Dionisios Sturis "Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji."

O tym, że Dionis Sturis pisze książkę o greckich imigrantach, których pod koniec lat czterdziestych i później w czasie greckiej wojny domowej i po jej zakończeniu przyjęła Polska oraz inne kraje komunistyczne, wiedziałam od dawna. Nic więc dziwnego, że nie tylko szybko ją kupiłam, ale i szybko przeczytałam. Piszę Dionis, a nie Dionisios, bo autora znam z radia, a tam używa skróconej wersji swojego imienia, więc jakoś do tej dłuższej nie bardzo umiem się przyzwyczaić. No ale trudno, teraz musi być oficjalnie – książka, o której dziś napiszę, to „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji” Dionisiosia Sturisa (W.A.B. 2017). Kto wcześniej nie zetknął się z twórczością autora, dziennikarską i reporterską, ten pewnie z pewnością domyśli się, że musi mieć jakieś greckie korzenie. I tak jest rzeczywiście. Sturis pisał już o tym w swoim pierwszym reportażu „Grecja. Gorzkie pomarańcze”, która był opowieścią o Grecji, jej najnowszej historii, kryzysie ekonomicznym i politycznym, a także o rodzinie autora. Jego ojciec to jedno z dzieci, które w roku 1947 w czasie krwawej greckiej wojny domowej przyjęła Polska. Matka autora, Polka, była jego drugą żoną, i po rozwodzie, który nastąpił dość szybko, wróciła z Salonik do Polski. I jak to w takich sytuacjach bywa, Dionis Sturis tracił swoje greckie korzenie, aby po latach zacząć je odzyskiwać. Nic dziwnego, że postanowił zająć się tematem nieistniejącym w powszechnej świadomości. No bo z ręką na sercu, kto zastanawia się, skąd się wzięli w Polsce Jorgos Skolias, Antymos Apostolis, Milo Kurtis, Eleni? Przecież są Polakami, mówią po polsku, a że mają dziwne imiona i nazwiska? Nie zastanawiamy się nad tym. Ja pewnie też żyłabym w błogiej nieświadomości, gdyby jedna z moich dalszych ciotek nie miała przyjaciółki Greczynki, o której często wspominała. I lubiła przy tym dodawać, że jest z tych Greków, którzy po wojnie przyjechali do Polski. I tyle mojej wiedzy. Przyjmowałam to jako fakt, nie zastanawiając się nad nim głębiej. Jacy Grecy? Dlaczego? Dopiero z pierwszej książki Sturisa dowiedziałam się trochę, a teraz dzięki „Nowemu życiu” poznałam ten zapomniany epizod z polskiej i greckiej historii jeszcze lepiej.

Choćby tylko z tego jednego powodu po ten reportaż powinno się sięgnąć obowiązkowo. Ale są i inne przyczyny. Najprostsza – jest po prostu niezwykle ciekawa, świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem. Ale jest i powód ważniejszy – w czasach kiedy odwracamy się od ludzkiego nieszczęścia, kiedy odsuwamy od siebie jak najdalej myśl o uchodźcach szturmujących bramy Europy, kiedy zagubiliśmy gdzieś naszą wrażliwość, o solidarności nie ma co wspominać, warto przyjrzeć się tamtej historii. Mimo powojennej biedy przyjmowaliśmy najpierw greckie dzieci, potem rannych i chorych, aby po zakończonej wojnie przywitać uchodźców politycznych, którym w ich ojczyźnie groziło więzienie, tortury, może śmierć. Dionis Sturis nie ukrywa, że początkowo zainteresował się tematem ze względu na swoją rodzinną historię, potem jednak w miarę narastania kryzysu uchodźczego jego motywacja rozszerzyła się. Podkreśla to wyraźnie w wywiadach, których udzielił przy okazji promocji książki. Dlatego zadedykował ją uchodźcom. Oczywiście powie ktoś, że sytuacja nie jest symetryczna. Bo tamci uchodźcy byli bliżsi nam kulturowo, trafiali do nas na mocy tajnych decyzji politycznych, długo cała operacja była trzymana w tajemnicy (dlaczego, o tym w książce). Dopiero po zakończeniu wojny domowej Polska i inne kraje komunistyczne zaangażowały się w pomoc uchodźcom oficjalnie. To prawda. Niemniej jednak należy docenić fakt, a może nawet spojrzeć nań z podziwem, że powojenna biedna Polska, która sama dźwigała się z ruin, wysupłała na tę operację pieniądze, a przede wszystkim zdobyła się na organizacyjny wysiłek. A i potem, kiedy uchodźcy greccy zamieszkali w miastach czy na wsiach, spotkali się z życzliwym przyjęciem i szybko integrowali z Polakami. Oczywiście jak zawsze najłatwiej przychodziło to dzieciom. Wiele w książce Sturisa świadectw na ten temat – rozmów z tamtymi uchodźcami, którzy dziś są już ludźmi sędziwymi, i ich dziećmi.

Ale w „Nowym życiu” znajdziemy oczywiście nie tylko rozmowy i opowieści o losach bohaterów książki, ich potomków czy Polaków, którzy organizowali tu na miejscu nowe życie dla uchodźców. Autor posiłkując się literaturą przedmiotu, sięga do źródeł tego, co się stało, a więc do czasów drugiej wojny, opowiada o historii greckiej wojny domowej, o niechlubnej roli wielkich mocarstw w tym konflikcie, szczególnie Stanów i Wielkiej Brytanii (Grecja na mocy porozumienia z ZSRR znalazła się w brytyjskiej strefie wpływów), które bojąc się zwycięstwa greckich komunistów, poparły ich przeciwników, wśród nich też tych, którzy w czasie wojny kolaborowali z nazistami. Ironia losu polega na tym, że to przecież greccy komuniści stawiali opór Niemcom. To bardzo gorzkie fragmenty książki. Kolejne świadectwo tego, jak bezduszna i cyniczna potrafi być wielka polityka. Warto wspomnieć, że do dziś ci, którzy prześladowali politycznych przeciwników, nie zostali rozliczeni.  Pewnie to, że greccy uchodźcy byli w sporej części ideowymi komunistami, jest powodem, że  polscy badacze raczej unikają tego tematu.

Książka Sturisa jest bardzo klarownie skonstruowana – autor chronologicznie prowadzi czytelnika przez meandry historii. Jak wspomniałam, zaczyna od źródeł, potem opowiada o przyjmowaniu uchodźców, pierwszych latach w nowej ojczyźnie, potem pisze o skomplikowanej, ciągnącej się latami, operacji łączenia rodzin (ponieważ ewakuowano najpierw dzieci, potem rannych, a na końcu pozostałych, rodziny trafiały często do różnych krajów), na którą zdecydowano się dopiero wtedy, kiedy ze względu na sytuację polityczną w Grecji stało się jasne, że uchodźcy być może nigdy tam nie wrócą. Aż wreszcie, kiedy wymarzony powrót stał się możliwy, dowiadujemy się o dylematach polskich Greków – wracać, bo wreszcie można, czy zostać, bo przecież nowe życie w wytęsknionej ojczyźnie to wielka niewiadoma, a tu już się człowiek dawno zdążył zadomowić. Jedni wracali, inni postanowili zostać, znowu dzieliły się rodziny. Sturis kończy swoją książkę opowieścią o dniu dzisiejszym polskich Greków. O nieuchronnym procesie asymilacji potomków tych, którzy w Polsce zostali. Zastanawia się też, co daje i co odbiera taka podwójna tożsamość. Nie ucieka też od trudnych pytań. Najważniejszym jest to o ewakuację greckich dzieci. Czy była przymusowa, czy dobrowolna? Czy dobrze, że była? Dzieci wyrwano z rodzin, odbyły długą, niewiarygodnie niebezpieczną i potwornie męczącą drogę, znalazły się w nowym kraju, o którym nie miały pojęcia, same, bez rodziców, dziadków, często bez rodzeństwa, nie wiadomo, jak długo miało trwać to rozstanie. Co dostały w zamian? Wytchnienie, spokój, obfitość jedzenia, czyste łóżko, możliwość nauki. Oczywiście nie tylko greckie dzieci ewakuowano w czasie wojny. Ratunku szukano dla dzieci żydowskich, Anglicy masowo wysyłali swoje dzieci na północ kraju w obawie przed bombardowaniami. To wojna jest przyczyną takich dylematów i takich tragedii. Banalne, ale niestety prawdziwe. I to też uświadamia książka Dionisa Sturisa.

 

Andrea Tompa "Dom kata"

Książkowe Klimaty to jedno z tych wydawnictw, których ofertę pilnie śledzę. Wydają literatury niszowe, między innymi węgierską, grecką, słowacką, bułgarską, rumuńską. Od czasu do czasu coś sobie z ich katalogu wybieram. To dzięki nim na polskim rynku ukazała się znakomita powieść Varujana Vosganiana „Księga szeptów” nagrodzona w zeszłym roku Angelusem. Ten sam laur kilka lat wcześniej zdobyła książka „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)” Pavla Rankova. W tym wypadku nagroda wydała mi się grubą przesadą. Zresztą odkąd Książkowe Klimaty pojawiły się na naszym rynku wydawniczym, nie ma roku, aby ich książki nie znalazły się przynajmniej w półfinale Angelusa. Tak jest i tym razem. Nominowano dwie, wśród nich „Dom kata” Andrei Tompy (2016; przełożyła Anna Butrym). Teraz, kiedy poprawiam tę notkę, wiadomo, że książka węgierskiej pisarki jest w finałowej siódemce. To właśnie na nią oddałam swój głos w plebiscycie czytelników. Kupiłam ją dość dawno, ale stale odkładałam lekturę, bojąc się ciężaru gatunkowego opowieści. Tymczasem niesłusznie. Chociaż akcja w znakomitej większości rozgrywa się w czasach dyktatury Ceausescu, chociaż wiele tu smutnych, a nawet tragicznych zdarzeń, to jednak całość nie robi bardzo przygnębiającego wrażenia. Czy sprawiają to zabawne historie, których też przecież nie brakuje? Czy barwne, nietuzinkowe postacie? Czy może główna bohaterka, zwana dziewczynką albo dziewczyną? Jej energia, wigor, ciekawość świata, artystyczne towarzystwo, w jakim się obraca? A może fakt, że „Dom kata” to po prostu rodzinna saga? Bo chociaż ujęta w niebanalną formę, tym właśnie jest ta powieść.

Muszę uczciwie przyznać, że formy troszkę się na początku przestraszyłam. Kiedy w krótkim wstępie tłumaczki przeczytałam, że każdy rozdział to rodzaj pełnego dygresji i wątków pobocznych monologu pisanego długimi, a właściwie długaśnymi, zdaniami, w których interpunkcja traktowana jest swobodnie, a wszystko między innymi po to, aby pojawił się alternatywny zapis mowy zależnej i monologi wewnętrzne, westchnęłam. Pomyślałam, że nie chce mi się męczyć nad lekturą. Że znowu przerost formy nad treścią. Jakże się myliłam! Po dwóch stronach przywykłam do  chaotycznego strumienia myśli, a opowieść natychmiast mnie wciągnęła. Zatopiłam się w świecie wykreowanym przez autorkę. Mało tego, po kilku napisanych po bożemu powieściach, które ostatnio przeczytałam, a nawet pochłonęłam, „Dom kata” wydał mi się czymś ożywczym. Doszłam też do wniosku, że to właśnie forma wynosi tę książkę ponad poziom kolejnej rodzinnej sagi. A że lektura wymaga skupienia, bo w dygresjach łatwo się pogubić i czasem trzeba wrócić drugi raz do jakiegoś fragmentu? Nie szkodzi. Zanurzenie się w powieściowym świecie w pełni wynagradza trud.

Można się zastanawiać, czy „Dom kata” jest rzeczywiście powieścią, czy też zbiorem opowiadań, które łączą bohaterowie. Ja jednak skłaniam się ku pierwszej wersji. Rzeczywiście każdy rozdział stanowi odrębną całość, znajdziemy w nim opowieść skupioną wokół jakiegoś tematu. To może być zdarzenie, fragment rodzinnej historii, człowiek, przedmiot, dom, ogród, a nawet miasto. Te anegdoty pojawiają się jak króliki wyjmowane z kapelusza, trochę na chybił trafił. Co się wyciągnie, co się przypomni. Każda historia rozwija się, opleciona zostaje dygresjami, owymi wątkami pobocznymi, o których wspominała tłumaczka, ucieka od swojego początku, aby na koniec do niego wrócić. A jednak z tych pozornie chaotycznych fragmentów powoli składamy całość. Poszczególne kawałki puzzli zaczynają do siebie pasować i oczom czytelnika ukazuje się pełny obraz - skomplikowana rodzinna historia na tle równie pokomplikowanej historii Siedmiogrodu, Rumunii i Węgier. Ale może przede wszystkim jest to opowieść o dziewczynce - dziewczynie, historia  dojrzewania, relacji z ojcem, matką, siostrą, dziadkami, przyjaciółmi. Ten okres jej życia przypadł na siermiężne, ubogie, tragiczne, smutne i beznadziejne lata dyktatury Ceausescu. To jej oczami patrzymy na świat. I nawet jeśli pozornie znika z jakiegoś rozdziału, to i tak miałam wrażenie, że to jej opowieść. I jeszcze jeden dowód na to, że „Dom kata” jest powieścią - zaczyna się i kończy w grudniu 1989 w momencie obalenia dyktatora. Finał to szalona radość, ulga i nadzieja, jakie niesie ze sobą każdy przełom, każda świeżo odzyskana wolność. Bo przecież teraz wszystko musi być już inaczej. Jak? Nie wiadomo, nikt się jeszcze nad tym nie zastanawia. Na pewno lepiej. W takich momentach nikt nie myśli, że może jednak wcale nie będzie łatwo. Ciąg dalszy znamy, ale spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Po co goryczą psuć sobie radość zakończenia.

Ale powieść Andrei Tompy jest też bardzo ciekawa, bo opowiada historię mało nam znaną. Akcja rozgrywa się w Siedmiogrodzie w Kolożwarze, dziś to po rumuńsku Cluj-Napoca (Kluż-Napoka). Bohaterami są zamieszkujący od wieków te tereny Węgrzy, a właściwie Szeklerzy. Ich węgierska tożsamość jest tu bardzo istotna. Bezduszna i okrutna historia sprawiła, że Siedmiogród stał się w wyniku traktatu z Trianon częścią Rumunii. Potem tylko na kilka wojennych lat znowu był węgierski. Dlatego jest to opowieść o utracie. Utracie ojczyzny, kultury, języka, praw przynależnych mniejszości narodowej, wreszcie o stracie przyjaciół. Węgierscy bohaterowie powieści stale są z czegoś odzierani – likwiduje się węgierski teatr, klasy z językiem węgierskim, coraz trudniej dostać paszport, coraz trudniej spotkać się z krewnymi mieszkającymi na Węgrzech. No i stale ktoś emigruje. Likwiduje swoje mieszkanie, rozsprzedaje sprzęty, ukochane książki, bo w taką podróż wolno wziąć tylko niewielką ilość bagażu. Kto decyduje się na wyjazd, najpierw przechodzi drogę przez mękę – czeka na paszport, traci pracę, musi zadowolić się byle jaką. Bywa, że czekanie trwa latami. Utracie nieodłącznie towarzyszy zmiana. Bo skoro zamyka się granice, skoro znikają ludzie, skoro o swoją tożsamość trzeba walczyć, to nic już nie będzie takie samo. Ale zmienia się też miasto. Na stare dzielnice napierają brzydkie, bezduszne, szare osiedla z wielkiej płyty. Bezpowrotnie giną ulice, przy których stały domy otoczone ogrodami. Jeśli gdzieś nieoczekiwanie ocaleją, to dlatego, że pewnie mieszka tam ktoś. Dziadkowie dziewczynki-dziewczyny żyją w wiecznej niepewności. Od lat nie remontują swojego domu, bo przecież zaraz będą burzyć. Na ich ulicy żaden ktoś przecież nie mieszka.

Jest to też opowieść o komunistycznej Rumunii. Nazwisko Ceausescu nie pada chyba ani razu, jakby bohaterowie bali się je  wymawiać. Ale duch dyktatora stale jest obecny w ich życiu, rzuca na nie cień. Łamie życiorysy, staje się przyczyną tragedii. Chyba najtragiczniejszą postacią jest ojciec dziewczynki-dziewczyny. Chociaż przyczyn jego nieszczęśliwej drogi trzeba też szukać w historii rodzinnej. Często rumuńska, komunistyczna rzeczywistość, kult wodza narodu przybiera groteskowe formy, ale zaraz na powrót robi się strasznie. Ratunkiem jest rodzina i sztuka, bardzo ważna w życiu bohaterów. Bo przecież jakby okropnie nie było, to jakoś żyć trzeba. To stwierdzenie dotyczy starszego pokolenia – dziadków, rodziców. Oni próbują się dostosować, radzić sobie w niełatwej, beznadziejnej, szarej rzeczywistości. Ale dziewczynka-dziewczyna inny świat zna tylko z rodzinnego przekazu. Żyje tu i teraz, dorasta, marzy, planuje, jest łapczywa na życie. Może dlatego, na przekór czasom, z powieści bije energia. To ona jest jej źródłem, chociaż i jej nie omijają tragedie.

Rozpisałam się, a mam poczucie, że ledwie nadgryzłam temat. Tak jest zawsze, kiedy piszę o książce, która jest czymś więcej, niż tylko przyjemną lekturą. Gorąco namawiam, aby sięgnąć po powieść Andrei Tompy i nie należy zrażać się formą. Po chwili okazuje się wartością dodaną, a nie balastem.



 

"Ptaki śpiewają w Kigali"

Na najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego czekałam, od kiedy tylko reżyserska para zaczęła opowiadać o swoich planach, a było to dobrych kilka lat temu. Jestem wielką admiratorką ich twórczości, to po pierwsze, a po drugie temat żywo mnie interesuje. Choroba reżysera, zbieranie funduszy sprawiły, że projekt się przeciągał, a w międzyczasie zmieniła się też koncepcja filmu. Początkowo scenariusz miał być oparty na opowiadaniu Wojciecha Albińskiego. W pierwszej wersji drugim głównym bohaterem, oprócz Claudine, był mężczyzna. Wyszłaby z tego jeszcze jedna opowieść o miłości w czasach zagłady. Dlatego dobrze się stało, że tamten pomysł uległ zmianie. Teraz dostaliśmy uniwersalny film o wychodzeniu z traumy, o przyjaźni, o próbie zrozumienia tego, co się stało, i staraniach, aby zacząć nowe życie po apokalipsie. Film wyciszony, nieepatujący makabrą, o bardzo klarownej, czystej formie, pięknie fotografowany. "Ptaki śpiewają w Kigali" to całkowite przeciwieństwo "Wołynia" Smarzowskiego - nie oglądamy samego ludobójstwa, aktów przemocy. Dlatego też obie aktorki, Jowita Budnik i Eliane Umuhire, grają oszczędnie, są wyciszone, tylko czasami dają upust emocjom. Historia bohaterek jest tylko zarysowana, wiele pozostaje w sferze domysłu, z czasem niektóre wątki zostają dopowiedziane. Na pewno będą widzowie, których film znudzi wolnym tempem i zniechęci oszczędnymi środkami wyrazu. A ja mam kłopot, bo z jednej strony wyciszenie, czystość, klarowność i oszczędność formy zrobiły na mnie wrażenie, sprawiły, że film został ze mną, z drugiej jednak spowodowały, że tę dramatyczną historię oglądałam na chłodno. Nie wzruszyłam się, nie przeżyłam jej, nie doznałam wstrząsu. Chyba jednak nie o to chodziło. Zastanawiam się, czy opowieść, która w zamyśle twórców, ma być ostrzeżeniem przed nienawiścią prowadzącą do przemocy i tragedii, przekona nieprzekonanych, czyli widzów, którzy nie zastanawiają się nad takimi sprawami. Mam jeszcze inną uwagę - moim zdaniem w kilku miejscach nie udało się uniknąć schematycznych rozwiązań. Mimo zastrzeżeń uważam, że film należy obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 

W swoich dotychczasowych filmach Joanna Kos-Krauze i nieodżałowany Krzysztof Krauze byli mistrzami w pokazywaniu emocji. W nieprawdopodobny, niebanalny, przejmujący sposób potrafili opowiedzieć o trudnym splocie życiowych okoliczności, o  bohaterach w sytuacji bez wyjścia. Na wyżyny wznieśli się szczególnie w przerażającym "Długu" i w dojmującym „Placu Zbawiciela”, w którym pokazali piekło rozgrywające się w normalnej, zwyczajnej rodzinie. Bohaterowie tamtego filmu ranili się nawzajem, a główna bohaterka grana też przez Jowitę Budnik, to ta rola odkryła ją jako aktorkę, została zaszczuta przez najbliższych. Piszę o tym nieprzypadkowo, bo po wyjściu z kina zaczęłam się zastanawiać, czy historia Anny i Claudine nie przemówiłaby do mnie bardziej, gdyby reżyserska para poszła podobną drogą. Wszak obie bohaterki przeżyły traumę, na ich oczach ginęli ludzie, są poranione, nie potrafią się otrząsnąć, poradzić sobie ze swoim nieszczęściem. Claudine straciła całą rodzinę, Anna była świadkiem dręczenia, poniżania, a w końcu zamordowania jej ojca, profesora ornitologii, z którym współpracowała w Rwandzie. Potem z trudem udało jej się uciec. Nie wiemy, jak zakończyła się dramatyczna sytuacja w drodze na lotnisko. Czy żołnierze spełnili swoją groźbę i zgwałcili Annę? Wydaje się, że nie, ale pewności nie mamy. Po przyjeździe do Polski obie kobiety nie chcą siebie znać. Claudine woli zamieszkać w ośrodku dla uchodźców niż w domu Anny, która długo pozostaje obojętna na jej los. Dlaczego? To wyjaśni się w drugiej części filmu. Możemy się domyślać, bo pewności też nie mamy, chociaż sugestia moim zdaniem jest dość wyraźna, że Anna kochała profesora, z którym współpracowała, być może miała z nim romans. Takie rozwiązanie fabularne, chociaż tylko dyskretnie zasugerowane, wydaje mi się ogrywaniem schematu. To tłumaczyłoby jednak decyzję Claudine. Jeśli się czegoś domyślała, zrozumiałe jest, że miała do swojej wybawczyni żal. Z kolei jej obecność mogła przypominać Annie o tym, co się zdarzyło. Kiedy w końcu zamieszkają razem, dla obu będzie to bardzo trudne. Powinny się poddać terapii, szukać pomocy u specjalistów zajmujących się leczeniem stresu pourazowego. Anna udaje, że problemu nie ma, wspomnienia i traumę topi w alkoholu. Zamyka się w sobie, nie chce pomocy, nie opowiada nikomu o tym, co ją spotkało. Bo i jak o tym mówić? Kto zrozumie? Opiekowanie się poranioną Claudine nie jest proste. A to nie koniec jej problemów. Ma chorego ojca, straciła kontakt z córką, która żąda od niej wyższych alimentów. Dlaczego nie są razem? Co się zdarzyło? To wszystko sprawia, że w domu Anny rozgrywa się prawdziwa tragedia. Jednak sposób opowiadania, nagromadzenie niedopowiedzeń sprawiają, że jej nie czuję. Niezrozumiały jest też przełom, jaki następuje w relacji obu kobiet. Na koniec tej części rozważań przywołam "Gorzkie żniwa" Agnieszki Holland, które mocno mnie kiedyś poruszyły. A robię to dlatego, że jego tematem była podobna relacja - wybawiciel i wybawiona.

Pytanie, które postawiłam na początku, pozostawiam bez odpowiedzi. Doceniam szlachetność oszczędnej formy, ale jeszcze raz powtarzam, że chyba właśnie ona sprawia, że pozostaję gdzieś obok, nie czuję dramatu bohaterek. Sama jednak nie wiem, czy wyszłoby na dobre filmowi, gdyby twórcy  pokazali ich traumę, ich wzajemne ranienie się tak, jak zrobili to w „Placu Zbawiciela”. Bo z jednej strony na pewno tak opowiedziana historia działałaby na emocje, z drugiej filmowa opowieść mogłaby się wydać wtórna.

Druga część filmu rozgrywa się w Rwandzie wydobywającej się z chaosu. W tym miejscu przypominają mi się słowa wiersza Szymborskiej "Koniec i początek" - Po każdej wojnie ktoś musi posprzątać. I po czterech latach od ludobójstwa trwa sprzątanie. Organizacje pomocowe segregują dary, wygrzebuje się szczątki pomordowanych, ich czaszki starannie czyści. Winni siedzą w więzieniach, odwiedzają ich kolorowo ubrane żony. Na bazarach trwa handel. Ale ofiary nie potrafią wrócić do życia. Kiedy Claudine spotyka swoją ocaloną kuzynkę, chyba jedyną żyjącą krewną, obie kobiety nie umieją się porozumieć. Radość spotkania uniemożliwia mur niezrozumienia. Trauma Christiny jest jeszcze większa, jej przeżycia straszniejsze, dziecko, które urodziła, prawdopodobnie urodziło się na skutek gwałtu. Czy Claudine, która razem z Anną mieszka w eleganckim hotelu, może ją zrozumieć? W każdym razie nie potrafi jej pomóc. Zresztą ma swoje zmartwienia - próbuje odnaleźć zwłoki bliskich, aby ich pochować. To pomoże jej zamknąć czas żałoby, zacząć nowy okres w życiu, ale okazuje się prawie niemożliwe. Ciała zamordowanych wrzucano do kloacznych dołów, grzebano w zbiorowych mogiłach albo zostawiano na pożarcie sępom. Ich obrazy pojawiają się na ekranie co jakiś czas, nieprzypadkowo Anna prowadziła badania nad tymi ptakami. Widzimy też inne sceny symbolizujące rozkład, śmierć – kilkakrotnie oglądamy mrówki, martwe ryby, wnętrzności, zwierzęce płody zanurzone w formalinie. Co zostało po zamordowanych? Tylko przedmioty – oprawki okularów, książka, stosy ubrań w kościele, w którym zamiast schronienia znaleźli śmierć.

Claudine próbuje zrozumieć, dlaczego sąsiedzi mordowali sąsiadów. Oprawca jej ojca też był ornitologiem, przyjacielem rodziny, trzymał ją do chrztu. Zapytany, jak mógł to zrobić, odpowie, że wczoraj my, jutro wy (cytat z zawodnej pamięci) i wyjdzie z sali widzeń. Każdy może stać się mordercą. Film w zamyśle twórców ma być ostrzeżeniem, dlatego pokazuje, jak zaczyna się nienawiść. W jednej z pierwszych scen słyszymy komunikaty nadawane przez rwandyjskie radio. Tutsi nazywani są karaluchami. Tak było rzeczywiście. Ludobójstwo nie wzięło się znikąd. Przez lata propaganda Hutu sączyła pogardę, podsycała nienawiść, aż Tutsi pozbawieni zostali człowieczeństwa. Skoro są karaluchami, trzeba się ich pozbyć. To może stać się wszędzie. Dlatego znamienna jest scena wizyty policjantów w domu Anny. Przyszli sprawdzić papiery Claudine, bo ktoś na nią doniósł. Nie widzimy ich, ale słyszymy rozmowę. Kobieta im się nawet podoba, ale co będzie, jak przyjedzie ich więcej? Jak sprowadzi krewnych? I niby wszystko jest w porządku, rozumiem intencje twórców, podzielam obawy, nigdy nie dość czujności, ale ta scena wydała mi się sztuczna, nazbyt łopatologiczna. Zgrzyta w tym subtelnym filmie. Jakbym widziała szwy, a przecież nie powinnam ich dostrzec. Nie tylko wtedy. Anna nieprzypadkowo nazywa się Keller. Jej ojciec ma na imię Horst. Akcja filmu toczy się we Wrocławiu i okolicach. Kto uważnie ogląda, domyśli się, że Horst Keller urodzony w roku 1910, taka data widnieje na jego grobie, był Niemcem, który po wojnie został na Dolnym Śląsku. Możemy sobie wyobrazić jego powojenne losy. Za Anną ciągnie się historia ojca. Ten wątek również wydał mi się niepotrzebny. Za dużo grzybów w barszcz.

Chociaż trochę marudzę, dzielę się wątpliwościami, to jednak muszę przyznać, że film mimo emocjonalnego chłodu zapadł mi w pamięć.

 

 

"The Square"

Wiedziałam, że "The Square" Rubena Ostlunda zdobył Złotą Palmę w Cannes i że zyskał też uznanie krytyków, co nie zawsze idzie w parze, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Co prawda Ostlund nakręcił wcześniej "Turystę", ale temat jego najnowszego filmu - granice we współczesnej sztuce - wydał mi się nie do końca interesujący. Potrafię długie godziny spędzić w galerii, oglądając obrazy, ale, wyznaję szczerze, rzadko zdarza mi się odwiedzać muzea sztuki współczesnej. Nie mam do niej klucza, nie rozumiem, nikt nigdy nie nauczył mnie jej odbioru. Cóż, nie jestem w tym odosobniona. To dlatego nieco sceptycznie podchodziłam do najnowszego filmu Ostlunda. Tymczasem okazało się, że niesłusznie. Po pierwsze problem granic we współczesnej sztuce jest tylko jednym z wielu. To przede wszystkim obraz współczesnego, rozwarstwionego społeczeństwa, w którym jedni nie mają zaufania do drugich, a nawet się ich boją. To właśnie zaufanie jest jednym z głównych tematów filmu. Innym jest rozmijanie się idei z życiem. Łatwo pewne idee propagować, trudniej praktykować. Film zmusza do myślenia, daje pole do dyskusji na wiele tematów, stawia ważne pytania - o granice prowokacji w sztuce, o wolność słowa, o polityczną poprawność. Odpowiedzi nie zawsze są łatwe. Ale poza tym "The Square" znakomicie się ogląda, bo jest świetnie zrobiony. Akcja zbudowana została wokół licznych, zaskakujących zbiegów okoliczności. Głównym bohaterem jest Christian, dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie, któremu przydarza się ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, a w tym samym czasie w galerii trwają przygotowania do wystawy argentyńskiej artystki. Jej tematem jest zaufanie. "The Square" to jednak nie kino akcji. Przestrzegam też tych, którzy zwabieni reklamą, uwierzą, że idą na komedię. Na pewno nie ma tu prostego dowcipu, za to ci, którzy lubią ironię, będą usatysfakcjonowani. I pewnie nie jest to kino dla masowej widowni, chociaż właściwie dlaczego nie? Ja wyszłam zachwycona. A kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 

Oglądając „The Square”, doszłam do wniosku, że bohaterów filmu stale coś wybija z rutyny codziennych zdarzeń. Jakby los dał im szansę, aby spojrzeli na świat inaczej, aby zatrzymali się na chwilę. Najpierw Christian, który jak co dzień zmierza do pracy, staje się świadkiem zaskakującego zdarzenia – młoda kobieta histerycznie woła o pomoc, bo atakuje ją wściekły facet, chyba jej znajomy. Nikt oprócz jednego mężczyzny, a potem Christiana, nie reaguje, wszyscy przechodzą obojętnie, najwyżej oglądają się za siebie. Potem okaże się, że to pułapka, bohater został okradziony. To zdarzenie wywoła lawinę kolejnych, równie zaskakujących i niezwykłych. Bo oto Christian za namową niefrasobliwego kolegi zabawi się w poszukiwacza sprawiedliwości. Szacowny, wymuskany dyrektor galerii skrada się jak jakiś gangster po piętrach bloku w dzielnicy Sztokholmu, do której nigdy się nie zapuszcza, i wrzuca do skrzynek list, który ma sprowokować i skruszyć złodzieja. O dziwo udaje mu się w ten niezwykły sposób odzyskać skradzione przedmioty. Ale ta zabawna, szalona akcja ma swoje koszty. Rykoszetem obrywa niewinny chłopak, którego rodzice są przekonani, że to on ukradł portfel i telefon. On również postanawia walczyć o siebie. Jednak Christian go zlekceważy. Dlaczego? Czy tak trudno byłoby mu się zdobyć na drobny gest i wyjaśnić sytuację jego rodzicom? Przecież ten dzieciak ma rację! Ale jest ciemny, na pewno pochodzi z rodziny imigranckiej, mieszka w gorszej albo wręcz złej dzielnicy, dlatego Christian go lekceważy. Gdyby minął go na ulicy, z pewnością nie zwróciłby na niego uwagi. Tak jak obojętnie mija żebraków i bezdomnych. Są dla niego przezroczyści Wypracował już sobie stanowczą, ale grzeczną odpowiedź, oczywiście odmowną, popartą odpowiednim gestem. Nie różni się w swojej reakcji niczym od tej części społeczeństwa, która tak jak on chadza do pracy elegancko, modnie, nienagannie ubrana, kontempluje sztukę w galeriach, robi drogie zakupy. Odgrodzeni murem zamożności, obojętności nie dostrzegają, że istnieje inny świat. A właściwie dostrzegają, ale na poziomie deklaratywnym. Z uwagą pochylą się nad wystawą argentyńskiej artystki, nad jej kwadratem, w którym wszyscy są równi, w którym wszyscy mają takie same prawa. Tak wiele może się tam zdarzyć, jak zapewniają artystka i organizatorzy wystawy. Może ktoś poprosi o pomoc i na pewno ją otrzyma, może ktoś zechce podzielić się swoim smutkiem i na pewno zostanie wysłuchany, może ktoś zostawi tam swój portfel i na pewno nikt go nie ukradnie. Takie rzeczy możliwe są tylko w czasie artystycznego performancu, na życie to się nie przekłada.

Kiedy Christian zrozumie swoje zaniechanie, będzie już za późno. Nie zdoła niczego wytłumaczyć rodzicom skrzywdzonego chłopca, przepadnie szansa na przełamanie lodów. Oglądane z lotu ptaka klatki schodowe domu, w którym mieszka Christian, i bloku, w którym mieszka skrzywdzony chłopak, niewiele się różnią – spiralne schody prowadzą w dół. W rzeczywistości dzieli je wszystko– wystarczy zmienić perspektywę, aby zobaczyć różnicę. Ale przecież jej wybór zależy od nas. I jeszcze jedno - naprawdę łatwo znaleźć się po drugiej stronie. Przekonał się o tym Christian dwukrotnie - po raz pierwszy, kiedy to on prosił o pomoc i natknął się na mur obojętności. Po raz drugi, kiedy szukając wyrzuconego listu, rozrywał worki ze śmieciami. I znowu kamera z lotu ptaka pokazuje niecodzienny obraz – mężczyzna w eleganckim garniturze miota się na śmietnisku. Jego nieskazitelnie biała koszula szybko traci swój blask. Ta scena ma w sobie moc symbolu. Co jeszcze znaczy? Że nasz miły, przyjemny, wygodny świat się kończy? To wydaje mi się zbyt oczywiste.

Z problemem społecznych podziałów, znieczulicy łączy się kolejny – zaufanie. O tym jest wystawa argentyńskiej artystki. Czy ufasz ludziom? Dlaczego Christian wrzucał do skrzynki listy, oskarżając każdego, zamiast chodzić od mieszkania do mieszkania i rozmawiać? Bo nie ufał mieszkańcom bloku znajdującego się w gorszej dzielnicy Sztokholmu, bał się ich. Z drugiej strony zaufanie nie zawsze popłaca, przecież został okradziony, kiedy uwierzył, że ktoś rzeczywiście potrzebuje pomocy, że ktoś pomaga. Zaufanie jest leitmotivem filmu. Ufać musimy sobie na co dzień, w drobnych i większych sprawach. Ufać muszą sobie dziewczyny z zespołu, w którym występuje jedna z córek Christiana. Wykonując skomplikowane akrobacje, wierzą, że partnerki nie zawiodą. Szefowa galerii ufa Christianowi, że należycie będzie wypełniał swoje obowiązki. Widzowie zgromadzeni na artystycznym performancie ufają artyście, że nie przekroczy pewnych granic. Christian musiał zaufać nieznanemu mężczyźnie, żebrakowi, że nie ukradnie jego reklamówek z zakupami. Raz się udaje, raz nie, ale bez zaufania trudno żyć.

Kolejnym problemem poruszanym w filmie są granice wolności w sztuce i granice wolności słowa. Czy artyście wolno wszystko? Eleganccy bywalcy muzeum są pewnie przekonani, że tak, ale nie było im do śmiechu, kiedy artysta zaczął ich prowokować, przekraczać kolejne granice, obrażać, zagrażać ich poczuciu bezpieczeństwa. Nie bardzo wiedzieli, jak się zachować. W końcu to wyreżyserowany performance, wszystko ma być pod kontrolą, przyszli do galerii, dlatego długo są bierni, udają, że nie widzą, że świetnie się bawią albo spuszczają głowy w niemym geście bezradności. Kiedy w końcu zareagują, okaże się, że niewiele trzeba, aby z ludzi wyszły bestie. Artysta symbolizujący dzikość jest interesujący jako obiekt artystyczny, kiedy staje się dziki naprawdę, budzi przerażenie. To podobna sytuacja jak z kwadratem, w którym wszyscy są równi. Deklaracje nie mają się nijak do życia.

A granice wolności słowa? Czy muzeum ma prawo reklamować swoją wystawę prowokacyjnym filmem? I czy ten film przekracza rzeczywiście jakieś granice? Jak mówią jego autorzy – co trzeba pokazać, aby przykuć naszą uwagę? I czy nasze deklaratywne przejęcie się śmiercią dziecka na ekranie przełoży się jakoś na życie? Czy coś zmieniła w nas i w politykach decydujących o losach świata fala oburzenia i współczucia, kiedy obejrzeliśmy zdjęcie martwego chłopca wyrzuconego przez morze? Czy postanowiliśmy pomagać uchodźcom? Przyjąć ich? Jak długo pamiętaliśmy o tym zdjęciu? Jak długo opłakiwaliśmy to dziecko?

Film prowokuje jeszcze wiele innych pytań. Czy wydawanie ogromnych sum na muzeum, które na co dzień świeci pustkami, ma sens? Czy nie lepiej by było, gdyby bogaci sponsorzy przeznaczyli te pieniądze na biednych tego świata? Na ludzi wyrzuconych poza nawias? Ale z drugiej strony bez sztuki nie da się żyć! Jest potrzebna jak powietrze. Tylko czy kwadrat, w którym wszyscy są równi, i kopce żwiru to rzeczywiście sztuka? Czy taka sztuka warta jest wielkich pieniędzy? Ale kto ma prawo decydować, jaka sztuka jest ich warta? Stąd tylko krok do wykluczania, zakazywania, wskazywania palcem, dzielenia sztuki na tę słuszną i niesłuszną. A to już pachnie cenzurą.

Chociaż film mocno podszyty jest ironią i posługuje się kpiarskim tonem, to prowokuje do myślenia. Nie tylko o tym, o czym pisałam. Takich zmuszających do namysłu zdarzeń jest tu wiele, choćby spotkanie z artystą, które nieoczekiwanie zakłócone zostaje przez mężczyznę chorego na chorobę Tourette'a. Czy ma prawo uczestniczyć w tym spotkaniu, skoro przeszkadza i obraża? Ale przecież on nie panuje nad tym, co mówi. A jednak nie pozwala się skupić. Co zrobić? Jak rozstrzygnąć ten problem? Przecież, jak mówi prowadząca spotkanie, wszyscy są tu mile widziani. Naprawdę?

 

"Safari"

Wreszcie w kinie. Od wiosny trwała filmowa posucha, ale mam nadzieję, że jesień przyniesie odmianę. W każdym razie najbliższe dwa tygodnie na pewno – czekam na „The Square” i „Ptaki śpiewają w Kigali”. Tymczasem poszłam na najnowszy film  Ulricha Seidla „Safari” podobnie jak „Raj: miłość” nakręcony w Afryce. Tym razem austriacki reżyser sięgnął po formę dokumentalną. Jego filmy miłe i przyjemne nie są, mają widzem potrząsnąć, dotknąć go do żywego, zaboleć. W „Raju: miłości” przyglądał się kobietom, które wyjeżdżają do Kenii i wdają się w przelotne romanse z miejscowymi żigolakami. Brzmi w miarę niewinnie, ale kto widział, wie, że jest żenujące i obrzydliwe. Tym razem Seidl pokazuje austriackich myśliwych jeżdżących do Afryki na polowanie. Temat i u nas bardzo aktualny, zimą mieliśmy polski głos w tej samej sprawie - „Pokot” Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A i w mediach co jakiś czas sporo mówi się o polskim lobby myśliwskim przy okazji kolejnych nowelizacji ustaw. Szkoda mówić – Zjednoczona Partia Myśliwych ma się cały czas znakomicie. Ale wróćmy do "Safari".

Seidl zderza sceny z polowań z wypowiedziami bohaterów filmu i koszmarnymi obrazami oprawiania zabitych zwierząt, na które nie bardzo byłam w stanie patrzeć. Przerażające jest ich martwe spojrzenie. Nie potrafię zrozumieć, jak polowanie, zabijanie zwierząt może sprawiać przyjemność, a „Safari” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to barbarzyński rytuał. Dla pokazywanych w filmie myśliwych strzelanie do dzikiej zwierzyny to wielkie emocje, wręcz ekscytacja. Opowiadają o tym przed kamerą, snują jakieś pseudofilozoficzne wywody, znajdują niemal metafizyczne uzasadnienie dla swojej zabawy. Wymądrzają się na temat metafizyki śmierci, ale przecież w śmierci, którą zadają, nic metafizycznego nie ma. Twierdzą, że wyświadczają przysługę zwierzętom. Jedna z bohaterek mówi, że ma problem z zabijaniem  w rzeźni, ale ze strzelaniem do zebry, żyrafy czy gazeli żadnego. Skoro to żaden problem, to dlaczego o swoim procederze nie mówią wprost? Słowo zwierzę zastępują sztuką, zamiast zabiłem powiedzą położyłem, krew nie jest krwią tylko farbą.  Kiedy oddadzą celny strzał, padają sobie w ramiona, gratulują, a na koniec robią zdjęcia z martwym zwierzęciem, ustawiwszy je wcześniej w jak najkorzystniejszy sposób do tej makabrycznej fotografii. Są gotowi płacić za ten proceder ciężkie pieniądze, bo zabijanie ma swój cennik. Tu oczywiście pojawia się kolejny bałamutny argument – polowanie daje pracę miejscowym, pozwala im zarabiać. Niby tak, ale wiadomo, że oni dostają ochłapy z pańskiego stołu, bo interes trzyma w garści biały. To on jest właścicielem myśliwskiej farmy organizującej polowania. Farma przypomina pałac, a miejscowi, którzy oprawiają zabite zwierzęta, są przewodnikami, kierowcami, a przy okazji lokajami, mieszkają w blaszanych budach bez okien. Oczywiście wszyscy zgodnie twierdzą, że nie są rasistami. Seidl nie oszczędza swoich bohaterów, w żaden sposób nie są w stanie wzbudzić sympatii. Są grubi, niesympatyczni, odęci. Niczym jaśniepaństwo pozują do zdjęć, siedzą rozparci na kanapie i plotą androny. Trzeba przyznać, że reżyser w niezbyt korzystnym świetle pokazuje także miejscowych. Sportretowani przez nieruchomą kamerę wydają się dzicy, pierwotni. Czy tacy są, czy takimi widzą ich myśliwi?

Ale Seidl każe widzowi, który z myślistwem nic wspólnego nie ma i jest wrogiem polowań, zastanowić się nad sobą. Kiedy oglądamy wnętrze myśliwskiej farmy, jej ściany ozdobione łbami zabitych zwierząt, kiedy przypatrujemy się myśliwym pozującym do zdjęcia z martwym zwierzęciem, musimy dokonać rachunku sumienia. Tak, dziś mi to przeszkadza, ale kiedyś? Czy przeszkadzały mi podobne trofea oglądane w zwiedzanych pałacach czy dworach? Pierwszy, jaki przychodzi mi na myśl, to pałac w Pszczynie z całą kolekcją takich trofeów. Czy zastanawiałam się, jak tam trafiły? W moim rodzinnym mieście w zamkowym muzeum największą atrakcją było trzecie piętro, a na nim sale z rzędami martwych, wypchanych zwierząt. Drugą były narzędzia tortur pokazywane w zamkowej piwnicy. Jako dziecko uwielbiałam oglądać i jedne, i drugie. Nikt mi nie wytłumaczył, czym są naprawdę te eksponaty. Moje rodzinne miasto opuściłam jeszcze w czasach licealnych, odtąd nigdy już nie byłam w zamkowym muzeum. Czy nadal można tam oglądać wypchane zwłoki zwierząt? Kiedy z niesmakiem patrzę na myśliwych pozujących do zdjęcia z ustrzeloną zebrą albo żyrafą, ze wstydem myślę, że nie przeszkadzały mi podobne zdjęcia Hemingwaya z jego afrykańskich safari. Nie przeszkadzały mi polowania na romantycznym filmie „Pożegnanie z Afryką”, nie przeszkadzał przystojny Robert Redford grający ukochanego Karen Blixen, który przecież polował. Nie przeszkadzały opisy polowań w angielskich powieściach. Współczesne myśliwskie rytuały nie wzięły się z powietrza, są głęboko osadzone w kulturze, w tradycji. Ale może jest nadzieja, bo świadomość się zmienia, dziś czujemy, że to barbarzyństwo, nierówna walka, a właściwie nawet nie walka, bo współczesny myśliwy nie naraża się na niebezpieczeństwo. Coraz więcej jest przeciwników polowań, więc może kiedyś ten krwawy proceder stanie się obciachem?

 

Sabri Louatah "Dzikusy. Francuskie wesele" (tom I)

Skuszona szumem medialnym w poważnej prasie sięgnęłam po książkę francuskiego pisarza Sabriego Louataha „Dzikusy. Francuskie wesele” tom I (W.A.B. 2017; przełożyła Beata Geppert). Gdyby nie wywiad w Gazecie Wyborczej o autorze nie  wiedzielibyśmy wiele, nawet na stronie wydawnictwa nie ma żadnej (!) informacji, co uważam za skandal. Nie dowiemy się również z rzeczonej strony, ile tomów liczy całość. Dopiero w Wikipedii i wspomnianym wywiadzie znalazłam, że cztery. W tym miejscu muszę pozwolić sobie na złośliwość, na którą od dawna mam ochotę – odkąd W.A.B. stało się częścią Grupy Wydawniczej Foksal, ich strona internetowa jest po prostu beznadziejna! Ale wróćmy na chwilę do autora – Francuz kabylskiego pochodzenia, mieszka w Stanach i do Francji nie zamierza wracać, „Dzikusy” to jego debiut. Kolejną powieść pisze już po angielsku.

Kim są Kabylowie? Przyznam, że nie miałam pojęcia, ale od czegóż internet. Jest to jeden z narodów berberyjskich zamieszkujący między innymi tereny północno-wschodniej Algierii. Warto dodać, że Kabylowie nie są Arabami i uważa się ich za rasę białą. Często to blondyni o niebieskich oczach. Oczywiście dla Francuzów ten fakt nie ma znaczenia, w powszechnej świadomości są kimś gorszym, skoro pochodzą z Algierii. Wrzuca się ich do jednego worka z Arabami albo wręcz z nimi myli. O tym opowiada Louatah we wspomnianym wywiadzie, o tym jest powieść. Bo jej bohaterami są przede wszystkim właśnie Kabylowie – kabylski ród Narruszów.

Akcja pierwszego tomu rozgrywa się w ciągu jednej sobotnio-niedzielnej doby głównie w Saint-Etienne, robotniczym mieście w centralnej Francji, potem w Paryżu. Atmosfera jest niezwykle gorąca, dla rodu Narruszów podwójnie – przygotowują się do wesela jednego z kuzynów, a w niedzielę odbywa się druga tura wyborów prezydenckich. Wyborów historycznych, bo zmierzą się w nich Sarkozy i Szawisz, reprezentujący centrolewicę kandydat pochodzenia algierskiego, ściślej kabylskiego właśnie, oczywiście postać fikcyjna. Nic dziwnego, że cała Francja oszalała. W niedzielę na ulice wylegną tłumy jego zwolenników, aby na żywo albo na telebimach śledzić poczynania swojego kandydata. Do lokali wyborczych ustawią się długie kolejki. Podobno to właśnie Louatah, a nie Houellebecq, wpadł pierwszy na pomysł, aby kandydatem na prezydenta Francji uczynić muzułmanina, nierodowitego Francuza. Chociaż Szawisz muzułmaninem jest raczej z tradycji. Skończył najlepszą francuską uczelnię, jest ateistą. Czy ostatecznie wybory wygra, tego z pierwszego tomu się nie dowiemy.

Trzeba przyznać, że powieść znakomicie się czyta. Na pewno wpływ na to ma filmowa konstrukcja. Naprzemiennie śledzimy różne wątki, przyglądamy się różnym bohaterom. Nie od razu wiemy, kto jest kim, co go łączy z rodem Narruszów, ale domyślamy się, że losy wszystkich splotą się ze sobą w odpowiednim momencie. Sceny zmieniają się szybko, jak w kalejdoskopie. Napięcie podbija jeszcze to, że niemal każdy rozdział zaczyna się od podania dokładnego czasu. Od razu czujemy, że coś się musi zdarzyć. Przyjemność sprawia też podglądanie członków rodu. A rodzina to rozległa. Na jej czele stoi seniorka – babka. Potem są jej liczne dzieci i wnuki. To właśnie jeden z nich, Slim, żeni się z arabską dziewczyną, której rodzina pochodzi z Algierii. Między Kabylami i Arabami nie ma zgody. Obie nacje za sobą nie przepadają, co ma wpływ na weselną atmosferę. Każda z rodzin gardzi tą drugą. Nie podobają się stroje, muzyka, kuchnia. Rodzina panny młodej, która przygotowuje uroczystość, złośliwie sadza Narruszów przy stołach znajdujących się z boku. Dla nich to oczywiście despekt. Didżej gra tylko arabskie piosenki, zapominając o kabylskich. To też nie może się podobać.

Losy członków rodu Narruszów układają się różnie. Pokolenie rodziców wykonuje najczęściej proste prace - to kierowcy autobusów, robotnicy, opiekunki w żłobku. Nie skończyli studiów, mieszkają w gorszych dzielnicach, nie są zamożni, ale trudno ich nazwać biednymi. Wielkie znaczenie mają dla nich więzi rodzinne, trzymają się razem, ale nie są specjalnie religijni. Inaczej wygląda sytuacja ich dzieci. W tym pokoleniu są już studenci, biznesmeni, a jeden z kuzynów został aktorem – gra główną rolę w popularnym telewizyjnym serialu. Jednym z ważniejszych bohaterów jest Karim, kuzyn pana młodego. To o nim dowiadujemy się najwięcej, jego portret jest najgłębszy. Chodzi jeszcze do szkoły. Nie ma łatwego charakteru. Prowadzi jakieś podejrzane interesy, nie stroni od narkotyków, przysparza matkę o ból głowy. W gruncie rzeczy jest bardzo wrażliwym chłopakiem. Ma słuch absolutny, ale porzucił muzykę. Na jego życiu położyły się cieniem dwa zdarzenia – śmierć ojca i zawód miłosny. Zakochał się w niewłaściwej dziewczynie – z bogatego, francuskiego domu. Za wysokie progi - Karim mógł być jej kumplem, ale nie obiektem miłosnych uniesień. Przyznam, że jego portret wydał mi się dość stereotypowy, przewidywalny. I taka jest cała powieść, a właściwie pierwszy tom – sprawnie napisany, ale trudno powiedzieć, aby diagnoza francuskiego społeczeństwa była jakoś szczególnie odkrywcza. Znacznie więcej interesujących spostrzeżeń znalazłam w wywiadzie, do którego już  kilkakrotnie się odwoływałam. Zresztą autor nie ukrywa, że zależało mu na komercyjnym sukcesie. Nie należy jednak zapominać, że to dopiero część pierwsza. Może kolejne wyjdą poza stereotypy. Oczywiście czekam na ciąg dalszy. Nie ukrywam, że bardzo jestem ciekawa, co się wydarzy.

PS. Tak się dziwnie złożyło, że kiedy przeczytałam powieść, ze zdumieniem odkryłam, że w moim mieście w Muzeum Etnograficznym jest wystawa poświęcona ... Kabylom. Czym prędzej pobiegłam. Chociaż niewielka, to bardzo ciekawa.

 

Rana Dasgupta "Delhi. Stolica ze złota i snu"

Z różnych powodów dopiero teraz sięgnęłam po książkę laureatkę tegorocznej Nagrody im.


Ryszarda Kapuścińskiego. Chodzi oczywiście o „Delhi. Stolicę ze złota i snu” Rany Dasgupty (Czarne 2016; przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska). Dla miłośników reportażu to lektura obowiązkowa, ale nie tylko dla nich. Powinni ją także przeczytać ci wszyscy, których interesują Indie, Azja. Ale po co zawężać – ten reportaż jest dla wszystkich ciekawych świata, historii, procesów społecznych, gospodarczych, politycznych. Bo wbrew tytułowi to książka nie tylko o Delhi, ale także o Indiach i współczesnym świecie. Bardzo ciekawa, świetnie napisana. Niestety  pesymistyczna.

Indie to moja pierwsza egzotyczna, światowa miłość. U swego zarania bardzo romantyczna, zbudowana na fundamencie literackim, potem też filmowym. Nie było tych lektur i filmów jakoś specjalnie dużo, ale odcisnęły znaczące piętno na mojej wyobraźni. Cztery tomy Paula Scotta nazwane Kwartetem angloindyjskim (w oryginale brzmi to lepiej - Raj Quartet), potem odkryłam, że jest też znacznie krótsza, uzupełniająca część piąta - „Ci, co pozostali”. „Droga do Indii” E.M.Forstera znana także z filmowej adaptacji w reżyserii Davida Leana (niedawno przypomniała ją któraś telewizja, pewnie będą powtórki), oczywiście „Dzieci Północy” Salmana Rushdiego, potem „Przedział dla pań” Anity Nair i „Brzemię rzeczy utraconych” Kirian Desai. Szczególnie te pierwsze lektury, angielskich autorów, czytane pewnie bezkrytycznie rozbudziły we mnie romantyczne uczucie do Indii. Marzyłam o podróży niemożliwej, a potem, kiedy była już w zasięgu ręki, jakoś mi przeszła ochota nie tylko na Indie, ale i na inne egzotyczne wyprawy. Do czasu. Teraz miałabym ochotę wrócić przynajmniej do niektórych z wymienionych powieści, ale napór nowości i innych literackich zaległości nie pozwala. Może to błąd. A niektóre obrazy, opisywane miejsca i zdarzenia wryły mi się w pamięć bardzo mocno.

Gdybym nadal pozostawała wierna tej romantycznej wizji Indii, jaką zawdzięczam tamtym lekturom, książka Rany Dasgupty byłaby niczym zimny prysznic, ba, nawet lodowaty! Ale od dawna nie jestem już naiwną dziewczyną, więc szoku nie przeżyłam, za to dowiedziałam się wiele interesującego. Dlaczego reportaż Dasgupty nazwałam pesymistycznym? Bo wynika z niego, że Indie nie udźwignęły niepodległości. Powstało państwo niewydolne, które postanowiło zapomnieć o milionach swoich najuboższych obywateli, odgrodzić się od nich niewidzialnym murem, wypchnąć ich poza margines życia. Państwo, które niewiele więcej oferuje także pozostałym. Radź sobie, jak potrafisz - tak można by odczytać jego dewizę, oczywiście nigdzie niewypowiedzianą. Państwo kilkakrotnie w przeszłości wstrząsane politycznymi tragediami i społecznymi niepokojami prowadzącymi do krwawych rozruchów na wielką skalę. Państwo, na którym cieniem położył się Podział.

Tak, tak, to nie pomyłka, to nie błąd - Podział pisany z dużej litery. Chodzi oczywiście o moment odzyskania niepodległości w roku 1947 i związane z tym powstanie dwóch państw – muzułmańskiego Pakistanu i hinduistycznych Indii. To rzecz jasna uproszczenie, bo Indie nie są jednolite religijnie. Chociaż hinduizm jest religią dominującą, to żyją tu również sikhowie, muzułmanie, buddyści i chrześcijanie. Efektem Podziału były nie tylko olbrzymie migracje ludności, miliony ludzi musiało porzucić swoje domy, swoje miasta i rozpocząć życie gdzie indziej, nie tylko nieprawdopodobnie krwawe, dzikie rzezie, słynne są pociągi, które docierały do stacji końcowych ociekające krwią, pełne trupów, ale przede wszystkim nastąpiło brutalne odcięcie od przeszłości, od języka, a co za tym idzie od kultury. W sposób szczególny dotknęło to Delhi i północne Indie, gdzie przez wieki wytworzyła się swoista kultura tworzona przez elity muzułmańskie i hinduistyczne, oparta na języku urdu. I nagle muzułmanie znikają, znika ich kultura, powstaje nowy, początkowo sztuczny, język, hindi, znika urdu. Z czasem cała  stworzona w nim literatura staje się niedostępna dla przeciętnego Hindusa, ginie. Zanim zostaną napisane nowe książki, powstaje pustka. Jak pisze Dasgupta, Podział jest brzemieniem dźwiganym przez Indie do dziś. Jego echa odnajdziemy w literaturze - u Paula Scotta, a przede wszystkim w „Dzieciach Północy”.

Ale „Delhi. Stolica ze złota i snu” jest nie tylko opowieścią o historii Indii, to przede wszystkim portret miasta i państwa po okresie transformacji, który przypada mniej więcej na taki sam czas jak w Polsce. Wcześniej, głównie za sprawą polityki Nehru zafascynowanego Związkiem Radzieckim, Indie były krajem zamkniętym, opartym na gospodarce planowej. Co zrozumiałe ten eksperyment nie mógł się powieść. Aż w końcu nie było wyboru, rządzący musieli otworzyć kraj na świat, na międzynarodowy kapitał i jego pieniądze. Efekty? W teorii świetne. Indie cieszą się dziś dużym wzrostem gospodarczym. Kiedy Chiny dostają coraz większej zadyszki, one wciąż gnają do przodu. Gdy myślimy o współczesnych Indiach, to mamy w głowie hinduskich informatyków, hinduską Dolinę Krzemową, firmy outsourcingowe, ale też ludzi pracujących za grosze, żyjących na ulicy, żebraków. I taki obraz Delhi i Indii wyłania się z książki Dasgupty, który przyjechał do ojczyzny swoich rodziców na chwilę, a postanowił w niej zostać, bo zachłysnął się swobodą artystyczną, obyczajową panującą w stolicy na początku lat dziewięćdziesiątych. Dziś z tamtych romantycznych lat niewiele zostało, za to mnożą się problemy. Autor opowiada o mieście i kraju, pokazując losy jego mieszkańców. Rozmawia z ludźmi bajecznie bogatymi, żyjącymi za murami swych ogromnych rezydencji, dla których częste w Indiach przerwy w dostawie energii elektrycznej nie są problemem, bo mają swoje generatory. Oni nie zastanawiają się, skąd w ich domach woda, której też w kraju brakuje. Jednocześnie ci sami ludzie mieli i mają szalone, fantastyczne wizje biznesowe. Niektóre z nich okazują się chybione, ale inne udaje się zrealizować i przynoszą nieprawdopodobne pieniądze. Tak powstała jedna z nowoczesnych biznesowych i mieszkaniowych dzielnic Delhi - Gurgaon, właściwie osobne miasto. Kiedy jej twórca krok po kroku, cierpliwie kupował ziemię na pustkowiu, wszyscy pukali się w głowę.

Ale Dasgupta rozmawia też z parą, która pracuje na kolei i stara się nie brać łapówek. To niemal niemożliwe. Korupcja to rak na gospodarczym i społecznym organizmie Indii. Jest niewyobrażalna, dotyczy każdej dziedziny życia. Kolejny problem to klasa polityczna uwikłana w intrygi, korupcję, spleciona z biznesem w śmiertelnym uścisku. Do tego olbrzymi przyrost naturalny, skomplikowane prawo własnościowe, a właściwie jego brak, co sprawia, że miliony ludzi można bezkarnie wyrzucać z ich ziemi, którą przejmują deweloperzy i wielki biznes. Te miliony zasilają miasta, które rozdymają się do nieprawdopodobnych rozmiarów, żyją w slamsach, nie mają pracy albo wykonują ją za grosze. Jeszcze w latach siedemdziesiątych w Delhi w dzielnicach nędzy mieszkało kilkadziesiąt tysięcy ludzi, dziś  wegetują tam miliony! To wszystko sprawia, że państwo staje się niesterowne, oddaje najistotniejsze pola walkowerem, abdykuje, a ludzie radzą sobie, jak potrafią. Nie ma energii, więc kupują agregaty, jest niebezpiecznie, więc żyją w zamkniętych osiedlach albo w pałacach, szkolnictwo i służba zdrowia są niewydolne, więc posyłają dzieci do prywatnych szkół, leczą się w prywatnych klinikach, a gdzie nic już się nie da zrobić, tam dają łapówki. I tak koło się zamyka, bo skoro ludzie radzą sobie sami, to dlaczego państwo ma im w tym przeszkadzać? Niestety masy biedaków nie znikają w cudowny sposób jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Problemy nie rozwiązują się same. Najbardziej chyba z książki Dasgupty utkwiło mi w pamięci zdanie mówiące o tym, że klasy średnia i wyższa nie zdają sobie sprawy, ile wysiłku wkładają władze Delhi, aby odciąć je niemal kordonem, odseparować od tych wszystkich biedaków żyjących w slamsach, na obrzeżach miasta. A to wszystko po to, żeby nie trzeba było patrzeć, jak żyją, żeby nie trzeba było zastanawiać się, jak sobie radzą. Jednocześnie ci sami ludzie korzystają z ich pracy, wykorzystując ich przy tym haniebnie. Ale problemy dotykają w coraz większym stopniu także klasę średnią. Co roku w Indiach na rynek pracy trafia około dwadzieścia milionów wykształconych młodych ludzi, dla których nie ma pracy. Co z nimi począć? Nawet emigracja nie jest dla nich rozwiązaniem, bo świat też ich nie wchłonie!

Smutna książka. Nie tylko dlatego, że każe zadać sobie pytanie, czy tak ludnym państwem da się w ogóle dobrze rządzić? Czy można to robić lepiej, czy też wysiłki z góry skazane są na klęskę, więc najlepszym wyborem jest ten, jakiego klasa rządząca w Indiach dokonała? Drugi powód pesymizmu jest taki, że procesy pokazywane przez Dasguptę są przecież globalne. Tak zaczyna wyglądać świat, a mury, i te prawdziwe, i te wirtualne, rosną wszędzie. Mamy je na wyciągnięcie ręki.

 

Katarzyna Tubylewicz "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie"

Zainteresowana tematem i zachęcona wywiadami z Katarzyną Tubylewicz kupiłam, i prawie natychmiast przeczytałam, jej książkę „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”. Autorkę, dziennikarkę, pisarkę i tłumaczkę, która w Szwecji mieszka od, chyba, siedemnastu lat, znam z radiowych rozmów, gdzie czasem komentuje szwedzkie sprawy, i z artykułów prasowych. Lubię jej słuchać, lubię ją czytać. Jej najnowsza książka też spełniła nadzieje, jakie w niej pokładałam. Połknęłam ją jednym tchem.

Zachwyciła mnie już sama konstrukcja - bardzo precyzyjna i przemyślana. Całość składa się z rozdziałów ściśle podporządkowanych takim zagadnieniom jak solidarność, prawa kobiet i feminizm, dobroć, człowieczeństwo i tolerancja, równość i integracja, wolność. W każdej z części znajdziemy kilka bardzo ciekawych wywiadów z różnymi osobami poprzedzonych wprowadzeniem do tematu, w którym autorka albo kreśli krótki rys historyczny związany z zagadnieniem, albo stawia ważne pytania, albo przytacza opinie innych, albo robi to wszystko jednocześnie. Co ważne, mimo że wywiady powstawały w różnym czasie i niektóre były już wcześniej publikowane, całość nie robi wrażenia zlepku przypadkowych tekstów, jak to często bywa w podobnych przypadkach, kiedy mamy wrażenie, że autor wydaje zbiór wcześniej drukowanych felietonów czy reportaży, dyskontując swoją dziennikarską pozycję. W wypadku "Moralistów" po prostu dostajemy spójną całość, nie zbiór wolnych elektronów. Jest to książka osobista, autorka nie kryje swojego zdania,  feministycznej i lewicowej perspektywy, nie stara się być neutralna, pisze o swoich sympatiach, wątpliwościach i zwątpieniach. Katarzyna Tubylewicz pokazuje nam Szwecję przefiltrowaną przez własną wrażliwość.

Szwecja jest dla Polaków mitem – lubimy myśleć o niej jak o ucieleśnieniu raju, w którym panuje sprawiedliwość społeczna, egalitaryzm, nie ma wielkich różnic społecznych, państwo nie zostawia obywatela samego, infrastruktura działa znakomicie, jednocześnie panuje równość, tolerancja, prawa kobiet są przestrzegane i tak dalej, i tak dalej. Krytycy pokazują skazy na tym sielankowym obrazie. Państwo wtrąca się za bardzo w życie człowieka, czego koronnym przykładem są prawa dzieci doprowadzone zdaniem tych krytyków do aberracji, parytety też doprowadzono do absurdu, właściwie niby wolno wszystko, ale tak naprawdę nic, bo w imię wolności wolność jest ograniczana. Liberałowie będą krzywić się na horrendalnie wysokie podatki, bo przecież ten socjalny raj z czegoś trzeba finansować. Konserwatyści z powodów obyczajowych swobód też na Szwecji nie zostawią suchej nitki. Katarzyna Tubylewicz chciała pokazać, jak jest naprawdę, na ile Szwecja jest rzeczywiście tym idealnym socjaldemokratycznym krajem, na ile Szwedzi są otwartym, tolerancyjnym społeczeństwem. Taki był zamysł, ale rzeczywistość go nieco zmodyfikowała. Bo na  zagadnienia, o których Tubylewicz miała pisać, nałożył się jeden najpilniejszy problem - imigranci. Bo Szwecja dwa lata temu w czasie szczytu kryzysu imigracyjnego w Europie przyjęła najwięcej uchodźców w przeliczeniu na głowę mieszkańca. To tak, jakby Polska przyjęła ich pół miliona! I nie byłoby w tym nic złego ani niepokojącego, gdyby nie tempo, w jakim to wszystko się zdarzyło. Po prostu państwo nie nadążało. Autorka zastanawia się, dlaczego Szwedzi zdecydowali się na ten krok, jakie konsekwencje  niesie on dla ich życia, jakie są zagrożenia, jakie korzyści, jakie problemy i gdzie jest ich źródło. Ale najważniejsze jest jedno – Szwedzi nie chowają głowy w piasek, nie próbują robić uników, tylko mierzą się z problemem i zaczynają dyskutować. Otwarcie, próbując uniknąć lewicowej poprawności politycznej i prawicowych lęków.

Ta książka w Polsce mogłaby się stać znakomitym punktem wyjścia do rozmowy, bo na tacy zostały nam podane problemy i błędy, jakie przez lata Szwedzi popełnili, i oczywiście gotowe, sprawdzone, dobre rozwiązania. Tymczasem u nas każdy okopał się na swoich pozycjach, żadnej dyskusji się nie prowadzi, zamiast tego jest walenie cepem w adwersarza, a właściwie lepiej by było napisać w przeciwnika, a problemu prawdopodobnie w perspektywie lat (kilku? kilkunastu?) i tak nie unikniemy, chyba że otoczymy się szczelnym murem i wypiszemy z Europy. Zamiast rozmawiać, rozbrajać lęki, przekonywać, politycy wolą na tych obawach grać i je potęgować. A po nas choćby potop. Nasza chata z kraja, co nas to wszystko obchodzi - ci biedni ludzie, te tysiące ofiar, dla których zbiorową mogiłą jest Morze Śródziemne. Jacy oni biedni, żyją sobie w obozach dla uchodźców, dach nad głową mają, jedzenie i picie też, wczasy po prostu na koszt tych naiwnych Włochów czy Greków, którzy sami sobie winni. A w ogóle po co wyjeżdżali? Tak, tak, trzeba pomagać, ale tam, na miejscu, jak mantrę powtarzają politycy. Szkoda gadać, złość, bezsilność i wstyd. Koniec z dygresją, wracam do książki. W tym miejscu muszę bardzo mocno podkreślić, że wbrew temu, co przez chwilę mogłoby się wydawać, „Moraliści” Katarzyny Tubylewicz są naprawdę opowieścią o Szwecji i Szwedach, a nie o problemie imigrantów napierających na Europę.

Ponieważ się rozpisałam, postaram się w skrócie zwrócić uwagę na najważniejsze zagadnienia, jakie autorka porusza w swojej książce. Przede wszystkim pisze o tym, że Szwedzi bardzo świadomie po drugiej wojnie światowej, próbując uciec od niezbyt chlubnej przeszłości, budowali sobie markę kraju i społeczeństwa otwartego, tolerancyjnego, solidarnego, po prostu dobrego. I Szwedzi rzeczywiście tacy są - pomaganie innym, nieobojętność na cudze nieszczęście mają wdrukowane w swoje dusze i umysły. Dlatego niosą pomoc - z przekonania, z dobrego serca, nie z przymusu. Ale jednocześnie są społeczeństwem dość hermetycznym, w pewnym sensie zamkniętym, co rodzi problemy. Przykład? Mimo że angielski jest ich drugim językiem, aby w Szwecji pracować, trzeba nauczyć się szwedzkiego. To jedna z barier. Kolejnym problemem jest to, że za wszelką cenę próbują unikać konfliktów, dlatego dopóki się da, udają, że sprawy nie ma. Innym jest polityczna poprawność, nadmierna opiekuńczość, która z kolei każe im niańczyć imigrantów, co sprawia, że ci stają się bierni, no bo skoro wszystko mają podane na tacy, to po co się wysilać. Ta sama polityczna poprawność, uważność i tolerancja sprawiają, że przyjmują imigrantów z dobrodziejstwem inwentarza, co rodzi kolejne problemy. Bo mimo że Szwedzi przywiązują wielką wagę do równości i praw kobiet, to imigrantom pozwala się na obrzezanie dziewczynek, na kulturę honoru i kultywowanie ich obyczajów niezależnie od tego, czy są zgodne, czy sprzeczne ze szwedzkim prawem. Może nie tyle pozwala się, ile nie ingeruje. Dlatego na wagę złota są tacy ludzie jak pewien pochodzący z Afganistanu szwedzki policjant, który wziął roczny urlop, aby spotykać się z afgańskimi imigrantami, chłopcami i mężczyznami, tłumaczyć im zawiłości szwedzkiej kultury, obyczajów i własnym przykładem zaświadczyć, co można osiągnąć. Te wszystkie, i inne, problemy, o których tu  wspomniałam, powodują, że wśród Szwedów rośnie obawa o wynik kolejnych wyborów, chyba w roku 2018. Co będzie, jeśli  wygra je ksenofobiczna partia Narodowych Demokratów? I znowu, czytelniku tej notki, możesz odnieść wrażenie, że książka Katarzyny Tubylewicz dotyczy tylko  problemu imigrantów. A przecież to nieprawda. Są tu arcyciekawe rozmowy z artystami, dziennikarzami, z Polakami mieszkającymi w Szwecji, z pastorką lesbijką, która jest biskupem, z tęczowymi rodzicami (To w Szwecji nikogo oczywiście nie szokuje, państwo ich wspiera specjalnymi programami.), z feministkami i wieloma innymi ludźmi. Tubylewicz rozmawia też o śmierci, o żałobie, o prawie artystów do własnej wypowiedzi i jeszcze kilku innych zagadnieniach. Wniosek z tego taki, że książkę trzeba przeczytać koniecznie. A najważniejsza konkluzja? Społeczeństwo da się świadomie kształtować, zmieniać jego postawy. Otwartym, solidarnym i tolerancyjnym można się stać (Szwedzi jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku byli społeczeństwem homofobicznym!). Kiedy to napisałam, brzmi banalnie, ale tak jest. I jeszcze jedno – w tym momencie uświadomiłam sobie rzecz równie oczywistą - kształtować społeczeństwo można przecież w każdą stronę, czego liczne przykłady w przeszłości i dziś też bez trudu odnajdziemy. I tym niewesołym wnioskiem skończę.

 

 

Anna Pamuła "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki"

Nie miałam zamiaru sięgać po reportaż „Polacos. Chajka płynie do Kostaryki” napisany przez nieznaną mi Annę Pamułę. Wprawdzie wydało go moje ukochane Czarne (2017), ale przecież nie kupuję każdej książki, która się u nich ukazuje. Jednak, jak to często bywa, wysłuchałam rozmowy z autorką i zachęcona postanowiłam przeczytać. No i nie żałuję. Trzeba przyznać, że Anna Pamuła trafiła na bardzo ciekawy i słabo istniejący w powszechnej świadomości, albo wręcz nieznany, temat. Opowiada historię kostarykańskich Polacos. Czytelnik, który uważnie przeczytał tytuł, być może domyślił się, że chodzi o polskich Żydów. Tak rzeczywiście jest. To słowo do dziś oznacza w Kostaryce  Żyda i ... obwoźnego handlarza, ponieważ większość żydowskich imigrantów przybywających do tego albo do innego kraju Ameryki Południowej na początku imała się takiego właśnie zajęcia. Byli klapperami. A praca to niewdzięczna, ciężka i nieprzynosząca kokosów. Trzeba było sporego samozaparcia, żeby pracować tak kilka dobrych lat. Wędrowali po prowincjonalnych drogach objuczeni wypełnionymi towarem ciężkimi walizami, często brodząc w błocie. Budzili niechęć miejscowych, bo odbierali im zajęcie i radzili sobie lepiej niż oni. Dlatego w roku 1941 powstał pomysł, aby, kiedy skończy się wojna, zmusić Żydów do opuszczenia Kostaryki. Nigdy do tego nie doszło dzięki determinacji jednego z nich, Romana Rowińskiego, który zaalarmował dyplomację polską i amerykańską. Dlaczego zatem harowali tak ciężko? Łatwo zgadnąć - aby uciułać dolary potrzebne do sprowadzenia żon i dzieci pozostawionych w Polsce. Z czasem niektórzy dorabiali się na tyle, że mogli założyć niewielki sklep w mieście, zwykle w San Jose, stolicy Kostaryki. Zawsze to lepsze niż bycie klapperem, chociaż też żadne kokosy. Nadal mieszkali w biedniejszych dzielnicach, gdzie osiedlali się tacy jak oni.

Czas wreszcie odpowiedzieć na pytanie - skąd polscy Żydzi wzięli się w Kostaryce? W kraju, o którym wiedzieli niewiele albo zgoła nic. Odpowiedź z jednej strony jest oczywista, z drugiej niekoniecznie. Oczywista, bo stanowili przecież część wielomilionowej żydowskiej emigracji do Ameryki, która rozpoczęła się w drugiej połowie XIX wieku. Pisał o tym zjawisku Martin Pollack w swojej znakomitej książce „Cesarz Ameryki”, której tematem był eksodus z Galicji. No dobrze, ale dlaczego do Kostaryki, kraju niewielkiego, o którego istnieniu, jak wspomniałam, na ogół nie mieli pojęcia? Pierwszy, Max Fischel, zjawił się tam w roku 1892 przez przypadek – kiedy wracał z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał razem z rodzicami, którzy przed laty opuścili rodzinny Będzin, zachorował na żółtą febrę. Musiał opuścić statek, a przypadek sprawił, że stało się to właśnie w  Kostaryce. Max nigdy nie zajmował się handlem obwoźnym, w Stanach skończył studia medyczne, był dentystą. Potem w swojej nowej ojczyźnie stworzył istniejącą do dziś sieć aptek. Następni przybyli dużo później, w latach dwudziestych zeszłego wieku. Docierali do Kostaryki, ale także do Gwatemali, Panamy, Paragwaju, Kolumbii, na Kubę, ponieważ w roku 1921 Stany Zjednoczone wprowadziły kwoty dla imigrantów, w roku 1930 to samo zrobiła Argentyna, w której już od początku wieku narastały nastroje antysemickie i antyimigranckie, dochodziło nawet do zamieszek i pogromów. Przybyszów obwiniano o brak pracy, rosnącą przestępczość i spadek moralności. Żydów dodatkowo utożsamiano z anarchistami i bolszewikami. Wielu docierających do Kostaryki padało ofiarą nieuczciwych naganiaczy, którzy wmawiali im, że stamtąd do Ameryki, czytaj Stanów, dostaną się bez trudu pieszo przez zieloną granicę. Niezorientowani stawali się łatwym celem oszustów. Kolejna fala żydowskich emigrantów to lata powojenne. Trafiali tu  ocaleni z Zagłady. Jedna z bohaterek książki nazywa ich smutną emigracją. Obie grupy, przedwojenna i powojenna, żyły osobnym życiem. Ci pierwsi patrzyli na tych drugich z góry, bo nie orientowali się w miejscowych warunkach. Często mieli też wyrzuty sumienia, że nie sprowadzili w odpowiednim czasie całej rodziny, a tylko żonę i dzieci. Czasem dlatego, bo tylko dla nich starczyło pieniędzy na bilet, ale czasem z innych przyczyn, na przykład z powodu rodzinnych animozji. W takim przypadku tym bardziej gryzło ich sumienie.

Pisze też Anna Pamuła w swojej książce o sprawach przykrych. O  antysemityzmie, który wypychał Żydów z Polski, o świadomej polityce państwa, które w żadnym przypadku nie utrudniało takich wyjazdów, a właściwie nawet do nich zachęcało, szczególnie na terenach, gdzie Żydzi dominowali. Robiono za to wszystko, aby w kraju zatrzymać Polaków. Autorka wspomina również o dzisiejszej niepamięci o naszych żydowskich sąsiadach i powolnym procesie odzyskiwania ich historii. Wiele w tym reportażu opowieści niesamowitych, losy niektórych bohaterów to materiał na fascynującą powieść albo na filmowy scenariusz. Czyta się takie historie jednym tchem.

Nie sposób uciec oczywiście od bardzo aktualnych refleksji. W trakcie lektury tej książki, widać jak na dłoni, że historia się powtarza. Zjawisko emigracji jest stare jak świat. I od zawsze towarzyszą mu te same lęki, obawy, ta sama niechęć do imigrantów. Że odbiorą pracę, że wzrośnie przestępczość, bo przybywają samotni mężczyźni, że będą agitować za bolszewizmem i anarchizmem (teraz miejsce bolszewików i anarchistów zajęli islamiści), a potem podkładać bomby (o tym ostatnim zjawisku pisze Martin Pollack w swojej książce). Dziś krzyczymy, nie przyjmujmy imigrantów zarobkowych, tylko uchodźców. A kim byli tamci imigranci? Owszem, uciekali przed antysemityzmem, ale przede wszystkim przed biedą. Wierzyli, że gdzieś  w dalekim świecie będzie im łatwiej i lepiej. Nie było, szczególnie na początku. Czekała na nich trudna podróż, mozolna, ciężka praca, nieznany, egzotyczny kraj, w którym niełatwo było się odnaleźć. Dziś podobny los jest udziałem imigrantów z Afryki, którzy często uciekają przed biedą. Naiwnie wierzą, że Europa to raj. Nie zdają sobie sprawy z trudów podróży, nie myślą o tym, że mogą jej nie przeżyć. Wielu twierdzi, że gdyby wiedzieli, jak jest naprawdę, nie zdecydowaliby się na wyjazd. Bohaterom reportażu Anny Pamuły było chyba jednak łatwiej. Przynajmniej sama podróż nie stwarzała aż takiego ryzyka. Z wywiadu z autorką wiem, że książka powstawała kilka dobrych lat, ale wydana teraz wstrzeliła się w swój czas.

 

Filmowe remanenty - "Frantz", "21 x Nowy Jork"

Dziś filmowe remanenty – jedna nowość, „Frantz” Francoisa Ozona, i jedna zaległość, dokument „21 x Nowy Jork” Piotra Stasika.

Nie mam jakiegoś specjalnego nabożeństwa do Francoisa Ozona. Owszem, zawsze kiedy na ekrany wchodzi jego kolejny film, przyglądam mu się bacznie, ale niekoniecznie oglądam. Z tych, które widziałam, właściwie tylko dwa zostały na trwałe w mojej pamięci. Pierwszy to „Czas, który pozostał” - niezwykle smutna opowieść o spełnionym zawodowo młodym człowieku, który nagle dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i nie powiadamia o tym nikogo. Dojmująca opowieść o samotności. Drugi to „Schronienie”, historia młodej narkomanki, która pod wpływem tragicznych wydarzeń próbuje wyjść z nałogu. Inne filmy albo wydały mi się przekombinowane, albo nie były niczym więcej niż ubranym w efektowny kostium bzdetem („Osiem kobiet”), albo po prostu nie zostawiły śladu w mojej pamięci. Ale na „Frantza” postanowiłam się wybrać - zainteresował mnie temat, a nagłówek recenzji, który rzucił mi się w oczy, był zachęcający. Muszę przyznać, że film obejrzałam z prawdziwym zainteresowaniem. To historia rozgrywająca się początkowo w niewielkim niemieckim mieście kilka lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Rany i traumy są wciąż świeże, rodziny opłakują swoich zmarłych. Ze śmiercią  syna wciąż nie potrafi się pogodzić miejscowy lekarz, trochę lepiej radzą sobie jego żona i Anna, narzeczona, która codziennie odwiedza  grób ukochanego. Nieoczekiwanie dla wszystkich na cmentarzu zaczyna pojawiać się młody Francuz. Kim jest? Dlaczego przychodzi na grób Frantza? Wkrótce okaże się, że był jego przyjacielem. I lepiej nie wiedzieć więcej, bo przyjemność, jaka płynie z oglądania, wynika z tego, że widz do końca jest stale zaskakiwany. Ta historia jest niczym cebula – pod jedną warstwą jest następna, potem kolejna i jeszcze jedna. Kiedy śledząc w serii krótkich retrospekcji historię znajomości Frantza i Adriena, byłam pewna dalszego ciągu, wkrótce okazało się, jak bardzo się myliłam. Kiedy po niecałej godzinie doszłam do wniosku, że dalej nic nie ma prawa mnie zaskoczyć, bo historia będzie już do bólu przewidywalna, znowu okazało się, że nie mam racji. Potem zaskoczenie goni zaskoczenie. Tyle przyjemności, bo przecież nie jest to historia wesoła. To film o nieprzewidywalności uczuć, ich pogmatwaniu, ale przede wszystkim o bezsensie wojny. O tym, że jej konsekwencją jest nie tylko śmierć, ale i nienawiść niszcząca ocalonych. I także o tym, że wojna nagle czyni z ludzi wrogów, że ten przysłowiowy brat staje przeciwko bratu. No i jeszcze o tym, że  zawiesza prawa moralne i narzuca własne. Czy żołnierza, który na froncie zabił wroga można nazwać mordercą? Dramat pokazany w filmie Ozona znamy doskonale i z ekranu, i z literatury. Ale na zakończenie do tej beczki miodu muszę dodać łyżkę dziegciu. Otóż moim zdaniem "Frantz" jest tylko pięknym bibelotem. Opowiada ładnie, elegancko o bolesnych, poważnych sprawach. Bo trudno tak naprawdę, do głębi, do bebechów przeżyć tę historię. Trudno się wzruszyć, trudno zapłakać. Być może jest tak dlatego, że decydując się na czarno-białe zdjęcia tylko czasem zmącone kolorem, reżyser sprawił, że jego film przypomina stare, czarno-białe zdjęcie sprzed wielu lat. Obejrzymy je chętnie, z nostalgią, może się zadumamy, ale to wszystko. Mimo tych uwag warto wybrać się na „Frantza”.

Z lekkim opóźnieniem wybrałam się na dokument Piotra Stasika „21 x Nowy Jork”, o którym już dawno słyszałam. Tym razem padłam ofiarą mojej zasady – im mniej o filmie wiem, tym lepiej. Gdybym wcześniej wysłuchała rozmowy z reżyserem, gdybym więcej poczytała, pewnie nie poszłabym do kina. Czego innego oczekiwałam. Spodziewałam się tradycyjnego dokumentu – dwudziestu jeden historii z Nowym Jorkiem w tle. Tymczasem filmowi Piotra Stasika bliżej do filmu poetyckiego, arthousowego niż do rasowego dokumentu. Muszę przyznać, że długo nie mogłam przełamać bariery, wciągnąć się w zaproponowaną przez reżysera konwencję. Drażnił mnie sposób pokazywania świata, miałam wrażenie przerostu formy nad treścią. Przeszkadzały mi głosy z offu, przeszkadzało, że z tego powodu nie potrafię rozpoznać bohaterów, przyjrzeć się im, skupić uwagi na ich opowieściach. Irytowały mnie niektóre wypowiedzi, bo wydały mi się po prostu głupie i pretensjonalne. Zdaję sobie sprawę, że to, co mnie przeszkadzało, podoba się krytykom, bo film jest raczej wysoko oceniany. Z drugiej strony może dobrze się stało, że nieświadoma, co zobaczę, do kina jednak poszłam. Bo chociaż film mnie irytował, to nadal go czuję. Przede wszystkim pozostała we mnie dojmująca samotność bohaterów, którzy uparcie szukają bliskiej relacji, a najczęściej nic im z tego nie wychodzi. Ich związki są krótkie, bywają ranieni, ale nie rezygnują. Muszę z pokorą przyznać, że najprawdopodobniej film działa właśnie dzięki klaustrofobicznej, chaotycznej, nachalnej formie. Chociaż pojedyncze historie gdzieś się gubią, ma się ciągłe wrażenie chaosu, to pozostaje odczucie smutku, przygnębienia. Z takimi wrażeniami opuszczałam kino. Ponieważ jednak film nie dawał mi spokoju, nie umiałam go sobie jakoś poskładać, po powrocie do domu odsłuchałam w radiu rozmowę z Piotrem Stasikiem i z irytacją stwierdziłam, że nie do końca odczytałam intencje reżysera. W jego zamyśle obraz Nowego Jorku, jaki pokazał, nie jest aż tak bardzo pesymistyczny. Dlaczego? Zdradzać nie będę. Niech każdy interpretuje film po swojemu, a potem warto skonfrontować się ze zdaniem twórcy.

 

Ziemowit Szczerek "Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową"

Ucieszyłam się bardzo, kiedy gruchnęła wieść, że Ziemowit Szczerek wydaje kolejną książkę. Tym razem to „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” (Czarne, Agora 2017). Zachwyciłam się przecież najpierw „Tatuażem z tryzubem”, a potem jego pierwszą książką „Przyjdzie Mordor i nas zje”. Nie ja jedna, obie miały świetne recenzje, potwierdzeniem były liczne nominacje do rozmaitych nagród, a wreszcie Paszport Polityki w roku 2013. Dlatego teraz też obiecywałam sobie bardzo dużo. I chociaż czytało mi się najnowszą książkę Szczerka świetnie, to refleksje mam mieszane.

Po początkowym zachwycie spowodowanym poczuciem, że wchodzę w literacki świat doskonale mi znany, zaczęłam mieć wątpliwości. Drażniło mnie skakanie z tematu na temat, czasem wydawało mi się, że autor pisze o niczym, czasem, że niektóre teksty, te najnowsze, są po prostu niedopracowane. Miałam wrażenie, że brakuje im tej lekkości, tego poczucia humoru, tej zadumy, tego  językowego wyrafinowania połączonego z luzem, które znałam z dwóch poprzednich książek. Wtedy, nawet jeśli pisał pozornie o niczym, jeśli chwytał drobne, nieistotne szczegóły dnia codziennego, byłam zachwycona. Ale to, co w tamtych książkach zachwycało, tu drażniło, robiło wrażenie nachalnej powtórki. Te wszystkie szyldozy, tynkozy, plastikozy, dobudozy, nadformia, Poniemiecje (na wzór Poradziecji, która kiedyś wydawała mi się taka odkrywcza), te wszystkie przekleństwa, ten wykoncypowany językowy luz. To, co piszę, jest oczywiście bardzo subiektywne, ale przecież takie jest każde odczytanie książki. Może po prostu „Międzymorze” trafiło na mój zły moment, może takie pisanie już mi się przejadło, a może rzeczywiście nie ma w nim tamtej finezji? Czy gdybym teraz sięgnęła choćby do fragmentów poprzednich reportaży Szczerka, też by mnie irytowały?

A jednak sporo się z jego najnowszej książki dowiedziałam. Wstyd przyznać, ale ja tego tytułowego Międzymorza, które autor przemierza od lat z takim zachwytem, po prostu nie znam. Mnie ciągną inne klimaty, dlatego te zapiski z podróży, bo tak każe je Szczerek traktować, pozwoliły mi odbyć przynajmniej podróż zapośredniczoną. Najbardziej przykuły moją uwagę te fragmenty, w których autor skupia się dłużej na jednym kraju – na Słowacji, Litwie, Łotwie, Estonii, Łużycach. Kiedy dorzuci coś z przeszłości, napisze o problemach współczesnych, doda jakąś smaczną scenkę (chociaż z tymi scenkami jest właśnie najgorzej, niektóre bywają niestety po prostu banalne), puści wodze fantazji i snuje historię alternatywną. Ale w żadnym wypadku nie jest to wykład historyczny, bardziej gawęda. Tu mu się coś przypomni, tam coś innego, więc rzuci garść historycznych informacji podanych kolokwialnym językiem. A wszystko niezobowiązująco. Trudno też peregrynacje Szczerka osadzić jednoznacznie w czasie, bo to bardziej wspomnienia niż dziennik podróży, dlatego nie padają żadne daty, tylko czasem z kontekstu możemy domyślić się, jakiego okresu opowieść dotyczy.

A całość podporządkowana jest jednemu zamysłowi – Szczerek przykłada do tego wyimaginowanego Międzymorza lupę i zastanawia się, czy taka wyobrażona wspólnota w ogóle istnieje, jak chcieliby politycy. Co łączy te wszystkie kraje od Niemiec po Ukrainę, od Serbii po Estonię? Kiedy mija się granice, które autora tak bardzo fascynują, długo nic się nie zmienia, ani krajobraz, ani architektura, mogłoby się wydawać, że one nie istnieją, że ustanowiono je sztucznie. Dlaczego akurat w tym miejscu, a nie trzy kilometry dalej? A jednak różnice są, nawet wielka słowiańska rodzina narodów jest mitem. Serbowie, prawosławni, znać tam wpływy tureckie, Chorwaci, katolicy,  ciągną w stronę Zachodu. Na jednym miejscu bardziej odcisnęło się piętno niemieckie - to Czechy (Jakie one słowiańskie? - wątpi Szczerek), a z kolei Słowacja jest wiejska, katolicka i bardziej wschodnia. Jeszcze inne są Węgry. A Rumunia? A co dopiero mówić o krajach bałtyckich. Przecież i one nie stanowią jedności. Estończycy śmieją się z Łotyszów, lgną do Skandynawii. Nawet jednej Litwy nie ma!

Wiele w pisaninie Szczerka ciekawego, a szczególnie opowieści o przeszłości, o tym, jak się wszystko ze sobą mieszało, jak na siebie oddziaływało. Na te dociekania nakłada Szczerek spostrzeżenia najnowsze. Patrzy na Międzymorze w momencie buntu. Buntu peryferii przeciwko europejskiemu centrum. Co nam tam jakaś Europa będzie mówiła, jak mamy żyć, jak się urządzać. My mamy swoje reguły, swoje zasady, co nie przeszkadza nam tę Europę finansowo doić. I tak bawimy się z nią, naiwną, w kotka i myszkę. I tak ją ogrywamy, żeby nie powiedzieć dosadniej, co by w tym miejscu pewnie lepiej pasowało. I tak z demokracji krok po kroku zostaje nam tylko wydmuszka. Ale i w takiej postawie nie ma jedności, na szczęście, bo na przykład państwa bałtyckie, patrzą na Polskę z politowaniem i próbują przeczekać, aż nam to szaleństwo minie.

Mimo wielu wątpliwości, jakim tu dałam wyraz, nie żałuję, że „Międzymorze” przeczytałam. Sporo dzięki tej zapośredniczonej podróży odkryłam.

 

Popularne posty