"Obce niebo"

Kolejny filmowy weekend, znowu dwie wizyty w kinie, a miałam ochotę na trzy, ale czas, czas. Najpierw pobiegłam na "Demona", ostatni, niestety w dosłownym sensie tego słowa, film Marcina Wrony, a potem na "Obce niebo" Dariusza Gajewskiego. Właściwie miałam w jednej notce napisać o obu premierach, ale część o "Demonie" tak się rozrosła, że powstała osobna całość, która światło dzienne ujrzy w środę, a dziś znacznie krócej o "Obcym niebie".

Cóż, to film dobry, temat ważny, ale jeśli ktoś spokojnie poczeka i obejrzy go w dystrybucji telewizyjnej czy na DVD, nic nie straci. Film dla masowej widowni, ale trzymający poziom. Dostajemy to, czego oczekujemy, ani odrobinę więcej, ani mniej. Trochę psychologii, trochę napięcia, trochę sensacji. Wszystko odmierzone w odpowiednich proporcjach. Plus refleksje o nieporozumieniach, jakie wynikają z kulturowych odmienności. Nic nie zaskoczy, wszystko jest jak w opisie dystrybutora. Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, o których swego czasu było dość głośno. Polskiemu małżeństwu mieszkającemu w Szwecji tamtejsza opieka społeczna odbiera dziecko. A teraz chciałabym podzielić się trzema refleksjami.

Pierwsza. To, co uderza najbardziej, to bezsilność w zetknięciu z do granic bezduszną biurokracją. Wszystko dzieje się zgodnie z procedurami, wszystko kulturalnie, wszystko dla dobra dziecka. Rodzice biją głową w mur, z góry skazani są na porażkę, z czego nie od razu zdają sobie sprawę. Świat jak z Kafki.

Refleksja druga. Kto jeszcze nie był, a wybiera się, niech koniecznie zwróci uwagę na sceny spotkań rodziców i córki u rodziny zastępczej, w której dziewczynkę umieszczono. Niewyobrażalne! Przerażające! Zdumiewające! Bezduszność urzędniczych procedur doprowadzona do absurdu. Niestety tak wygląda rzeczywistość, dlatego zamiast o absurdzie lepiej mówić o horrorze.

I wreszcie refleksja trzecia. Dostrzegam podobieństwo "Obcego nieba" do znakomitego szwedzkiego "Polowania" (nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy inspiracja). Tu podobnie jak w tamtym filmie wszystko dzieje się przez przypadek. Tragedię wyzwala dziecko, które zawiedzione postępowaniem dorosłych, chce ich ukarać, zwrócić na siebie uwagę i nieświadome konsekwencji swoich czynów doprowadza do dramatu. Może Ula rzeczywiście początkowo wierzy, że to, co robi, pomoże jej i rodzicom. Niestety sama też staje się ofiarą.

Warto wspomnieć o bardzo dobrym aktorstwie. Nie tylko Agnieszka Grochowska (nie mnie oceniać, czy słusznie nagrodzona, choćby dlatego, że nie widziałam wszystkiego, co w Gdyni pokazywano), ale również Bartłomiej Topa, bergamanowska aktorka Eva Froling, Barbara Kubiak grająca Ulę. Moją uwagę zwrócił też Jan Englert w epizodycznej roli zmęczonego życiem, rozczarowanego, wziętego adwokata. Inna zaleta filmu to skandynawski chłód bijący z ekranu zamiast czułostkowości i wyciskania łez. No i zdjęcia.

PS. A zupełnie na marginesie refleksja czwarta. Nie rozumiem, dlaczego opieka społeczna, która tak skutecznie potrafi zająć się losem krzywdzonego dziecka, nie robi nic dla Johna (i jego otoczenia), tytułowego intruza z filmu Magnusa von Horna. Ale to pytanie pozafilmowe. Chociaż moja wątpliwość wyrażona w notce o "Intruzie" pozostaje - nie wiem, czy tak to wygląda, czy to celowy zamysł reżysera, aby film uczynić bardziej uniwersalnym.

"Intruz"

Zwolniłam. Oglądanie co weekend dwóch filmów nieco mnie już znużyło. "Panie Dulskie" pewnie poczekają do jakiegoś powtórkowego przeglądu. Nie mogłam oczywiście pominąć "Intruza" Magnusa von Horna. Zrobiło się o nim głośno już kilka miesięcy temu, kiedy pokazywany był w Cannes w jakiejś pobocznej sekcji. Sukces przypieczętowany został w Gdyni nagrodą za reżyserię, scenariusz i montaż. "Intruz" to koprodukcja polsko-szwedzka. Reżyser, Szwed mieszkający od kilku lat w Polsce, absolwent łódzkiej filmówki, akcję filmu umieścił w swoim rodzinnym kraju. Grają szwedzcy aktorzy, tylko w dziadka głównego bohatera wciela się Wiesław Komasa. No i zdjęcia robił Łukasz Żal. Już przed premierą można było usłyszeć, że "Intruz" jest po skandynawsku chłodny, minimalistyczny. Magnus von Horn w wywiadach opowiada, jak po napisaniu scenariusza ciął dialogi. I rzeczywiście to kino oszczędne w słowach, wszystko co ważne kryje się pomiędzy, w gestach, minach, zostaje niedopowiedziane. Bohaterowie nie opowiadają o swoich emocjach, musimy się ich domyślać. Nie obawiaj się jednak, czytelniku tej notki, "Intruz" naprawdę jest bardzo ciekawy, bardzo dobry i wbrew temu, co mogłoby się wydawać, bardzo dobrze się go ogląda. Mimo chłodu reżyser umiejętnie buduje napięcie. Ale przede wszystkim jest to film, który stawia pytania, zmusza do myślenia i wytrąca z samozadowolenia. Nie ma tu prostych rozwiązań, prostych odpowiedzi. Każdy z bohaterów ma swoje racje. A temat niełatwy, niewydumany, inspirowany prawdziwą historią. Siedemnastoletni John po odbyciu kary w zakładzie poprawczym wraca do rodzinnej miejscowości. Dwa lata wcześniej popełnił zbrodnię. Tyle zdradza dystrybutor, ja więcej też we wstępie napisać nie mogę. "Intruza" koniecznie zobaczyć trzeba, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

To jedna z tych sytuacji, kiedy naprawdę nie wiemy, jak zachowalibyśmy się na miejscu bohaterów. Oczywiście poprawność polityczna i dobre mniemanie o sobie nakazuje nam powiedzieć, że bylibyśmy szlachetni i z otwartymi ramionami przyjęlibyśmy Johna, który zamordował swoją dziewczynę. No może przesadziłam, powiedzmy, że przyjęlibyśmy jego powrót ze zrozumieniem. Znaliśmy ją, była naszą koleżanką, a on naszym kolegą. Ale przecież odbył karę, wymiar sprawiedliwości uznał, że może wrócić i zamieszkać wśród nas. Trochę nas dziwi, że decyduje się kontynuować naukę w tej samej szkole, pewnie wolelibyśmy, aby poszedł sobie do innej, ale co tam. Staniemy na wysokości zadania.

No i niektórzy stają. Ojciec i młodszy brat. Ale w końcu co w tym dziwnego. To przecież najbliższa rodzina. Dyrektorka szkoły. Ale kiedy dokładniej się jej przyjrzymy, wsłuchamy się w to, co mówi i jak mówi, zrozumiemy, że jest przestraszona. Robi dobrą minę do złej gry. Tylko wychowawca zdaje się nie przejmować. Jakby był pewien, że poradzi sobie w razie kłopotów. No i Malin. Ona jedna nie znała zamordowanej, sprawę zna pewnie tylko z plotek, bo mieszka tu od niedawna. Co sprawia, że staje jednoznacznie po stronie Johna, a nawet wchodzi z nim w bliższą relację? Ciekawość? Otwartość na drugiego człowieka? Sympatia? Przekora? Niedowierzanie? Przekonanie, że nie może być zły, bo przecież wygląda tak niewinnie? W każdym razie będzie próbowała. Do czasu. W końcu i ona się przestraszy. Wystarczy, że John nie wytrzyma, wybuchnie, krzyknie na nią. A przecież nie zachował się jakoś niezwykle. Ot, nerwy mu puściły. Gdyby to zrobił ktoś inny, ktoś nie obciążony taką przeszłością, Malin najwyżej by się obraziła i szybko puściła w niepamięć. Ale John zamordował, więc natychmiast wychodzi na wierzch tłumiony strach. Skoro raz to zrobił, może nadal jest do tego zdolny? Ona i tak długo wytrzymała.

Inni protestowali już wcześniej. Uczniowie, rodzice. Johna otacza skrywana lub jawna wrogość. W najlepszym razie milczenie albo ostracyzm, w najgorszym agresja. W końcu nie wytrzymują też ojciec i brat. I oni nie radzą sobie z sytuacją. Filip nie mówi o tym wprost, swoją frustrację, bezradność wyraża, buntując się. Ojciec, który dotąd milczał, teraz wyrzuca z siebie, że nie powinien był się zgodzić na powrót syna. Ale gdzie John miałby pójść? Zauważa przytomnie Malin. No właśnie gdzie? Jakie jest wyjście z sytuacji? Zamieszkać w nowym środowisku? Ale to rewolucja w życiu rodziny. Tu mają gospodarstwo, ziemię, tu mieszka schorowany dziadek, tu młodszy brat chodzi do szkoły, ma kolegów. Poza tym w nowym miejscu pewnie zawsze towarzyszyłby im strach, że ktoś o sprawie się dowie. A może John powinien zacząć nowe życie sam, z dala od rodzinnej miejscowości? Gdzieś w jakiejś szkole z internatem? Pewnie byłaby taka możliwość. Ale on wyraźnie mówi, że nie chciał być samotny. No więc niby nie jest, ale ...

Ale w domu panuje emocjonalny chłód, wszystko toczy się wokół codziennych, prozaicznych spraw, w tle zawsze brzęczy telewizor, ojciec ucieka od problemu. Nikt tu właściwie ze sobą nie rozmawia. Pewnie nie potrafią, pewnie sytuacja ich przerasta. W szkole też nikt nie próbuje rozmawiać ani z Johnem, ani z jego kolegami. Dopiero kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli, dyrektorka i wychowawca gaszą pożar. Wszyscy postępują w imię zasady, że jak się o czymś nie mówi, to problem znika albo rozwiąże się sam. Przyznam, że nawet mnie to zdziwiło. Wyobrażałam sobie, że gdzie jak gdzie, ale w Szwecji i zresocjalizowany przestępca, i jego otoczenie, i ofiara otrzymaliby jakieś wsparcie. A może reżyser celowo tak pokazał sytuację, chcąc uczynić ją bardziej uniwersalną? I tak John zostaje sam ze swoją przeszłością, z wrogością otoczenia, z emocjami. Sytuacja go przerasta, co wcale nie dziwi. Tym bardziej, że nie sposób uniknąć kontaktu z matką zamordowanej dziewczyny. Właściwie nawet już przy pierwszym przypadkowym spotkaniu  sam go szuka. Dlaczego? Co chce usłyszeć? Słowa przebaczenia czy, przeciwnie, potępienia? A przecież los tej kobiety jest nie do pozazdroszczenia. Nie dość, że straciła córkę, to teraz zmuszona jest spotykać jej mordercę. W sklepie, na ulicy, w parku, gdziekolwiek. Jakby się nic nie stało. Wyobraźmy to sobie. Łatwo powiedzieć trzeba spróbować wybaczyć, ale tego nie da się zadekretować.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, reżyser pokazuje, jak łatwo stać się mordercą. I nie odbieramy tej sceny jako jeszcze jednego grzyba wrzuconego w barszcz. Nie, sytuacja jest jak najbardziej prawdopodobna. Dręczony nienawiścią, zazdrością, żalem i rozpaczą Kim omal nie zabija Johna. I nie robi tego w afekcie. Zimnym, twardym głosem każe koledze bić. Niewiele brakowało.

To także, a może przede wszystkim, film o bezradności. Naprawdę niełatwo poradzić sobie w takiej sytuacji. I nie wiemy, co jeszcze się zdarzy. W finale John jedzie na swym skuterze, jakby podążał w przyszłość. Jaka będzie?

Martin Pollack "Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji"

O książce Martina Pollacka "Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji" (Czarne 2011; przełożyła Karolina Niedenthal) oczywiście słyszałam już wtedy, kiedy wyszła. Ale najpierw temat nie wydał mi się specjalnie interesujący, potem, kiedy pod wpływem omówień i recenzji zmieniłam zdanie, stale było do czytania coś nowszego, pilniejszego, jeszcze bardziej interesującego. Jak zwykle. I jak zwykle w takich wypadkach, kiedy książki nie kupię od razu, trochę o niej zapomniałam. Aż ostatnio gdzieś przeczytałam albo usłyszałam, że teraz, kiedy bramy Europy szturmują zdesperowani ludzie uciekający przed wojną i biedą, warto sięgnąć po "Cesarza Ameryki" i po "W lesie wiedeńskim wciąż szumią drzewa" Elisabeth Asbrink. Niewiele myśląc, kupiłam obie. Właśnie skończyłam jedną i natychmiast zaczęłam drugą. Zanim jednak podzielę się uwagami o książce, może kilka słów o autorze. Martin Pollack to austriacki pisarz, publicysta i tłumacz. Szczególnie interesują go zagadnienia związane z Europą Środkowo-Wschodnią, a najbliższa mu jest Galicja. Najgłośniejszym echem odbiła się jego "Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu", w której w sposób bezkompromisowy zmierzył się ze świeżo odkrytą historią swojej rodziny, a szczególnie ojca, członka gestapo, zbrodniarza wojennego. Otrzymał za nią w roku 2007 Angelusa. To od niej zaczęłam swoją przygodę z pisarzem. Nie muszę dodawać, że to lektura obowiązkowa. A teraz o "Cesarzu Ameryki".
Tematem książki jest Galicja z przełomu wieków (XIX i XX oczywiście), ale Martin Pollack zajmuje się w niej przede wszystkim problemem masowej emigracji. Galicja to najbardziej zacofany i skorumpowany okręg monarchii austro-węgierskiej. Duży przyrost naturalny i brak ziemi powodują, że wieś galicyjska pogrąża się w nędzy. Małe gospodarstwa dzieli się na jeszcze mniejsze, aby rodzice mogli dać cokolwiek licznym potomkom. Taki spłachetek ziemi nie utrzyma licznej rodziny. Do tego dochodzą jeszcze klęski naturalne, na przykład wielka susza w roku 1889. Trudno się dziwić, że zdesperowani ludzie szukają szczęścia w dalekim świecie. Naiwnie wierzą, że w Ameryce, potem modna stanie się Brazylia, czeka ich praca lekka, łatwa i przyjemna i szybko dorobią się majątku. Szczególnie fantastyczne historie opowiadano o Brazylii, jako że nic o niej nie wiedziano. Niektórym nawet wmówiono, że jest zupełnie niedaleko, dojść tam można piechotą. Naiwni chłopi wierzyli, że na miejscu dostaną piękne domy i ziemię, a pracować nie będą musieli, bo zrobią to za nich ... małpy, którym nie trzeba będzie płacić ani ich żywić, bo same zerwą sobie banany. Rosną tam nawet drzewa, z których spływa  ... mleko. Na miejscu rzeczywistość okazywała się koszmarna. Brazylia rzeczywiście potrzebowała ludzi, ale do katorżniczej pracy w dżungli, na odludziu. Wielu nie przetrwało podróży, nielicznym udało się powrócić do rodzinnej wsi. Zabijał ich klimat, ciężka praca, fatalne warunki. Pollack cytuje fragmenty reportażu Adolfa Dygasińskiego, który wraz z emigrantami odbył podróż do Brazylii. To świadectwo wstrząsające. Na tym tle praca w Ameryce jawi się jak sielanka, chociaż przecież sielanką nie jest, tylko harówką ponad siły przede wszystkim w hutach i stalowniach. Niektórzy wyjeżdżają kilkakrotnie, potem ich śladem podróżują dzieci. Nielicznym się udaje. Osobnym problemem jest los młodych kobiet, które mamione posadą, na przykład służącej, trafiają do domów publicznych. Określa się to zjawisko mianem handlu delikatnym mięsem, bo takim kodem posługiwali się między sobą pośrednicy, aby nie wpaść w ręce policji. Inne określenia to dostawa srebrnych łyżek albo dywanów ze Smyrny, a czasem tylko worów mąki. Masowa emigracja sprawia, że galicyjska wieś się wyludnia. Właściciele ziemscy daremnie apelują do rządu, aby jakoś ten problem rozwiązał.
Popyt rodzi podaż, dlatego wokół emigracji powstał cały przestępczy proceder. Sieć agentów, naganiaczy, pośredników, najczęściej oszustów. W ich sidła wpadali też ludzie przypadkowi. Bywało, że ktoś, kto chciał jechać do Niemiec, siłą był zmuszany do kupienia biletu na statek do Ameryki. Największe rozmiary ten proceder osiągnął w Oświęcimiu, stacji przygranicznej. I na nic się zdały ostrzeżenia, które przekazywali sobie emigranci. Kto znalazł się w Oświęcimiu i tak wpadał w łapy oszustów, a kto próbował przekroczyć granicę w innym miejscu, siłą lub podstępem był zmuszany do zmiany planów. Trudno sobie wyobrazić, jak to wszystko wyglądało, w jaki wyrafinowany sposób działała ta sprawnie naoliwiona machina, w którą zaangażowani byli nawet skorumpowani urzędnicy, czasem wysokiego szczebla, czy policjanci. Pollack szczegółowo opisuje proces najgrubszych ryb związanych z tym procederem, który rozpoczął się w roku 1889 w Wadowicach. Autor wiele uwagi poświęca też samej podróży statkiem i sytuacji w Hamburgu czy Bremie, skąd emigranci wyruszali za ocean. Osobne miejsce zajmuje opowieść o emigracji żydowskiej. Z różnych przyczyn, na rozwinięcie których nie ma tu czasu, sytuacja materialna Żydów w Galicji była jeszcze gorsza niż Polaków, Rusinów czy Słowaków. Do tego dochodził rosnący antysemityzm i pogromy, także w Rosji, skąd napływały rzesze zdesperowanych ocaleńców. Nic dziwnego, że sześćdziesiąt procent emigrantów z Galicji stanowili Żydzi. Ale nic nie jest czarno-białe. Wśród agentów, pośredników i naciągaczy też było ich sporo. Podsycało to jeszcze antysemickie nastroje.
Kiedy dziś czyta się książkę Pollacka, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszystko już było, że pewne procesy są stare jak świat. Tak jest z emigracją. Autor pisze o niechęci i strachu przed emigrantami. Brzmi to dosłownie tak jak dzisiaj (a przecież książka ukazała się w Polsce w roku 2011). W mieszkańcach Berlina, Hamburga, Bremy i innych miast masy ubogich, brudnych, biednych ludzi budziły niechęć, obrzydzenie i przerażenie. W Ameryce, do której dopływało ich rocznie pół miliona, bano się chorób, tego, że zabiorą pracę, ale największy był strach przed anarchistami, socjalistami, katolikami, żydami i wszystkimi innymi. Na liście straszaków wysoką pozycję zajmowali Włosi i Irlandczycy. Anarchiści i socjaliści, bo podburzać będą do strajków i podkładać bomby, katolicy natomiast mieli zmienić tożsamość Ameryki, uczynić ją katolicką. Wierzono w spisek samego papieża, który właśnie w tym celu nakłania potajemnie ludzi do wyjazdu. Wznoszono hasła Ameryka dla Amerykanów. Cóż, z jednej strony to wszystko przeraża, z drugiej napawa optymizmem. Dziś Ameryka nie byłaby Ameryką bez Irlandczyków, Włochów, Żydów i innych nacji. A katolicka jakoś się nie stała.
Namawiam do sięgnięcia po książkę Martina Pollacka nie tylko dlatego, że pozwala nabrać dystansu do tego, co dzieje się dziś. Po prostu jest to niezwykle ciekawa, chociaż przerażająca, opowieść o bardzo nam bliskim kawałku Europy.

Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie"

Pomiędzy dwiema rumuńskimi lekturami sięgnęłam po powieść reprezentująca literaturę

prawie zupełnie w Polsce nieobecną - estońską (Z powodu zalewu filmów notka trochę przeleżała). Chociaż czy rzeczywiście estońską? Sofi Oksanen urodziła się w Finlandii, tam studiowała i tam mieszka. Pisze, chyba, po fińsku, a w każdym razie tam publikuje i dostaje literackie nagrody, więc chyba jednak reprezentuje literaturę fińską. Dlaczego wobec tego popełniłam błąd, który właśnie naprawiam? Wyjaśnienie jest proste. Otóż jej dwie wydane w Polsce powieści dotyczą problemów Estonii. I w tym wypadku wyjaśnienie jest równie proste - matka Oksanen jest Estonką, nic więc dziwnego, że pisarka zainteresowała się jej ojczyzną. Już choćby tylko z tego powodu warto sięgnąć po wydaną niedawno w Polsce powieść "Gdy zniknęły gołębie" (Czarne 2015; przełożył Sebastian Musielak). No bo co my wiemy o Estonii? Że była jedną z republik radzieckich, że odzyskała niepodległość po roku 1989, ale w którym dokładnie to już niekoniecznie (sprawdziłam - w 1991), że stolicą jest Tallin, niektórzy dodadzą, że bardzo ładny, że ostro przechodziła kryzys ekonomiczny, ale dzięki twardym reformom nie podzieliła losu Grecji, że ma problem z mniejszością rosyjską, że Estończycy dogadają się z Finami i Węgrami (tego ostatniego tak do końca pewna nie jestem), bo mówią językami ugrofińskimi. No dobrze, to Estonia współczesna. A historia? No i tu zaczyna się problem. Ale ten, kto przeczyta powieść Oksanen, chociaż trochę na ten temat się dowie.

Zdarzenia rozgrywają się na dwóch planach czasowych, rozdziały opowiadające o latach czterdziestych przeplatają się z tymi, których akcja umieszczona została w latach sześćdziesiątych. Mamy więc wojnę, krwawą radziecką okupację, a potem ucieczkę Rosjan i nastanie Niemców przez znaczną część Estończyków witanych jak oswobodziciele. Dowiemy się, jak się stosunek do Niemców zmieniał i jaki był niejednoznaczny. Jedni kolaborują, inni próbują jakoś sobie radzić, nieliczni konspirują. Ucieczka Rosjan i nadejście Niemców to dla Estończyków ulga i niespełniona nadzieja na odzyskanie niepodległości. A potem powraca strach przed powrotem armii radzieckiej. Kto może, próbuje uciec. Najtwardsi pozostają w partyzantce, walcząc z okupantem i nową władzą. Lata sześćdziesiąte to sowiecka codzienność. Inwigilacja, pogodzenie się z rzeczywistością, bo w nadejście Amerykanów nikt już nie wierzy, mała stabilizacja i nieśmiałe próby oporu stawiane przez konspirujących studentów i niektóre kręgi inteligenckie. Piszę z konieczności hasłowo, a w powieści Oksanen wszystko zostało zniuansowane. Autorka pokazując różne postawy wobec okupantów, wyjaśnia, skąd się brały i jak się zmieniały.

Oczywiście historia rozpisana jest tu na konkretne ludzkie losy. To opowieść o dwóch kuzynach urodzonych i wychowanych na wsi. Edgar i Roland, różni jak tylko różnić może się człowiek od człowieka. Ten pierwszy, oczko w głowie całej rodziny, dzięki czemu może się kształcić, mitoman i fantasta, ale też twardo stąpający po ziemi, taki, co to dzięki sprytowi, brawurze, bezczelności i przede wszystkim brakowi skrupułów przy odrobinie szczęścia potrafi zawsze dostosować się do panujących warunków. Nawet jeśli znajdzie się pod wozem, to tylko na chwilę. Szybko wypłynie i ustawi się tak, jak wieje wiatr. Co tu dużo mówić, Edgar to wyjątkowa kanalia, gotowa na każde łotrostwo byle tylko się urządzić. A jednak, chociaż najczęściej mu się udaje i jest po stronie zwycięzców, to chciałby więcej, chciałby się nie tylko zasłużyć, ale wyróżnić, chciałby zostać doceniony i znaleźć się przy jednym stole z tymi najważniejszymi. Najczęściej jednak musi zadowolić się staniem w drugim szeregu. A Roland? Przeciwieństwo Edgara, chodząca szlachetność, ideał niemal bez wad. Chociaż on także potrafi być szorstki i bezwzględny, ale tylko dlatego, że wymaga tego  idea, dobro innych, pamięć zmarłych. Trochę ironizuję, bo to jedno przeszkadzało mi w powieści Oksanen. Na tle Edgara i innych bohaterów portret Rolanda wypada najsłabiej, jest zbyt idealny, zbyt jednowymiarowy, zbyt drewniany, ale ... Nie, więcej nie napiszę, bo nie mogę zdradzić zakończenia.

Wśród bogatych psychologicznie bohaterów powieści drugą obok Edgara najlepiej sportretowaną postacią jest Juudit. Jej powikłane losy są głęboko przejmujące. Nieszczęśliwa w małżeństwie, niezaspokojona uczuciowo i seksualnie, samotna. To, że mąż przepadł gdzieś w burzliwym, wojennym czasie, jest dla niej ulgą. Ze strachem myśli o tym, że mógłby któregoś dnia wrócić. Dlatego kiedy spotka swego księcia z bajki, postawi wszystko na jedną kartę, nie oglądając się na to, jak ocenią ją inni. Tym bardziej, że dzięki ukochanemu będzie mogła zapomnieć o głodzie, chłodzie i poniewierce. Jednocześnie ta ślepo zakochana kobieta potrafi być silna, zdecydowana  i samodzielna. Juudit to postać tragiczna. Dlaczego, tego oczywiście zdradzić nie mogę, a zapewniam, że jej losy są  niezwykle skomplikowane i smutne.

Powieść Oksanen jest bardzo gorzka. Nie ma się co czarować. Triumfuje podłość i zło. Wysiłki i starania bohaterów skonfrontowane z ich powojennymi losami okazują się daremne. Nie starczyło im siły, i naprawdę trudno ich potępiać, aby zachować godność. Pogrążają się w szarej codzienności, rozczarowania topią w alkoholu albo uciekają w szaleństwo. Nie mają już siły, aby odwagi i szlachetności uczyć młode pokolenie.

Trzecią zaletą powieści, obok wartości poznawczych i świetnych, zniuansowanych portretów bohaterów, jest jej konstrukcja. Meandrując pomiędzy latami czterdziestymi a sześćdziesiątymi, opowiadając historię z trzech punktów widzenia, autorka umiejętnie podsyca zainteresowanie czytelnika. Ale to nie wszystko. Nie dość, że zwyczajnie jesteśmy ciekawi, co stanie się dalej, to jeszcze dostajemy do rozwiązania dwie zagadki. Pytania, Kto to zrobił? i Co się z nim stało? towarzyszą nam niemal do końca. Przyznam, że o ile odpowiedzi na jedno z nich domyśliłam się wcześniej, o tyle autorka sprytnie uśpiła moją czujność i rozwiązanie drugiej z zagadek kompletnie mnie zaskoczyło. 

Jednym słowem "Gdy zniknęły gołębie" to kawał porządnej powieści. Żadnego postmodernizmu, żadnych literackich eksperymentów, żadnego mrugania okiem, żadnego udawania. No i najważniejsze, że ten sprawny warsztat służy przedstawieniu niebanalnych, istotnych problemów pokazanych w całym ich skomplikowaniu i niejednoznaczności. I jeszcze emocje. Czytelnik nie pozostaje obojętny na losy bohaterów. Irytują, przejmują, poruszają.

Kronika filmowa - "Noc Walpurgi", "Sicario", "Everest"

Nadganiam kinowe zaległości kosztem premier. W tym tygodniu obejrzałam z poślizgiem "Noc Walpurgi" i "Sicario", ale nie poszłam na "Panie Dulskie" Bajona. Nadrobię to w przyszły weekend, o ile nie okaże się, że "Panna Julia", ekranizacja dramatu Strindberga, jest filmem ze wszech miar wartym zobaczenia. No bo że "Intruz" to filmowa lektura obowiązkowa, wiadomo. Tyle wstępu, a teraz do rzeczy.

"Noc Walpurgi" już na koszalińskim festiwalu okrzyknięto rewelacją, świeżym powiewem w polskim kinie, pisano o wybitnej kreacji Małgorzaty Zajączkowskiej. I tak to trwa do dziś, jedynie Tadeusz Sobolewski film skrytykował. Jako że cenię jego zdanie i często się z nim zgadzam, zaczęłam się zastanawiać, czy do kina w ogóle iść. Ale pochwały słyszałam nadal, a po wysłuchaniu w Tygodniku Kulturalnym rozmowy z reżyserem, Marcinem Bortkiewiczem, który zaprezentował się jako bezpretensjonalny człowiek i świetny gawędziarz, postanowiłam film zobaczyć. Szłam ciekawa, jakie będzie moje zdanie. Werdykt? Zgadzam się z Tadeuszem Sobolewskim. "Noc Walpurgi" jest filmową bombonierką, pokazem reżyserskiej sprawności, ale nic ponad to. A ja od kina chcę znacznie więcej. To elegancki, czarno-biały film na dwoje aktorów nawiązujący swoją poetyką do dawnego kina. Są w nim podobno aluzje do dzieł Viscontiego i innych mistrzów, ale to zabawa dla znawców, a nie takich szaraczków jak ja. Zresztą reżyser we wspomnianej rozmowie lekceważył te sceny, twierdząc, że najważniejszy jest odbiór widza. Przyznam, że świetnie się to ogląda, z dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że i Małgorzata Zajączkowska, i Phillipe Tłokiński grają bardzo dobrze, chociaż nieco teatralnie. Ku mojemu zaskoczeniu, to nie zarzut, dyskretny humor miesza się z powagą, ale reżyser prowadzi widza do momentu, kiedy uśmiech powinien mu zamrzeć na ustach. No i zamiera, niestety bardziej dlatego, że tak wypada, niż z powodu autentycznego przeżycia. I tu właśnie zgadzam się z Tadeuszem Sobolewskim - tak, temat Holokaustu został w tym filmie po prostu wykorzystany, sprowadzony do wytartych klisz. Równie dobrze mogła w to miejsce pojawić się każda inna tragedia. A zakończenie, chociaż mnie zaskoczyło, okazało się kiczowate i też zgrane. Może stało się tak dlatego, że film powstał trochę przez przypadek? Marcin Bortkiewicz miał inne pomysły na debiut, ale pieniądze znalazły się na taki niskobudżetowy projekt. O tym też opowiedział w wywiadzie. Tyle na ten temat. Mimo wszystko pójść warto, chociażby dlatego, aby wyrobić sobie własną opinię.

A teraz o filmie, który polecam bez żadnych zastrzeżeń, czyli "Sicario". Od początku miałam na niego ochotę, a to ze względu na temat - sytuacja na pograniczu Stanów i Meksyku, walka z narkotykowymi kartelami. Od czasu przeczytania świetnej książki amerykańskiego reportera Eda Vulliamy "Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy" ten temat stał mi się bliski. Do tego doszły znakomite recenzje, a miary dopełniła dyskusja w Tygodniku Kulturalnym. To mroczna, przerażająca, trzymająca w napięciu historia opowiadająca o Kate Macer, agentce FBI, która zostaje dołączona do specjalnego zespołu CIA walczącego z narkotykowymi kartelami. Celem operacji jest schwytanie szefa jednego z nich. Przynajmniej tak brzmi to oficjalnie. Prawdziwe cele okazują się o wiele bardziej pokrętne. Kate postawiona zostaje między młotem a kowadłem. Z jednej strony nie potrafi pogodzić się z morzem zła, jakie jest skutkiem działania karteli, i chce z nimi walczyć, z drugiej nie umie zaakceptować metod, jakimi posługuje się CIA. Film stawia ważne pytania. Jak daleko wolno się posunąć w słusznej sprawie? Czy w walce ze złem wolno wybierać mniejsze zło, bo tak jest rozsądniej? Przyzwalać na mniejszą nieprawość, bo przynajmniej da się ją kontrolować? Czy może powinno się mimo wszystko postępować szlachetnie, idealistycznie, bezkompromisowo, a przede wszystkim zgodnie z prawem? Zło jest tu jak hydra, kiedy odrąbie się jej jeden łeb, natychmiast odrasta następny. Tyle robimy, a czy zauważyłaś, aby było lepiej? - mówi do Kate jeden z ważniaków (cytat z mocno niedoskonałej pamięci). W "Sicario" pada istotne stwierdzenie - nie da się zwalczyć tego procederu, dopóki będzie popyt. O tym bardzo mocno pisze Vulliamy w swojej książce. To ci wszyscy eleganccy ludzie, celebryci, bankierzy, prawnicy i wielu innych odpowiadają za to morze zła, bo wciągają ten szajs (też cytat), bo kupują. Dlatego zanim pójdzie się na "Sicario", warto dowiedzieć się czegoś na temat poruszanego w nim problemu, żeby nie odbierać go tylko jako sensacji. To niezwykle mroczny obraz świata, tym bardziej, że dopełniony scenami z Juarez, najniebezpieczniejszego miasta globu. Koniecznie muszę wspomnieć o Emily Blunt, która gra Kate. Przykuwa uwagę, jest w niej coś magnetycznego. Jedyna kobieta w tym męskim świecie. Silna, mocna, uczciwa, ale jednocześnie delikatna i niezwykle wrażliwa. Mimo że zaniedbana, co wypomina jej w pewnym momencie jej zawodowy partner, to piękna pięknem delikatnym. Aż trudno uwierzyć, że tydzień chodzi w jednym tiszercie, w którym zresztą wygląda świetnie.

I na koniec króciutko o "Evereście". Poszłam na ten film, nie oglądając się na recenzje. Chciałam zobaczyć Himalaje. Tylko tak mogę zaspokoić moją tęsknotę za wysokimi górami i nigdy niezrealizowane marzenie o wyprawach w nie (nawet nie podjęłam próby, z góry wiedząc, że nie podołam). Cóż, jako widowisko film się sprawdza. Tak, napatrzyłam się, nazachwycałam, pobałam, ale gdzieś w cieniu filmowej zabawy pozostaje prawdziwa tragedia. A przecież film oparty jest na faktach. Dopiero kiedy przeczytałam w Wysokich Obcasach wywiad z Helen Wilton, szefową obozu, zrozumiałam ogrom i konsekwencje tej tragedii. W cieniu widowiska pozostają też pytania o zagrożenia, jakie niesie komercjalizacja wypraw, o odpowiedzialność, o to, czy zawsze wolno narażać cudze życie, aby ratować inne. Myślę tu o decyzji żony Becka Weathersa, która znalazła, nie za darmo przecież, pilotów-śmiałków, a oni zdecydowali się polecieć helikopterem na wysokość, na jaką nikt dotąd się nie wzbił, aby ratować życie jej męża. A gdyby zginęli? A przecież on poszedł na Everest, aby zaspokoić, za ciężkie pieniądze, swoją zachciankę. Dylemat oczywiście nie do rozstrzygnięcia.


"45 lat"

Kolejny tydzień muszę dokonywać trudnych wyborów - na co pójść do kina, a co z żalem pominąć. Tyle tego. Na razie odpuściłam "Anatomię zła", "Sicario" i "Noc Walpurgi". Może jeszcze uda się nadrobić zaległości. A poszłam na "Everest", o czym przy okazji, kiedy zbierze mi się jeszcze trochę filmowej drobnicy. Cóż, nie jest to film wart specjalnych rozważań, widowisko i tyle, niestety. Ale przede wszystkim obejrzałam "45 lat" z Charlottą Rampling nagrodzoną w Berlinie. Na tym samym festiwalu nagrodę za najlepszą rolę męską dostał też partnerujący jej Tom Courtenay. To chyba nieczęsto się zdarza. Fabuła filmu może wydać się banalna. Ot, małżeństwo przygotowuje się do uroczystości związanych z czterdziestą piątą rocznicą ślubu. Kilka dni wcześniej Geoffe nieoczekiwanie dostaje urzędowe pismo. W szwajcarskich Alpach po mniej więcej pięćdziesięciu latach odnaleziono ciało jego pierwszej miłości. Mimo że Kate wiedziała o jej istnieniu, ta informacja burzy spokój małżonków i doprowadza do kryzysu. Materiał na banalny, przeciętny film. Ale ponieważ wszystko już było, nie chodzi więc o to, co opowiemy, ale jak. Powstał film, od którego trudno się oderwać, mimo że na ekranie niewiele się dzieje - spacery z psem, wspólne posiłki, rozmowy, coraz bardziej dramatyczne, chociaż bez krzyku, czasem wizyta w mieście, bo trzeba doglądać przygotowań do jubileuszowej imprezy, po prostu codzienność. Film właściwie na dwoje aktorów. Być może niektórych znudzi. Mnie porwał, poruszył, kazał się zastanowić. Naprawdę jest o czym myśleć. Na pewno to w dużej mierze zasługa znakomitych aktorów. Bez nich pewnie nie byłoby tego filmu, może osunąłby się w banał. Naprawdę polecam. Właściwie już teraz mogłabym obejrzeć go jeszcze raz. A kto "45 lat" widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Ten film przypomina mi szkatułkę. Odnajduję w niej to, co każe zastanowić się nad losem człowieka. Znalezisko pierwsze - nigdy nie wiemy, co i kiedy zburzy naszą egzystencję. Jedna chwila decyduje o wszystkim. To może stać się nagle, końca świata nie zapowiadają żadne fanfary, żadne bicie w bębny. Tak jest i tu. Właściwie nic nie zapowiada kryzysu, do jakiego doprowadzi to urzędowe pismo, które pewnego zwykłego poranka dostaje Geoffe. No bo cóż się właściwie stało? Sprawa sprzed wielu lat. Wydawałoby się, że zapomniana. Kate wiedziała o pierwszej miłości męża. Spotkała go kilka lat po tamtej tragedii. Przecież nic dziwnego w tym nie ma, większość z nas niesie za sobą jakąś przeszłość, jakieś pierwsze, drugie czy trzecie miłości, niektórzy mają w bagażu doświadczenie tragiczne - śmierć ukochanej czy ukochanego, a potem wiążą się z kimś ponownie. Takie jest życie. Zdarza się, że cień zmarłego małżonka ciąży nad nowym związkiem, ale tu jest inaczej. Kate i Geoffe spędzili ze sobą czterdzieści pięć lat, sprawa wydała się być zapomniana, a jednak wraz z listem odżywa na nowo. On niby niczego po sobie nie pokazuje, ale staje się coraz bardziej zamyślony, zaczyna zachowywać się dziwnie, nocą wymyka się na strych, aby oglądać pamiątki z tamtej wyprawy, zamyka się w sobie. Kate to wyczuwa, milczy, ale coraz mocniej się niepokoi. Im bardziej on odgradza się od niej niewidoczną barierą, tym bardziej ona staje się zazdrosna o przeszłość. Drąży, szpieguje, szpera. Aż w końcu zmusza męża do wyraźnej deklaracji - czy wzięliby ślub, gdyby Katia nie zginęła? Właściwie odpowiedź twierdząca, nie powinna jej obejść, przecież to sprawa z zamierzchłej przeszłości, a jednak rani  boleśnie. Jeszcze bardziej czuje się dotknięta, kiedy odkrywa, że ukochana męża była w ciąży. Może gdyby kiedyś Geoffe powiedział jej wszystko, teraz nie byłoby problemu? A tak czuje się oszukana, bo skoro pewne informacje zataił, to widocznie były dla niego ważne. I kolejne pytanie, odwieczny dylemat - czy zawsze warto drążyć? Czy nie lepiej nie wiedzieć? Przecież była szczęśliwa. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Co z oczu, to z serca. To drugie znalezisko, które wyciągam z filmowej szkatułki. Kate nakręca się coraz bardziej i sama doprowadza do kryzysu. Ale może nie jest w stanie ignorować niepokoju męża, udawać, że nic się nie dzieje? Te kilka dni, pozornie zwyczajnych, to huśtawka nastrojów. Z jednej strony rocznica skłania do rozmyślań, do podsumowań, z drugiej duch Katii każe zadać sobie pytanie o te czterdzieści pięć lat. Czy naprawdę nic nie znaczyły? Czy pierwsza miłość unieważnia drugą, a może sprawia, że jest pośledniejszego sortu? Tak odbiera to Kate. Czuje się zdradzona, oszukana, jest zazdrosna o przeszłość męża. Małżonkowie miotają się od pretensji, zazdrości, do prób wskrzeszenia namiętności. Szczególnie stara się Geoffe. Jakby chciał udowodnić, że nic wielkiego się nie stało. Ale nawet jeśli z jego punktu widzenia tak jest, Katia to jedno, a żona to drugie, to Kate patrzy na to inaczej. Mimo wszystko robi dobrą minę do złej gry, nie chce, aby ktokolwiek się dowiedział. Wtedy poczułaby się jeszcze bardziej zdradzona i poniżona. Dlatego do końca udaje i tego samego żąda od męża. Niby świetnie się bawią w czasie przyjęcia, ale widzimy ich nieobecny wzrok, zamyślenie, smutek. Nikt tego nie zauważa, nikt nie wie, co dzieje się pomiędzy małżonkami. To znalezisko trzecie. Co wiemy o ludziach? Czy polukrowany obrazek, który oglądamy na co dzień, jest na pewno prawdziwy?

Kolejny problem poruszony w filmie to tęsknota za młodością, która nie tylko jest piękna, przynajmniej taka jawi się z perspektywy starości, ale i pełna ideałów. Geoffe opłakując ponownie ukochaną, opłakuje swoją prostą, bezkompromisową, nieuwikłaną w nic młodość, swoje lewicowe ideały. Mieliśmy prosty cel każdego dnia, iść dalej w kierunku Włoch, znaleźć nocleg, znaleźć coś do jedzenia, mówi. A dziś? Jaki mam cel? Co się stało z naszymi ideałami? Dawny kumpel, zwany niegdyś Czerwonym (tu pada jakieś imię, ale nie zapamiętałam), dziś ma willę w Portugalii, wnuka bankiera i gra w golfa. Spokojny i dystyngowany Geoffe okrasza swoją opowieść soczystym przekleństwem i niemal krzyczy, kiedy o tym opowiada.

Jest to też oczywiście film o starości. O tym, że miłość można przeżywać w każdym wieku. Burzliwe uczucia, zazdrość, cierpienie, seks to nie tylko przywilej młodości, o czym nie chcemy pamiętać. Chociaż ciało bywa niesprawne, to duch ciągle żyje.

Jak odczytywać zakończenie? Czy Kate i Geoffe rzeczywiście zaczną na nowo? Niby ona tego chce, a on bardzo się stara, ale finałową scenę odbieram pesymistycznie. Piosenka wybrana przez Kate opowiada o początku i końcu miłości. To nie "So Happy Together". Jej gest, wyrwanie uniesionej przez męża ręki, też odczytuję jednoznacznie.

Kronika filmowa - "Młodość", "Prawie jak matka"

W kinie tyle się dzieje, premiera goni premierę, trudno nadążyć. Z morza tytułów wybrałam dwa. Przede wszystkim "Młodość" Paolo Sorrentino. Bardzo czekałam na ten film. Właściwie sama nie wiem dlaczego, skoro nie jestem apologetką reżysera. Chyba chodziło o temat - konfrontację  starości z młodością. Zafascynowana literackim ujęciem problemu (mój wzorzec z Sevres to "Duch wychodzi" Philipa Rotha) liczyłam na film przejmujący. A może w grę wchodził też snobizm pospolity. No bo wiadomo, Sorrentino miłośnika kina zachwycać powinien i kropka. Tymczasem po seansie wyszłam zła, bo poczułam się bezradna. Nie dość, że oglądałam film chłodnym okiem, jak mówi Tadeusz Sobolewski nie skontaktowałam się z tym filmem (bardzo mi się to sformułowanie podoba, dużo bardziej niż to, którego zazwyczaj używam film pozostawił mnie obojętną), to jeszcze miałam poczucie, że go nie obejmuję. Że gdzieś umykają mi jego sensy. Z ust bohaterów, starych przyjaciół, reżysera pracującego nad swoim filmem - testamentem i kompozytora - dyrygenta, który już dawno wycofał się z życia zawodowego, pada tyle zdań, które, mam wrażenie, są kluczem do interpretacji, że nie sposób tego wszystkiego zapamiętać. Miałam wrażenie, że powinnam siedzieć i notować niczym pilna uczennica, a potem zadumać się głęboko. Ironizuję, ale tylko trochę, bo naprawdę nie wiem, ile w moim rozczarowaniu i nieskontaktowaniu się jest braku wrażliwości i umysłowej tępoty, a ile tego, że "Młodość" to jednak nadmuchana przez krytyków bańka. Niestety obawiam się, że to ten pierwszy przypadek, bo na przykład moja przyjaciółka jest filmem zachwycona. To nie tak, że się nudziłam. Pełno tu pięknych obrazów i scen. Kamera przygląda się starym i młodym ciałom, które zanurzone w basenach tworzą fantastyczne kompozycje, alpejskim krajobrazom, krowom, którymi dyryguje Fred, wnętrzom luksusowego spa czy zalanej wodą Wenecji. Towarzyszy temu często podniosła muzyka, która czasem podbija zadumę, innym razem wydobywa ironię i kpinę. Może i na tym polega mój problem - oczekując czegoś poważnego, nie potrafiłam dostroić się do absurdu, groteski i ironii. Pewnie pozostanę w mniejszości, przyznając się, że film mnie nie zachwyca, skoro zachwycać powinien. Chociaż poprzedni obraz Sorrentino też nie bardzo mnie porwał, to mimo wszystko potrafiłam docenić jego kunszt. Był też dla mnie klarowny i czysty, pociągał nostalgią i melancholią, pozwalał na zadumę. "Młodość" rozpada się na filmowe atomy, sceny, obrazy, których nie potrafię złożyć w całość.

Zupełnie inaczej rzecz się ma z drugim filmem, który obejrzałam w weekend. To brazylijski obraz "Prawie jak matka". Kino środka. Niebłahe, poruszające społeczne problemy, ale jednocześnie skierowane do szerokiej widowni, co niestety nie pozostaje bez wpływu na finał - zbyt optymistyczny i chyba jednak nie do końca możliwy. Kiedy oglądałam zakończenie, natychmiast obudziła się we mnie praktyczna realistka i zadałam sobie pytanie - no dobrze, ale z czego bohaterki będą teraz żyły? Ale pomińmy ten zbyt słodki koniec rodem z Hollywood i przejdźmy do sedna. "Prawie jak matka" to opowieść o Val, która przed dziesięciu laty opuściła swoją miejscowość, aby poszukać zajęcia w Sao Paulo. Pracuje u bogatej rodziny, prowadzi dom i opiekuje się dziećmi, dla którym jest prawie jak matka, a może nawet bardziej niż prawie, bo jej chlebodawczyni, Barbara, zajęta jest swoją karierą i dla synów nie ma czasu. Ale i Val nie jest bez grzechu. Ona dla swojej córki też jest prawie jak matka, nie widziała jej od wyjazdu, ale dzięki niezłym zarobkom zapewniała jej bardzo wygodne życie. Nieoczekiwany przyjazd córki, która postanawia studiować w Sao Paulo, burzy ustalony porządek. Film ma dwie warstwy. Jedna to portrety bohaterów i relacje między nimi. Dotąd proste i jasno określone zaczynają się zmieniać, kiedy pojawia się córka Val, Jessica. Jej przyjazd jest katalizatorem, który sprawia, że chociaż wszyscy bardzo się pilnują, starają się zachować twarz, to jednak spod sztucznych uśmiechów zaczynają wyzierać prawdziwe uczucia. Najważniejsza jest oczywiście relacja między Val a Jessicą. Być może film nie robiłby takiego wrażenia, gdyby nie kapitalna rola Reginy Case. Aktorka obdarza swoją postać całym bogactwem uczuć i emocji, tworzy postać krwistą, pełnowymiarową. Rozpiera ją energia, trudno jej nie lubić. Druga warstwa filmu porusza problem społecznych nierówności. Co wolno, a czego nie wolno, co wypada, a czego nie. Każdy zna tu swoje miejsce i wszystko jest dobrze, dopóki nakreślonych granic nie przekracza. Obie strony, bogaci chlebodawcy i Val, kierują się czymś w rodzaju poprawności politycznej. Nieważne, co myślą, ważne, jak postępują. Ale młode pokolenie ma te zasady za nic, jest spontaniczne i mówi, co mu leży na sercu. Upomina się o godność. Twórcy filmu zdają się wierzyć, że nadchodzi zmiana warty. Bogaci są przez swoje bogactwo zdegenerowani, nie mają woli działania i energii, konsumują to, co zarobili oni albo ich przodkowie. Witalność tkwi w niższych warstwach społecznych. Im się chce, bo to ich jedyna szansa. Oni muszą walczyć, starać się, iść do przodu. Optymistycznie to brzmi, ale oczywiście w rzeczywistości takie proste nie jest. Jak widać, "Prawie jak matka" to nie przygnębiający film społeczny, ale miłe kino środka, nieco naiwne, ale nieodległe od społecznej rzeczywistości.

Amos Oz "Judasz"

Najnowsza powieść, "Judasz" (Rebis 2015; przełożył Leszek Kwiatkowski), mojego ukochanego Amosa Oza jak zwykle nie zawodzi. Umieszczam ją w ścisłej czołówce ulubionych książek izraelskiego pisarza. To ten rodzaj prozy, z którą trudno się rozstać. Chciałoby się, żeby trwała, trwała i trwała. No ale życie to wędrówka od rozstania do rozstania (o tym też jest "Judasz"), wszystko ma swój kres, nawet najgrubsza lektura, a ta jest przeciętnej długości. Na szczęście do książki zawsze można wrócić.

"Judasz" jest powieścią wielowarstwową i jestem pewna, że nawet czytelnik niezbyt zorientowany w sprawach izraelsko-palestyńskich, których w dużej mierze dotyczy, znajdzie w niej sporo dla siebie. Choćby magiczna, trochę baśniowa, trochę mroczna atmosfera silnie zaznaczona już od pierwszych stron. Główny bohater, student Szmuel Asz, odpowiada na ofertę pracy i pewnego grudniowego dnia 1959 roku, o zmierzchu przekracza bramę starego, kamiennego domu na końcu jednego z jerozolimskich zaułków. Dalej jest już tylko wadi, dolina. Właśnie przestało padać, wszystko lśni od deszczu. W tym domu spędzi zimę, zabawiając rozmowami starego człowieka, Gerszoma Walda. Dostanie pokój na facjacie, podpisze zobowiązanie, że nikomu nie zdradzi, gdzie i jak pracuje. Mieszka tam jeszcze jedna osoba, tajemnicza i niedostępna Atalia Abrabanel. To ona tu rządzi. Kim jest?

Zaczyna się jak w baśni, jak w powieściach dla dzieci. Tajemniczy dom, tajemniczy ogród, tajemnicza uliczka, tajemnicze miasto. Szmuel w wolnym czasie włóczy się samotnie po Jerozolimie, często nocami. Opisy pustego miasta, boleśnie podzielonego linią zasieków i min na dwie części, izraelską i jordańską,  potęgują jeszcze baśniową, z czasem coraz mroczniejszą atmosferę. I nie jest to mrok, którego źródłem są jakieś zagrożenia czyhające na mieszkańców kamiennego domu. To smutek przypisany życiu. Smutek rozstań, utraty, tęsknoty, rozczarowań, samotności, cierpienia. A jeśli ktoś się łudzi, że można znaleźć na wszystkie smutki świata jakieś panaceum, jest w błędzie. Ale nie ma pocieszenia na świecie to zdanie najlepiej oddaje głęboki pesymizm tej książki. I doprawdy nie sposób się z nim nie zgodzić, kiedy rozejrzy się dookoła. A pisałam te słowa, kiedy tysiące uciekinierów kołaczą do bram Europy, kiedy w Chinach zaczyna się kryzys gospodarczy, który nic dobrego światu nie przyniesie, kiedy trwają wojny, kiedy ukraiński reżyser Oleh Sencow został w Rosji skazany na dwadzieścia lat łagru, a jakby tego było jeszcze mało, to Polskę pustoszy susza. A przecież to zaledwie ułamek cierpień i nieszczęść. Być może, czytelniku tej notki, wzruszysz ramionami. To banały, pomyślisz. Co z tego, kiedy prawdziwe. A Amos Oz potrafi o nich pisać subtelnie, delikatnie, ale jednocześnie dojmująco, i budzi w czytelniku jakieś ukryte struny, niepokoje. Tak było w dwóch tomach jego opowiadań "Sceny z życia wiejskiego" i "Wśród swoich". Już o tym kiedyś wspominałam, żadna moja pisanina głębi jego prozy nie odda, po prostu Amosa Oza trzeba czytać i tyle.

Kolejna warstwa powieści, która na pewno będzie atrakcyjna dla czytelnika, to splecione ze sobą dwa literackie motywy - poszukiwanie drogi życiowej i fatalna fascynacja dojrzałą, starszą kobietą. Piękną, tajemniczą, zamkniętą w sobie, niedostępną. Szmuel znalazł się na rozstajach. Porzuciła go dziewczyna, firma rodziców zbankrutowała, z powodu różnicy poglądów rozpadło się  studenckie Koło Odnowy Socjalistycznej, praca magisterska na temat Jezus w oczach Żydów stanęła w miejscu. Rozmowy prowadzone z Gerszomem Waldem sprawiają, że nabiera coraz więcej wątpliwości. Świat staje się jeszcze bardziej skomplikowany. Chwieją się jego przekonania. I te młodzieńcze, idealistyczne o rewolucji, która zbawi świat, i te bardziej pragmatyczne, dotyczące powstania państwa Izrael i konfliktu arabsko-żydowskiego. Zima spędzona w kamiennym domu miała dać mu czas na uporządkowanie swoich spraw. Tymczasem jest chyba jeszcze bardziej zagubiony. Nadal pyta czego szukamy? dokąd iść? co robić? Pytania, jakie stawiamy sobie nie tylko na początku drogi.

Kolejna warstwa powieści, myślę, że dla Amosa Oza najważniejsza, to cały zestaw pytań, wątpliwości, idei krążących wokół problemu arabsko-żydowskiego. Być może po to "Judasz" powstał. Akcja toczy się w roku 1959 i bohaterowie z tej perspektywy oceniają wszystko to, co się zdarzyło od czasu, kiedy w głowach Żydów przybywających do Palestyny powstało marzenie o własnym państwie. Ale nie sposób zauważyć, że dyskusje toczone w kamiennym domu pełne są proroczych przepowiedni, które się sprawdziły. Amos Oz pytany o perspektywy konfliktu palestyńsko-izraelskiego wypowiadał się z nadzieją. Wierzył, że w dłuższej perspektywie na pewno zostanie zażegnany. Ta powieść, przynajmniej tak ja ją odbieram, jest chyba dowodem na to, że i w nim wiara w rozwiązanie konfliktu  wyczerpała się. Gerszom Wald i Atalia z goryczą mówią o tym, jaką spiralę nienawiści przyniosło najpierw osadnictwo żydowskie w Palestynie, potem walka o państwo, a wreszcie jego utworzenie. Jaki był sens śmierci tych, którzy zginęli w walce o niepodległość, skoro efektem powstania Izraela są kolejne wojny, śmierci, cierpienie, nienawiść? Czy mogło być inaczej? Czy Arabowie musieli nienawidzić Żydów a Żydzi Arabów? Czy Arabowie musieli uciekać, kiedy Izrael powstał? Czy szlachetna idea dwóch narodów w jednym państwie może się ziścić? Na te pytania padają pesymistyczne odpowiedzi. Jest w tym zapętleniu jakiś fatalizm losu.

No i jeszcze jedna warstwa powieści, bardzo ciekawa, religijna. To rozważania Szmuela dotyczące tematu jego przerwanej pracy magisterskiej o stosunku Żydów do Jezusa. Stają się one inspiracją dla rozmyślań o samym Jezusie i przede wszystkim o Judaszu. Szmuel tworzy własną wizję tej postaci, własną ewangelię według Judasza. Jaką, pisać nie będę, bo czas kończyć. Niech to będzie jeszcze jedna przynęta, którą zarzucę na ciebie, czytelniku tej notki. Przeczytaj, dowiesz się. A ja muszę jeszcze wspomnieć, że równie istotne są dywagacje na temat zdrady. Kim jest zdrajca? Jak łatwo rzucamy na kogoś to oskarżenie, często tylko dlatego, że odważył się myśleć pod prąd, wbrew innym. Co jest ceną tak rozumianej zdrady? Infamia i samotność.

Na koniec muszę też wspomnieć o wnikliwych, intrygujących portretach bohaterów, dzięki którym powieść żyje, a nie zamienia się tylko w dyskurs na tematy religijne, światopoglądowe i polityczne.

Czy to mało? A przecież "Judasz" jest znacznie bogatszy, niż udało mi się przekazać w tej długiej-niedługiej notce. Pozostaje mi wobec tego zaapelować ponownie (już kiedyś to robiłam) - czytajcie Amosa Oza!!!

"Płomień"

Greckie kino przeżywa swoje pięć minut. Powtarzam tę opinię za krytykami, bo niby na jakiej podstawie ja, miłośniczka kina, ale przecież nie fachowiec, mam o tym wyrokować. Wiem tylko tyle, że w ostatnich latach dotarły na polskie ekrany dwa greckie filmy, z których jeden, nominowany do Oskara "Kieł", był szeroko komentowany. Nie widziałam ich, za to teraz wybrałam się na "Płomień", historię pewnej rodziny. A tłem dla tej opowieści jest wybuchający w grecki kryzys. Bez trudu można odnaleźć pokrewieństwo do bułgarskiej znakomitej "Lekcji", do filmu braci Dardenne "Dwa dni, jedna noc", a nawet do polskiego "Muru", o którym pisałam ostatnio. Maria, bohaterka "Płomienia", musi zmierzyć się z problem właściwie nie do rozwiązania. Jak bohaterki dwóch pierwszych filmów ściga się z czasem, dlatego, jak one, pędzi, gna, spieszy się. Ale tym razem jest jeszcze bardziej intensywnie i emocje również większe. Poziom hałasu i niektóre obrazy przytłaczają. Zdarzenia galopują. Akcja prowadzona na kilku planach czasowych jeszcze tę intensywność zagęszcza i jednocześnie wzmaga ciekawość. Prawie od początku wiemy, jaki będzie finał, ale nie mamy pojęcia, co do niego doprowadziło. Atakowana tyloma bodźcami dałam się całkowicie wciągnąć filmowej opowieści, zatopiłam się w niej bez pamięci. Dopiero po seansie, kiedy ochłonęłam, pojawiło się kilka wątpliwości, które przede wszystkim dotyczyły przebiegu zdarzeń. Mimo tego uważam, że "Płomień" naprawdę warto zobaczyć. To kino, które nie pozostawia obojętnym, nie ulatuje od razu po seansie. A nie ma chyba nic gorszego dla kinomana niż poczucie, że zmarnowało się czas, i pytanie, po co ten film nakręcono. Namawiam, aby "Płomień" obejrzeć, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Muszę wyznać, że kiedy ochłonęłam, zadałam sobie pytanie o celowość aż takiego natężenia rozmaitych bodźców. Właściwie zastanawiałam się, na ile pokazany w "Płomieniu"  obraz rodziny i świata jest prawdopodobny. Film niby realistyczny chyba jednak rozsadza ramy prawdopodobieństwa. Szybko jednak doszłam do wniosku, że właśnie o to chodziło. Intensywność w tym wypadku buduje metaforę. Oglądamy świat, który pogrąża się w szaleństwie, rozpada się na naszych oczach. Wszyscy tu krzyczą. Jeśli się cieszą, to niezwykle gwałtownie - skaczą, piszczą, biegają, jeśli są wściekli, to okładają się pięściami, wymierzają policzki, klapsy, kopią, rzucają przedmiotami, wrzeszczą. Nawet niepokazująca emocji, na ogół milcząca matka uderza dorosłą córkę w twarz, kiedy jest na nią zła. Podobnie cichy zazwyczaj ojciec w urzędzie skarbowym robi awanturę, staje się swarliwy, zaczepny, jakby wina była po stronie urzędników. Jeśli seks, to intensywny, gwałtowny, do zatracenia. Zresztą mam wrażenie, że seks w życiu młodych bohaterów filmu jest bardzo ważny, że mylą go z miłością. Kiedy w jednej z pierwszych scen Maria i jej siostra powtarzają przed jakimś egzaminem prawa człowieka, dodają mamy prawo do fiuta (pozwalam sobie przytoczyć z pamięci ten cytat z użyciem kolokwializmu, bo wydaje mi się, że jest ważny). A co robi Maria, zanim ucieknie? Ogląda filmy pornograficzne w kafejce internetowej, czym wzbudza zdziwienie siedzących tam mężczyzn. Nawet jej macierzyństwo wydaje się być tylko efektem pożądania. Może dlatego, kiedy próbuje zacząć wszystko od nowa, porzuca dzieci i zostawia je na łasce siostry i jej obleśnego męża?

Nikt tu nie komunikuje się ze sobą normalnie. Wszyscy kierują się tylko emocjami, instynktami. Krzyk zastępuje rozmowę. Kiedy wreszcie Maria rozmawia z ojcem spokojnie, bez wrzasków, padają słowa straszne - nie jesteś nikomu potrzebny, dlatego pojedziesz i zrobisz, co ci każę (cytat z niedoskonałej pamięci). Patrzę na twarz siwego starca i ściska mi się serce, chociaż jest całkiem prawdopodobne, że wiedział, co robiła żona, więc córka ma prawo do gniewu. Ale ona tym razem nie złości się, wypowiada swoje słowa z zimną bezwzględnością. Członkowie rodziny skrywają swoje tajemnice. Matka nie płaci podatków, Yannis zdradza żonę. Właściwie trudno ich lubić. Postrzelona, niedojrzała Gogo, jej gruby, obleśny mąż Kostas sympatyzujący z ruchem faszystowskim, rodzice o kamiennych twarzach i Maria też nie budzą mojej sympatii. Ludzkie panoptikum.

Atmosfera szaleństwa gęstnieje i narasta, osiągając apogeum pod koniec filmu, kiedy mieszają się ze sobą obrazy z przeszłości z ostatnimi godzinami Marii tuż przed jej ucieczką. Przyjęcie zorganizowane po przysiędze Yannisa i jego kolegów z roku zamienia się w jakieś bachanalia. Uczestniczą w nich nie tylko młodzi, ale i ich rodzice. Jakby twórcy filmu mówili patrzcie, bawiliście się bez umiaru, teraz za to płacicie.

Rozwiązanie, jakie znajduje Maria, aby ratować rodzinę, przypomina to, na które zdecydowała się bohaterka bułgarskiego filmu "Lekcja", o którym wspominałam we wstępie. Różnica jest jednak zasadnicza. Tamta popełnia przestępstwo, ale nikogo przy tym nie krzywdzi. Zanim się zdecyduje, podejmie wiele różnych prób rozwiązania problemu, widzimy, jak się waha, ile ją to kosztuje. To, co robi Maria, nie dość, że z gruntu nieuczciwe, służące wielkiemu kapitałowi, to jeszcze pociąga za sobą ofiary. Niewinni ludzie tracą swoje domy, a  ojciec zostaje schwytany. Co się z nim dzieje? Czy zginął? Rozwścieczeni ludzie rzucają się na niego, co się stało, nie wiemy. Maria precyzyjnie, z wielką determinacją, na chłodno realizuje swój plan, ale jej sumienie zostaje bardzo obciążone. Chce uciec, odciąć się, rozpocząć nowe życie. Czy z takim bagażem jest to w ogóle możliwe?

Na koniec powinnam napisać o wątpliwościach dotyczących przebiegu akcji, o których wspomniałam we wstępie. Pytanie o to, co się stało z ojcem jest jedną z nich. Czy Maria dlatego ucieka, że ma na sumieniu jego życie? Ale może jednak nie zginął, tylko został aresztowany? I co zamierza Maria? Chce uciec? Czy nad morzem czeka na nią jacht, kuter czy cokolwiek innego? A może chce popełnić samobójstwo? Dlaczego tak gna? Przyznam, że z czasem te pytania nie wydają mi się specjalnie istotne. Może twórcy filmu celowo nie dopowiedzieli wszystkiego. A może w natłoku wrażeń coś przeoczyłam?

"Mur"

Wahałam się, czy wybrać się do kina na "Mur", filmowy debiut Dariusza Glazera, bo oceny różne. Ostatecznie przekonał mnie zachęcający lid na stronie magazynu Kino. Poszłam i nie żałuję. To wprawdzie nie arcydzieło, ale film gęsty, przytłaczający, dotykający. Jest o czym myśleć, jest o czym pisać. Nie pozostawił mnie obojętną. Przypomniał mi znakomitą bułgarską "Lekcję", która niedawno przemknęła przez nasze kina studyjne. Bo dla mnie to przede wszystkim opowieść o człowieku w potrzasku, chociaż wszyscy zwracają uwagę na problem nierówności społecznych, który jest jednym z tematów filmu. Wydaje mi się, że "Mur" jest ciekawszą propozycją niż szeroko reklamowane, ale nieudane "Żyć nie umierać" z Tomaszem Kotem, które, jak słyszałam, gromadzi sporo widzów. Nie mam złudzeń, na ten film będą chodzić nieliczni. Czym w takim razie jeszcze zachęcić? Może nazwiskami? Główne role zagrali Tomasz Schuchardt, Marta Nieradkiwicz, nagrodzona w zeszłym roku w Gdyni za świetną rolę w "Płynących wieżowcach", i Aleksandra Konieczna, ale nawet w epizodach pojawili się znani aktorzy, Ewa Kasprzyk, Ewa Kolasińska, Ewa Telega i Piotr Machalica. No i autorem zdjęć jest Wojciech Staroń. Dla mnie jednak i tak najważniejsze, że opowiedziana historia wywołuje emocje. Jeśli ktoś już "Mur" widział, może przeczytać ciąg dalszy, gdzie refleksji więcej, co stanowi najlepszy dowód na to, ze film mnie obszedł. Zapraszam.

Jak wspomniałam we wstępie, dla mnie jest to przede wszystkim film o człowieku, który znalazł się w potrzasku. I o tym, jak często życie rzuca nam kłody pod nogi w najmniej odpowiednim momencie. Tak jest z Mariem. Kiedy wreszcie zgromadził pieniądze i postanowił wyprowadzić się z domu rodzinnego w zapuszczonej kamienicy do mieszkania wynajętego na nowym, grodzonym osiedlu, matka dostała udaru i odtąd, przynajmniej przez jakiś czas, będzie wymagała stałej opieki. I tu wkraczamy w gąszcz problemów, które "Mur" porusza. Pierwszym z nich jest choroba.

Kto znalazł się kiedyś w podobnej sytuacji, wie, o czym piszę. Choroba jest oczywiście dramatem dla pacjenta, ale również dla jego najbliższych. Film pokazuje i jedno, i drugie. Tragedię i upokorzenie sparaliżowanej matki i bezradność, przerażenie, samotność syna nagle skonfrontowanego z sytuacją, która wydaje się być ponad siły. Szpital zrobił swoje i lekarze wypisują do domu sparaliżowanego pacjenta wymagającego dwudziestoczterogodzinnej opieki. I radź sobie człowieku sam. A przecież trzeba pracować i jeszcze chciałoby się jakoś żyć. Pomoc społeczna oferuje opiekę tylko na trzy godziny dziennie (oczywiście jeśli dochody chorego są odpowiednio niskie), a doba ma ich przecież znacznie więcej. Co robić? Zapewniam cię, czytelniku tej notki, że najprawdopodobniej prędzej czy później będziesz musiał skonfrontować się z problemem opieki nad chorym rodzicem. Pół biedy jeśli masz na miejscu rodzeństwo, marny twój los, jeśli jesteś sam. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli relacja rodzica i dziecka daleko odbiega od ideału, jakiego zwykliśmy oczekiwać. Tak jest tutaj.

Dla Maria opuszczenie  domu to nie samodzielność, bo samodzielny jest od dawna. To spełnienie marzenia o lepszym świecie i ucieczka od matki. Od lat niepracującej, niewydolnej społecznie, niezaradnej, spędzającej czas przed telewizorem. Nie wiemy, na ile powodem takiego stanu rzeczy jest fizyczna słabość, jakaś przewlekła choroba, a na ile marazm, bierność. Tak myśli o niej syn. Ich relacje są oschłe, pozbawione serdeczności, bliskości. Mario chce uciec od ciasnego, zaniedbanego mieszkania, od rozmemłanej matki, od kamienicy, która lata świetności ma już dawno za sobą. Zabiera swoje rzeczy, zamyka drzwi, kończy z dilerką, na której się pewnie trochę dorobił, i rozpoczyna nowe życie. Niestety nic z tego. Los i tak go dopadnie. Nie jest aż tak wyzuty z uczuć, aby matką się nie zająć. Jak to robić? Jak karmić? Jak myć? Jak poradzić sobie z obrzydliwą fizjologią? Jak zmierzyć się z jej niechęcią, buntem i depresją? O czym z nią rozmawiać, skoro dzieli ich mur chłodu? A wszystko jest tym trudniejsze, że trzeba się opiekować matką, kobietą. Dla obu stron to sytuacja trudna, krępująca, co świetnie pokazuje jedna ze scen, kiedy grająca matkę Aleksandra Konieczna zawstydzona tym, co się stało, próbuje poradzić sobie sama.

Mario, który światu pokazuje kamienną twarz, musi zmierzyć się  ze sprzecznymi emocjami - synowskim uczuciem, powinnością, tym, co wypada, a egoizmem, niechęcią czy nawet obrzydzeniem. Ile winien jest matce, która od śmierci ojca niespecjalnie się nim opiekowała? Skoro radzić musiał sobie sam? Wydaje się, że stopniowo przełamuje się, dorasta. Stara się zburzyć mur, jaki ich dzieli. Ale może to tylko moje wrażenie? Nadzieję dały mi trzy sceny. Pierwsza - Mario pokazuje matce swoje wynajęte mieszkanie i przedstawia ją Agacie. Może pokonał wstyd i skrępowanie? Ale może po prostu nie miał wyjścia, skoro spotkali się w drzwiach? Druga - remont mieszkania. Ale może w ten sposób chce zagłuszyć wyrzuty sumienia? Trzecia - zakończenie. Ja odnajduję w nim cień optymizmu. Oczywiście to bardziej wrażenie niż pewność.

Ale Mario ma do zburzenia także inny mur. A to jeszcze mniej zależy od niego. Nie wystarczy zamieszkać w nowym, czystym, przestronnym mieszkaniu, co z tego, że z widokiem na ruchliwą ulicę. Już ten fakt sytuuje go i określa. To prawdopodobnie gorsza, dlatego tańsza, część bloku, wiadomo, cena zależy od piętra i położenia. Wlecze się za nim nie tylko przeszłość, z którą zerwał. Nie jest artystą, nie jest białym kołnierzykiem, nie jest człowiekiem wykształconym. On remontuje mieszkania takie jak to, w którym zamieszkał. Chyba dopiero zaczyna, nie ma wyrobionej marki, w niezbyt uczciwy sposób zwalcza konkurencję. Kombinuje, jak może. Słowo kombinuje to eufemizm, powiedzmy wprost, Mario kradnie. Byle tylko wyrwać parę stów więcej. Dobrze wie, że Agata nie zwróciłaby uwagi na kogoś takiego jak on. Chłopaka z gorszej dzielnicy, z biednego domu, zwykłego budowlańca. Dlatego na pytania odpowiada wymijająco, pozwala jej fantazjować. Obraz wiszący na ścianie, który zauważyła, to też symbol lepszego, innego życia. Czy namalował go Mario? Czy studiował na ASP? Nie wiemy. Domyślamy się, że po raz kolejny wyrzucili go z uczelni. Dlaczego? Czy studia są dla niego tylko sposobem na zdobycie papierka, aby nie stracić renty po ojcu, aby mieć ubezpieczenie? Czy chodzi o coś więcej? Mario próbując sobie radzić, przyzwyczaił się iść w życiu na skróty. Drobne szwindle, oszustwa, no i dilerka. Pewnie tak jest prościej, ale prędzej czy później trzeba za to zapłacić. Świat, do którego aspiruje, nie pogardzi prochami, ale na pewno będzie miał w pogardzie tego, który je sprzedaje. Mimo wszystko Mario budzi sympatię.

Zwróciłam uwagę na jeszcze jeden problem. Hierarchia jest wszędzie. Są tacy, którzy na społecznej drabinie stoją znacznie niżej niż Mario. To Piotrek, czyli Młody. Chłopak, który za drobną pomoc, a to pozrywa ogłoszenia konkurencji, a to pomoże ukraść kilka worków zaprawy, a to przyda się w czasie remontu, dostaje parę groszy. Chciałby więcej, ale jak się nie podoba, to do widzenia. Pewnie Mario zaczynał podobnie. Podobnie rzecz się ma z Maliką, Czeczenką, która pewnie też za grosze, w tym wypadku krwiopijcą jest państwo wykorzystujące jej pracę w majestacie prawa, opiekuje się przez trzy godziny dziennie matką Maria. Ale ona przynajmniej jest szczęśliwa, bo, jak mówi, nie musi się bać. Nie da się przejść przez życie suchą nogą. Na każdym kroku kogoś wykorzystujemy, przyzwalamy na to, korzystamy z tego, nawet jeśli bardzo nie chcemy. Pomyśl o tym, czytelniku tej notki. Nawet jeżeli nie będziesz kupował ciuchów produkowanych za grosze w Azji, co przecież nie jest łatwe, bo chodzi nie tylko o ciuchy, ale i o materiał, z którego zostały uszyte, nawet jeśli kupisz kawę z logo sprawiedliwego handlu, który podobno wcale nie jest do końca sprawiedliwy, ma być tylko plastrem na nasze syte sumienia, to i tak pójdziesz do kina, gdzie bileter pewnie zarabia jakieś grosze, do knajpy, gdzie tak samo traktowana jest kelnerka, jej przynajmniej możesz zostawić napiwek, a to tylko wierzchołek góry lodowej.

Powinnam jeszcze wspomnieć o Agacie, o której wiemy znacznie mniej. Punkt ciężkości zdecydowanie skupiony jest wokół Maria i jego matki. Materialnie powodzi się jej świetnie. Przypadek sprawił, że urodziła się w świecie dostatku, w świecie, w którym zamożni rodzice usuwają jej sprzed nóg wszelkie przeszkody. Ma urządzone mieszkanie, elegancki samochód, pieniądze, chociaż chyba nie pracuje, pomoc i troskę rodziców. Ale jest samotna. Czy szuka trwałej relacji, czy przelotnej znajomości? W związek z Mariem wchodzi szybko, trudno uwierzyć, że się zakochała. Równie łatwo go potem porzuci. Nie spróbuje zrozumieć, co raczej potwierdza moje przypuszczenie o powierzchowności tej znajomości.

Na koniec krótko pomarudzę. Otóż wydaje mi się nieprawdopodobne, aby Mario spotykał się z dziewczyną, właściwie kobietą, która ma małe dziecko. I skąd wiedział, że jest samotna? To nie do końca jasne. Natomiast miłym zaskoczeniem było to, że klientka grana przez Ewę Kasprzyk nie oszukała Maria. Wszystkie tropy zmierzały ku takiemu rozwiązaniu. O nie, pomyślałam sobie, taka łatwizna, jeszcze jeden kij w szprychy, a tu jednak nie. Owszem, kobieta okazała się niesympatyczna i wyniosła, ale uczciwa.


Lucian Dan Teodorovici "Matei Brunul"

Całkiem niedawno pisałam o rumuńskiej powieści Cristiana Teodorescu "Medgidia, miasto u kresu", zapowiadając jednocześnie książkę, o której będzie dzisiaj. To kolejna rumuńska lektura, "Matei Brunul" Luciana Dana Teodorovici (Amaltea 2014; przełożyła Radosława Janowska-Lascar). Powieść została na polskim rynku zauważona, znalazła się w półfinałowej czternastce Angelusa. Na początku września poznamy finałową siódemkę, trzymam kciuki. Od razu napiszę, że książkę przeczytać trzeba, ale jednocześnie z góry uprzedzam, że nie jest to lektura  przyjemna, chociaż czyta się ją z zapartym tchem.

Bohater, tytułowy Matei Brunul, a właściwie Bruno Matei, po matce Włoch, po ojcu Rumun, aktor teatru lalkowego, który wiedzę o marionetkach zdobywał na Sycylii, zostaje pod koniec lat czterdziestych aresztowany pod sfingowanym zarzutem. Kto zetknął się z literaturą rumuńską, kto zna choć trochę historię tego kraju, ten wie, jak wyglądały czasy stalinowskie w Rumunii i jakie metody resocjalizacji stosowano w rumuńskich więzieniach. Spora część książki to opowieść o dziesięciu latach spędzonych przez Bruna za kratami. Od aresztowania, które, jest pewien, nastąpiło przez pomyłkę, przez śledztwo, wymuszanie zeznań, proces, a wreszcie tułaczkę po obozach pracy i więzieniach. Chociaż autor nie epatuje okrucieństwem ponad miarę, nie da się uniknąć opisu tortur, poniżania, upadlania, katorżniczej pracy, potwornych warunków, obrzydliwego żarcia. Z drugiej strony więzienne rozdziały to fascynująca opowieść o człowieku, który próbuje przetrwać, stosując rozmaite strategie. Najpierw chwyta się nadziei, że wkrótce wszystko się wyjaśni i będzie wolny, potem przeciwnie, żyje chwilą, z dnia na dzień, nie pozwalając sobie na marzenia o wolności. Próbuje zawierać więzienne przyjaźnie, ale kiedy z różnych powodów prowadzi to do nieszczęścia, pogrąża się w samotności i milczeniu. Czasami ratunkiem bywają wspomnienia, rozmyślania o marionetkach, jego życiowej pasji, przywoływanie opowieści z dzieciństwa, zapamiętanych legend i mitów. Paradoksalnie nie tortury, katorżnicza praca czy parszywe warunki są najgorsze. Najtrudniej jest pogodzić się z ostracyzmem i pogardą ze strony towarzyszy niedoli, jakich w wyniku fałszywych pomówień Bruno doświadcza w jednym z więzień. Mimo tego że znalazł się na dnie piekła, mimo tego że, jak mówi, zło rozlało się nad światem, mimo braku nadziei, nigdy nie utracił człowieczeństwa. Kiedy teraz, dzieląc się swoimi refleksjami, znowu myślę o powieści, dochodzę do wniosku, że, co może brzmieć jak paradoks, to właśnie w więziennych rozdziałach książki jest więcej optymizmu. Chociaż początkowo może się wydawać, że będzie inaczej.

Bo kiedy poznajemy Brunula, nie Bruna, ale właśnie Brunula, jest już wolny. Ma gdzie mieszkać, ma pracę, ma z czego żyć, ma nawet przyjaciółkę Elizę. Odbył karę, odpokutował, teraz dostał szansę, aby stać się nowym człowiekiem, pożytecznym dla partii, kraju i społeczeństwa. Przynajmniej tak przekonuje go jego nowy przyjaciel i opiekun, funkcjonariusz służby bezpieczeństwa. A jednak im dalej, tym mroczniej. Świat poza więziennymi murami jest może nawet straszniejszy, bo o duszę Brunula toczy się walka, walka, w której jest właściwie bez szans, bo stracił pamięć. Jego ostatnie wspomnienia pochodzą z czasów, kiedy miał szesnaście lat. Może to dobrze, że nie pamięta więzienia? Ale Brunul właściwie nie wie, kim jest. Utracił swoją przeszłość, swoje wspomnienia, swoją historię, swoją tożsamość. Nie tylko osobistą, ale też narodową, społeczną. Jest bezbronny, podatny na manipulację, można mu wmówić wszystko, dlatego staje się obiektem makiawelicznego eksperymentu. Partia próbuje stworzyć nowego człowieka, bez pamięci, bez przeszłości, za to  użytecznego i wiernego socjalistycznej ojczyźnie. Jest jak marionetka w rękach swojego przyjaciela-opiekuna, funkcjonariusza służby bezpieczeństwa. Ale każda marionetka, tego nauczyli Bruna jego mistrzowie z Sycylii, ma swoją duszę. Czy Brunulowi uda się ją odnaleźć? Czy odzyska wolność? Czy będzie chciał ją odzyskać? Czy w ogóle podejmie taką próbę? Żeby jej pragnąć, trzeba mieć świadomość, że się jest niewolnikiem. Poza murami więzienia wcale nie żyje się lepiej. Człowiek skazany jest na samotność, na milczenie. Nie wie, komu ufać, kto wróg, a kto przyjaciel, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Trzeba nie lada sprytu i zręczności, aby umiejętnie poruszać się w takim świecie. Nowa, socjalistyczna Rumunia to więzienie. Tym gorsze, że bezterminowe. Co robić? Jak przetrwać? Uciekać? Zapomnieć i dostosować się? Czy przeciwnie, pamiętać? Pielęgnować swoją duszę? Nie ma dobrego wyjścia. No bo co to za życie bez pamięci, bez tożsamości? A z drugiej strony świadomość potęguje tragizm, sprawia, że życie staje się nie do wytrzymania. Zakończenie powieści jest zaskakujące i bardzo niejednoznaczne. Można je różnie interpretować. Mnie przytłoczyło, poddałam się wersji pesymistycznej.

Wartością powieści są też znakomite portrety psychologiczne Bruna i jego opiekuna. Tylko Eliza pozostaje zagadką. Jaka jest naprawdę? Co nią kieruje? Jakie są jej intencje? To autor pozostawia interpretacji czytelnika. Kolejną zaletą powieści jest to, że po prostu wciąga. Akcja prowadzona dwutorowo, na dwóch planach czasowych, wzmaga ciekawość. No i chwilami zaskakuje. "Matei Brunul" to książka nie tylko bardzo ciekawa, taka, dla której warto zarwać noc, ale przede wszystkim ważna.

Popularne posty