda się angielskim Żydom. Jego spojrzenie na świat, łagodnie krytyczny, zdystansowany stosunek do bohaterów mnie przypomina nieco metodę Woody Allena. On sam nazwał siebie żydowską Jane Austen, a krytycy okrzyknęli go brytyjskim Phlipem Rothem. W artykule, o którym napomknęłam, znalazłam opinię, że tylko żydowski autor może pozwolić sobie na tak krytyczny i kpiarski stosunek do swych rodaków. Goj prezentujący takie sądy mógłby zostać posądzony o antysemityzm. Teraz, kiedy, czytelniku tej notki, zorientowałeś się przynajmniej troszeczkę, kto zacz ten Jacobson, pora przejść do wydanej jesienią "Kwestii Finklera".

Kim jest tytułowy Finkler? A może należałoby zapytać, kim są Finklerzy? Pięćdziesięcioletni Sam Finkler to jeden z trzech głównych bohaterów tej powieści, angielski Żyd, filozof, któremu sławę przyniosła seria popularnych poradników podlanych filozoficznym sosem odnoszących się do rozmaitych życiowych kwestii. Odkąd jako guru dla maluczkich zaczął udzielać się również w telewizji, stał się celebrytą. Drugą ważna personą w tej książce jest jego szkolny przyjaciel, Julian Treslove, goj, życiowy nieudacznik stale obawiający się jakiejś mniejszej czy większej katastrofy. Ten były dziennikarz BBC, szczerze nienawidzący tej rozgłośni, obecnie para się zajęciem sobowtóra sław. Jest tak doskonale nijaki, że potrafi wcielić się w każdego, może dlatego w swoim fachu cieszy się wielką popularnością. Ma niezwykłą zdolność zakochiwania się w rozmaitych kobietach niemal od pierwszego wejrzenia, ale z żadną nie jest w stanie związać się na dłużej. I wreszcie trzeci bohater, Libor Sevcik, o ponad trzydzieści lat starszy, zaprzyjaźniony z nimi czeski Żyd, który od dawna mieszka w Londynie. Niegdyś znany dziennikarz za pan brat z hollywoodzkimi gwiazdami. W tym męskim gronie nieoczekiwanie na kartach powieści pojawia się jedna kobieta, daleka krewna żony Libora o przedziwnym imieniu Hephzibah.

Jądrem książki jest kwestia żydowska, tytułowa kwestia Finklera. Dlaczego Finklera? Otóż Julian Treslove, jedyny goj w tym towarzystwie, Finklerami nazywa wszystkich Żydów. Trzej bohaterowie i trzy postawy, spory i dyskusje. Tym gorętsze, że właśnie trwa interwencja Izraela w Gazie. Nie tylko w Londynie, nie tylko w Anglii odbywają się przeciwko niej protesty. Odpowiedzialnością, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, obarcza się wszystkich Żydów niezależnie od ich poglądów i miejsca zamieszkania. Narasta fala antysemityzmu, mnożą się drobniejsze i poważniejsze antysemickie incydenty. Libor mimo że jest  zwolennikiem państwa Izrael, coraz gorzej myśli o swych pobratymcach, coraz bardziej drażni go ich żydowskość, pewna znajoma zarzuci mu nawet antysemityzm. Finkler natomiast to zdeklarowany antysyjonista, założyciel stowarzyszenia SKONsternowanych Żydów, które gromadzi rozmaitej maści celebrytów wymieszanych z, jak to się u nas mówi, autorytetami moralnymi. Jak łatwo zgadnąć protestują przeciwko interwencji Izraela w Gazie. W gruncie rzeczy Finkler zupełnie nie przywiązuje wagi do swojego żydowskiego pochodzenia, a obecną sytuację polityczną cynicznie wykorzystuje dla wzmocnienia medialnego wizerunku. I wreszcie Treslove, postać allenowska, człowiek bez właściwości, od dawna dzięki przyjaźni z Finklerem zafascynowany Żydami i wszystkim co żydowskie, choć jego filosemityzm zaprawiony jest złośliwością, przekąsem i drwiną. Nagle pod wpływem pewnego incydentu zaczyna doszukiwać się  żydowskich korzeni. Tym to łatwiejsze, ale jednocześnie trudniejsze, że niewiele wie o przeszłości swojej rodziny, bo jego rodzice od dawna nie żyją, a żadnych krewnych nie ma. Ten człowiek bez przeszłości, właściwości i tożsamości chce być Żydem. W jego wypadku jest to pragnienie bycia kimś, zasypania egzystencjalnej pustki. Treslove rozpaczliwie szuka sensu w swoim nijakim życiu.

Czy będąc Żydem można nie zajmować stanowiska wobec kwestii palestyńsko-izraelskiej? Co to znaczy być Żydem dziś, jeśli nie mieszka się w Izraelu? Czy wolno obarczać wszystkich Żydów winą za interwencję w Gazie? Czy Izraelczyków atakujących Palestyńczyków godzi się przyrównać do nazistów, a wydarzenia w Gazie do Holokaustu? A współczesny antysemityzm czy jest współczesnym Holokaustem albo do niego prowadzi? Czy Żydzi sami sprowadzają na siebie nieszczęście biernością, tchórzostwem i strachem? A może, wobec tego, postawa Izraela to postawa właściwa? Nie dać się zgnieść, wyprzedzić ruch przeciwnika. Takie pytania padają w tej powieści wypowiadane ustami jej bohaterów. Trzeba przyznać, że to problematyka odległa od polskich dyskusji o kwestii żydowskiej, u nas  toczonych wokół Holokaustu, polskiej winy i odpowiedzialności, polskiego antysemityzmu, który korzenie cały czas ma raczej w przeszłości niż w obecnej sytuacji politycznej Izraela.

Ale powieść Jacobsona mierzy się też z innymi tematami: śmiercią, starością, życiowym bilansem, ojcostwem, żałobą po stracie ukochanej osoby, przerażającą samotnością. Te partie książki dotykają najbardziej. Finkler i Libor właśnie zostali wdowcami. Szczególnie dla tego ostatniego to wielki ciężar. Trudno się dziwić, ma prawie dziewięćdziesiąt lat i ze swoją ukochaną, niezwykłą żoną, Malkie, spędził prawie całe życie. Teraz nie umie się odnaleźć, nagle zaczyna przypominać sobie wszystkie złe chwile swojego małżeństwa, wszystkie winy wzajemne. Tym bardziej jest mu ciężko. Żałuje popełnionych błędów, nie wiadomo, prawdziwych czy wyimaginowanych. Niezwykle to smutny obraz starego, usychającego, samotnego człowieka pogrążonego w swojej rozpaczy, który do niedawna tryskał wigorem. Nikt nie zauważa tego, co się z nim dzieje. Zupełnie inna jest żałoba Finklera tak, jak inne było jego małżeńskie życie. Na tle tych dwojga Treslove jawi się tym bardziej jako postać groteskowa, śmieszna i żałosna ze swoimi wydumanymi problemami. Chociaż i on, oprócz politowania i uśmiechu, może wzbudzić w czytelniku uczucie litości.

Na początku napisałam, że "Kwestia Finklera" rozczarowała mnie. Na koniec czas wyjaśnić dlaczego. Otóż wydała mi się przegadana. Spory toczone przez przyjaciół, ich żydowskie dylematy momentami nużyły, wydawały mi się przedstawione w sposób nieco akademicki, brakowało im żywości i temperatury. Może dlatego, że tak to odległe od tego, co gorące w Polsce? A może po prostu dlatego, że przeintelektualizowane? Chociaż żywo interesuję się tematyką żydowską, w losach bohaterów Jacobsona o wiele bardziej poruszyło mnie to, co uniwersalne: strata, żałoba, rozpacz, nieznośny ciężar życia. Ich życiowe porażki, niepowodzenia i zmaganie się z nimi. Mimo wspomnianych zastrzeżeń warto sięgnąć po "Kwestię Finklera", a z całą pewnością po "Wieczory kaluki", gawędziarskie, zabawne, zjadliwe, pełne dziwacznych zdarzeń.

"Chciwość". Kino o początkach kryzysu.

Aby obejrzeć ten amerykański film, złamałam swoją niezłomną zasadę i udałam się do multipleksu, czego bardzo nie lubię. Ale "Chciwość" była tak bardzo chwalona przez wszystkich dyskutantów w ostatnim, przedświątecznym Tygodniku Kulturalnym, że nie mogłam nie pójść, a niestety w małych kinach nie grają. Na szczęście rzeczywiście było warto. Film jest świetnie zrobiony, znakomicie zagrany, od pierwszej minuty trzyma w napięciu. Można powiedzieć, że zgodnie z hitchcockowską regułą zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem jest jeszcze mocniej. Czy to horror? Film katastroficzny? W pewnym sensie tak. Bo jest to opowieść o tym, jak zaczął się światowy kryzys. Historia pewnej finansowej operacji, została pokazana tak, że oczu od ekranu nie można oderwać. Ale to coś więcej niż tylko komercyjne, amerykańskie kino. To oskarżenie świata finansowych korporacji o tytułową chciwość, która, między innymi, doprowadziła świat do finansowej katastrofy. Obraz bardzo gorzki. Po tych zachwytach winna jestem jedno wyjaśnienie. To kino kameralne, gadane, dziejące się przede wszystkim we wnętrzach, ograniczone do kilkunastu bohaterów. Warto o tym wiedzieć, wybierając się na film. A ciąg dalszy, jak zwykle, dla tych, którzy już widzieli. Zapraszam.

Po wyjściu z kina jeszcze przez jakiś czas nie mogłam strząsnąć z siebie przygniatającej, dusznej atmosfery wykreowanej na ekranie. Zamknięte wnętrza naszpikowane biurkami, na których stoją ekrany komputerów migoczące rzędami cyfr i tajemniczymi wykresami, które rozumieją tylko nieliczni. Sterylne toalety, takie same gabinety, w których decyduje się o finansowych losach świata. A wszystko oddzielone od tego, co na zewnątrz, ogromnymi połaciami okien. Przez te okna na Nowy Jork od czasu do czasu spogląda któryś z protagonistów, niczym Bóg. Bóg? A może Szatan? Bo jeśli starotestamentowy Bóg sprowadzał na świat jakiś kataklizm, to zawsze po to, aby ukarać grzeszną ludzkość a na gruzach stworzyć coś nowego. Tu jest inaczej. Bossowie wielkiej finansowej korporacji podejmują brzemienne w skutkach decyzje tylko dla własnego zysku, dla ratowania swoich finansowych tyłków i nic więcej się nie liczy. Działaniami wszystkich rządzi tytułowa chciwość, etyka w tym świecie nie istnieje. I nawet jeśli przyjąć, że ludzkość też chciała mieć wszystko od razu, nieważne, że na kredyt, też była chciwa na swoją, znacznie mniejszą, skalę, to jednak stało się to przy wydatnym udziale finansowego świata, który mamił szaraczków perspektywą łatwego, luksusowego życia.

Pierwszy kadr tego filmu to obraz fragmentu Manhattanu, jak się domyślam, Wall Street. Oświetlone blaskiem słońca wieżowce wyglądają wyjątkowo pięknie, kuszą swoja smukłością, przyjemnymi dla oka, ciepłymi barwami. Ale jednocześnie pokazane są w krzywej perspektywie, jakbyśmy spoglądali na nie przez soczewkę. I taki jest ten świat: z jednej strony przyciąga, mami i kusi ogromnymi pieniędzmi, z drugiej obejdzie się z tobą bezwzględnie. Wykorzysta, wydusi i wypluje, kiedy będziesz zbędny. To świat w pewnym sensie nieprawdziwy, wirtualny,  pieniądze istnieją tu tylko na papierze, a właściwie na ekranach komputerów i na ich twardych dyskach. Następna scena filmu to czystka: masowe zwolnienia. Scena niczym z horroru. Żadnych dyskusji, krótkie, rzeczowe informacje: spakować swoje osobiste dobra, żadnych kontaktów z nikim i na bruk pod eskortą cerbera o kamiennej, uprzejmej twarzy, w eleganckiej, czerwonej marynarce. Żadnych uczuć, czysta zawodowa uprzejmość. Procedury. Kto przeżyje, odetchnie z ulgą, poczuje się zwycięzcą, zostanie zagrzany do boju przez szefa działu maklerów, Sama, który już nie wierzy w to, co mówi, ale spełnia swą zawodową powinność, zapewne też w oparciu o korporacyjne procedury. Dlaczego nikt się nie buntuje? Dlaczego ludzie godzą się na takie traktowanie? Odpowiedź jest oczywista: dla finansowej kariery. Każdy, czy jest trybikiem na dole tej drabiny, czy kimś postawionym wyżej, zarabia odpowiednio dużo. Nieprzyzwoicie dużo, można powiedzieć. A nawet jeśli trybikowi wydaje się, że jego zarobki są niewspółmiernie niskie do zarobków jego szefa, to marzy o tym, że kiedyś i on awansuje, a wtedy zgarniał będzie miliony. Willi, który te miliony zarabia, nawet nie bardzo umie powiedzieć na co poszła ich lwia część. Knajpy i dziwki, skonstatuje. Szybko okaże się, że jego dochody są niczym w porównaniu z pieniędzmi ludzi z zarządu. Jest się o co bić. Te wielkie kwoty deprawują. Chce się więcej i więcej, i nic się nie liczy. Jak zauważyła kiedyś Joanna Szczepkowska, mówiąc o polskich aktorach-celebrytach, nigdy nie będzie dość. Jak się ma już willę z ogrodem, to trzeba zarobić na ogrodnika. Nawet ci, którzy początkowo mieli jakieś skrupuły, w końcu się złamią. Poniżony Eric Dale tylko przez chwilę się buntuje i stawia, w końcu ulegnie i przyjedzie do firmy, aby na czas finansowego przekrętu dać się zamknąć w gabinecie z widokiem na Manhattan. Ma przecież elegancki dom kupiony na kredyt, troje dzieci, jakieś opcje i ubezpieczenie do zrealizowania. Peter Sullivan, który odkrył problemy firmy, szybko dostrzeże swoją szansę i sprzeda się za większe pieniądze. Był nikim, pionkiem, trybikiem, po dwudziestu czterech godzinach jest już traktowany z atencją przez członków zarządu. Słuchał o milionach zarabianych przez Williego, teraz być może zarobi więcej. Z sali pełnej komputerów, przechodzi do miejsc tylko dla wtajemniczonych. Sam, szef maklerów, zgodzi się namówić swoja drużynę do bandyckiej, finansowej operacji, która ratuje firmę, ale pogrąża świat, bo, jak mówi, chociaż to niewiarygodne po trzydziestu latach w firmie nadal potrzebuje pieniędzy. A dlaczego godzą się maklerzy? Przecież Sam nie kryje przed nimi, że większość straci pracę. Też dla zysku. Odprawa przed najważniejszą operacją przypomina zagrzewanie do boju. Jak przed bitwą. Będą straty, ale dajcie z siebie wszystko. Wielu z was zginie, trudno. Za firmę, w imię firmy! To bezwzględny świat, w którym liczy się tylko zysk, nieważne jakim kosztem. Tu nie ma przyjaźni, nikt nikomu nie pomoże, przyjaciel pójdzie na odstrzał, ktoś przecież musi być kozłem ofiarnym rzuconym na pożarcie. I Sarah Robertson, grana przez Demi Moore,  nawet się nie buntuje, rozumie sytuację, przecież wcześniej potraktowała tak innych, a poza tym  wynagrodzą ją sowicie na otarcie łez. A kto szlachetny, szybko zostanie zdeprawowany jak wspomniany już Peter Sullivan, niedoszły konstruktor rakiet czy samolotów. To świat wirtualnych, wymyślonych operacji finansowych, które rozumieją tylko nieliczni i to raczej ci z dołu drabiny. Góra kieruje się tylko prostą zasadą zysku. Mów do mnie jak do głupka albo labradora, powie cyniczny, makiaweliczny Tuld, grany przez Jeremiego Ironsa. Świat w wyniku jego decyzji się wali, a on spokojnie je wykwintne śniadanie. Gdyby ktoś sprzedał komuś za wielkie pieniądze dom, który byłby ruiną, albo samochód, który okazałby się kupą złomu, nazwano by go oszustem, a nabity w butelkę nabywca pewnie usiłowałby dojść swych praw przed sądem. Tutaj oszustwo popełniono na masową skalę, sprzedając z premedytacją nic niewarte papiery, a co było dalej, wiemy.

Popularne posty