"Rust and bone" Jacquesa Audiarda

Temat "Rust and bone" może odstraszać. Młoda kobieta, która w wypadku zostaje kaleką, mężczyzna, który pomaga jej dźwignąć się po tej tragedii, a na dokładkę dziecko. Zapowiada się klasyczny wyciskacz łez albo powiastka z morałem, ewentualnie coś w stylu "Nietykalnych" (nie powinnam się wyzłośliwiać, bo nie widziałam, a nie widziałam, bo podejrzewałam, na co się zanosi). Jednym słowem filmowy okład na duszę: przeszkody da się pokonać, chcieć to móc, a jako zwieńczenie słodki happyend. Ale komu nazwisko reżysera nie jest obce, ten domyśli się, że nie będzie tak prosto. Jacques Audiard nakręcił "W rytmie serca" z moim ulubionym Romainem Durisem, ale przede wszystkim rewelacyjnego "Proroka". Czy ktoś taki może zrobić ckliwe filmidło? Nie! Dlatego zupełnie nie interesowało mnie, co mają do powiedzenia na temat "Rust and bone" krytycy, tylko czym prędzej pomknęłam do kina. Miałam rację. To film psychologiczny, w którym wbrew pozorom nie tylko o okaleczoną dziewczynę chodzi. Równie ważny jak Stephanie jest Ali. Powiedziałabym nawet, że to jego historia wysuwa się na pierwszy plan. Obserwujemy jego emocje, jego niełatwe relacje z ludźmi, szczególnie z siostrą i synem. Więcej nie chcę zdradzać. Film niesie tych dwoje bohaterów, także dzięki świetnym aktorom: Marion Cotillard i Mathiasowi Schoenaertsowi. Oboje przykuwają uwagę. To naprawdę bardzo dobre kino, które świetnie się ogląda. Połączenie (trochę) komercji z mądrością. Namawiam, warto zobaczyć. Dwie godziny miną jak z bicza strzelił. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Zacznę od tego, czego nie chciałam zdradzić we wstępie. "Rust and bone" to dla mnie historia o dorastaniu do odpowiedzialności i miłości, może przede wszystkim do dziecka. Ali to typ wiecznego chłopca, w dodatku z marginesu. Niewiele wiemy o jego przeszłości. Prawdopodobnie imał się różnych przypadkowych zajęć, wchodził w przypadkowe relacje z kobietami sprowadzające się głównie do seksu, a owocem jednej z nich jest jego syn, Sam. Nie potrafi okazywać uczuć ani siostrze, której nie widział pięć lat, ani dziecku. Kiedy musi się nim zaopiekować, spełnia swój obowiązek, bo tak trzeba, ale serca w to nie wkłada. Ali nie ma cierpliwości do syna, łatwo wpada w gniew, nie rozumie, co znaczy odpowiedzialność za dziecko. Jeśli akurat nadarza się okazja, aby poderwać kobietę, zapomni, że trzeba odebrać syna ze szkoły. Nie wiadomo, jak wyglądałyby jego relacje z Samem, gdyby nie pomoc siostry. To ona okazuje chłopcu serdeczność. Ali ima się różnych zajęć, byle jakoś zarobić pieniądze. Domyślamy się, że bez problemu popełni drobne przestępstwo, jeśli sytuacja go do tego zmusi albo nadarzy się okazja. Właściwie wszystko, co robi Ali, jest pozbawione głębszej refleksji, trochę przypadkowe. Mam wrażenie, że niesie go życie. Takie są jego powierzchowne związki z kobietami, takie różne zajęcia. Nie ma dla niego znaczenia, że montowanie ukrytych kamer, które śledzą każdy krok pracowników, co potem daje menadżerom pretekst do  zwolnień, jest dwuznaczne moralnie. Trafiła się dobrze płatna robota, to ją bierze. Dopiero kiedy jego siostra, Anna, traci pracę przez kamerę zamontowaną właśnie przez niego, spróbuje przewartościować swoje życie, chociaż przecież nie od razu. Najpierw ucieknie od kłopotów, od gniewu siostry, zostawiając Sama i Stephanie. Najprawdopodobniej nie robi sobie wyrzutów z jej powodu. Bo kim ona jest dla niego? Powinna go traktować jak OP, czyli operacyjnego. Jeśli zechce się z nim przespać, wystarczy telefon. Będzie miał czas, to przyjedzie. Nie ma problemu. To oczywiście nie oznacza, że będzie sypiał tylko z nią. Kiedy wpadnie mu w oko atrakcyjna dziewczyna, na jej oczach poderwie ją. W czym problem? Jej stanowcze domaganie się szacunku, bo o to go prosi, o nic więcej, zaskoczy go i zastanowi. Może spełnić jej prośbę, też nie ma problemu.

Przyszła w końcu pora na zadanie sobie najważniejszego pytania: dlaczego Ali spotyka się ze Stephanie, dlaczego zaczyna z nią sypiać? Nie oszukujmy się, na pewno nie jest łatwo zaakceptować takie kalectwo. Co innego pomoc, dotrzymywanie towarzystwa, a nawet przyjaźń, co innego seks. Szczególnie dla mężczyzny takiego jak Ali, który traktuje kobiety przedmiotowo. Przecież sypia z tymi, które mu się podobają. Być może ktoś uzna, że ta sytuacja jest nieprawdopodobna. Ja myślę, że kontakty z okaleczoną Stephanie ułatwia mu, paradoksalnie, jego prosta i bezrefleksyjna natura. To nie on szuka z nią kontaktu, ale odpowiada na jej prośby. Ot tak, po prostu. Tak wygląda ich związek. Napisałam związek, ale przecież to nie jest właściwe słowo. Z czasem zaczyna być jej zwyczajnie ciekaw i może dlatego, że dla niego w relacjach z kobietami liczy się tylko seks, pyta ją o to, czy nie brakuje jej tej sfery życia. Ich znajomość staje się stopniowo coraz bliższa, ale nie wychodzi poza ramy przyjaźni a może tylko kumpelstwa. Tak to wygląda z jego strony.

A ona? Że dzięki niemu wraca jej chęć do życia, to banał. Tak oczywiście jest. Odkrywa na nowo radość ze zwykłych przyjemności: spaceru, kąpieli w morzu. Otwiera się na ludzi, staje się silna, nie chowa w kąciku, nie ukrywa swojego kalectwa i nie czuje się przez nie gorsza. To, że Ali z nią sypia, z jednej strony przywróciło jej kobiecość, z drugiej dało jej siłę i pewność siebie. Nie chce litości i przeprosin. Dlatego domaga się szacunku od niego, dlatego robi awanturę mężczyźnie, który najpierw ją podrywa, a kiedy orientuje się, że zamiast zgrabnych nóg ma protezy, zaczyna ją przepraszać. Dlatego śmiało obnosi swoje metalowe kończyny, cud techniki, który przywraca jej sprawność, wręcz epatuje nimi. Ona nie ma z tym problemu, jeśli ktoś ma, to jego sprawa. Ładna Stephanie wygląda nieco demonicznie na swoich lśniących protezach. Jest połączeniem delikatności i siły, twardości. Dlatego budzi zainteresowanie i respekt wśród zgrai mężczyzn biorących udział w walkach. Z jednej strony piękna kobieta, z drugiej twardy negocjator. Pewnie nie miałaby wstępu do ich świata, kiedy przyjeżdża na pierwszą walkę Aliego, słyszy żadnych kobiet i nie opuszcza samochodu, gdyby nie jej kosmiczne protezy. Jest kobietą i nie jest nią zarazem. Stephanie nie mówi o tym, co czuje, przygląda się światu z dystansem i zdziwieniem. Wydaje się pogodzona z tym, co osiągnęła. Ale w głębi duszy chyba marzy, że stanie się dla Aliego kimś więcej niż tylko kumpelką, menadżerką i kobietą, z którą sypia. Tylko marzy, złudzeń pewnie nie ma. Kiedy Ali zniknie po awanturze z siostrą, nie zostawiając żadnego kontaktu, zrezygnowana, ale nie zrozpaczona, przyzna, że nie wie, na co liczyła. Tego, że wyjedzie bez słowa, porzucając nie tylko ją, ale i swojego syna, chyba się jednak nie spodziewała. Za to Anna nie miała złudzeń. Była zdziwiona, że jej brat powoli zaczyna układać sobie życie. Właściwie należało się spodziewać, że prędzej czy później zdezerteruje. Tak myśli Anna.

Co sprawia, że Ali dorośnie do odpowiedzialności i miłości? Impulsem do zmian jest awantura z siostrą. Ucieka, ale już wie, że trzeba ponosić konsekwencje tego, co się robi. Nie można żyć bezrefleksyjnie. Szansą będzie miłość do boksu. Już nie nielegalne, pokątne walki za pieniądze, ale systematyczne uprawianie tego sportu. Audiard zastosował w swoim najnowszym filmie podobne chwyty jak w "Rytmie serca". Po pierwsze tam też głównego bohatera, postać równie niejednoznaczną, gwałtowną i dziką, ocala pasja (tam jest to muzyka), po drugie nie pokazał tego ostatniego, jakże ważnego, odcinka ich drogi. W obu przypadkach nie wiemy, jak bohaterowie wychodzą ostatecznie na prostą. Jakby istotniejsza była sama decyzja, że trzeba coś zmienić, i świadomość celu. Ali stawiając pierwsze kroki w bokserskiej karierze, stara się też odzyskać syna. Kiedy jest już blisko, omal go nie traci. To graniczne doświadczenie zmienia go. Nagle to on potrzebuje wsparcia Stephanie. W cierpieniu nie chce i nie potrafi być sam. Nie jest mu łatwo prosić ją o pomoc. Nigdy tego nie robił. Do kogo mówi: kocham cię? Do niej czy do syna? A może do obojga? Czy ostatecznie połączyła ich miłość, czy może Stephanie jest tylko jego menadżerką? Jak dawniej. Przyjemnie wierzyć, że to  uczucie. A więc jednak okład na duszę? Trochę tak. Taki miły akcent w tym ostrym, męskim filmie.

Grażyna Jagielska "Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym."

Być może nigdy nie sięgnęłabym po książkę Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia" (Znak 2013), gdyby nie  zachwyty wszystkich uczestników mojego ulubionego programu Tygodnik Kulturalny w TVP Kultura. Przyznaję, temat mnie bardzo interesuje, zawód reportera zawsze wydawał mi się fascynujący, a już zawód korespondenta wojennego szczególnie, ba, jawił mi się nie tylko jako zajęcie niezwykle barwne, ale i romantyczne. Wiem, wiem, to nieprawda. Dawno wyrosłam z pensjonarskiej naiwności, trochę o tym czytałam i słyszałam, zdaję sobie doskonale sprawę z ciemnej strony tej profesji. Nadal jednak temat mnie intryguje. Mimo tego, gdyby nie rozmowa w Tygodniku, książkę Jagielskiej zakwalifikowałabym pewnie zaocznie jako coś w rodzaju babskiego czytadła i obeszła szerokim łukiem. No i ten gwar medialny! Rozmowy nie tylko w poważnych programach czy mediach, ale i w telewizjach śniadaniowych. Rozumiem: promocja, ale wszystko ma swoje granice. Teraz, kiedy właśnie przed chwilą skończyłam "Miłość z kamienia", wiem, jak krzywdzące dla autorki były moje zaoczne sądy. Bo książka Jagielskiej nie jest jakimś ckliwym, babskim czytadłem, jest niezwykle interesującą, smutną i niewygodną opowieścią o cenie, jaką płaci dwoje bliskich sobie, kochających się ludzi za to, że jedno z nich bez przerwy jeździ na wojny (w ciągu dwudziestu lat pięćdziesiąt trzy). Chciałam napisać o cenie, jaką płaci rodzina, ale to nieprawda, bo autorka nie wspomina, czy i jaki wpływ na dzieci miał zawód ich ojca i choroba ich matki.

Zanim jednak przejdę do sedna, do tego, co mnie poruszyło, muszę wspomnieć o tym, co mi przeszkadzało i przeszkadza nadal. Jagielska nie ukrywa, że to książka bardzo osobista, intymna, o niej, Grażynie Jagielskiej, i o jej mężu, Wojciechu Jagielskim, znanym reporterze Gazety Wyborczej, autorze licznych książek, zdobywcy wielu nagród. Autorka nie ubrała swoich doświadczeń w maskującą formę powieści, ale mimo starannej literackiej obróbki (język, styl), która daje jej wspomnieniom pewien dystans, napisała wprost. O sobie, swoich cierpieniach, swojej chorobie, o swoim mężu i jego wyjazdach, stopniowym oddalaniu się od siebie, rozchodzeniu się wspólnych zainteresowań i planów, o rozpadzie ich związku, nieudanej próbie rozwodu i, napiszę to bez ogródek, chociaż zabrzmi brutalnie, o egoizmie swojego męża pochłoniętego PASJĄ. I nawet jeśli spotkany w ośrodku Lucjan, który dwa razy zabił męża swojej córki Mariolki, towarzysz jej rozmów jest postacią wymyśloną na użytek tej książki, to i tak nic nie zmieni faktu, że istota rzeczy jest prawdziwa. Oto mamy przed sobą życie dwojga znanych z imienia i nazwiska ludzi i możemy się na nie bezwstydnie gapić, uczestniczyć w nim. To nawet nie jest podglądactwo czy tabloidowe wścibstwo. Autorka swoim gestem dała czytelnikom prawo do oceny. To dlatego mogę napisać, że jej mąż, człowiek niezwykle sympatyczny, skromny, zwyczajny, niezrównany gawędziarz (byłam jesienią na spotkaniu z nim, takie zrobił na mnie wrażenie) jest, jak wielu innych mężów, egoistą. A jednak ta sytuacja mnie uwiera, nie czuję się z tym dobrze. Niby mam prawo do oceny, ale mimo to zastanawiam się, czy powinnam. Czy wiem wszystko? Dręczy mnie pytanie: dlaczego Jagielska i jej mąż (po ukazaniu się książki udzielają wywiadów wspólnie, reporter nie ucieka od odpowiedzialności, co bardzo cenię) zdecydowali się aż na taką szczerość? Niby trochę mówią o tym w wywiadach, ale przyznam, że nie rozumiem. A ponieważ mam z uczestnictwem w ich życiu problem, sama w dalszej części tej notki ustawię ich w roli bohaterów literackich. Dla mnie będą Żoną Reportera i Reporterem.

Książka Jagielskiej jest opowieścią o związku. O tym, jaką cenę za bycie z kimś płaci kobieta i o tym, że ceny nie płaci mężczyzna, a jeśli już to znacznie mniejszą. Dlatego stawiam ją obok powieści Doris Lessing: "Złotego notesu", a szczególnie "Lata przed zmierzchem" (o obu pisałam). Pewnie można do tego zestawu dodać jeszcze "Marzenia i tajemnice" Danuty Wałęsy, ale tego nie  zrobię, bo nie czytałam. To Żona Reportera ponosi konsekwencje pasji swojego męża. Żyje jego życiem, usuwając gdzieś w cień swoje marzenia, które kiedyś były ich wspólnymi. To ona bierze na siebie ciężar codzienności (o tym pisze autorka niewiele, nie to ją zajmuje), to ona przejmuje jego stres, to w nią zapadają jego opowieści o ludziach, których spotkał na wojnach. On o nich nie pamięta, bo w ciągu tych dwudziestu lat przeżył tysiące poruszających spotkań, z nią zamieszkali Meraba Kakubawe, zastrzelony Gruzin, którego głowa potoczyła się chodnikiem, i Taja, Czeczenka regularnie raz w miesiącu gwałcona przez rosyjskich żołnierzy. To Żona Reportera czeka na telefon, który zawiadomi ją o jego śmierci. Wyobraża sobie, kto i jak jej o tym powie. A wszystko po to, aby się na tę śmierć przygotować. To ona, kiedy Reporter jest na kolejnej wojnie w poszukiwaniu kolejnego Wydarzenia, próbuje okiełznać czas, podzielić go na mniejsze odcinki, aby jakoś przetrwać. To ona spędza ten okres w dresie, siedząc na podłodze w łazience albo w kuchni, gdzieś między zlewem a kuchenką. I czeka, czeka na dzwonek telefonu. To czekanie wyrzuca ją poza nawias życia, czuje się wyobcowana, nie potrafi spotykać się z przyjaciółkami i toczyć beztroskich rozmów. Choćby chciały, nie zrozumieją jej strachu, a więc  o czym niby miałaby z nimi rozmawiać? I tak to trwa latami, aż zaprowadzi Żonę Reportera do kliniki leczenia stresu bojowego, chociaż to nie ona, ale on, sławny Reporter, jeździł na te wojny. Ale sytuacja nie jest taka prosta. Otóż  sama pozbawiła się prawa do żądań. Nie może mu tego zabronić, ponieważ kiedy próbowała ratować ich związek, nieopatrzenie pojechała z nim na trzy wojny, wcielając się w rolę fotografa, który zawsze mu towarzyszył. Oprócz potwornego strachu przywiozła z nich zrozumienie dla jego pasji. Dotknęła jej, posmakowała, poczuła to oszałamiające doznanie pełni życia, co zgubiło ją ostatecznie. A poza tym  przecież jego sukcesy, sława, uznanie napawały ją dumą. To były i jej sukcesy, bo żyła jego życiem. O swoim zapomniała. A on, Reporter? Dla niego najważniejsza jest PASJA. Od żony oczekuje zrozumienia, wsparcia, bo to daje mu pewność, że wszystko będzie dobrze, że po raz kolejny się uda. Jest dla niego oczywiste, że ona będzie  czekała, aż wróci, bo przecież musi mieć do czego wracać. Nie zauważa, co się z nią dzieje. Tak bardzo żyje innymi sprawami, że zupełnie nie trafił do jego świadomości fakt, iż kiedyś mieli pieniądze, które dawały komfort nieporównywania w sklepie cen kawy, tylko wybrania z półki tej ulubionej, a dziś muszą zadowolić się tańszą, bo gdzieś między wojnami przyszedł krach na giełdzie. Zresztą, kiedy i na co miałby wydawać te pieniądze? "Rozumiesz, jakie to dla mnie ważne, prawda?", "niesamowita historia", "takiego tematu chyba jeszcze nie miałem" rzuca Reporter do żony w przelocie między kolejnymi wojnami, oczekując, że ona podzieli jego entuzjazm.

Jagielska w swojej książce stawia pytania o związek dwojga ludzi. Czy kobieta musi wyrzec się siebie? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nie potrafi walczyć o swoje, odejść, skoro związek ją, dosłownie, zabija? Ile można poświęcić dla miłości? I dlaczego to my, kobiety, częściej rezygnujemy z siebie, nie oczekując tego samego od mężczyzny? Dlaczego na ogół to oni realizują swoją pasję, a my swoją dla nich poświęcamy? Dlaczego niemożliwy jest kompromis? Gdzie są granice miłości? Czy człowiek tak bardzo pochłonięty pracą może być w związku? Jemu tak jest wygodniej, ale czy ma prawo narażać ją? No ale co zrobić, kiedy pasja pojawi się w trakcie? Kiedy nasze, niegdyś wspólne, oczekiwania i plany się rozejdą? Jeśli napisałabym, że Żona Reportera powinna żądać od męża, aby porzucił swa pasję, albo odejść, to przecież strasznie uprościłabym problem. Przyznaję jednak, że jest we mnie gniew. Mam ochotę krzyczeć: kobieto, dlaczego pozwoliłaś zamienić swoje życie w piekło? Ale mimo tych gorzkich słów, które tu padły, muszę wszakże przyznać, że to książka o triumfie miłości. Kończy się happyendem. Nic nie poradzę jednak na to, że gdzieś spod tego szczęśliwego zakończenia przebija smutek.

Druga niezwykle ważna i interesująca warstwa książki Jagielskiej to opowieść o korespondencie wojennym. O tym, jak ta praca wciąga, staje się ważniejsza od czegokolwiek innego. O tym, że jest pogonią za skarbem, którym może być wywiad z ukrywającym się dowódcą rebelii albo zdobycie materiału, którego nie mają inni, albo opisanie konfliktu. I o rywalizacji z innymi korespondentami: kto pierwszy, kto zdobędzie lepszy kąsek. O niebezpieczeństwach i takiej adrenalinie, że nie zauważa się kuli, która przestrzeliła plecak. Również o tym, że nie można przestać, bo przeżywanie PEŁNI tak wciąga. Wreszcie próbuje Jagielska rozstrzygnąć ważny etyczny dylemat: czy godzi się żyć z wojny? Czy można czerpać sławę z opowieści o cudzym nieszczęściu i czy można dla tej dziennikarskiej sławy ryzykować swoje życie i szczęście najbliższych osób? Mnie kołacze się po głowie myśl, że ktoś jednak musi nam opowiadać o świecie, o tych wszystkich konfliktach i ciągnących się za nimi ludzkich dramatach. Po co? Przecież powinniśmy przynajmniej wiedzieć, mieć świadomość, która obezwładnia, bo nic się nie da zrobić, nie da się pomóc, co najwyżej można wpłacić jakąś drobna kwotę na pomoc dla ludzi wygnanych z domów, żyjących w obozach dla uchodźców. Może w ten sposób docenimy to, co mamy? Bo szczęśliwi być nie możemy, mając świadomość, że wokół tyle dramatów.


Filmowe remanenty: "Wesele w Sorrento" i "Pan Lazhar".

Ostatni okres obfitował; w kinowe premiery, dla których warto było poświęcić czas. O dwóch najważniejszych, "Drogówce" i "Nieulotnych", pisałam, dziś krótko o innych.

"Wesele w Sorrento" kusi tytułem. Swoje dokłada plakat sugerujący, że zobaczymy komedię romantyczną. Trzeba jednak wiedzieć, że to film duńskiej reżyserki z kręgu Dogmy, Susanne Bier. Widziałam chyba wszystkie jej filmy pokazywane w Polsce: "Otwarte serca", "Bracia", "Tuż po weselu", "W lepszym świecie". To kino świetne, ale ciężkie, wstrząsające (szczególnie  "Bracia" i "W lepszym świecie"). Wiwisekcja rodziny, odkrywanie tego, co ukryte to częsty motyw duńskiej kinematografii. Początkowo chciałam na "Wesele w Sorrento" iść w ciemno, chociaż zdziwił mnie tytuł i ten plakat zupełnie nie w stylu Bier. Kiedy recenzje okazały się raczej takie sobie, zrezygnowałam. Przecież było co oglądać. Potem jednak postanowiłam sprawić sobie przyjemność. I rzeczywiście sprawiłam, bo to kino przyjemne. W ramy romantycznej komedii reżyserka wstawiła swoją ulubioną rodzinną psychodramę. Konwencja jednak zobowiązuje, więc chociaż problemy poważne pazur nieco stępiony, od czasu do czasu można się nawet uśmiechnąć. A na deser piękna willa w pomarańczowym gaju w pięknym Sorrento (widoki naprawdę cudowne), śliczna jak anioł aktorka grająca córkę głównej bohaterki, no i przystojny Pierce Brosnan. Wystarczy, aby spędzić mile czas. Nie jest to arcydzieło, ale film miły. Być może jednak widzowie zachwyceni poprzednimi filmami Susanne Bier poczują się rozczarowani, podobnie jak wielbiciele beztroskich komedii romantycznych.

Czymś zupełnie innym jest kanadyjski "Pan Lazhar" nominowany w zeszłym roku do Oskara w kategorii filmów zagranicznych (konkurent naszego "W ciemności"). Ten skromny film naprawdę warto zobaczyć. To historia tytułowego pana Lazhara (świetnie zagranego przez Mohameda Fellaga), algierskiego imigranta starającego się w Kanadzie o azyl polityczny, który rozpoczyna pracę nauczyciela w szkole podstawowej. Jego sytuacja nie jest prosta, bo musi zastąpić ulubioną przez dzieci nauczycielkę, która popełniła samobójstwo. Nie muszę dodawać, jakim szokiem i dramatem było to dla uczniów. Szkoła próbuje uporać się z traumą przeżywaną przez dzieci. Ten film to subtelne kino obserwacji, a nie akcji, kino niedopowiedzeń, gdzie nie wykłada się kawy na ławę. Po dramatycznym początku zdarzenia toczą się niespiesznie. Z ogromną przyjemnością i uwagą obserwowałam poczynania tytułowego bohatera. Pan Lazhar, skromny, cichy, zamknięty w sobie, kulturalny, ale smutny człowiek, nieco niedzisiejszy i na pewno niekanadyjski, jest pełen entuzjazmu dla tego, co robi. Mimo że i on dźwiga bagaż niewesołych doświadczeń, tchnie spokojem i pogodą ducha. Ma w sobie ten rodzaj mądrości życiowej, która cechuje ludzi doświadczonych przez los. W swoim działaniu kieruje się intuicją i zdrowym rozsądkiem. Nie rozumie zachodniego świata stworzonego przez biurokratów, gdzie obowiązują procedury, nakazy i zakazy, które mają służyć dobru dzieci, ale przez swoją sztywność niekoniecznie im służą. Wymyślający je urzędnicy zapomnieli, że szkoła to żywy organizm i dlatego czasem byłoby lepiej postąpić niestandardowo. Tytułowy bohater przykuwa uwagę. Mimo że zwyczajny, cichy i skromny jest człowiekiem nietuzinkowym. Ale z równą przyjemnością patrzyłam na dziecięcych bohaterów też świetnie granych i wnikliwie sportretowanych.

Czas na podsumowanie. Na najnowszy film Susanne Bier pójść można dla miłej, mądrej rozrywki, nie spodziewając się niczego wielkiego i ambitnego. "Pana Lazhara" prawdziwi miłośnicy kina zobaczyć powinni koniecznie. Nie przegapcie tego nienachalnego, skromnego jak jego bohater, ale mądrego filmu. I to tyle, tak na marginesie.

"Nieulotne" Jacka Borcucha

Zanim przejdę do "Nieulotnych", wrócę jeszcze na moment do Smarzowskiego. W notce o "Drogówce" zastanawiałam się, jaki jest człowiek, który tak czarno widzi świat. Po opublikowaniu notatki, przeczytałam wywiad z reżyserem. Wszystko się wyjaśniło. Smarzowski kręci filmy o tym, co go przeraża (teraz zgłębia wydarzenia na Wołyniu w czasie drugiej wojny). Kiedy to przeczytałam, pomyślałam, że go nie tylko rozumiem, ale i zazdroszczę. Ja o tym, co mnie przeraża i porusza, a jest tego sporo, mogę jedynie próbować komuś opowiedzieć, jeśli ktoś zechce słuchać, on może to wykrzyczeć w swoim filmie. Tyle komentarza do poprzedniego wpisu, a teraz zgodnie z tytułem o "Nieulotnych". Przyznam, że czekałam na ten film, bo sporo się o nim mówiło przed premierą, a i zwiastuny były zachęcające. Lubię kino Borcucha na tyle, aby oglądać to, co kręci, ale bez przesady. Widziałam i "Tulipany", i "Wszystko, co kocham", tak, sprawiły mi przyjemność, ale nie oszalałam. A "Nieulotne"? Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że ten film wzbudzi skrajne emocje: albo zaakceptujesz, albo cię zirytuje. Ja należę do tych pierwszych, mimo że chyba spodziewałam się czegoś innego, niż dostałam. Myślałam, że będzie to film o problemie, a tymczasem dominuje melancholijny, tajemniczy klimat. Ważniejsze są piękne zdjęcia Michała Englerta niż akcja i słowa. Wiele tu niedopowiedzeń, niejasnych sytuacji, co, jak twierdzi reżyser, było zamierzone. Piękna, wycyzelowana forma, która zdominowała treść, może zmęczyć. Zwykle i mnie to drażni, ale tym razem dałam się uwieść (no prawie) filmowemu nastrojowi. Im dłużej myślę o "Nieulotnych", tym bardziej mi się podobają. Pewnie spora w tym zasługa pary głównych bohaterów: Michała (Jakub Gierszał) i Kariny (Magdalena Berus), którzy przykuwająca uwagę swoją młodością. Ja film polecam, ale zrozumiem tych, którym się nie spodoba. A kto już widział, może czytać dalej.

Film przykuwa uwagę od początku. Prześwietlona słonecznym blaskiem Hiszpania, spłowiała od słońca, spalona. Aż czuć upał i kurz unoszący się w powietrzu. Hiszpania nietypowa, bo wcale nie ta turystyczna, tylko zwyczajna: wioska składająca się z kilku domów, droga pokryta pyłem, winnica bez grama cienia, jezioro, w którym można nurkować, otoczone spłowiałymi, wapiennymi skałami. Zieleń wokół przykurzona, nieświeża. I para głównych bohaterów też spalona słońcem, co potwierdzają ich wypłowiałe czupryny. A mimo to jest w tym obrazku coś sielskiego. Może sprawia to młodość Michała i Kariny? Może ich miłość? Może beztroska letnich miesięcy? Niby pracują, ona dorabia sobie w winnicy, bo potrzebuje pieniędzy, on też pomaga, chociaż jest synem właścicielki (Czy na pewno? Nie da się tego rozstrzygnąć, to jedna z niejasności. W każdym razie jest z nią spokrewniony.), ale przecież na ich twarzach nie widać znoju, ważniejsze jest to, co pomiędzy nimi, ich uczucie. Świetne zdjęcia jeszcze to podkreślają. Kamera skupia się na ich białych, szczupłych ciałach albo twarzach okolonych lnianymi włosami. Obraz jest jakby prześwietlony, prawie nierzeczywisty. Kiedy piszę te słowa, nagle uświadamiam sobie, że już kiedyś miałam podobne wrażenie. A było tak, kiedy czytałam hiszpańskie opowiadania Hemingway'a. Taki sam dojmujący upał, niemal namacalny, takie samo słońce, też zagubione w świecie miejsce, jakaś mała stacyjka kolejowa,  para kochanków. I tak jak w filmie: sugestie, niedomówienia, ulotność chwili. Oczywiście to tylko moje skojarzenia, wątpię, aby reżyser jakoś się nastrojem opowiadań Hemingway'a inspirował.

A potem jest Kraków. Inny, bo jesienny, przydymiony. Nikt tu jednak nie epatuje widza piękną, złotą jesienią. Mimo że nie pada, jest raczej szaro, zwyczajnie. Kamera eksponuje popisane kamienice, odrapaną klatkę schodową, nijakie elewacje domów, nawet Wawel tylko miga gdzieś w tle i niewprawne oko może go nie zauważyć. Nie ma Rynku, nie ma Kościoła Mariackiego. Co w zamian? Ohydny szkieletor, który od lat szpeci miasto i pewnie długo jeszcze szpecił będzie. Jednym słowem podobnie jak w sekwencji hiszpańskiej i tu dominuje codzienność, zwyczajność, a nie turystyczny folder. Nawet widok z dachu kamienicy jest dość zwyczajny, chociaż mnie się podoba, ale przecież w ilu to krakowskich filmach wybierano dachy spektakularne, z których roztaczały się spektakularne widoki (choćby "Vinci" Machulskiego).

Co jest naprawdę ładne? O dziwo rodzinne miasto Kariny, Kwidzyn. To tam jesień jest prawdziwa, złota, park aż kipi od kolorowych liści, to tam przyciągają wzrok freski we wnętrzu średniowiecznej katedry, to tam migoczą światełka świec na cmentarzu. Dlaczego? Bo to miejsce, gdzie bohaterka jest u siebie, gdzie szuka oparcia w domu rodzinnym, u ojca. To tu przyjeżdża, kiedy nie potrafi poradzić sobie z problemami. Hiszpania jest daleka, na chwilę, od święta, trochę nierzeczywista, Kraków jakiś niezadomowiony, nawet nie bardzo ma tam gdzie mieszkać. Przecież, kiedy ucieka od Michała, musi prosić przyjaciółkę o nocleg. Może tylko w rodzinnym mieście, w domu ojca czuje się prawdziwie bezpieczna?

Rozpisałam się o zdjęciach, o miejscach, bo to one budują nastrój, klimat. Tymczasem zdarzenia toczą się powoli, niewiele się dzieje, bohaterowie są jakby zawieszeni gdzieś pomiędzy, snują się (szczególnie Karina). Albo nie wiedzą, jak postąpić, albo odbijają się od siebie. Po dramatycznym początku, który zburzył ich sielankę, akcja zwalnia, robi nieoczekiwany zwrot. Oczekujemy raczej, że to Michał będzie w centrum uwagi, jego trauma, jego zmaganie się z winą, tymczasem nieoczekiwanie to Karina staje się główną bohaterką. Problem winy Michała gdzieś znika, schodzi na drugi plan. Może dlatego, że tak traktuje go Karina? Nie do końca jasne jest, co czuje i myśli, co nią kieruje, kiedy po zwierzeniach Michała ucieka od niego. Początkowo sądziłam, że przeraziło ją to, co zrobił. I pewnie trochę tak, bo przecież w pewnym momencie mówi mu, że nie wie, czego się może po nim spodziewać. Potem jednak doszłam do wniosku, że zaabsorbowana i zaskoczona swoim stanem, nie udźwignęła jego problemu. Oczekiwała, że to on zajmie się nią, pocieszy, poradzi, może przekona, żeby zdecydowała się dziecko urodzić, tymczasem nawet nie zdążyła mu powiedzieć, że jest w ciąży, kiedy spadła na nią ta straszna wiadomość. Nie potrafię jej potępić. Rozumiem jej rozżalenie i zdezorientowanie. Jest młoda, bardzo młoda, ma dopiero dwadzieścia lat, studiuje, ledwie się zakochała, a tu nagle nieplanowana ciąża, a jakby tego było jeszcze mało, ukochany zrzuca na jej barki ciężar swojej zbrodni, oczekując zrozumienia? pocieszenia? rozgrzeszenia? pomocy? Co można zrobić w takiej sytuacji? Jak sobie poradzić z taką wiedzą? Co powiedzieć? Przyznaj się? Zgłoś się na policję? Zapomnij? Naucz się z tym żyć? Odkup jakoś swoją winę? Zrób coś dla innych? Nie wiem. A Michał? Co on ma zrobić? Jak udźwignąć ciężar? Jak żyć ze świadomością popełnionej zbrodni? Najgorsze chyba jest poczucie, że być może mógł uratować życie zaatakowanemu mężczyźnie, gdyby od początku nie był przekonany, że go zabił. Mnie przypomniała się jedna z ostatnich scen "Długu", kiedy bohater, już nie pamiętam który: czy ten grany przez Gonerę, czy przez Borcucha (tak, tak, tego samego, przecież Jacek Borcuch zaczynał od aktorstwa), decyduje się zgłosić na policję i przyznać do zabójstwa. Do dziś pamiętam ulgę malującą się na jego twarzy. Niemal usłyszałam huk kamienia spadającego z jego serca. Wyznanie winy, wzięcie odpowiedzialności za swój czyn, wyzwoliło go ze strachu, z życia w wiecznym napięciu. Paradoksalnie uczyniło wolnym. Czy tak powinien postąpić Michał? Nie wiem.

"Nieulotne" stawiają głównie pytania, nie udzielają odpowiedzi. Najbardziej niejasne jest jednak samo zakończenie. Dlaczego Karina trafia do szpitala? Poroniła czy tylko pojawiły się jakieś problemy? Czy Michał już wie, że była? jest? w ciąży? Cieszy się, że będą mieli dziecko? A może tylko z tego, że jest przy niej? Nie sposób rozstrzygnąć.

A tajemniczy tytuł? Nieulotne są przeciwieństwem ulotnych. Ulotne chwile mówimy najczęściej. Często takie ulotne są miesiące wakacyjne. Poznajemy kogoś, spędzamy miło czas, a potem zapominamy (albo cierpimy, jeśli to on zapomniał o nas) Tymczasem dla Michała i Kariny wakacje spędzone w Hiszpanii są właśnie nieulotne. Z pamięcią o nich zmagać się będą być może całe życie.

To tyle. Rozpisałam się nie tylko o formie, nastroju, ale i o treści, co mimo wszystko dziwne,  bo jednak w magnetycznej urodzie zdjęć, długich ujęciach, w kontemplowaniu chwil problem ginie, schodzi gdzieś na drugi plan, rozmywa się, traci swoją początkową siłę. Tak czy inaczej mimo zastrzeżeń kupuję "Nieulotne" i pewnie kiedyś jeszcze raz je zobaczę.

Wojciech Smarzowski "Drogówka"

W tym tygodniu nie byłam oryginalna i wybrałam się na "Drogówkę". Smarzowski to reżyser, obok którego trudno przejść obojętnie. Zbyt ważny w polskim kinie. Nie ma się co krygować, ja też należę do jego admiratorów. Napiszę bez zbędnych wstępów: film zobaczyć trzeba koniecznie, chociaż zgadzam się z tymi, którzy uważają, że "Drogówka" jest słabsza od "Wesela", "Domu złego" i przede wszystkim "Róży". Słabsza nie znaczy przecież w tym wypadku słaba. Świetne aktorstwo, świetne zdjęcia i montaż, dzięki którym film przypomina dokument, sensacyjna fabuła, szybkie tempo (miejscami aż za szybkie, bywa, że trudno ogarnąć szczegóły intrygi, co zresztą moim zdaniem nie jest najważniejsze) i przede wszystkim gorzki portret społeczeństwa. A co mnie nie przekonuje? Wątek korupcyjny, chociaż zdaję sobie sprawę, że jego słabość wynika z formuły kina sensacyjnego, na jaką tym razem zdecydował się reżyser. Tych wszystkich, którzy kina Smarzowskiego nie znają (są tacy?), muszę uprzedzić, że w opisie świata widzianego oczami reżysera dominują barwy czarne. Jego bohaterowie, nawet jeśli wykształceni i na stanowiskach, są prymitywni, chamscy i ulegają wielu rozmaitym słabościom (łagodnie powiedziane). Z ekranu wylewa się ocean wszelakiego brudu. I chociaż obrazki, które oglądamy, wyglądają znajomo, są naprawdę z życia wzięte, to jednak świat aż taki straszny nie jest. Wiem, wiem, że to artystyczna wizja, przerysowanie i kondensacja, ale kiedy w każdym filmie Smarzowskiego świat wygląda podobnie czarno i brudno (wyjątkiem jest "Róża" dzięki szlachetnym bohaterom), zastanawiam się, jaki mrok panuje w duszy reżysera. I piszę to raczej ze współczuciem, a nie po to, aby czynić z tego zarzut. Tyle we wstępie, a część druga jak zwykle dla tych, którzy już "Drogówkę" widzieli.

Kiedy oglądałam "Drogówkę", miałam wrażenie, że patrzę na świat, z którego opadła zasłona. Piszę świat, ale właściwie myślę ludzie. Podobne głosy słyszało się przy okazji "Rzezi" Polańskiego. Ciemna strona czworga bohaterów, przedstawicieli francuskiej klasy średniej, jest jednak niczym wobec tego, co widzimy w filmie Smarzowskiego. Bohaterowie na pozór zwyczajni: mają rodziny, matki, żony, dzieci, pracują, są policjantami, lekarzami czy posłami, ale kiedy tylko znajdą się w swoim towarzystwie albo w sytuacji dla siebie niewygodnej, pokazują swoją drugą twarz. Klną jak szewcy, piją na umór, zdradzają żony na lewo i prawo, gardzą innymi, łamią przepisy, nie liczą się z drugim człowiekiem, biorą łapówki albo je dają, prowadzą jakieś ciemne interesy i tak dalej, i tak dalej. Policjanci z drogówki: Król (Topa), Petrycki (Jakubik), Banaś (Lubos) w domu są przykładnymi mężami i ojcami, wśród swoich (czytaj: kolegów z drogówki) natychmiast zmieniają się w jakieś prymitywne istoty podlegające sile najprymitywniejszych instynktów. W tym męskim świecie rządzą alkohol, pieniądze i seks. Królują grube dowcipy i prostacki, knajacki język. Kobiety ma się za nic, są jedynie towarem, służą do zaspokajania rozbuchanej chuci. Ale to nie dotyczy tylko policjantów. Mogę sobie wyobrazić, że ci wszyscy kierowcy, zatrzymani za przekroczenie prędkości, jazdę po pijanemu czy inne drogowe grzechy, też w innych sytuacjach są mili, spokojni, kulturalni, dobrze wychowani. Kiedy jednak grozi im mandat czy utrata punktów, przeistaczają się w awanturników i łapówkarzy, nie przebierają w słowach i metodach. Pod cienką warstwą ogłady jest ta prawdziwa: prymitywna, dzika. Ktoś powie, że to wyolbrzymienie, przesada, kondensacja pewnych zjawisk, do czego reżyser ma prawo. I oczywiście tak jest, przecież nie wszyscy są tacy, jednak czy nie mamy podobnych doświadczeń? Czy nie zdarzyło nam się widzieć znajomych czy bliskich, którym w pewnych sytuacjach puszczają hamulce (i nie myślę tu wcale o soczystym przekleństwie)? No bo o tym, że Polak-kierowca to osobny gatunek człowieka, chyba nie muszę nikogo przekonywać.

Druga sprawa, która wydała mi się w filmie Smarzowskiego interesująca, to świat widziany przez pryzmat kamery. Wszystko, co robimy, jest nagrywane, każdy nasz krok śledzony. Filmują nas kamery przemysłowe na ulicach, w przejściach podziemnych, w różnych instytucjach i przybytkach, ale filmujemy się też sami. Komórki sprawiły, że utrwalić można wszystko. Bezrefleksyjnie, dla zabawy, dla wygłupu albo po to, aby w odpowiednim momencie zdjęcie czy materiał filmowy wykorzystać.

Kolejna zaleta filmu, o której już we wstępie wspominałam, to jego niemal dokumentalny charakter, dzięki czemu ekranowy świat pokazany został werystycznie i nie sprawia wrażenia wykreowanego, chociaż taki przecież jest. To zasługa wykorzystania brudnych, chropowatych zdjęć z przemysłowych kamer i komórek. To dlatego krótkie scenki, z których składa się spora część filmu będąca przygrywką do sensacyjnej intrygi, pokazujące pracę policjantów sprawiają wrażenie, jakby zarejestrowano prawdziwe zdarzenia. Mamy takie odczucie  nawet, jeśli w rolach zatrzymywanych kierowców rozpoznajemy znanych aktorów (Grabowski, Simlat). W naturalistycznym, dokumentalnym duchu utrzymane jest też aktorstwo. Przez ekran przewija się wielu aktorów, często gwiazd grających epizody. Pokazują się w filmie Smarzowskiego z zupełnie innej strony, bywa, że zaskakującej. Nie boją się oszpecić, powściągnąć swoje gwiazdorstwo, podporządkować rolę grze zespołowej. Szczególnie widać to w scenach przesłuchań czy wspominanych już tutaj epizodach drogowych.

Jak pisałam we wstępie, mój opór budzi wątek korupcyjny. Oczywiście wszystko, co pokazuje Smarzowski, jest prawdą. Przekupni policjanci, kierowcy próbujący łapówką wykpić się od mandatu czy punktów karnych, zamiatanie grzechów pod dywan, wykorzystywanie znajomości czy swojej służbowej pozycji, ustawianie przetargów i co tam jeszcze. Że tak jest, doskonale wiemy, niemal każdego dnia o podobnych przypadkach donoszą media, znamy też takie historie z naszych potocznych doświadczeń. W filmie jednak to wszystko pokazano jak wielki spisek. Świat jest przesiąknięty złem, wszystkim rządzą jakieś tajemnicze siły (politycy, mafiozi) i samotny człowiek próbujący wyświetlić prawdę z góry skazany jest na klęskę. Pozostaje mu pogodzić się z tym a naprawianie świata zacząć od siebie. Takiej rady udziela Królowi jego szef i teść grany przez Dziędziela. To oczywiście też ważne. Truizmem jest stwierdzenie, że gdyby każdy z bohaterów zaczął porządki od swojego życia, świat naprawdę stałby się lepszy. A jednak coś jest nie tak. Może po prostu "Drogówka" cierpi na nadmiar? Z jednej strony naturalistyczne obrazowanie świata, z drugiej sensacyjna konwencja, która wymusza sensacyjną akcję. W takim kinie gatunkowym mieści się oczywiście walka samotnego bohatera z całym złem tego świata, ale zetknięcie w jednym filmie tych dwóch porządków powoduje zgrzyt.

I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Nie wiem, czy taki był zamysł reżysera, czy tak wyszło przez przypadek, ale film Smarzowskiego pokazuje jeszcze jedną prawdę o naszym świecie. To świat patriarchalny, zdominowany przez mężczyzn. O tym, że nie ma w nim miejsca na prawdziwe męsko-damskie partnerstwo, już pisałam. Ale uderzyło mnie jeszcze jedno. To, co uchodzi płazem facetowi, nie uchodzi kobiecie. Samcy bez żenady po wielokroć zdradzają swoje żony, romansują, korzystają z usług prostytutek i jakoś nie mają z tym problemu. Kiedy jednak okaże się, że któregoś z tych jurnych byczków zdradziła żona, nie, tego prawdziwy mężczyzna darować nie może. Nie muszę wspominać, że to obserwacja prawdziwa.

Szczepan Twardoch "Morfina"

Kilkakrotnie przy okazji różnych wpisów wspominałam, że rzadko zdarza mi się sięgać po

współczesną polską beletrystykę. To nie tak, że jestem uprzedzona, po prostu, kiedy czytam lub słucham omówienia jakiejś polskiej powieści, która właśnie się ukazała, zawsze stwierdzam, że to nie dla mnie. A to temat nie taki, a to forma odstręczająca. Tym razem było inaczej: postanowiłam sięgnąć po najnowszą powieść Szczepana Twardocha "Morfina" (Wydawnictwo Literackie 2012) nie dlatego, że powszechnie wychwalana (przecież nie pierwszy raz krytycy pieją z zachwytu nad polską powieścią) czy nagradzana (ileż to razy pozostawałam niewzruszona, kiedy coś nagradzano), ale dlatego, że zainteresował mnie temat. Nie bez znaczenia były też uwagi, że to epicka powieść z rozmachem. Temat plus  forma poparte znakomitymi recenzjami skłoniły mnie do lektury. Przeczytałam i pędzę podzielić się refleksjami.

"Morfinę" rzeczywiście czyta się znakomicie. Ma w sobie coś hipnotycznego, naprawdę trudno się od niej oderwać. Narracja prowadzona przez głównego bohatera, trzydziestoletniego Konstantego Willemanna (o nim za chwilę), na zmianę z tajemniczą narratorką  wciąga niesamowicie, magnetyzuje, sprawia, że podążamy za Kostkiem w jego wędrówce po Warszawie, a potem przez Polskę, Słowację aż do Budapesztu. Dajemy się uwieść dziwacznym, zwariowanym, nieprawdopodobnym opowieściom narratorów o postaciach zaludniających ten świat. Poznajemy w ten sposób nie tylko ich przeszłość, ale często też przyszłość. Mnie te niesamowite, nierzadko absurdalne czy irracjonalne ludzkie historie (a jak nieprawdopodobna i fantastyczna jest historia głównego bohatera!) przypominały nieco losy powieściowych bohaterów Johna Irvinga, pisarza, którego niegdyś uwielbiałam, ale już po dwie jego ostatnie książki nie sięgnęłam, bo jakoś mi przeszło. To wszystko sprawia, że mimo objętości powieść można połknąć w ciągu kilku dni, oddając się po prostu nieskrępowanej przyjemności lektury. A przecież temat, gdyby go ująć inaczej, do miłych nie należy.

Otóż jest to historia trzydziestoletniego warszawskiego lekkoducha, Konstantego Willemanna, któremu raptem we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku wali się jego wygodny świat. Świat pieniędzy, które hojną ręką daje matka, świat kobiet, alkoholu, tytułowej morfiny. Koniec z eleganckimi strojami, przyjęciami, przesiadywaniem w knajpach wśród malarzy, literatów i ich akolitów. A co stanie się z jego higieniczną, eugeniczną żoną Heleną, ukochanym synkiem Jureczkiem, niezłym samochodem i mieszkaniem w domu z czekolady? Bo i to Kostek miał. Żeby dopełnić tego obrazu, wspomnę jeszcze o przyjacielu Jacku, jego żonie Idze i odrażającym higienicznym i eugenicznym teściu, miłośniku endecji. Konstanty, hulaka, trochę przez przypadek, a może wcale nie przez przypadek, trochę wbrew swojej woli, a może jednak trochę za swoją zgodą, zostaje wciągnięty w wir nieprawdopodobnych konspiracyjnych zdarzeń. Jeśli ktoś w poprzednim zdaniu rozpoznał (niestety nieudolną) podróbkę stylu Gombrowicza, to  nieprzypadkowo, bo powieściowa narracja pełna jest takich nawiązań. Zresztą aluzji literackich czy filmowych można tu znaleźć więcej. Mnie przypomina się "Eroica" Andrzeja Munka i, może trochę mniej, ale jednak, jego "Zezowate szczęście". Pewnie nie należy zapominać o całym nurcie wojenno-przygodowym. Za to z pewnością znajdziemy w "Morfinie" bezpośrednie nawiązania do mickiewiczowskiego "Konrada Wallenroda". Bo Konstantemu Willemannowi przyjdzie odegrać niewdzięczną, ale jakże zaszczytną, rolę Wallenroda, cóż z tego, że przypadkowego, groteskowego, śmiesznego i żałosnego. Bohater cały czas spogląda na siebie z boku, świadomy, że stale, wbrew swojej woli, jest wtłaczany w różne  role i maski, bierze udział w spektaklu pod tytułem Patriotyzm, Konspiracja, do którego ktoś wbrew jego intencjom go zaangażował, cóż było począć, na odczepnego zdecydował się podjąć tę grę. Trochę dla świętego spokoju, trochę dla zabawy, trochę, bo, kiedy zgodził się na jedno, dalej nie bardzo mógł się wycofać. A on marzy tylko o zdobyciu buteleczki z ukochaną morfiną, która pozwoliłaby mu odejść na chwilę w niebyt i zapomnieć, że Niemcy zabrały mu jego ukochaną Warszawę. Jeżeli jest na nich wściekły, to dlatego, że zranili mu miasto, które kocha. Miasto knajp, artystów, zabaw.  I tu przechodzimy do najważniejszego pytania powieści: pytania o tożsamość. Konstanty Willemann zadaje je sobie wielokrotnie. Kim jestem, pyta. Polakiem? Niemcem? Ułanem? Patriotą? Niemieckim oficerem? Konstantym a może Baldurem? I w końcu nie przez polskość czy niemieckość się definiuje. Jest po prostu Konstantym Willemanem, lubiącym kobiety, samochody, alkohol, morfinę i wygodne życie.

Świat jest w tej powieści chaosem, w którym nie ma zbiegów okoliczności, o ludzkich losach często decyduje przypadek. Bohaterowie odgrywają role narzucane przez wychowanie, przez społeczeństwo, przez historię, przez narodową tradycję. Jednocześnie jest w tym świecie jakaś tajemnicza, ciemna moc, która zna przeszłość i przyszłość, wpełza w  kogoś, kogo sobie upatrzyła. Z jednej strony zatruwa go swoją czernią, z drugiej chce chronić. Ale wcale nie jest wszechmocna. W końcu bezsilna opuszcza swego wybranka, by zwrócić się ku innemu. Kim jest? Czarną rozpaczą? Mrokiem? Złem? Wszystkim tym, co ciemne w człowieku? Ciemną stroną świata? Trudno rozstrzygnąć.

Czas zmierzać do puenty. Otóż niby wszystko jest świetnie. Niby podzielam zachwyt recenzentów. Tak, to bardzo sprawnie napisana powieść. Autor gra świadomie formą, kiedy chce, stylizuje język, jakby chciał pokazać, że potrafi, ale przecież w nowoczesnej, postmodernistycznej powieści nie musi, bawi się narracją, stawiając przed czytelnikiem zagadkę, pyta o tożsamość i narodową tradycję, zgrabnie szkicuje obraz międzywojennej Polski, pokazuje jej upadek. Kreuje świat początku wojny, którym rządzą niepewność, śmierć, chaos i bieda. Wszyscy próbują się przystosować, ułożyć sobie życie na nowo. Jego bohaterowie stawiają sobie pytania: co będzie i są zupełnie nieświadomi tego, jak okrutnie będzie, a przecież my, czytelnicy, wiemy doskonale, wie też ta ciemna siła, która wpełza w Konstantego. Jednym słowem autor świetnie pokazuje ten moment w historii narodu i jednostki, kiedy coś się kończy, a coś, jeszcze nie wiadomo co, wyłania się z chaosu. Jest tu i Warszawa (chociaż nie tak realistycznie pokazana jak u Prusa na przykład; realizm Twardocha to raczej tylko nazwy ulic, konkretne miejsca, budynki, znane postacie, ale nie drobiazgowe opisy), i Polska, i nawet Budapeszt, w którym, ku zdziwieniu bohaterów, toczy się normalne życie. A jednak, mimo że czytałam z hipnotyczną przyjemnością, mimo że doceniam, to jednak jestem trochę rozczarowana. Bo spodziewałam się powieści prawdziwej, gdzie bohaterowie to nie tylko literackie typy (rozdarty hulaka, patriota-endek, matka Polka, dziwka, pierwsza miłość), które można opisać przy pomocy kilku zaledwie słów-wytrychów, ale ludzie z krwi i kości, niejednoznaczni, o których można by pisać bez końca, prowadzić ich psychologiczną wiwisekcję. Tu wszystko jest na wierzchu, zamysł autora czytelny, wszystkie literackie szwy widoczne, nie ma się nad czym dłużej zadumać, trudno się przejąć losem bohaterów, bo to tylko literackie klisze. Jedyną zagadką jest owa ciemna siła, ale może to tylko jakiś pseudofilozoficzny bełkot, na który dajemy się nabrać? No cóż, to po prostu powieść postmodernistyczna. Brak jej literackiego ciężaru, który doskwiera szczególnie boleśnie, jeśli zderzyć ją z lekturą czegoś z literackiej ekstraklasy, co, niestety, zrobiłam. Zaraz po odłożeniu Twardocha zabrałam się za Philipa Rotha. Właśnie czytam "Duch wychodzi". Też nie mogę się oderwać, ale tym razem mam poczucie, że obcuję z prozą, która dotyka najważniejszych egzystencjalnych pytań.

Na okładce "Morfiny" wydawca umieścił reklamowy slogan: "Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada", pewnie licząc na to, że zanęci nim czytelników. W ten sposób sprowadził powieść Twardocha tylko do roli czytadła. To oczywiście nieprawda. Ale może coś w tym jednak jest? Może "Morfina" to takie postmodernistyczne czytadło dla czytelnika z ambicjami?

"Pięć rozbitych kamer"

Warto wybrać się do kina na dokument "Pięć rozbitych kamer". To historia trwającego kilka lat protestu prowadzonego przez mieszkańców palestyńskiej wioski Bil'in wspieranych przez izraelskich obrońców praw człowieka i aktywistów z całego świata przeciwko izraelskim osadnikom, a właściwie przeciwko państwu Izrael, które pozwala na budowę muru oddzielającego budowane  osiedle od wioski. Ogrodzenie powstaje z naruszeniem prawa, uniemożliwiając mieszkańcom wioski swobodny dostęp do ich pól. Rzecz na Zachodnim Brzegu normalna. Osadnicy wykorzystując różne kruczki prawne, albo i nie, zabierają ziemię pod budowę kolejnych osiedli, potem dla własnego bezpieczeństwa odgradzają je murem, potem dla własnej wygody budują szerokie drogi, po których mogą poruszać się tylko oni. W ten sposób metodą faktów dokonanych anektują dla siebie coraz większe obszary Zachodniego Brzegu, nie bacząc na to, że przy okazji skutecznie utrudniają życie Palestyńczykom i niemiłosiernie ranią krajobraz tonami szarego betonu. Emad, mieszkaniec Bil'in, prosty chłop, ojciec czterech synów, od 2005 roku rejestruje kamerą to, co dzieje się w jego wiosce. Inspiracją do kręcenia były narodziny najmłodszego syna, które zbiegły się z budową osiedla i muru.

Początek był niewinny: copiątkowe radosne, pokojowe demonstracje. Ale te pokojowe protesty tłumione przez izraelskich żołnierzy, z czasem coraz bezwzględniej, przekształcają się w regularne bitwy. Obserwujemy eskalację przemocy i nienawiści. Ofiarami stają się także dzieci wciągane przez dorosłych w spór. Z patriotycznych pobudek funduje się im dzieciństwo przesiąknięte nienawiścią. W takiej atmosferze dorastają, nie znając innego życia. Ofiarami konfliktu są też młodzi, izraelscy żołnierze, którzy uczą się pogardy dla Palestyńczyków. Oglądając film, zastanawiałam się, o czym myślą, co czują, kiedy zabierają z domów kilkunastoletnich przerażonych chłopaków, aby ich aresztować, kiedy wykonują rozkazy dowódców, kiedy strzelają do pokojowej demonstracji. Trudno cokolwiek wyczytać z ich pokerowych twarzy. Na problem deprawacji młodych mieszkańców Izraela odbywających służbę wojskową  zwraca uwagę wielu publicystów, także izraelskich.

Bardzo smutny, przejmujący, nostalgiczny film o miłości do ziemi i o degradacji krajobrazu. Serce się kraje na widok betonu wciskającego się w piękny, surowy teren, na widok wyrywanych z ziemi starych drzewek oliwnych, na widok drucianej siatki kaleczącej pola. A mieszkańcy Bil'in uparcie walczą o swoje. Wiedzą, że kijem rzeki nie zawrócą, osiedla nie zburzą, ale może przynajmniej ogrodzenie. A kogo interesuje temat, zachęcam do przeczytania pięknej książki Raja Shehadeha "Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie." wydanej przez Karakter (pisałam).

Paweł Smoleński "Pochówek dla rezuna"

Od dawna wiedziałam, że w serii Reportaż wydawnictwa Czarne ukazał się "Pochówek dla rezuna" Pawła Smoleńskiego (2011; chyba wydanie drugie) traktujący o stosunkach polsko-ukraińskich głównie w okolicach Przemyśla i w Bieszczadach. Mimo że lubię izraelskie reportaże Smoleńskiego, jakoś na tę książkę nie miałam ochoty. W końcu nie sposób przeczytać wszystko, co się wydaje! Zresztą temat interesował mnie średnio, o rzezi na Wołyniu trochę wiedziałam, przekonana byłam, że o tym, co działo się w czasie wojny i tuż po wojnie na wspomnianych terenach też mam jakieś pojęcie. W jakim błędzie byłam! A zrozumiałam swoją ignorancję, kiedy po przeczytaniu rewelacyjnej powieści Oksany Zabużko "Muzeum porzuconych sekretów" postanowiłam jednak sięgnąć po tomik reportaży Smoleńskiego. Jak już pisałam w notce na temat książki ukraińskiej pisarki, odkryłam w niej inny punkt widzenia. UPA, która nam kojarzy się tylko z okrutnymi mordami dokonywanymi na ludności polskiej na Wołyniu w czasie drugiej wojny światowej, dla Ukraińców jest symbolem walki o niepodległą Ukrainę toczonej jeszcze długo po zakończeniu wojny. Po lekturze "Muzeum porzuconych sekretów" poczułam niedosyt wiedzy na ten temat, więc kiedy tylko przypomniałam sobie o książce Smoleńskiego, natychmiast postanowiłam ją przeczytać. Jak to zwykle bywa, w międzyczasie pochłonęły mnie inne lektury, ale wreszcie zrealizowałam swój zamiar i korzystając z wolnego dnia, połknęłam ukraińskie reportaże na raz. Może lepszym pomysłem byłoby jednak dawkowanie sobie tej lektury w mniejszych porcjach, bo Smoleński obficie cytuje świadectwa okrutnych zbrodni i pacyfikacji wsi, nic dziwnego, że pod koniec dnia byłam już mocno zgnębiona tym, czego się dowiedziałam.

A "Pochówek dla rezuna" jest rzeczywiście przerażający. Przeraża przeszłość, przygnębia teraźniejszość. Chciałam dowiedzieć się z tej książki czegoś więcej o UPA, odkryłam gordyjski węzeł zagmatwanych stosunków polsko-ukraińskich. Wciąż żywą przeszłość, która kładzie się cieniem na tym, co dzisiaj. Niezałatwione sprawy, wzajemne oskarżenia i żale, poczucie krzywdy każdej ze stron konfliktu. I nadal żywe lęki. Mniejszości ukraińskiej, która często woli nie przyznawać się głośno do swojej narodowej tożsamości z obawy o szykany, i Polaków, którzy boją się, że przeszłość powróci. Do tego dochodzą jeszcze dość skomplikowane kwestie religijne, bo na tych ziemiach koegzystują obok siebie trzy religie: katolicyzm rzymski, grecki i prawosławie. Mimo że Smoleński nie zajmuje się w swojej książce rzezią na Wołyniu, jest ona stale obecna w tle, przywoływana przez polskich bohaterów reportaży. Ich zdaniem tamte zdarzenia tłumaczą to wszystko, co działo się w Bieszczadach w czasie drugiej wojny i w kilka lat po niej: krwawy i równie okrutny konflikt polsko-ukraiński. Autor przywołuje w swojej książce tragiczne i zawstydzające fakty: pacyfikacje ukraińskich wsi (Bircza, Zawadka Morochowska, Pawłokoma, Piskorowice) dokonywane przez polskie podziemie albo przez polskie wojsko, wysiedlenia Łemków w ramach akcji Wisła, niszczenie cerkwi i śladów po niechcianych sąsiadach, obóz w Jaworznie, w którym po wojnie więziono Łemków i Ukraińców. Pokazuje błędne koło nienawiści, z którego nie ma wyjścia: efektem polskich zbrodni był oczywiście ukraiński odwet, po którym natychmiast następowała polska zemsta i tak w kółko. Polacy, jakby zarażeni ukraińskim okrucieństwem z Wołynia, odpłacali się swoim sąsiadom w identyczny sposób. I nie chcę, i nie mam siły epatować szczegółami, nie są to przecież sprawy nieznane, wiele się o nich mówiło i pisało przy okazji rocznicy wydarzeń wołyńskich. Wspomnę tu tylko, że z jednej strony pogardliwe, z drugiej budzące lęk słowo rezun, dla bohaterów książki będące synonimem Ukraińca, nie wzięło się znikąd. Wiele miejsca w reportażach autora zajmuje też to, co działo się potem, już w latach postalinowskich, kiedy do swoich wiosek zaczęli powracać wysiedleni Łemkowie i Ukraińcy. Ale podobnie jak książka Anny Bikont "My z Jedwabnego" (pisałam), jest ten zbiór  opowieścią o zamkniętym świecie prowincji, gdzie urazy z przeszłości trwają po dziś. To nic, że gdzieś tam między Warszawą a Kijowem na szczytach wielkiej polityki toczą się rozmowy, nazywa się wzajemne winy, przeprasza za zbrodnie, dąży do pojednania. Tu to nic nie znaczy. Tu nadal pamięta się o zadrach z przeszłości tak, jakby to zdarzyło się wczoraj, tu nadal trwa licytacja: kto winien, kto zaczął, kto wobec tego miał prawo się zemścić. To dlatego starania o godny pochówek rezunów z Birczy szły jak po grudzie, to dlatego toczą się spory o cerkwie, o tablice upamiętniające miejsca zbrodni, o znaki, o symbole. Niewielu jest odważnych, którzy gotowi są przeciwstawić się miejscowej społeczności i dążyć do pojednania. W końcu każdego burmistrza czy wójta czekają w końcu wybory, więc nawet jeśli po cichu przyznaje rację pokrzywdzonym, to głośno nigdy się do tego nie przyzna. Ale Smoleński pokazuje, że powoli coś się zmienia. W Baligrodzie zawiązał się komitet ratujący cerkiew popadającą w ruinę, w pobliskiej Mchawie już nie dochodzi do awantur i przepychanek pod kaplicą, do której przyznają się oba wyznania, ktoś przeprasza, gdzieś odbywają się uroczystości upamiętniające mordy, a biorą w nich udział obie strony konfliktu.

Smoleński stara się te niełatwe kwestie pokazywać obiektywnie. Pisze o ludziach, których trudno ocenić jednoznacznie: ktoś zapisał się w historii pięknymi czynami, potem postąpił haniebnie, ktoś inny wiele wycierpiał, wiele zrobił dla pojednania, ale raptem rzuca słowa, które jątrzą, ktoś zapoczątkował odnowę miejscowego kirkutu, przyczynił się do zabezpieczenia śladów po dawnej cerkwi, dba o to, aby w miejscowej szkole mówiono prawdę o historii i kulturze tej ziemi, a jednocześnie bierze udział w przepychankach w czasie uroczystości religijnych. Takich przykładów mogłabym przytaczać wiele. Jeśli ktoś odniósł wrażenie, że Smoleński pisze o winach Polaków, usuwając w cień winy ukraińskie, to ma rację i nie ma jej jednocześnie. Ma, bo rzeczywiście przede wszystkim, tak przynajmniej odczytuję intencje autora, celem tej książki jest pokazanie tego, co w naszej historii bolesne. I nie ma co zasłaniać się powtarzanym na tych terenach argumentem, że mieliśmy do tego prawo po tym, co na Wołyniu robili Ukraińcy. Bo cóż temu winni Łemkowie i ukraińska mniejszość w Bieszczadach? Dlaczego ich miała dosięgnąć zemsta za czyny nie przez nich popełnione? Ale jednocześnie nie ma racji, bo Smoleński jednak nie zapomina o kontekście. Książkę zamyka bardzo ważny rozdział o niezwykle ciekawej postaci, Jewhenie Stachiwie. Jak pisze Smoleński, to dla Ukraińców człowiek na miarę Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Walczył w UPA i ma odwagę o tym mówić, ale ma też odwagę przyznać się do błędów: nacjonalistycznych poglądów z przeszłości. Mówi o swojej przemianie z ukraińskiego nacjonalisty w ukraińskiego patriotę, co daje mu prawo do krytyki tych, z którymi się nie zgadza. To bardzo ważny rozdział. Także dlatego, że pokazuje historię konfliktu, jego przyczyny. To właśnie w nim w pigułce znalazłam wiadomości o UPA, których w tej książce szukałam. Jak już wspominałam, Smoleński stara się zachować obiektywizm, dlatego polskie zbrodnie w Bieszczadach pokazuje na tle czasów tuż powojennych. Łatwiej zrozumieć to, co się stało, jeśli się wie o moralnych spustoszeniach, jakie dokonały się w społeczeństwie polskim w czasach wojny. O spadku wrażliwości, zobojętnieniu na zbrodnię i wielu innych zjawiskach. Pacyfikacje wsi, bandytyzm, napady, zbrodnie to nie tylko specyfika tych terenów. Świetnie pisze o tym historyk Marcin Zaremba w wydanej niedawno książce "Wielka trwoga. Polska 1944-1947", o której wkrótce napiszę.

I na zakończenie jeszcze krótko o tym, co mnie szczególnie poruszyło, a może lepiej by było napisać wzruszyło? To reportaż o Łemkach, tragicznych ofiarach polsko-ukraińskich waśni. O ich miłości do swoich wiosek i lasów, o tęsknocie, o poniewierce, cierpieniu i wreszcie o nielegalnym powrocie, bo tęsknota okazała się większa niż strach. Poruszająca jest również świadomość tego, że i w Bieszczadach dawny świat zginął bezpowrotnie. Nie ma już (dosłownie) wielu wiosek, cerkwi, nie ma śladów po ludziach. Kiedyś mieszkali tu w miarę zgodnie Ukraińcy, Łemkowie, Żydzi, Polacy. Dziś ich opuszczone albo zrujnowane wioski,cmentarze, cerkwie zarasta trawa.

Polecam "Pochówek dla rezuna" każdemu. Nie jest to lektura przyjemna, łatwa i miła, ale naprawdę ważna i świetnie napisana. Kiedy brałam się za nią, nie przypuszczałam, że tyle przede mną odkryje, tak mnie zwyczajnie wciągnie i poruszy. Dotąd znałam Smoleńskiego z jego reportaży izraelskich, ale ten zbiór chyba bardziej zapadł mi w pamięć (chciałoby się napisać górnolotnie w duszę, ale ponieważ nie trawię egzaltacji, pozostanę przy neutralnej pamięci).

Józef Roth "Marsz Radetzkiego"

Lubię odkrywać stare rejony literatury. Klasykę zapomnianą, niepopularną, tę mniej znaną. O "Marszu Radetzkiego" Józefa Rotha (Czytelnik 1977; przełożyła Wanda Kragen) wiedziałam właściwie tylko tyle, że istnieje. Nie mam pojęcia, dlaczego kojarzyłam tę książkę z nudną, wojenną literaturą. Skąd taka myśl? Doprawdy nie wiem. Jakiś czas temu dzięki koleżance powróciła do mnie pamięć o tej powieści. Namawiała, żebym przeczytała, że to literatura, jaką lubię. Tak trafiła na listę lektur, które muszę  w końcu zdobyć i przeczytać. Może jeszcze nieprędko zrealizowałabym ten zamysł, gdybym nie dowiedziała się, że Michał Zadara wystawia w Łodzi adaptację innej powieści Rotha, "Hotel Savoy". Właściwie inspirowana tym, co mówił w prasie, miałam ochotę zacząć swoją przygodę z Józefem Rothem właśnie od tej książki, ale ponieważ na razie nie udało mi się jej zdobyć, wróciła myśl o "Marszu Radetzkiego". No i nie żałuję, na pewno na tym nie skończę mojej znajomości z pisarzem. Ale dość tych wstępów, do rzeczy.

Na początek wypada jednak wspomnieć o autorze. Urodzony w 1894 roku w Galicji, nieopodal Brodów, uważany jest za jednego z najważniejszych pisarzy austriackich dwudziestego wieku. Tym, co stało się pożywką dla jego twórczości, była pierwsza wojna światowa i rozpad Austro-Węgier. W okrojonej Austrii nie czuł się już jak u siebie, dlatego pewnie nigdzie nie mógł zagrzać miejsca. Podróżom sprzyjała dziennikarska profesja. W 1939 roku, na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny, zapomniany i ubogi, popełnił samobójstwo. Ten zwięzły życiorys pisarza tchnie smutkiem. Trudno mi powiedzieć, czy rzeczywiście takie było jego życie, nic więcej o nim nie wiem, za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że smutna i melancholijna jest powieść Józefa Rotha, którą właśnie przeczytałam.

To historia wywodzącego się ze Słowenii rodu von Trottów. Dziadek głównego bohatera, Karola Józefa, w bitwie pod Solferino (1859) ocalił życie cesarza Franciszka Józefa. Za swój bohaterski czyn ten potomek słoweńskich chłopów otrzymał szlachectwo. To niezwykłe zdarzenie, nieco podkoloryzowane, sławione nawet w dydaktycznych, uczniowskich czytankach zaważy na życiu jego syna, ale przede wszystkim wnuka, wspomnianego przed chwilą Karola Józefa. Nieco już przykurzona sława dziadka roztaczać będzie nad nim ochronny parasol. A on sam stale będzie miał w pamięci portret bohaterskiego przodka wiszący w domu ojca. Dziadek i jego czyn są symbolem czasów, kiedy monarchia austro-węgierska była w Europie prawdziwą potęgą. W takim przeświadczeniu dorastał Karol Józef w niewielkim morawskim mieście, gdzie jego ojciec sprawował funkcję starosty. Póki orkiestra wojskowa w każdą niedzielę odgrywa tytułowy Marsz Radetzkiego, póty monarchia trwa. To jednak tylko pozory. W czasach, kiedy rozgrywa się zasadnicza akcja powieści, habsburska potęga już się kruszy, z czego jednak tylko niektórzy zdają sobie sprawę. Jak już jest słaba ta wielonarodowa monarchia pokazuje w symboliczny sposób jedna z ostatnich scen książki, kiedy to pomiędzy oficerami dochodzi do gwałtownej kłótni o zastrzelonego właśnie w Sarajewie arcyksięcia Ferdynanda. Nie dość, że węgierscy oficerowie zaczynają nagle rozmawiać w swoim ojczystym języku, co irytuje nierozumiejących ani słowa żołnierzy innych nacji, to jeszcze w końcu mają czelność obrażać zmarłego, którym skrycie pogardzali. Teraz, kiedy wszystko się sypie, mogą już bez skrępowania dać upust swoim uczuciom. Wybucha awantura, a Karol Józef będzie mógł, jak niegdyś jego dziad, stanąć w obronie następcy tronu. Czymże jest jednak ten sprzeciw wobec tego, czego dokonał jego przodek. 

Karolowi Józefowi od wczesnej młodości towarzyszy cień śmierci. Pierwsze poważne doświadczenie życiowe to śmierć kogoś bardzo mu bliskiego. Obraz robaków pożerających ciała zmarłych będzie pojawiał się na kartach książki kilkakrotnie. Potem jeszcze nie raz przyjdzie mu się zetknąć ze śmiercią ważnych dla niego osób. Jakby tego było mało, będzie się zmagał z dojmującym poczuciem winy. Po raz kolejny wraca w literaturze pytanie o winę niezawinioną. Ile naszej odpowiedzialności, jeśli nie mieliśmy złych intencji, a staliśmy się tylko narzędziem w rękach złośliwego losu? Drugim dojmującym doświadczeniem życiowym Karola Józefa jest samotność, która jego melancholię jeszcze potęguje. Od lat wczesnej młodości wychowywany z dala od ojca, w szkołach z internatem, potem w wojsku, ma z nim symboliczny kontakt. To norma w tym męskim świecie. Tak było zawsze, tak jest teraz. A jednak łączy ich jakieś bezsłowne zrozumienie. Czy to wystarcza? Czy wymowne ściśnięcie ręki i krótka, rzeczowa, sucha wymiana zdań może zastąpić rozmowę, nawet jeśli pod powierzchnią jest prawdziwe ojcowskie uczucie? Ale w momentach krytycznych zawsze będzie mógł liczyć na pomoc ojca. Samotny jest Karol Józef także w koszarach, w swym oficerskim pokoju. Z zazdrością zagląda do okien pomieszczeń, w których nocują prości żołnierze. On, oficer, mieszka wygodnie, ale żyje samotnie, oni się tłoczą, ale są razem. Nie rozumie swoich kolegów-oficerów wiodących miałkie życie. Chociaż  intelektualistą nie jest, mierzi go taki żywot. Czuje się wyobcowany, bo oddzielają go od towarzyszy z pułku bolesne doświadczenia i zrodzony z nich egzystencjalny smutek. Jedynego przyjaciela, czującego podobnie wojskowego lekarza, w pewnym sensie zawiedzie, a kiedy odzyska jego przyjaźń, będzie już za późno.

Dla mnie jest to powieść o życiu naznaczonym duchowym cierpieniem, ale jednocześnie płynącym z dnia na dzień, bez celu. Życiu w cieniu wielkiego przodka, życiu, któremu brak wagi. Jest tylko proza i małość. A bohater mimo że cierpi, mimo że zmaga się z poczuciem bezsensu, nie potrafi nic zmienić. Zmiany, których dokonuje, są powierzchowne i prowadzą  do degrengolady. W świecie bez wojen nie potrafi, podobnie jak  jego koledzy z wojska (ale oni się nad tym nie zastanawiają), wyznaczyć sobie istotnych zadań i celów. Skoro nie może być bohaterem jak dziadek, staje się przeciętnym nikim. Z tym trudno mu się pogodzić, dlatego ta świadomość, obok doświadczenia śmierci i utraty, jest przyczyną jego egzystencjalnego cierpienia. Właściwie staje się bohaterem a rebours. Los dwukrotnie zakpi sobie z niego. Jak, nie zdradzę.

Ta powieść to także obraz rozkładu armii. Znudzeni, pozbawieni celu żołnierze piją, grają w karty, zadłużają się u podejrzanych typów, chodzą na panienki. Z dawnej świetności pozostał chyba tylko jeszcze honor. Stąd samobójstwa albo pojedynki. Ale jakże miałkie są ich przyczyny! Hazardowe długi, jakieś błahe kłótnie. Może nie rozumiem tamtego świata, ale dla mnie w tych bezsensownych śmierciach jest jakaś ironia, śmiech nad marną kondycją człowieka. Nic dziwnego, że taka armia, kiedy przychodzi do wojny, nie jest w stanie się bić i ponosi klęski. Obrazy wojennego chaosu, przegranej, bałaganu, dezinformacji i śmierci zbierającej swe żniwo kończą książkę.

Nad powieścią unosi się duch rozpadu, zagłady, przemijania, starości. Towarzyszą mu przywoływane już przeze mnie niezwykle sugestywne, obrzydliwe i złowrogie obrazy robactwa pożerającego w ziemi ciała zmarłych czy złowrogich kruków, które nagle pojawiły się w okolicy i obsiadły wszystkie drzewa, krakaniem zwiastując śmierć.

Jest w tej książce scena, której nie zapomnę. Scena nocnej rozmowy Karola Józefa z jego przyjacielem, wojskowym lekarzem. Czas niemiłosiernie się kurczy, płyną minuty a za nimi godziny, obaj wiedzą, że już nigdy nie spotkają się. Takie literackie czy filmowe obrazy  obarczone świadomością rozstania zawsze robią na mnie wielkie wrażenie. Dotąd jednak były to sceny damsko-męskie, tu rzecz dzieje się pomiędzy przyjaciółmi. Rozstanie  przyjaciół może być równie bolesne jak rozstanie kochanków.

Warto odkryć dla siebie powieść nieco zapomnianego austriackiego pisarza, chociaż nie jest to lektura optymistyczna.

P.S. Jak często bywa, od powstania brudnopisu tej notki do momentu jej umieszczenia na blogu upłynęło sporo czasu. W tym okresie udało mi się kupić "Hotel Savoy", który cierpliwie czeka na półce.



Bohdan Slama "Cztery słońca"

Czeski reżyser Bohdan Slama należy do tych twórców, których kupuję w ciemno. Nie obchodzi mnie, ile gwiazdek będzie miał jego film i co napiszą recenzenci. Bez względu na to wybiorę się do kina. Widziałam wszystkie jego obrazy pokazywane w Polsce: najpierw "Dzikie pszczoły", potem "Szczęście" i "Mojego nauczyciela". Pierwszy jeszcze mnie nie zachwycił, ale dwa następne już tak. Szczególnie "Szczęście". Slama pokazuje na ekranie przeciętnych ludzi w zwyczajnym otoczeniu. Świat wykreowany przez niego nie jest piękny, przeciwnie, bywa po prostu brzydki: takie jest blokowisko, w którym mieszkają bohaterowie "Szczęścia", taka jest wieś z "Dzikich pszczół", a i ta z "Mojego nauczyciela" do najpiękniejszych nie należy. Zniszczone, ciasne, zagracone wnętrza dopełniają tego obrazu. Swoim bohaterom każe się zmagać z dokuczliwą codziennością, często stawia ich w sytuacjach trudnych, zmusza do dokonywania ważnych, ale niełatwych wyborów, wielu z nich to życiowi nieudacznicy, którzy na własne życzenie pakują się w kłopoty. Podobnie jest w najnowszym filmie Slamy "Cztery słońca". Przeciętna, patchworkowa rodzina i zwyczajne życie, a właściwie, jak to u tego reżysera, udręka codzienności. I wnikliwe portrety bohaterów. Nie ma tu ludzi szlachetnych, ani skończonych drani, jak w życiu: w każdym, nawet najbardziej irytującym, można znaleźć coś dobrego. Film Slamy nie jest komedią, jednak oglądając go, kilkakrotnie uśmiechnęłam się. Niestety jest to śmiech z ludzkiej głupoty. Chociaż "Cztery słońca" nie dotknęły mnie aż tak bardzo jak "Szczęście" i "Mój nauczyciel", to nadal Bohdan Slama pozostaje jednym z moich ulubionych reżyserów, a film polecam bez względu na recenzje, które chyba nie są najlepsze. A kto już w kinie był, może przeczytać ciąg dalszy.

Kiedy oglądałam "Cztery słońca", długo miałam wrażenie, że gdzieś to już widziałam. Przypomniało mi się "Tajne przez poufne" braci Coenów. Ta sama irytująca ludzka głupota i beztroska. Są to jednak skojarzenia dość powierzchowne. Po pierwsze Coenowie bezlitośnie kpią ze swoich bohaterów, podczas gdy Slama ma do nich ciepły stosunek. Po drugie kiedy się wnikliwiej przyjrzeć, od razu widać, że bohaterowie czeskiego filmu nie są tak jednowymiarowi. To ludzie z krwi i kości: trochę dobrzy, trochę źli, trochę pechowcy, trochę życiowi nieudacznicy.

Taki jest Fogi. Niby dorosły, ojciec dwójki dzieci, ale niedojrzały i nieodpowiedzialny. Bez przerwy na własne życzenie, z powodu swojej dezynwoltury popada w tarapaty. Traci pracę, bo palił marihuanę, znika z domu, bo razem ze swoim przyjacielem udaje się w podróż w poszukiwaniu duchowego mistrza. Snuje jakieś nierealne plany, które mają mu zapewnić życiowy sukces. Oczywiście zamiast tego jest spektakularna klapa i nowe kłopoty. Ma problemy z dorastającym synem i nie bardzo wie, jak może sobie z nim poradzić. Gdera, głosi kazania, ale w gruncie rzeczy pozwala na wszystko, postępuje niekonsekwentnie. Zresztą sam nie jest dla syna żadnym wzorem. W gruncie rzeczy nie stara się go zrozumieć, nie wie, co go dręczy i boli. Wychowanie ogranicza raczej do działań od przypadku do przypadku. Gasi pożary, poucza. Fogi oczywiście chce, aby jego syn wyrósł na porządnego człowieka, ale jak mu w tym pomóc, nie ma pojęcia.

Prawdziwą cichą bohaterką jest Jana, jego druga żona. To ona musi borykać się z codziennym kołowrotem i życiowymi problemami. Brak pieniędzy, popsuta pralka, w pracy uciążliwi klienci i cała ta irytująca krzątanina: gotowanie, sprzątanie, zakupy, problemy z dziećmi. A to wszystko w ciasnym, zagraconym mieszkaniu. Tak mija każdy dzień. A liczyć może tylko na siebie. Fogi dostarcza wciąż nowych problemów. Nic dziwnego, że ze zniecierpliwieniem, lub co najwyżej z pobłażaniem, traktuje kolejne cudowne pomysły męża: a to nowy biznes, a to załatwianie łóżkowych niepowodzeń przy pomocy kamieni o niezwykłej mocy, a to propozycja, aby sprawili sobie jeszcze jedno dziecko, remedium na małżeńskie kłopoty. Drażnią ją też idiotyczne  rady przyjaciółki. Do tego dochodzi borykanie się z problemami Veny. Chociaż to syn jej męża z pierwszego małżeństwa, to ona go rozumie i to do niej chłopak ma zaufanie. Jej się zwierza, a nie ojcu, który albo na niego burczy, albo pozwala na wszystko. Tym większa jest tragedia chłopca, kiedy odkrywa, że macocha ma romans z jego nauczycielem, którego on wyjątkowo nie lubi.

Kiedy oglądałam film, stopniowo nabierałam coraz większej sympatii do Veny. Początkowo budził moją niechęć, z czasem przekonałam się, że jest nieszczęśliwym dzieckiem, ofiarą dorosłych. Matki, która nie dość, że odeszła, to jeszcze o nim nie pamięta. Nawet kiedy przysyła paczkę z ciuchami, to z góry wiadomo, że wszystko będzie za małe. Niedojrzałego ojca. W końcu zawodzi go ostatnia osoba, której ufa, Jana. Jak kilkunastoletni chłopak ma poradzić sobie z tym, co zobaczył? Jak udźwignąć taką wiadomość? Jak zachować się wobec ojca, który niczego się nie domyśla? Jak wobec macochy? Nic dziwnego, że milczy, unika wzroku Jany i kategorycznie odmawia rozmowy na ten temat. Irokez na głowie, papierosy, marihuana, alkohol, dziewczyny to pewnie i bunt, i ucieczka. Od problemów, od złych emocji, od szkoły, od domu.

Prawdopodobnie podobną ofiarą dorosłych jest starszy od niego Jerry, który Venie imponuje. Jakie ma życie? Matka alkoholiczka, ojciec, który, jak można się domyślić, zaćpał się albo zapił. Brak pracy. Może irytować brakiem odpowiedzialności, ale jednocześnie budzi litość i sympatię. Podobnie jest z pozostałymi bohaterami. Wiele złego napisałam tu o Fogim, ale przecież jego miłość do dzieci i Jany jest autentyczna, jego tragedia, kiedy żona chce go opuścić, nieudawana. Jego starania i chęć poprawy szczere. Jest wrażliwy: nie potrafi zagazować wybrakowanych kurcząt, co bez trudu przychodzi instruującej go kobiecie. Potrafi być czuły, troskliwy i miły, potrafi nawet odciążyć żonę w codziennych obowiązkach. Trudno jednak żyć z takim człowiekiem na co dzień. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że Jana wdaje się w romans z przystojnym nauczycielem Veny, który prawi jej komplementy i pożera wzrokiem. Może wreszcie odetchnąć, oderwać się od dokuczliwej, dręczącej codzienności, z której nie ma wyjścia. Nawet miejsce romantycznych schadzek jest inne. Domek na wypielęgnowanej działce, a nie zagracone, ciasne mieszkanie. Jednak cena za te chwile przyjemności ogromna: zranienie męża, ale przede wszystkim Veny. A czy obiekt jej uczuć jest tego wart? Czy to tylko podrywacz, czy też człowiek zraniony w małżeństwie, znużony codziennością? Czy jego słowa o żonie są prawdziwe? Może tak, skoro decyduje się zamieszkać ze swoją kochanką i jej małą córeczką. Cóż z tego, kiedy ostatecznie stchórzy i wystawi zdesperowaną Janę do wiatru.

Tragedia, która spotyka rodzinę, może okazać się dla  wszystkich ratunkiem. Chwilą otrzeźwienia, docenienia tego, co się ma, możliwością naprawienia błędów. Nieszczęście zbliża ich do siebie na powrót, jednoczy. Czy skorzystają z szansy? Tego oczywiście nie wiadomo, jak w życiu.

Powinnam jeszcze chyba napisać coś o przyjacielu Fogi, Karelu, który wierzy w uzdrawiającą moc kamieni i poszukuje duchowego mistrza. Nie wiem, czy w zamyśle reżysera miał być postacią szlachetną, czystą, nieuwikłaną w codzienność, dążącą do prawdy. Mnie drażnił swoją naiwnością, oderwaniem od życia, skupieniem na sobie. Jego duchowa głębia budzi we mnie uśmiech politowania, wzruszenie ramion, a dla jego żony i przyjaciela staje się tylko źródłem problemów.

Tym razem akcja filmu Slamy toczy się w pięknej okolicy: zieleń, góry, sielska wioska. Ale to tylko piękne dekoracje, w których rozgrywają się ludzkie dramaty. Świat nie jest sielanką. Mimo tego Vena porzuca kuszący beztroską i urodą  rajski ogród prześwietlony słońcem, gdzie można zajadać się apetycznie wyglądającym ciastem, i wraca na ten ludzki padół przywołany mocą miłości Fogi i Jany.

Lizzie Doron "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?"

Gdyby nie przypadek, w ogóle nie wiedziałabym, że kolejna książka izraelskiej pisarki Lizzie Doron została w Polsce wydana. Po prostu wyskoczyła mi nagle jak królik z kapelusza, kiedy przeglądałam stronę jakiejś księgarni internetowej. Ot tak, jako podpowiedź. A że jej poprzednia powieść "Spokojne dni", o której też zresztą dowiedziałam się trochę przez przypadek (wpadł mi w ręce wywiad z autorką), to moje odkrycie literackie (pisałam), wobec tego jasne było, że "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?" (MUZA 2012; przełożyła Magdalena Sommer) muszę mieć natychmiast. Kupiłam, chwilę poleżała na półce w oczekiwaniu, aż skończę pewną historyczną cegłę, no i właśnie dziś, korzystając z wolnego dnia połknęłam ją jednym tchem. A jest to książeczka nieduża, taka, którą można przeczytać w ciągu kilku godzin. I chyba tak lepiej zrobić, niż czytać po kawałku.

Lizzie Doron należy do tych pisarzy, którzy stali się moimi literackimi idolami. Amos Oz, Pamuk, Josef Skvorecky, Eginald Schlattner, Miljenko Jergović, Wasilij Grossman, Siegfrid Lenz, Philip Roth,  ostatnio Oksana Zabużko. Chciałabym przekonać wszystkich czytających, aby ich dla siebie odkryli! Szczególnie tych mniej znanych. O Pamuku słyszeli wszyscy, o Ozie czy Rocie pewnie wielu, ale ilu zetknęło się z Lenzem czy Schlattnerem albo z Lizzie Doron? Dlatego dzielę się swoim zachwytem! Krzyczę: czytajcie ich książki, dla mnie były one czymś więcej niż tylko powieściami! To olśnienia, odkrywanie nowych światów, nowych obszarów literatury! Te lektury działały na mnie z niezwykłą siłą! Często wzruszające, zawsze poruszające! Takie, które wpisuje się na listy różnych naj. Czekam na kolejne nieprzetłumaczone jeszcze u nas powieści Jergovicia, uzupełniam lekturę Rotha, liczę na to, że Amos Oz czy Oksana Zabużko będą pisać nadal, żałuję, że niczego nie napiszą już Grossman i Skvorecky. A Schlattner i Lenz? Są już przecież bardzo wiekowi. 

Pośród tych wielkości książeczki Lizzie Doron mogą wydawać się najskromniejsze. Niewielkie, cieniutkie. Ale siła literatury nie zawsze tkwi w powieściach ogromnych rozmiarów. I piszę te słowa ja, miłośniczka cegieł. Tym większy to z mojej strony komplement. "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?" to pierwsza powieść izraelskiej autorki. Właściwie bardziej zbiór króciutkich opowiadań, których bohaterkami są mieszkająca w Izraelu Helena, polska Żydówka, która jako jedyna z rodziny ocalała z Holokaustu, i jej córka Elizabet, urodzona już po wojnie w nowej ojczyźnie, przedstawicielka drugiego pokolenia po Holokauście. Jak pisze autorka we wstępie: 

"Oto kilka opowieści z ich życia z lat 1960-1990. Kronika dawno zapomnianych wypadków."

Narratorką jest córka, która wspomina nieżyjącą już matkę, starając się zrozumieć, gdzie miała swoje źródło jej odmienność, dziwaczność. Kiedy była dzieckiem, często wstydziła się matki, stawała się ofiarą jej dziwactw, strachów, fobii i uprzedzeń. Mimo że książeczka jest, jak pisałam, niewielka, autorka portretuje swoją bohaterkę niezwykle wnikliwie. To samotna kobieta wciąż opłakująca bliskich zmarłych. Długo wierzyła, że uda jej się odnaleźć kogoś, kto ocalał. Daremnie. Dźwiga balast obozowych przeżyć, być może życia w ukryciu. Żyje wspomnieniami wśród takich jak ona ocalałych uciekinierów z Europy. Ale jest  największym odmieńcem, szaloną dziwaczką żyjącą na pograniczu świata realnego i swoich imaginacji. Nieszczęśliwa i samotna, tęskni za śniegiem, zielenią polskich pól, za światem, który już nie jest jej. Przeżarta nienawiścią do wszystkiego, co niemieckie, dźwiga kompleks narodu, który dał się biernie poprowadzić na rzeź. Teraz za wszelką cenę chce udowodnić, że może być inaczej, że Żydzi potrafią się bronić i walczyć. W jej szalonym świecie jest córka, której chce zapewnić normalne życie, którą chce ocalić, gdyby wszystko miało się powtórzyć. Robi to na swój dziwaczny sposób, często przysparzając Elizabet wstydu. Chcąc, żeby miała życie jak inne dzieci, wielokrotnie sprawia, że córka także czuje się jak odmieniec.

W książce Lizzie Doron dużo dzieje się pomiędzy słowami. Nie ma wywlekania uczuć, babrania się w traumach, nic tu nie jest nazywane wprost. Bardziej domyślamy się, niż wiemy. Nie ma opisów dramatycznych i tragicznych zdarzeń z czasów Holokaustu. Jest tylko zżarty przez robactwo stary, obozowy pasiak ukryty na dnie szafy w zamkniętej na cztery spusty skrzyneczce, której kłódka rozpada się ze starości w rękach córki, która po śmierci matki decyduje się przeszukać zamkniętą część starej szafy. Są tylko numery na rękach Heleny i jej przyjaciółek, którymi posługuje się Elizabet zamiast trudnymi do zapamiętania imionami. Jest w tych opowiadaniach wiele niezwykłych historii, bo niezwykła jest Helena. Często naprawdę śmiesznych, wywołujących nie tylko uśmiech, ale wręcz głośny chichot. Wiele tu ironii i absurdu. Takie skrzyżowanie Kereta z Hrabalem? Wiele mają te opowieści z baśni, niektóre są na baśń czy legendę stylizowane. Ten literacki zabieg przenosi wspomnienia o Holokauście i dawnym świecie w sferę baśniowego niebytu. Tak robi matka, aby ocalić swoją córkę. To wszystko sprawia, że czyta się tę książeczkę jednym tchem. Ale jest przecież tuż pod powierzchnią okrutna prawda. Ocalenie udaje się tylko częściowo, a może wcale. Córka pomimo nadzwyczajnych starań matki też jest ofiarą. Chcąc ją chronić i ratować, wystawia na pośmiewisko, obie stają się odmieńcami. Ale jest jeszcze coś gorszego: samotność. Żyją razem, ale każda samotnie. Nie ma między nimi bliskości, serdeczności, wylewności. Dopiero dorosła Elizabet  odkrywa, że jej matka była na swój sposób niezwykła. Dopiero wtedy czasem ze zdumieniem dowiaduje się, że jako dziecko mogła być z niej dumna.

Ta książeczka jest zapowiedzią tego, co w "Spokojnych dniach" wybrzmiewa bardzo mocno. Tu przeżycia wojenne, samotność, starość, cierpienie, strach i trauma zostają owinięte fantazją, absurdem, ironią. Tam stają się głównym tematem powieści, dojmującym, bolesnym. Kiedy skończyłam tamtą książkę, rozpłakałam się i nie były to łzy łatwego wzruszenia, raczej płacz spowodowany dotknięciem najgłębszych egzystencjalnych doznań. Namawiam do przeczytania obu. Najpierw "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?", potem "Spokojnych dni". Na zakończenie dodam, że Lizzie Doron posiada niezwykłą umiejętność: potrafi paroma pociągnięciami pióra, w kilku zdaniach nakreślić portret jakiejś epizodycznej postaci. W ten sposób tworzy galerię barwnych, niezwykłych bohaterów. To jeszcze jedna zaleta obu książek.


Popularne posty