"Czeski błąd", czyli Hrebejek tym razem serio.

Uwielbiam czeskie kino i to śmieszne, i to poważne. Hrebejek należy do tych reżyserów, którego filmów nigdy nie opuszczam. Po komedii "Do czech razy sztuka" dostajemy Hrebejka w tonacji serio, melancholijnego. Warto pamiętać o tym, wybierając się na ten film, aby się nie rozczarować. Tym razem to wszystko, co zdradzę w tej części, bo lepiej nie wiedzieć nic. Tylko w takim wypadku można przeżyć niespodziankę i docenić konstrukcję filmu, która moim zdaniem jest istotna. Niestety w każdej gazecie i we wszystkich materiałach promujących film taką informację znajdziemy, a szkoda. Dodam tylko, że mimo drobnych wad, których reżyser nie uniknął, koniecznie trzeba wybrać się do kina. Ale myślę, że do tego wielbicieli czeskich filmów zachęcać nie muszę. Druga część tylko dla tych, którzy film widzieli.

Hrebejek zwodzi widza i myli tropy. Jego film zapowiada się  na małżeńską tragedię. Poważnie chora Lucie dostaje dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra: guz, który jej wycięto, nie okazał się złośliwy, jest wyleczona. Zła: Ludek, jej mąż, nie zakończył romansu z Radką, koleżanką z pracy, o czym postanowił żonę poinformować, kiedy tylko dowiedział się, że będzie zdrowa. W tym momencie poczułam się rozczarowana, bo historia opowiadana w tonacji całkowicie poważnej zapowiadała się banalnie. Szybko jednak, jak to w życiu bywa, okazało się, że nieszczęścia chodzą stadami. Przed Lucie i jej rodzicami, Janą i Pavlem, staje poważniejsze wyzwanie. Nagle z niebytu wyciągnięta zostaje teczka Pavla, który dotąd cieszył się nieposzlakowaną opinią represjowanego opozycjonisty, i rozpętuje się rodzinne piekło. Bo Hrebejek skupia się na  rodzinie. Pokazuje, jakie reperkusje wśród najbliższych wywoła wiadomość o donoszeniu na przyjaciela. Nagle  choroba i zdrada męża są niczym w porównaniu z wiadomością, że nieskazitelny ojciec, człowiek szanowany, autorytet, ma drugie oblicze. A zła wiadomość goni jeszcze gorszą, to wcale nie koniec. Najgorsze dopiero przed Lucie.

Nikt tu nie jest bez winy, każdy coś wyparł z pamięci, każdy coś ukrywa. Pavel, Jana i Borek, każda z osób dramatu inaczej zapamiętała tamte dramatyczne wydarzenia i po wysłuchaniu ich sprzecznych relacji trudno rozstrzygnąć, kto miał rację. Dostrzegają swoją winę, ale jednocześnie starają się usprawiedliwić. Najchętniej zapomnieliby o swojej przeszłości, zakopali ją głęboko, w końcu wszystko się jakoś ułożyło, a Borek, ten, który jest ofiarą i na pozór wydaje się bez winy, na emigracji osiągnął artystyczny sukces i życiową harmonię. Jak sam przyznaje, gdyby został w kraju, byłby nikim. A Pavel i Jana odkupili swoją winę późniejszą bezkompromisową opozycyjną działalnością.

Tak jest teraz, ale nie sposób uciec od przeszłości. Pavel donosił na przyjaciela, wykorzystując słabość rywala. Dzięki temu zdobył Janę. Nigdy nie potrafił przyznać się do winy, wolał zapomnieć. W tym kontekście dobre rady udzielane wnuczce i słowa o ciążących wyrzutach sumienia, kiedy ukryjemy prawdę, brzmią nieszczerze. Janie pewnie wygodniej było  udawać, że nie wie, co zdarzyło się naprawdę. To ona była sprężyną historii, to ona zostawiła Borka. Do tego stopnia zakłamje albo wypiera przeszłość, że wydaje się już sama nie wiedzieć, kto jest ojcem Lucie. A Borek, pokrzywdzony: opuszczony przez Janę, zdradzony przez przyjaciela, więziony, przypalany papierosami, zmuszony do emigracji. Czy jest bez skazy? Też nie. Dlaczego tak łatwo uwierzył ludziom, którzy przypalali go papierosami, że Lucie jest córką Pavla a nie jego? Dlaczego potem nie szukal z nią kontaktu? Może tak mu było wygodnie, jemu, artyście? A Jana? Kto kogo porzucił? Borek ją czy ona jego? Ich relacje są sprzeczne. Czy wybrała Pavla, bo tylko on pomógł jej w tej beznadziejnej sytuacji czy po prostu skorzystała z okazji, by wrócić do dawnego chłopaka? Wróciła z miłości, bezradności czy wyrachowania, do którego pchnął ją instynkt matki, która musi zapewnic byt swojemu dziecku? Nie sposób rozwiązać ten gordyjski węzeł i tylko wina Pavla, mimo że umniejszana przez niego i Janę, wydaje się bezsporna.   

Każde z nich inaczej reaguje, kiedy bomba wybucha. Pavel spokojny i melancholijny, zaprzecza wszystkiemu i umniejsza swoją winę, długo nie chce się przyznać i przeprosić. Jana histerycznie. Broni nie tylko męża i siebie, ale i córkę. Za wszelką cenę chce uchronić ją przed prawdą, ale to jest już niemożliwe. Tylko Borek, który nie ma sobie nic do zarzucenia, potrafił pogodzić się z przeszłością i przebaczyć. Osiagnął harmonię i wydaje się być szczęśliwy i spełniony. Kiedy patrzę na jego spokojny, ciepły uśmiech, bezpretensjonalne zachowanie pozbawione zajadłości, wierzę mu.

Ten film dotyka spraw trudnych, tragicznych i bolesnych w sposób spokojny i ciepły. Podkreśla to barwa i tonacja zdjęć: złotych, wiejskich krajobrazów, miłych wnętrz i jesiennej, słonecznej Szwecji.  Reżyser oddaje głos każdemu bohaterowi dramatu i żadnego nie skreśla. Paradoks polega na tym, że mimo iż u zarania tkwiło zło, wszystko obróciło się na dobre. O Borku już pisałam. Ale jest jeszcze Lucie, która po burzy odnajduje spokój. Może dlatego że ona jedna nie boi skonfrontować się z przeszłością? Poznaje prawdziwego ojca i wybacza Janie i Pavlovi. Dzięki temu może zapomnieć o chorobie i mężu łajdaku. Ciepła i spokoju jest chyba jednak trochę za dużo. Już samo przyznanie się Pavla do winy może wydawać się mało prawdopodobne, choćby ze względu na okoliczności, jakie wybrał. Jeszcze mniej prawdopodobna jest reakcja zgromadzonych: jednomyślnie pozytywna (niestety jak z hollywoodzkiego filmu). A zakończenie? Sielankowa zgoda? Czy jest możliwa? Być może po jakimś czasie, ale tak szybko?

I na koniec, żeby nie było za słodko, jeszcze o czarnych charakterach. Dla mnie to Kafka i Ludek. Dlaczego Kafka to jasne. Cyniczny, pozbawiony wyrzutów sumienia ubek, który spokojnym, pewnym siebie głosem opowiada o wydarzeniach z przeszłości, punktując ludzką słabość i nie mając dla niej odrobiny zrozumienia. Kulturalny starszy pan za nic nie czuje się odpowiedzialny i nie dostrzega, że to on i system, który reprezentował, wydobywali z ludzi wszystko, co najgorsze. Otoczony liczną rodziną świętuje swoje urodziny. Tą gorzką, ale jakże prawdziwą pointą kończy się ten film.

A Ludek? Dla mnie to typ odrażający, nawet jego kochanka Radka z czasem zyskuje ludzką twarz, on nie. Nagle kiedy Lucie na jego cyniczną i bezczelną  szczerość pozbawioną poczucia winy reaguje nie tak, jakby sobie życzył, wychodzi cała jego małość i wszystkie kompleksy, które żywi wobec jej rodziców. Wyznanie prawdy byłoby szlachetne, ale jest w tym, jak robią to Ludek i Radka, coś fałszywego. Może dlatego że wyczuwamy poczucie wyższości, kiedy udzielają Lucie dobrych rad. To, co Ludek robi później, robi z niskich pobudek. Kierowany ślepą nienawiścią chce zniszczyć  teścia i jego żonę. Cieszy go ich upadek. W końcu zostaje sam.     

Amos Oz "Fima"

Kolejna książka Amosa Oza, tym razem "Fima" (Rebis 2008), i kolejne spełnienie. Fima to tytułowy bohater powieści, której akcja rozgrywa się w ciągu pięciu dni w Jerozolimie pod koniec lat osiemdziesiątych. Właściwie trudno tu mówić o akcji. Niewiele się dzieje, ot zwykłych kilka dni z życia zaniedbanego pięćdziesięciodwuletniego mężczyzny. Dzień zaczyna od zapisania tego, co przyśniło mu się w nocy, potem kręci się po nieprawdopodobnie zabałaganionym mieszkaniu, w południe wychodzi do pracy w gabinecie ginekologicznym (nie, nie jest lekarzem, jest recepcjonistą), potem snuje się po mieście, odwiedza przyjaciół lub rodzinę byłej żony, Jael, rozmawia przez telefon, w nocy nie może spać, bywa, że napisze artykuł do gazety. Można powiedzieć, że wszystko, co istotne i interesujące, już się w życiu Fimy wydarzyło. Wszak nie zdarzenia są tu ważne, ale sam Fima. Choć narracja w powieści jest trzecioosobowa, cały świat poznajemy z jego perspektywy. O tym, co myślą inni bohaterowie, dowiadujemy się tylko z ich rozmów.

Jaki jest Fima? To człowiek bezwolny, który nie potrafi przeprowadzić żadnego swojego zamierzenia. Nie tyle nie potrafi, ile nawet nie zaczyna. Żyje w świecie fantazji, marzeń, często kompletnie nierealistycznych planów. Może dlatego nie podejmuje próby ich realizacji, bo wie, że jest niemożliwa? No bo trudno wyobrazić sobie, że jego była żona, Jael, jej mąż Ted i ich synek Dimi zgodzą się z nim zamieszkać, tworząc coś w rodzaju komuny. On będzie sprzątał, gotował i opiekował się Dimim, do którego jest bardzo przywiązany. Dowcip polega też na tym, że Fima to potworny bałaganiarz, stale o wszystkim zapomina, wszystko gubi, nie potrafi prowadzić swojego gospodarstwa, jak więc możne myśleć o cudzym? Fima gosposią? Niemożliwe. To jedna z jego fantazji - planów. Jest ich znacznie więcej, większość równie księżycowych, dotyczą różnych spraw i ludzi.

Fima żyje z dnia na dzień, ma niewielkie oczekiwania, przez lata zapomniał o ambicjach, które kiedyś miał. A jest człowiekiem bardzo inteligentnym, skończył historię, być może mógłby zrobić karierę uniwersytecką jak jego przyjaciel Cwi Kropotkin, z którym często spiera się w intelektualnych dyskusjach.W gruncie rzeczy uważa się za zdolniejszego od niego i być może tak jest, cóż z tego, kiedy w Fimie nie ma woli działania. Zamiast na uniwersytecie pracuje jako recepcjonista w prywatnym gabinecie ginekologicznym, gdzie jednym pacjentkom pomaga się zajść w upragioną ciążę, innym na ich życzenie się ją usuwa. A kiedyś w młodości, w roku amorów, jak mówi, było inaczej: miał ambicję, plany, potrafił czarować i szaleć. To wypomina mu Jael, która najpierw straciła dla niego głowę (nie ona jedna), a po ślubie głęboko się rozczarowała. Wygląda to tak, jakby Fima nie potrafił i nie chciał wziąć za życie swoje i innych żadnej odpowiedzialności. Żyje tak, jak jemu jest wygodnie.

Mimo swojego zaniedbania, nieatrakcyjności nadal cieszy się powodzeniem u kobiet, ale to raczej on jest zdobywany niż sam zdobywa. Regularnie utrzymuje kontakty z żoną swojego przyjaciela Uriego, Niną. Ale nie ma tu mowy o uczuciu, przynajmniej z jego strony. To wzajemna wymiana usług seksualnych, może obustronna litość. Fima w swoich rojeniach podejrzewa nawet, że Nina sypia z nim na prośbę swojego męża, a potem zdaje mu ze wszystkiego sprawozdanie. Ot taki rodzaj pomocy i troski. Wszak jej wizyty nie ograniczają się tylko do seksu. Napełnia mu też lodówkę i sprząta.  Ale może starzejąca się przyjaciółka szuka u Fimy uwagi i zainteresowania, których nie znajduje u wiecznie zdradzającego ją męża? Są i inne kobiety, ale on stale myśli o Jael. Jeśli którąś z nich kocha, to chyba tylko ją.

Fima jest człowiekiem męczącym. Takim, co to nie nie bierze pod uwagę tego, że inni mogą być zajęci, mieć swoje sprawy. Dzwoni do swoich przyjaciół o różnych porach dnia i nocy po to tylko, żeby przedstawić im swoją teorię na jakiś temat, przedyskutować coś, opowiedzieć o pomyśle na kolejny artykuł lub podjąć  przerwaną kiedyś polemikę na jakiś intelektualny temat (nigdy nie są to rozmowy o przysłowiowej pietruszce). Nie ogranicza się tylko do telefonów, nachodzi ich niezapowiedziany z podobnych powodów , szczególnie często Jael i jej męża. Mimo  że często mają go po prostu dość, jest przedmiotem ich troski. "Co z tobą będzie Fimo?" pytają (cytat z pamięci). Martwi się też o niego jego ojciec, Baruch, zabawny starszy pan cieszący się wielkim powodzeniem u kobiet, właściel nieźle prosperującej fabryki kosmetyków. Namawia do działania, zmian w życiu. Troska przyjaciół nie ogranicza się tylko do słów. W trudnych dla niego chwilach naprawdę mu pomagają.

Jak pisałam, Fima żyje w świecie fantazji, które w dużej części dotyczą polityki, stosunków izraelso - arabskich, sytuacji na ziemiach okupowanych. Wyobraża sobie, że jest premierem rządu, którego ministrami są jego przyjaciele albo taksówkarz, z którym wdał się w dyskusję i którego poglądy wydają mu się ciekawe. Fima zwołuje posiedzenia swojego rządu marzeń, kiedy tylko coś się dzieje lub kiedy wpada mu do głowy jakieś genialnie proste rozwiązanie problemów Izraela. Jest człowiekiem niezwykle wrażliwym. Czuje się współwinny wszystkich zbrodni: tych popełnianych na ziemiach okupowanych,  w gabinecie, w którym pracuje, i tej popełnionej przez dzieci na bezdomnym psie. Rozważania polityczne to ważna część książki. Fima na każdym kroku jest świadkiem nienawisci skierowanej przeciwko Arabom. Nie przeszkadza to jednak nienawistnikom korzystać z ich pracy, bo można im płacić mniej niż swoim. Rzadko słyszy wołanie o miłosierdzie, które obie strony powinny sobie okazać. Proste i niewykonalne jednocześnie.

To książka melancholijna i bardzo smutna. Wszystko tu jest szare, zaniedbane i stare: starzejący się, nieszczęśliwi ludzie, kobiety o pomarszczonych twarzach ubrane w bure swetry, brudne mieszkanie, jakieś nędzne lokaliki, w których podaje się byle jakie jedzenie, sypiące się zaułki starej Jerozolimy, deszcz i zimno, wcześnie zapadajacy zmrok, bo zima. To świat, w którym nieustannie dokonywało się i dokonuje zbrodni: na arabskim chłopcu, na płodach, na psie. Zbrodniarzem może być każdy: żołnierz, elegancki lekarz, dzieci i sam Fima. Czy dlatego żyje tak nijako, bo niemożliwe jest inne życie w takim świecie? Czy tylko beztroska młodości, kiedy nie zauważa się zła czającego się pod powierzchnią życia, pozwala egzystować inaczej? W jego snach pojawia się Rosa, która ma go przeprowadzić na aryjską, a więc bezpieczną stronę, ale to się nigdy nie udaje. Na końcu drogi zawsze czeka jakaś przeszkoda. Czy dramatyczne zdarzenie pchnie Fimę na nowe tory, nada sens jego życiu? Obiecuje sobie to po raz kolejny, jak zawsze od jutra. Z tym pytaniem pozostajemy, odpowiedź nie zostanie udzielona. Jest szabat, dzień odpoczynku i radości, po którym przychodzi nowy tydzień, ale szabat jest w każdym tygodniu.

Mimo smutku i melancholii towarzyszenie Fimie w jego wędrówkach po świecie wyobraźni i wspomnień,  także w tych prawdziwych po Jerozolimie, które stanowią spora partię końcowych rozdziałów powieści, jest dużą przyjemnośćią. A kto czytał autobiografię Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku", ten odnajdzie w niektórych bohaterach ślady osób prawdziwych i opisy miejsc, w których wychował się pisarz. Poruszająca, smutna książka.


"Buddenbrookowie", o książce i o filmie.

Mniej więcej rok temu, po latach, wróciłam do lektury "Buddenbrooków" Manna, jako że od czasu do czasu sięgam ponownie po klasykę czytaną kiedyś. Odświeżyłam już sobie "Czarodziejską górę", Dostojewskiego (w kolejce czeka "Zbrodnia i kara"), "Mistrza i Małgorzatę", "Lalkę" i "Ziemię obiecaną" (ponowny zachwyt; polecam, baaardzo współczesna powieść). Pamiętałam, że kiedyś powieść Manna bardzo mi się podobała, ale z lektury pozostaly mi tylko strzępki. Tym razem początkowo czytałam z przyjemnością, ale bez specjalnych uniesień. Im bardziej jednak pogrążałam się w lekturze, tym większe wrażnie na mnie robiła. Aż w końcu zachwyciłam się i ten zachwyt trwa do dziś. Właściwie odkąd prowadzę ten blog, nosiłam się z zamiarem podzielenia się moimi wrażeniami na temat powiesci Manna, no ale  ponieważ czasem ledwie nadążam z notatkami na temat bieżących lektur (a przecież piszę też o filmach), stale odkładałam to na później. Aż tu nagle do kin weszła niemiecka ekranizacja "Buddenbrooków", a więc jest świetna okazja, aby napisać o jednym i drugim.

Podczas ponownej lektury największe wrażenie wywarła na mnie historia Toni Buddenbrook i jej brata Thomasa, spadkobiercy firmy. Tonia jest ofiarą czasów, w których przyszło jej żyć i mieszczańskiej, kupieckiej rodziny. Jak wiele kobiet tamtej epoki zostaje wydana za mąż wbrew swojej woli. Niby nic nie dzieje się na siłę, niby ostatecznie sama w imię honoru i dobra rodziny godzi się na małżeństwo z Grunlichem, którego początkowo szczerze niecierpi, ale jej zgodę poprzedza subtelne pranie mózgu. W końcu Tonia uwierzy, że poświęca się dla sprawy wyższej, czyli dla starej, potężnej rodziny, której znaczenie i wielkość dzięki temu małżeństwu jeszcze wzrośnie. Tak było zawsze. Miłość, która jest fanaberią, wymysłem poetów, przyjdzie z czasem, a jeśli nie, to trudno. Człowiek ma obowiązki wobec narodu, rodziny i Boga. Ich wypełnianie ma mu przynieść szczęście. Tragedia Toni polega na tym, że po pierwsze Grunlich budzi w niej wstręt (przecież nie każda swatana kobieta miała takiego pecha), a po drugie zostaje zmuszona do rezygnacji z wielkiej miłości. Panna Buddenbrook nie może wszak wyjść za mąż za studenta medycyny, syna zwykłego pracownika portowego. Ta miłość w tamtych czasach z góry skazana była na niepowodzenie. Nie to jest jednak najgorsze. Grunlich okazuje się oszustem, łowcą posagów, a w końcu bankrutem i Tonia wraz z córką wraca do domu. Odtąd jej życie to lata nudy, brak celu i sensu. Oczywiście wolna jest od kłopotów materialnych, żyje wygodnie w domu rodzinnym, tyle że z piętnem rozwódki. Nie umie , a pewnie w tamtych czasach w jej sytuacji jest to po prostu niemożliwe, nadać sensu swojej egzystencji. Ma poczucie, że nic już jej nie czeka, dlatego żyje cudzymi sprawami i emocjami: brata i jego żony, potem dorosłej córki. Co gorsza rzeczywiście niewiele ją już w życiu spotka. Drugie małżeństwo zawarte z rozsądku, już nie dla dobra rodziny, a raczej po to, aby zedrzeć z siebie piętno rozwódki i jakoś odmienić nudny los, też okazuje się nieudane. I chociaż zdobędzie się na stanowczy gest i sama odejdzie od męża, który rozczaruje ją brakiem ambicji i bawarskim prostactwem, jej życie znowu będzie jałowe i bezcelowe. Ciągnące się bezlitośnie lata nudy, monotonii i pustki. Na domiar złego jej los po latach powieli córka i w końcu obie będą wiodły podobną egzystencję. Powieść Manna pokazuje życie kobiety bez sentymentalnego lukru i upiększeń. Historia Toni to przeciwieństwo losów bohaterek powieści Jane Austen.

Nie lepiej jest z Thomasem, najstarszym z rodzeństwa, który po ojcu dziedziczy firmę. I on rezygnuje z uczucia, tyle tylko, że spotykając się potajemnie, a właściwie może lepiej by było napisać na boku, z prostą kwiaciarką, z góry wie, że będzie musiał ją zostawić. Na nim nikt z rodziny presji wywierać nie musi. O ile jeszcze można ostatecznie wyobrazić sobie małżeństwo Toni z lekarzem, synem prostych ludzi, o tyle zupełnie nie wchodziło w grę małżeństwo Thomasa z prostą dziewczyną sprzedającą kwiaty! Takie kobiety mogły być najwyżej kochankami zamożnych mężczyzn, nigdy żonami. Thomas osiąga sukces. Jest pracowity, odpowiedzialny, oddany rodzinnej firmie i tradycji, żeni się z piękną kobietą, pomnaża rodzinny majątek, ma syna, buduje nowy, wspaniały dom odzwierciedlający potęgę rodu, a wreszcie dostępuje niezwykłego zaszczytu: wybrany zostaje konsulem. Spełnia się  na szerszym polu: pracuje na rzecz rodzinnego miasta. A mimo wszystko kiedy osiąga apogeum swoich możliwości, zaczyna odczuwać ogromną, dojmującą pustkę. Jego życie nie jest bezczynne jak życie siostry,  wypełnia je praca, osładzają zaszczyty, ludzki szacunek, a jednak nie czuje się szczęśliwy. Przychodzi rozczarowanie. Dlaczego? Bo latami trzeba będzie robić to samo: pracować, aby jeszcze powiększyć rodzinny majątek? Bo przychodzi chwilowe niepowodzenie? Bo  żona, oddana sztuce, jest coraz bardziej obca? Bo delikatny syn, podobny raczej do matki niż do Buddenbrooków, rozczarowuje Thomasa? Czy będzie potrafił i chciał przejąć rodzinną firmę? A jeśli nie, to na co te starania? Czas płynie, najbliżsi odchodzą, dzień podobny do dnia. Duchowy kryzys, rozczarowanie życiem, poczucie pustki i braku sensu robią wielkie wrażenie. Cóż, dzieło Manna nie przynosi pokrzepienia, wszak nosi podtytuł "Dzieje upadku rodziny".

Ponieważ powieść tak bardzo zapadła mi w pamięć, raczej trudno  było się spodziewać, że jej ekranizacja w moich oczach sprosta oryginałowi. Wybierając się do kina, nie miałam wielkich oczekiwań. Szłam trochę z ciekawości, trochę z obowiązku. Dwóipółgodzinny film Heinricha Breloera z konieczności nie pokazuje całej historii. Pomija dzieciństwo rodzeństwa Buddenbrooków, ograniczając się w prologu tylko do jednego sentymentalnego epizodu, i skraca historię najmłodszego z rodziny, Hanno, delikatnego syna Thomasa i Gerdy. Nieobecnych jest też wiele postaci np. dziadkowie Toni, Thomasa i Christiana ze strony matki. Nie da się przenieść na ekran całej powieści. To, co najmocniej mnie rozczarowało, to wykastrowanie wątku Toni i osłabienie siły jego oddziaływania. Losy panny Buddenbrook, a potem pani Grunlich, nie wydają się tak tragiczne ani beznadziejne. Owszem, można uronić łzę nad jej nieszczęśliwą miłością, ale gdzieś wyparowała nuda i beznadzieja jej późniejszej egzystencji! Na ekranie jej drugie małżeństwo wydaje się być zawarte może nie z powodu wielkiej milości, ale przynajmniej niewielkiego uczucia. a tak przeciez nie było! Powód jego rozpadu też pokazany jest tylko częściowo. Mało tego: filmowa Tonia nie ma dziecka! To wszystko zdecydowanie osłabia wymowę tego wątku. Wszak w powieści córka Toni powiela jej los! Szczęście kobiety zależy tylko od mężczyzny, dlatego jeśli trafi na oszusta, jest przegrana. O wiele lepiej obszedł się film z pokazaniem historii Thomasa. Jego przegrana spowodowana utratą poczucia sensu na ekranie jest widoczna, chociaż oczywiście nie tak mocna jak w książce.

Ekranizacja mocno eksponuje konflikt między braćmi: sumiennym, odpowiedzialnym, pracowitym Thomasem i lekkoduchem, hipochondrykiem Christianem. W powieści to postać groteskowa i raczej niebudząca sympatii. Trudno powiedzieć, że droga życiowa, jaką wybrał, może być alternatywą dla drogi Thomasa. W filmie przynajmniej raz racje Christiana należy brać poważnie.

Drażnił mnie momentami nachalny i naiwny sentymentalizm, budzący raczej uśmiech zażenowania niz szlachetne wzruszenie. Takie właśnie były sceny z kwiaciarką, młodzieńczą miłością Thomasa, która na ekranie pojawia się wielokrotnie już jako dojrzała, spełniona kobieta, a jednak stale pamiętająca o swoim dawnym ukochanym. To sceny rodem z taniego melodramtu. Zaletą ekranizacji jest jej strona wizualna, pięknie pokazywane miasto: zaułki, podwórka, magazyny, port, spichrze, bruki czy ulice.

Cóż, film można zobaczyć, powieść należy przeczytać koniecznie!             


"Wszyscy inni", czyli zwierciadło, w którym warto się przejrzeć.

Ten skromny film niemieckiej reżyserki Maren Ade jest niczym lustro, w którym widz musi, choć niekoniecznie chce, przeglądać się w czasie seansu. Obserwacja pary młodych, mniej więcej trzydziestoletnich, ludzi, Gitti i Chrisa, spędzających wakacje na Sardynii w letnim domu należącym do jego rodziców, dostarcza wiele niemiłej prawdy o nas, o naszych relacjach z innymi, o naszym konformizmie i wypieraniu się siebie. Jest to obraz do bólu prawdziwy, a wnioski płynące z niego smutne. Mniej wytrwałych odstręczyć może konstrukcja filmu. Kto spodziewa się oszałamiających sardyńskich pejzaży, ten się zawiedzie. Sardynia nie przypomina tu obrazków z turystycznych folderów. Niewiele się dzieje. Przez większość seansu na ekranie obserwujemy tylko dwoje głównych bohaterów toczących ze sobą rozmowy prowadzone najczęściej cichym, monotonnym głosem. Mimo że wspólnie spędzone wakacje będą dla ich związku przełomowe, niewiele tu wybuchów emocji i namiętności. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych widzów ten brak akcji zamieniony na dwugodzinne podglądanie bohaterów może być nudny. Jednak naprawdę warto ten film zobaczyć. To obraz, który porusza, potrząsa i każe się nad sobą zastanowić. Jeśli ktoś czytał "Lato przed zmierzchem" Doris Lessing, znajdzie tu podobnie stawiane pytania o to, czy można ocalić siebie w związku. Znakomite kino, chociaż lojalnie uprzedzam, że znam takich miłośników filmu, na których "Wszyscy inni" nie zrobili wrażenia. A tych, którzy widzieli, zachęcam do przeczytania dalszego ciągu.

Na początku winna jestem pewne wyjaśnienie. Otóż wyjątkowo obejrzałam ten film w towarzystwie. Potem długo dyskutowałyśmy, roztrząsając to, co zobaczyłyśmy. (Zwykle ten blog pełni dla mnie taką funkcję.) Jak to bywa w trakcie wymiany zdań, nasz odbiór uzupełniał się i wspólnie doszłysmy do wniosków, które poniżej. Wspominam o tym, bo chcę być uczciwa wobec przyjaciółki i ewentualnego czytelnika. Nie zapisłam jednak nic, z czym bym się nie zgodziła.

Początkowo film myli tropy i mnoży zagadki. Pierwsze sceny: młoda kobieta strofująca dziewczynkę, w pokoju obok młody mężczyzna czule wpatrujący się w niemowlę trzymane na ręku. Małżeństwo z dwojgiem dzieci, myślimy. Nagle pojawia się druga kobieta. Kim jest? Szczególnie zdezorientować może scena w sypialni, kiedy żegna się z mężczyzną. Kochanka? Chyba jednak nie. Więc kto? Dopiero później wyjaśni się, że to siostra głównego bohatera, a zarazem matka dzieci, którymi się opiekował wraz ze swoją przyjaciółką. Celowo wracam tak szczegółowo do pierwszych scen filmu, bo pokazują, jak mogłaby się potoczyć przyszłość Gitti i Chrisa. Czy tak będzie? Zakończenie jest otwarte: po wspólnie spędzonych wakacjach, które boleśnie zweryfikowały wzajemny obraz drugiej osoby, wszystko może się zdarzyć. Czy właśnie takiej przyszłości dla siebie chcą? On chyba jeszcze nie, ona  chyba już tak.

Ona, czyli Gitti. Bardziej wdzięczna niż ładna, chociaż nie można powiedzieć, żeby była brzydka. Szczupła. Ubiera się po swojemu: satynowe szorty, podkoszulek, pod spodem nieodłączna góra  kostiumu kąpielowego. Nic specjalnego, ale znać jakiś rys indywidualności. Wesoła i spontaniczna. Skora do zabawy, wygłupów i niekonwencjonalnych, gwałtownych zachowań (scena z siostrzenicą Chrisa; scena z nożem; skok przez okno). Umówi się na wieczorne pływanie łódką z nieznajomymi, których spotka w mieście. Dlaczego? A dlaczego nie, przecież byli fajni, mają własną łódkę, może być zabawnie. Tym bardziej zaskuje fakt, że jednoczesnie potrafi wnikliwie obserwować swojego ukochanego i być wobec niego krytyczna. W jednej z pierwszych dłuższych rozmów, których jesteśmy świadkami, zarzuca mu brak zdecydowania i to, że tak naprawdę nie wie, czego chce. Zła jest, że nie potrafi wziąć za siebie odpowiedzialności. Jednocześnie jego problemy zawodowe, niezrealizowane ambicje żywo ją obchodzą. Z napięciem czeka na ogłoszenie wyników architektonicznego konkursu, w którym brał udział. Namawia na wzięcie nowego zlecenia na wyspie. Zamieszkaj ze mną, nie odbiorę ci twojej wolności, mówi w trakcie tej rozmowy. A więc beztroska, trzpiotowata Gitti pragnie tego, czego wiele kobiet w jej sytuacji: zacieśnienia relacji, sformalizowania związku choćby tylko wspólnym zamieszkaniem. A może chce też dziecka? Przecież świadomie każe zrezygnować Chrisowi z użycia prezerwatywy. Tego nie wiemy. Potem zapewni go w złości, że nie musi się obawiać. Co jest prawdą?  Być może miota się między beztroską życia, jakie dotąd prowadziła, a budzącą się pod wpływem uczucia potrzebą stabilizacji.

On, czyli Chris. Trochę nijaki, niespecjalnie przystojny, nie można jednak powiedzieć, aby był szpetny. Taki evryman, którego twarz trudno zapamiętać. Architekt, podobno zdolny, a na pewno bezkompromisowy, stąd jego częste niepowodzenia. Projekty robione wspólnie z przyjacielem Philipem (ojcem rodziny) rzadko doczekują się realizacji, nawet jeżeli wygrywają konkursy. Chris jest artystą, nie chce ustąpić ani o milimetr.  Sam ze zdziwieniem przyznaje, że nie czuje się dojrzały, a powinien, bo lata lecą. Artystyczna bezkompromisowość może wydawać się chwalebna, tyle tylko, że najprawdopodobniej łatwo mu ona przychodzi, bo ma bogatych rodziców, którzy pewnie wspierają go, łagodząc skutki bujania w chmurach. To, co mogłoby wydawać się zaletą, jest prawdopodobnie także przejawem niedojrzałosci, do której się przyznaje. Na propozycję Gitti, aby zamieszkali razem, po prostu nie odpowiada. Jest skryty, nie o wszystkim mówi swojej dziewczynie, wstydząc się chyba  niepowodzeń. Ale może to też być dowodem braku zaufania. Początkowo wydaje się, że podobnie odbierają świat i podobnie się zachowują. On też potrafi żartować, wyglupiać się, śmieszą ich te same zabawy słowne. Okazuje się jednak, że nie do końca tak jest. Na propozycję wycieczki łodzią z nieznajomymi reaguje niechęcią, woli zostać w domu. W końcu to ona mu ulegnie i zrezygnuje, chociaż nie musi. I tu dochodzimy powoli do sedna: wzajemnego poznania, które prowadzi do rozczarowania, i rezygnacji z siebie dla ukochanego człowieka.

Nie wiemy, jak długo Gitti i Chris są ze sobą, jak dobrze się znają, ale te wspólnie spędzane wakacje w letnim domu jego rodziców, to wspólne tymczasowe zamieszkiwanie prowadzi do utraty złudzeń. Szczególnie Gitti stopniowo rozczarowuje się do Chrisa. Lepiej go poznaje i przekonuje się, że chyba nie takiego czlowieka pokochała, a może po prostu stworzyła sobie inny jego wizerunek. Raptem okazuje się, że Chris niektóre ważne sprawy przed nią ukrywa (przegrana w konkursie, rezygnacja z wygranej z powodu konieczności kompromisowej zmiany projektu; prawdopodobnie kłamie  w sprawie przyjętego zlecenia na modernizację willi, mówiąc, że właściciel dał mu wolną rękę). Przestaje się z nią liczyć. To że nie chce iść na dyskotekę i pływać łódką z nieznajomymi, to drobiazgi. Najbardziej widoczny staje się jego egoizm w czasie wycieczki w góry, kiedy gna do przodu, nie oglądając się na nią (przy okazji warto zauważyć, że nie potrafi się przyznać do błędu: prawdopodobnie zgubił drogę). Nie umie też docenić jej niespodzianki: pikniku, który dla niego przygotowała. Równie egoistyczne jest zostawienie jej samej na całą noc w domu rodziców. Gitti się boi, o czym wyraźnie mówi Chrisowi, ale on jej nie słucha. A strach nie jest wymyślony, o czym widz przekonuje się, obserwując jej nocne czuwanie. Ale najgorsze cechy wychodzą z niego w konfrontacji ze spotkanym przyjacielem Hansem i jego piękną żona Saną. Początkowo, kiedy Chris spostrzega Hansa na wyspie, usiłuje się przed nim ukryć, nie chce go spotkać. Wspólnie z Gitti robią z tego ukrywania niezłą zabawę, chowając się przed nim w sklepie. Takie wygłupy i żarty są typowe dla Gitti, ale on świetnie się do niej dopasowuje. Kiedy już jednak do spotkania dojdzie, Chris zmieni się zupełnie. Będzie udawał, że bardzo się cieszy, przyjmie zaproszenie na kolację, po paru dniach zaproponuje rewanż, mimo iż zdaje sobie sprawę, że protekcjonalny Hans nie przypadł jego dziewczynie do gustu. Najgorsze jest jednak to, że cały czas podczas tych dwóch spotkań dystansuje się wobec Gitti, lekceważąc ją, strofując, stając po stronie Hansa i jego żony. Być może nagle w konfrontacji z pewnymi siebie ludźmi sukcesu, dostrzega nijakość swoją i swojej dziewczyny? Chce się wydać inny, lepszy? Raptem Gitti wydaje mu się mniej atrakcyjna niż Sana? Jeśli spojrzeć obiektywnie na obie kobiety, musimy stwierdzić, że żona kolegi, znana projektantka drogich ciuchów, rzeczywiście jest ładniejsza i lepiej ubrana. Ale i Gitti czuje się chyba gorsza od niej. Raptem staje się niepewna, też gra kogoś innego: dobrą gospodynię, która cieszy się z wizyty gości. Z jej punktu widzenia Sana posiada wszystko, o czym być może ona sama marzy. Oprócz urody, ciuchów, interesującego zawodu ma męża i jest w ciąży.

I w tym momencie mogę przejść do ostatniego, ale jakże istotnego, problemu, który juz sygnalizowałam. Gitti już wcześniej zaczęła ulegać Chrisowi i, chcąc się mu przypodobać, postępować wbrew sobie. To ona, chociaż nie musiała, zrezygnowała z wycieczki łódką z nieznajomymi, kiedy on postanowił zostać w domu. To ona, mimo że nie polubiła Hansa i Sany, bez sprzeciwu godzi się na ich wizytę i krząta sie wokół nich jak najlepsza pani domu. Nie próbuje nawet wyrazić swojego zdania. Raptem staje się cicha i przygaszona.  Nic nie zrobi, kiedy Chris oprowadzając gości po domu rodziców, pokazuje im także kiczowaty pokój matki, kpiąc z jej upodobań. I chociaż Gitti wyraźnie źle się z tym czuje, nie przerwie jego kpin. A przecież jeszcze niedawno, w czasie pierwszego spotkania, potrafiła zdecydowanie i bezkompromisowo, nie zważając na konwenanse, bronić swojego zdania. Symbolem tego zapierania się siebie i wchodzenia w nie swoje buty jest sukienka, którą raptem kupuje. Po co, skoro, jak sama mówi, źle się w niej czuje i jest nie w jej guście? (O ile dobrze pamiętam, określa ją mianem burżujskiej) Chodzi chyba o to, że ona sama jest niepewna siebie w jego oczach. Bardzo jej na nim  zależy, mówi, że go kocha, chce z nim zamieszkać, ale nie wie, czy jest dla niego wystarczajaco atrakcyjna. a on nie daje jej jasnych sygnałów. Niby mówi kocham, nawet dwa razy, ale dla mnie brzmi to jak slogan, nieszczerze. Nie ma w tych słowach prawdy, namiętności i żaru. Tak trzeba, tak wypada w takiej sytuacji. W nowej sukience Gitti będzie pojawiać się coraz częściej. Pojedzie w niej do miasta, gdzie pozwoli sobie zrobić makijaż, w którym czuje się jak w masce. Kiedy natknie się na znajomych-nieznajomych od łódki, oni w pierwszym momencie jej nie poznają. Tym razem, ponieważ jest z nią Chris, zacznie ich zbywać i na ponowne zaproszenie odpowie konwencjonalnie. Już wiemy, że na pewno z pływania nici, bo Chris nie ma ochoty. Sukienkę włoży też podczas wizyty Hansa i Sany. Stopniowo Gitti zaczyna postępować wbrew sobie, konwencjonalnie. Ona, tak jak Chris, przestaje być szczera, chociaż szczerość była dla niej tak ważna. Nawet kiedy miara się już przebierze i postanowi odejść, nie powie tego wprost, a użyje wybiegu. Ostatecznie zaprzeczy sama sobie. Ona, która w jednej z pierwszych scen filmu, uczyła małą siostrzenicę Chrisa, że należy otwarcie mówić, co się czuje.

Te wakacje spędzane na Sardynii obnażyły Gitti i Chrisa. Niedojrzały okazał się nie tylko on, ale i ona. Oboje są chyba niepewni swojej wartości, tożsamości, nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą. Zachowują się konwencjonalnie i konformistycznie, chociaż temu zaprzeczają. (Druga para też zresztą grzęźnie w konwencjach i nieszczerościach, ale po nich od początku tego się właśnie spodziewamy, bo reprezentują w tym filmie burżujskie życie, przed którym bronią się Chris i Gitti, chyba podświadomie o nim marząc.) Gitti dla uczucia jest gotowa zrezygnować z siebie, Chris niewiele daje, myśli tylko o sobie. Czy jest dla nich nadzieja? Zakończenie otwiera różne możliwości. Wszystko może się zdarzyć. Nadzieją jest jego szczery płacz. Może dopiero teraz, kiedy ona chce odejść i udaje martwą czy śpiącą, zrozumiał, ile dla niego znaczy? Może teraz słowo kocham zabrzmiałoby szczerze? Wiele zależy od niej. Czy potrafi ocalić siebie w tym związku? Czy udobruchana znowu zacznie udawać kogoś innego? Na razie po swojemu wygłupia się i błaznuje.

Nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, kto w zachowaniach tej czwórki nie odnajdzie choćby cząstki swoich własnych postaw. Jedni pewnie w tych portretach odkryją siebie więcej, inni mniej, ale myślę, że każdy chociaż odrobinę. Tak czy inaczej będzie bolało. Czy możliwy jest związek, w którym nie zatracimy siebie? (Szczególnie my, kobiety, mamy taką łatwość.) Gdzie leży granica pomiędzy dobrym kompromisem, bez ktorego żyć się nie da, a zaprzeczeniem sobie, swoim ideałom? Gdzie w relacjach z innymi możemy mówić o dobrym wychowaniu, o dobrej szczerości, która nie rani, a gdzie o sztucznej, nieszczerej konwencji, która nas pęta i nakłada maskę? Te pytania zadaje reżyserka "Wszystkich innych". Pewnie, że stawiano je już w sztuce wiele razy, ale nigdy dosyć. A odpowiedzi na nie, jak nie było, tak nie ma!                       

Denise Mina: "Pole krwi", "Martwa godzina", "Ostatnie tchnienie".

Tym razem będzie o kryminale. Jestem wielką miłośniczką tego gatunku, o czym już wspominałam przy okazji wpisu o "Gorączce w Hawanie" Padury. Niestety odkąd skończyła się seria o moim ukochanym Wallanderze Mankela, a Donna Leon obniżyła swe loty, jakoś nie mogę natrafić na kolejny ulubiony cykl, z jednym wyjątkiem: to powieści szkockiej pisarki Denise Miny z Paddy Meehan w roki głównej. Właśnie wyszła trzecia książka "Ostatnie tchnienie" (W.A.B.2010). Poprzednie to "Pole krwi" i "Martwa godzina". Całość ma być zamknięta w pięciu częściach.

To, co najbardziej spodobało mi się w tych kryminałach, to świetnie naszkicowane tło obyczajowe. Akcja toczy się w Glasgow lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Glasgow w roku 1980 (wtedy rozgrywają się zdarzenia pierwszej części, potem mamy rok 1984 i wreszcie w najnowszej powieści przenosimy się do roku 1990) to miasto ponure, zaniedbane, pogrążone w ekonomicznym kryzysie spowodowanym zamykaniem stoczni. Plagą jest bezrobocie, cały czas tli się konflikt katolicko - protestancki.

Paddy, młoda dziewczyna bez wykształcenia, pochodząca z irlandzkiej, a więc katolickiej, robotniczej rodziny z ubogiego, brzydkiego przedmieścia marzy o zostaniu dziennikarką. To jednocześnie przepustka do innego świata. Ma szczęście, bo udaje jej się dostać pracę gońca w jednym z lokalnych dzienników. Jest ambitna, zawzięta i bystra, dlatego próbuje prowadzić na własną rękę dziennikarskie śledztwo: chce odkryć mordercę małego chłopca zamęczonego w brutalny sposób. Sprawa wstrząsnęła Glasgow, jeśli się uda, będzie mogła opublikować swój pierwszy tekst. Oczywiście drobnostką jest to, że nie ma pojęcia o rzemiośle dziennikarskim. Jakoś to będzie, byle był temat i materiał. To jej wielka szansa, nic dziwnego, że za wszelką cenę chce ją wykorzystać. Niestety oprócz zalet, o których wspomniałam, Paddy ma  wady typowe dla swego wieku: brak doświadczenia, lekkomyślność i naiwność. To one będą przyczyną poważnych kłopotów, w jakie wpędzi siebie i innych. W tym miejscu muszę wspomnieć o jednej ze słabości książki. Tragedia, do jakiej nieumyślnie doprowadza, powinna być przyczyną wielkiej traumy i wyrzutów sumienia takich, jakie przeżywali bohaterowie powieści Dostojewskiego czy Greena, tymczasem tak się nie dzieje. A przecież Paddy jest wrażliwa. To właśnie wrażliwość, obok ambicji, kieruje jej działaniem. Chce dociec prawdy, bo obawia się, że ktoś zostanie skrzywdzony. Tym bardziej dziwi tak powierzchowne potraktowanie winy niezawinionej, ponieważ autorka naprawdę świetnie charakteryzuje swoich bohaterów i środowiska, w których się obracają.

Co jeszcze można  powiedzieć o głównej bohaterce? Ma nadwagę, z którą bezustannie walczy, czuje się nieatrakcyjna, ale podoba się mężczyznom. Nie ma pieniędzy, bo niewielką pensją musi się dzielić z liczną rodziną. Klnie jak szewc i wydaje się gruboskórna, ale to tylko maska ochronna, którą przyjmuje w męskim, dziennikarskim świecie. Jest w konflikcie ze swoją rodziną, bo chce żyć inaczej, nie przywiązuje wagi do wartości, które dla nich są ważne: wiara, tradycyjna rodzina, dzieci. Inaczej postrzega rolę kobiety. Nie chce żyć jak jej matka zamknięta w klatce domu i kościoła. Paddy od dawna nie wierzy, ale nie chce martwić rodziców. Jest bardzo przywiązana do nich i do rodzeństwa, szczególnie do młodszej siostry Mary Ann, pomimo że neguje wartości, które wyznają. Oczywiście w ciągu tych dziesięciu lat, które dzielą część pierwszą od trzeciej, Paddy zmienia się. Przede wszystkim dorasta, nabiera doświadczenia, z żółtodzoba staje się młodą kobietą. Jesteśmy też świadkami perypetii osobistych (czytaj damsko - męskich), które doprowadzają ją do sytuacji, w jakiej znajduje się w roku 1990. Ale zasadniczy rys jej charakteru pozostaje niezmienny.

Jak wspomniałam, niezwykle ciekawe są portrety środowisk, w których obraca się Paddy. Z jednej strony ubogi dom, gdzie każdy powinien znać swoje miejsce. Niepracująca matka, która pokornie służy wszystkim domownikom. Nie znosi żadnych dyskusji, bo po prostu zwyczajnie nie rozumie, że można kwestionować taki, uświęcony tradycją, sposób życia. Ojciec i bracia, domowe autorytety i władcy. Wspólne, ciasne sypialnie, zapach wilgoci mieszajacy się z zapachami kuchennymi. Wspólne posiłki, telewizja, niedzielna msza. To wszystko Paddy kocha, kwestionując równocześnie. Z drugiej strony świat redakcji. Męski, szorstki, z pozoru brutalny, gdzie też każdy zna swoje miejsce w ustalonej hierarchii. Naczelny i kierownicy działów są jak bogowie, to od nich wszystko zależy. Najniżej są oczywiście gońcy, ludzie na posyłki, tacy jak Paddy. Ale w tym świecie można pójść w górę, można powoli wspinać się po szczeblach, jeśli tylko ma się dość determinacji, zdolności i szczęścia do tematu. Obserwujemy pracę w redakcji i życie w dziennikarskiej knajpie, w ktorej też toczy się praca. Bardzo ciekawa jest część druga, kiedy jesteśmy świadkiem pracy redakcji nocnej. Śledzimy pracę wozu reporterskiego, który towarzyszy policjantom w ich nocnych interwencjach. Wszystko po to, aby w porannym wydaniu w dziale miejskim zamieścić krótkie notki o brudach miasta.

Nie byłabym uczciwa, gdybym nie wspomniała o słabościach cyklu. O jednej już pisałam. Kolejną są zakończenia. Podczas gdy intryga prowadzona jest jak trzeba: jest napięcie, niebezpieczeństwo, zwroty akcji, mozolne dochodzenie do prawdy, zakończenia są jakby z innej bajki. Za mało w nich realizmu, za dużo nieprawdopodobnego szczęścia opartego na cudownych zbiegach okoliczności towarzyszących Paddy w tych najważniejszych momentach. Muszę też niestety stwierdzić, że trzecia część jest moim zdaniem najsłabsza. Od pewnego momentu zagadka przestaje być zagadką, bardziej chodzi o to, jak bohaterka wybrnie ze śmiertelnych tarapatów, w które się wpakowała, co oczywiście też trzyma w napięciu. Mimo wszystko nadal jest to kryminał wart przeczytania. Zachęcam jednak do sięgnięcia po te książki w kolejności ich wydawania. Po pierwsze dlatego, że jest to też opowieść o Paddy Meehan, więc lepiej sledzić jej losy po kolei. Po drugie w każdym tomie są nawiązania do spraw i postaci z poprzednich, a najnowsza część odwołuje się do trzech spraw sprzed lat dziesięciu. Oczywiście wszystko zostało objaśnione w takim stopniu, jak to konieczne dla zrozumienia intrygi, po co jednak odbierać sobie przyjemność lektury. Mimo tych paru uwag krytycznych polecam te mroczne opowieści o nietuzinkowej Paddy Meehan.    


"Oko świata. od Konstantynopola do Stambułu" Maxa Cegielskiego

Książka Maxa Cegielskiego (WAB 2009, seria Terra Incognita) leżała na mojej półce ponad rok, czekając na swoją kolej. Dziś bardzo tego żałuję, bo to pozycja obowiązkowa dla miłośników prozy Pamuka, Safak i innych tureckich autorów, i oczywiście dla tych, którzy nie przeoczą żadnego tureckiego filmu goszczącego na naszych ekranach. Dzięki reportażom Cegielskiego można lepiej zrozumieć wpółczesną Turcję, jej skomplikowanie i problemy, bo wbrew tytułowi nie jest to książka tylko o Stambule, mieście wielbionym przez Pamuka, a dużo wcześniej przez wielu europejskich podróżników i pisarzy. Niestety dzięki zdobytej wiedzy Turcja i Stambuł tracą swoją romantyczną otoczkę i legendę, za to zyskują prawdziwe oblicze. Cegielski snuje swoją opowieść wokół trzech wątków.

Wątek pierwszy to miasto (kiedyś Konstantynopol, od czasów Ataturka Stambuł) i świat Orientu widziane oczami pisarzy i podróżników, głównie europejskich, ale jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest Pamukowi. Pokazuje takich, którzy zafascynowani Wschodem, przebywając w mieście dłużej, stawali się bardziej orientalni i tureccy niż sami Turcy. To oni stworzyli legendę Konstantynopola. Ale byli też tacy, którzy, nie rozumiejąc odrębności tego świata, nie umieli pogodzić się z kolorytem lokalnym i drażnił ich na przyklad brud czy hordy psów wałęsajace się  po ulicach. Cegielski polemizuje też z Pamukiem, dla którego główną cechą miasta i jego mieszkańców jest melancholia, z turecka zwana hizin, wynikająca ze świadomości, że miasto utraciło swą dawną potęgę: z centrum świata stało się prowincją. Reporter zamiast melancholii dostrzega kipiące życie, rozrastające się niebotycznie miasto, do którego sciągają mieszkańcy z głębi kraju, bo tu dostrzegają swoja szansę.

W ten sposób przechodzimy do wątku drugiego, czyli opowieści o samym mieście: o jego historii i współczesnym obliczu oraz o jego mieszkańcach. Dowiadujemy się, kiedy i dlaczego Konstantynopol stał się Stambułem i zaczął tracić na znaczeniu, przestał być owym przywołanym w tytule "okiem świata", no i o tym, jak to znaczenie odzyskuje. Zafascynowani literaturą Pamuka czy Safak przywołujemy z pamięci takie nazwy jak: Nisantasi, Beyoglu, Most Galata, Topkapi, plac Taksim czy Złoty Róg, ale nic nam nie mówią: Gazi Mahallesi czy Kicik Armutlu. A to nowe dzielnice, w których mieszkają głównie  przybysze z głębi kraju ściągani tu przez swoich krewnych, którzy przyjechali wcześniej. Pokazuje problemy tych miejsc: od bezładnego, nielegalnego budownictwa tzw. gecekondu (to w Turcji rzecz zwyczajna, potem mieszkańcy starają się o legalizację swoich domów czy całych dzielnic, co nie zawsze wychodzi im na dobre) do różnic religijnych, politycznych i narodowościowych (nie ucieka od problemu kurdyjskiego), które są często ze sobą splecione. Stambuł współczesny to miasto ogromne i pod względem ilości mieszkańców, i obszaru. Obie wielkości stale się zresztą zmieniają, miasto rozrasta sie i rozrasta tak, że trudno sprecyzowac dokladnie, gdzie przebiega jego wschodnia granica. Dlaczego wschodnia? Proszę spojrzeć na mapę, a odpowiedź wyda się oczywista. Cegielski częściej przebywa właśnie w tych dzielnicach, do których turyści zafascynowani dawną i tą współczesną legendą miasta nie zaglądają. Rozmawia z ich mieszkańcami, starając się dzięki swoim miejscowym tłumaczom-przewodnikom zaskarbić sobie ich sympatię, aby sięgnąć do sedna tureckich problemów. Taki Stambuł  odarty został z romantycznej otoczki, za to stał się ciekawszy dzięki ukazaniu jego współczesnej różnorodności.

Z wątkiem miasta ściśle łączy się wątek trzeci, czyli państwa i polityki. Nie sposób pisać o Stambule bez tego tła. Cegielski cofa się do czasów osmańskich, powstania państwa tureckiego i reform wprowadzonych przez Ataturka, do dziś oficjalnego bohatera i ojca narodu. Pokazuje, co Turcja zyskała i co straciła. Stała się państwem świeckim, częściowo zeuropeizowanym, ale przepadła  etniczna i kulturowa różnorodność z czasów imperium osmańskiego. Skończył się ten tolerancyjny, barwny świat, gdzie obok siebie mieszkali Anatolijczycy, Ormianie, Grecy, sefardyjscy Żydzi i inni. Pisze o politycznych problemach Turcji lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i współczesnych. O prześladowaniach działaczy lewicowych, mniejszości narodowych (szczególnie Kurdów), przewrocie wojskowym z roku 1980. To o tych latach opowiadają w swoich książkach Pamuk i Ozdamar ("Most nad Złotym Rogiem"; pisałam na swoim blogu o tej powieści i jeszcze raz polecam!!!). Jakże różnie bohaterowie ich książek pzreżywają te wydarzenia. Nie będę się na ten temat rozpisywać w tym miejscu, a zainteresowanych odsyłam do moich poprzednich wpisów. Drąży różnice religijne pomiędzy różnymi odłamami islamu i wzajemną niechęć do siebie ich wyznawców. Pisze o świeckej części społeczeństwa i odradzaniu się państwa religijnego (Turcją rzadzi dziś AKP, partia, której zarzuca się chęć obalenia świeckiego ustroju, ale Cegielski podkreśla raczej jej cynizm i koniunkturalizm). Dostrzega różnice społeczne. Wreszcie usiłuje wydobyć od swoich rozmówców ich poglądy na temat rzezi Ormian, prześladowania Greków, torturowania lewicowych działaczy i innych trupach w tureckiej szafie, z którymi nie bardzo  mają ochotę się zmierzyć. O tym wszystkim rzadko wiedzą turyści licznie odwiedzający tureckie wybrzeże.

Książkę czyta się znakomicie. Podzielona na krótkie rozdziały skacze od wątku do wątku  i  nie pozwala się nudzić. Wykład jest przystępny i interesujący, rozmówcy reportera ciekawi i różnorodni. Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to do słowniczka zamieszczonego z tyłu książki. Sam pomysł znakomity, tylko dlaczego dość wybiórczy? Znajdziemy na przykład objaśnienie słowa alewici, ale sunnici czy szyici już nie. To jednak drobiazg wobec interesującej całości. Lektura obowiązkowa dla miłośników Turcji i wszystkiego, co tureckie.         

O "Muzeum niewinności" Orhana Pamuka.

Kto jest miłośnikiem Pamuka, tego nie zniechęci opasłość jego najnowszej powieści,


pierwszej, którą napisał już po otrzymaniu Nagrody Nobla (Wydawnictwo Literackie 2010). Jej akcja tym razem rozgrywa się prawie wyłącznie w Stambule na przestrzeni ponad dziesięciu lat
, początek to wiosna 1975 roku. W tym czasie Turcją wstrząsają niepokoje społeczne. Lewicowych opozycjonistów, studentów wtrąca się do więzień, gdzie są torturowani, często ślad po nich ginie (echa tych wydarzeń można odnaleźć w świetnej powieści Emine Sevgi Ozdamar "Most nad Złotym Rogiem", o której pisałam), w 1980 dochodzi do wojskowego przewrotu, ale tego w powieści nie znajdziemy. Dlaczego? Ponieważ narrator, zarazem główny bohater, trzydziestolatek Kemal pochodzi z bogatej, burżuazyjnej rodziny, mieszka w dobrej stambulskiej dzielnicy i te protesty dzieją się pewnie gdzieś poza nim, nie dotyczą go i nie interesują. Ale jest też drugi powód, być może ważniejszy: Kemal jest bez pamięci zakochany w swojej dalekiej, ubogiej, młodszej kuzynce, Fisun. Bo "Muzeum niewinności" to książka o wielkiej, romantycznej miłości, która trwa mimo przeszkód. Albo książka o wielkiej, miłosnej obsesji, której Kemal podporządkował całe swoje życie, można nawet zaryzykowac stwierdzenie, że z racjonalnego punktu widzenia je zmarnował. Nic więc dziwnego, że owładnięty miłosnym szaleństwem  ledwie zauważa wojskowy przewrót z roku 1980 i tylko wprowadzona przy okazji godzina policyjna komplikuje mu życie, bo zmusza  do wcześniejszego opuszczania domu Fisun i jej rodziców. Dla Kemala liczy się tylko jedno: możliwość codziennego widywania ukochanej. Nieważna jest śmieszność, na którą się naraża, nieważna dwuznaczna sytuacja, w jakiej się znalazł, nieważne plotki, izolacja towarzyska, osamotnienie, ambicje zawodowe, liczy sie tylko ona, Fisun. Śledzimy różne stadia tej miłości: od nagłego, niczym grom z jasnego nieba, zakochania, przez spełnienie, ból i cierpienie rozstania,  zadrość, wierne trwanie, po nadzieję.

Można zapytać, dlaczego Kemal znalazł się w tak dziwacznej i w gruncie rzeczy niepotrzebnej sytuacji? Przecież wszystko to mogło  się nie wydarzyć. Ale czy rzeczywiście? Jeżeli przyjmiemy naszą, europejską, perspektywę to odpowiedź brzmi: tak. Gdyby tylko Kemal okazał się bardziej stanowczy, potrafił dokonać wyboru, wówczas cała historia potoczyłaby się zupełnie inaczej (oczywiście wtedy byłaby to inna powieść albo nie byłoby jej wcale). Bo z naszego punktu widzenia narrator jest po prostu bezwolnym mięczakiem, który nie potrafi się zdecydować albo który po prostu chce mieć wszystko. Ale Kemal i Fisun żyją w Turcji i dlatego musimy oceniać ich, stosując turecką perspektywę. A z tamtego punktu widzenia, wtedy, w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, ich związek nie był możliwy z wielu powodów (jednym jest mezalians, innych nie chcę zdradzać, aby nie odbierać przyjemności lektury). W pewnym momencie Kemalowi wydaje się, że jest szczęściarzem, że ma wszystko i tak już zostanie. Będzie wiódł życie jak wielu tureckich mężczyzn z jego sfery: z jednej strony codzienność u boku pięknej, wykształconej, nowoczesnej żony, z drugiej miłość. Niestety ku zdziwieniu i rozpaczy Kemala taki układ nie zawsze okazuje się możliwy. Historię  miłosnej obsesji śledzimy z jego perspektywy, to on snuje swoją historię, opowiada o szczęściu, tęsknocie, rozpaczy, znięcheceniu i nadziei. Dopiero w ostatnim rozdziale perspektywa się zmienia i wtedy dowiadujemy się, co myśleli o nim jego dawni przyjaciele, znajomi i inni z jego środowiska. Po latach pamiętają skandal, jaki wywołał. Wielu uważa, że popełnił błąd, zachował sie nieracjonalnie i zmarnował życie, inni traktowali go jak dziwaka. Nikt nie mówi o wielkiej, romantycznej miłości. Może dlatego  chce zbudować jej muzeum?

Bo właśnie tym jest ta powieść (tytuł w tym wypadku należy traktować dosłownie): to muzeum miłości i muzeum  ukochanej stworzone przez Kemala dla ich upamiętnienia i zachowania dla potomności. Niczym pomnik ma unieśmiertelnić Fisun, stworzyć legendę wielkiego uczucia, o którym w przeciwnym wypadku nikt by przecież nie pamiętał. Ot dziwactwo, życiowa pomyłka i tyle. To muzeum jest jak indyjski Tadż Mahal, mauzoleum na cześć ukochanej. Czym jest miłość, zdaje się pytać Pamuk. Szaleństwem? Dziwactwem? Ważne jest to, co czujemy my czy to, co widzą inni? Nie istnieje bez swojej legendy? A więc byłaby tylko literacką ułudą?

Ale ta powieść to nie tylko muzeum miłości. Ja ten tytuł traktuję podwójnie. To także niezwykle ciekawe muzeum tureckiej codzienności lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Sam narrator, Kemal, często używa zwrotu "w latach siedemdziesiątych", jakby był przewodnikiem po tamtych czasach. Dzięki niemu poznajemy turecką burżuazję, jej obyczaje, sposób życia, rozrywki i rytuały. Z jednej strony jej przedstawiciele czują się Europejczykami, starają się żyć jak oni. Często mówi się o wizytach w Paryżu, gdzie jeżdżą panny z bogatych domów, niektóre tam studiują. Tak, Paryż wydaje się być dla nich magnesem i wzorcem. Z drugiej strony tkwią w okowach tureckich obyczajów. Szczególnie ciekawe jest podejście do seksu, przede wszystkim tego przedmałżeńskiego. Młodzi Turcy próbują żyć swobodnie jak zachodni Europejczycy w tamtych latach, ale  obyczajowa swoboda jest jednak ograniczona. Wielu jej ulega, ale  nikt się z nią nie obnosi. Dziewczyna turecka lat siedemdziesiatych decydowała się, jak pisze Kemal, "iść na całość" (cytat z pamięci) dopiero wtedy, kiedy pewna była małżeństwa. W przeciwnym razie skonsumowana, pozwolę tu sobie użyć tego trywialnego stwierdzenia, i porzucona okryłaby się hańbą. Stąd właśnie biorą się wszystkie problemy bohaterów. Oczywiście na taką swobodę pozwalali sobie zeświecczeni, młodzi ludzie z warstw burżuazyjnych czy studenci (o tym w powieści Ozdamar), mieszkańcy miast. Inaczej wyglądało życie prowincji czy innych grup społecznych. Kemal dlatego staje się outsaiderem, bo robi swoje, nie oglądajac się na innych. Tyle że nie jest to wybór świadomie dokonany, a wymuszony szaleństwem miłości. Dzięki tak ujętemu tematowi mamy w tej powiesci i los kobiety w społeczeństwie żyjącym w rozkroku między zeświecczoną, liberalną Europą a tradycyjną, niekoniecznie islamską, Azją, i obyczajową hipokryzję, co świetnie podkreśla Kemal, tłumacząc, dlaczego jego wizyty w domu Fisun i jej rodziców były w ogóle możliwe.

I na koniec jeszcze słów kilka o tym, o czym już tu nie napiszę, a co również interesujące, i o konstrukcji powieśći. Żeby nie rozwlekać nadmiernie moich refleksji, krótko wspomnę  o Fisun, która stanowi zagadkę. Poznajemy ją oczami Kemala i właściwie nie wiemy, co myśli, czuje, czym się kieruje w swoich zachowaniach. Raz wydaje się cichą, skromną,  zakochaną w swoim starszym kuzynie, skrzywdzoną dziewczyną, innym razem kapryśną panną, która sama nie wie, czego chce albo może stara się odegrać na ukochanym. Jeszcze kiedy indziej jawi się jako wyrachowana kobieta sprytnie wykorzystująca mężczyznę, który kocha ją do szaleństwa. Bardzo ciekawy jest obraz filmowego srodowiska, w którym przez pewien czas obracają się bohaterowie. Pełno tu dziwaków, nieudaczników, niespełnionych artystów, ale i gwiazdek filmowej, masowej produkcji. No i jest Stambuł, drobiazgowo opisywany. I ten bogaty, i ten biedniejszy.

A na koniec jeszcze słów kilka o konstrukcji. Początkowo, ale to początkowo to przy rozmiarach powieści, 750 stron, jakieś trzysta, akcja gna. Z zainteresowaniem śledzimy losy Kemala i jego milosne perypetie. Potem książka może wydać się dość nużąca i monotonna. Narrator szczegółowo opisuje trwające latami wizyty u Fisun i jej rodziców. Często porzuca chronologię i niczym badacz czy statystyk skupia się na takich aspektach jak: "Czas", "Nie móc wstać i wyjść", "Loteryjka" (to tytuły rozdziałów). Sądzę jednak, że jest to monotonia zamierzona przez autora, bo świetnie oddaje jednostajność i beznadziejność lat, które upływały Kemalowi na tych wizytach. Wreszcie wraz ze zmianą sytuacji akcja znowu przyspiesza, rusza z kopyta, by w finale zaskoczyć czytelnika (przesadzam; nie wszystko zaskakuje, bo pewnych zdarzeń od jakiegoś momentu po prostu się domyślamy).

Bardzo ciekawa, epicka powieść. Znajdziemy tu wszystko: ciekawą historię, barwne, obyczajowe tło, wzruszenie, wielkie uczuia i przewrotną grę z czytelnikiem. Miłośników Pamuka pewnie zachęcać nie trzeba. Innych namawiam.

Tragedia na miarę antycznej, czyli "Oczy szeroko otwarte".

O tym filmie pisze się, używając formułki "izraelskie Brokeback Mountain". Jest w tym sporo prawdy, bo film opowiada o zakazanej w społeczności ortodoksyjnych Żydów miłości homoseksualnej, która spada na jednego z bohaterów w sposób nagły i nieoczekiwany. Rzeźnik Aaron, ulegający skłonności do zatrudnionego w swoim sklepie Ezriego, za którym ciągnie się mroczna przeszłość, ma przecież rodzinę. Na tym te podobieństwa się kończą. Obraz debiutanta Haima Tabakmana to kameralna, pełna smutku opowieść stawiająca ważne pytania moralne. Ten film to nie szukająca sensacji błahostka. Polecam to niespieszne, melancholijne kino. A kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Kiedyś chyba Krzysztof Zanussi w jakiejś wypowiedzi prasowej powiedział o bohaterach zapomnianego już nieco Grahama Greene'a (a szkoda; "Sedno sprawy" to jedna z moich ulubionych powieści), że dylematy moralne, jakie przeżywali, miały swój ciężar gatunkowy. Współczesny, liberalny świat odarł nas z takiej wrażliwości etycznej. Przytaczam te słowa, bo świetnie pasują do sytuacji, w jakiej znalazł się Aaron, stateczny ojciec rodziny, przykładny mąż, ojciec, szanowany członek jerozolimskiej ortodoksyjnej społeczności. Nie wiemy, czy skłonności homoseksualne obudziły się w nim nagle pod wpływem spotkania z Ezrim, który przeżył właśnie zawód miłosny: został odrzucony przez Rafaela w imię religijnej wspólnoty. Czy też wychowując się i żyjąc w zamkniętym środowisku ortodoksyjnych Żydów, po prostu je tłumił. Zanim ulegnie, stoczy ze sobą cichą, wewnętrzną walkę, którą obserwujemy na jego smutnej twarzy, w gestach, w niezadanych pytaniach, przemilczeniach. W tym filmie bohaterowie nie mówią o swoich uczuciach, nie wykrzykują swojej miłości czy bólu. To dzieje się gdzieś między słowami. Podobnie jest z przeżywanym przez Aarona moralnym cierpieniem. On doskonale zdaje sobie sprawę, na co się poważył. Ta miłość grozi nie tylko bólem zadanym cichej, oddanej żonie i dzieciom, destrukcją rodziny. Ale także złamaniem zakazów religijnych (przypominam, że chodzi o ludzi, którzy religię traktują w sposób poważny) i ostracyzmem ze strony lokalnej społeczności, a nawet wykluczeniem z niej. Jednym słowem: hańba i proszę nie traktować tego słowa ironicznie. Ono brzmieć ma tu bardzo poważnie, z całym swoim pierwotnym ciężarem znaczeniowym. W pewnym momencie niczego już nie da się ukryć, nie można żyć podwójnym życiem (jeszcze raz podkreślam: dla Aarona to nie bułka z masłem), trzeba dokonać wyboru. Rodzina, religia i społeczność albo miłość i radość życia. Radość, którą obserwujemy na jego twarzy, radość, która objawia się żywiołowym śmiechem. Na zadane przez rabina pytanie: dlaczego? odpowie bez wahania "Byłem martwy, teraz żyję." (cytat z pamięci).

Mimo że film nie ma nic wspólnego z thrillerem doskonale stwarza ciche napięcie, które narasta wokół Aarona i jego kochanka. Najpierw to tylko jakieś aluzyjne ostrzeżenia przed Ezrim, którego zatrudnił w swoim sklepie. Nie mówi się wprost, o co chodzi, niczego nie nazywa się po imieniu (co ciekawe Ezri uczestniczy w spotkaniach w synagodze; może ma to jakieś uzasadnienie w religii żydowskiej?; nie sądzę, aby była to  scenariuszowa wpadka). Potem zwraca się mu uwagę na historię zakazanej miłości Sary, która toczy się równolegle. Po jakimś czasie pojawiają się plakaty ostrzegające pzred grzesznikiem, który zadomowił się w dzielnicy (grzesznik nie jest nazwany z imienia, być może jest nim Aaron, ale równie dobrze może chodzić o Ezriego), wreszcie ktoś rozbija szybę w sklepie. Kulminacją jest wizyta kilku członków społeczności, którzy grożą Aaronowi. Wspólnota jawi się w tym filmie z jednej strony jako wartość: jest ostoją silnych więzi międzyludzkich, tradycji, stabilności, spokoju, z drugiej jako pułapka. Jesteś nasz, jeżeli żyjesz według naszych reguł, w przeciwnym razie spotkasz się z ostracyzmem, wykluczeniem, nienawiścią, przemocą. Wspólnota tłumi tu wszelkie przejawy  indywidualności. Zamknięcie i osaczenie doskonale oddają zdjęcia. Oglądamy wąskie, ciasne uliczki Jerozolimy przypominjące kartonowe dekoracje. Stonowane, monochromatyczne barwy, jakimi malowana jest dzielnica, kontrastują z zielenią i błękitem źródła, w którym bohaterowie dokonują rytualnych ablucji. Ale wartość tego filmu polega na tym, że nic nie jest  czarno-białe. To nie liberalna agitka, która krzyczy: "Biedny Aaronie, zrzuć z siebie pęta opresyjnej religii. Pluń na rodzinę, fanatycznych sąsiadów, idź za miłością." Tu żaden wybór nie będzie dobry, niczym w antycznej tragedii. 

Tę nieoczywistość świetnie widać w postaci rabina. Z jednej strony nauki, które głosi w synagodze, wydają się bardzo liberalne. Bóg nie stworzył nas na to, abyśmy cierpieli, mamy czerpać z życia, cieszyć się nim. Sensowi tych słów początkowo sprzeciwia się nawet Aaron. Z drugiej strony ten sam rabin najpierw stanowczo stanie w obronie zastraszonego sklepikarza, wyrzuci ze sklepu tych, ktorzy mu grożą, ale potem, kiedy zostaną sami, kiedy wysłucha jego wyjaśnienia, da mu po prostu w twarz. Wymierzony policzek będzie tak samo silny i stanowczy jak krzyk skierowany do oprawców. Mamy więc społeczność, ale i stojący nad nią autorytet jednego człowieka. Nie fanatyka, nie wiecowego krzykacza, ale człowieka mądrego, który potrafi pokazać swoją stanowczość.

Warto by jeszcze wspomnieć o żonie Aarona i jego kochanku. I ci bohaterowie pokazywani są bardzo subtelnie. Wszystko wyczytujemy z ich twarzy, min, gestów, spojrzeń. Rywka, spokojna, cicha, subtelna kobieta o delikatnej urodzie, wierna żona, dobra matka zaczyna się domyślać, co się dzieje. Cierpi po cichu. Musi stawić czoła nie tylko osobistej tragedii, ale i cichej nagonce, która rozgrywa się wokół. I wreszcie Ezri. Tajemniczy przybysz, który pojawia sie nagle na ulicach ortodoksyjnej dzielnicy Jerozolimy. Nie wywiera presji na Aaronie, spokojnie czeka, gotów pogodzić się z tym, że on nie podda się uczuciu. Kim jest dla niego Aaron? Ukochanym czy pocieszeniem po utracie Rafaela? Jedna z końcowych scen filmu pozwala sugerować taką możliwość. A może i jednym i drugim, przecież uczucia nie chodzą prostymi drogami.

A ostatnia scena? Jak ją rozumieć? Aaron dokonuje rytualnej ablucji w źródle. Zanurza się i nie wypływa. Czy wypłynie? Czy to tylko rytualne zanurzenie? Walka wewnętrzna? Czy coś jeszcze? Zakończenie pozostaje otwarte.

Znakomity subtelny, melancholijny film o ludzkich uczuciach, zniewoleniu, wolności i sile autorytetu.

Dla miłośników Charlotte Gainsbourg i Romana Durisa, czyli "Zagubieni w miłości" Patrica Chereau.

Wróciłam z wakacji i nadrabiam kinowe zaległości. Na pierwszy ogień poszedł film "Zagubieni w miłości" Patrica Chereau, bo schodził z ekranu, bo uwielbiam Romana Durisa, bo bardzo lubię Charlotte Gainsbourg, bo kilka lat temu zachwyciłam się "Jego bratem" i z zainteresowaniem obejrzałam "Intymność" (dla niezorientowanych: to filmy Patrica Chereau). Dość powodów, aby nie oglądając się na przydzielane filmom gwiazdki, w ciemno pójść do kina. To współczesna historia dwojga kochanków, Sonii i Daniela, rozgrywająca się w Paryżu. Właściwie mniej tu historii, a więcej powikłanych, często niezrozumiałych, uczuć i relacji międzyludzkich. Mimo że doskonale zdaję sobie sprawę z wad tego filmu, a właściwie wad jego scenariusza, obejrzałam go w hipnotycznym transie i polecam tym, którzy lubią śledzić komplikacje ludzkiej natury, lub tym, którzy podzielają moją miłość do Romana Durisa, Charlotty Gainsbourg lub filmów Patrica Chereau. A kto już widział, powinien przeczytać ciąg dalszy.

Ten film można bardzo łatwo skrytykować i odrzucić, ale można też ulec jego hipnotycznemu rytmowi i zaakceptować mimo wad. Jakie to wady?

Przede wszystkim problemy uczuciowe dwojga bohaterów można uznać za wydumane lub niedostatecznie uzasadnione. Daniel i Sonia miotają się. Niby są razem, chociaż nie mieszkają ze sobą, ale bez przerwy swoje uczucia poddają analizie, uciekają przed sobą (dalczego?), wracają, traktują z dystansem, cierpią z tęsknoty, ze strachu przed rozstaniem, mają pretensje o nie dość uwagi, by za moment oddać się miłosnej ekstazie. Szczególnie zdystansowana jest Sonia. Patrzymy na nią oczami Daniela i nie wiemy, czy przeczucia, że chce go opuścić, sprawdzą się czy są wydumane. Czy to jego skłonność do duchowego cierpienia i wiwisekcji uczuć każą mu szukać problemu tam, gdzie go nie ma? Można wzruszyć ze złością ramionami i powiedzieć: dlaczego się tak dręczycie, dlaczego komplikujecie to, co proste? Poddane chłodnej analizie duchowe rozterki Daniela i Sonii wydają się po prostu niewiarygodne.

Druga wada niekoniecznie musi być uznana za słabość. Myślę o licznych w tym filmie niedopowiedzeniach, o tym, że właściwie niczego nie wiemy na pewno. Wiele tu zagadek, tajemnic, niedookreślonych ludzkich losów. To może drażnić, ale wcale nie musi, jeśli ten celowy reżyserski (a właściwie scenariuszowy) zabieg po prostu akceptujemy. Ja lubię takie kino, które zmusza do zadawania pytań, zastanawiania się, jaka jest prawda o bohaterach, choć z góry wiem, że to tylko moje domysły, a pewnosci żadnej. Jeśli coś mi tu przeszkadza, jeśli coś mogę uznać za przesadę, to historię nieznajomego mężczyzny, który nagle pojawia się w życiu Daniela i zaczyna go prześladować swoimi uczuciami. Oczywiście takie rzeczy się zdarzają, ostatnio się nawet sporo o tym pisze, ma to nawet swoją nazwę (stalking), ale w filmie Chereau ta historia wydaje się być zbyt abstrakcyjna. Tajemniczy mężczyzna pojawia się nagle (chociaż i tego nie możemy być pewni) i od razu wkracza w jego życie, gwałtownie i brutalnie. Dziwić może reakcja Daniela. Dlaczego nie zgłasza sprawy policji? Dlaczego próbuje radzić sobie z nią sam? Dlaczego tak spokojnie do tego podchodzi? Dlaczego wreszcie, mimo że ma dość tego człowieka, wchodzi z nim w relację, zaczyna mu się zwierzać, odpowiadać na pytania? Przecież wiadomo, że to spowoduje tylko nasilenie nękania, mężczyzna będzie chciał więcej i więcej. Czy to skłonność do duchowego cierpienia, o której już wspominałam, czy może ukryte biseksualne skłonności, które budzą się w Danielu, powodują takie jego reakcje? Ten wątek mógłby zapowiadać uczuciowy trójkąt i jeszcze większe rozterki, cierpienia i komplikacje, ale nie zostaje wykorzystany.

Zupełnie natomiast nie przeszkadzają mi inne niedopowiedzenia, których w tym filmie mnóstwo. O Sonii już wspominałam. Kolejna postacią, ktora pozostaje w sferze domysłów, to Daniel. Kim właściwie jest? Dlaczego pracuje, remontując mieszkania, chociaż wygląda na człowieka inteligentnego i wykształconego? A może to filmowy fizerunek Romana Durisa sprawia, że tak go odbieramy? Dlaczego pełno wokół niego duchowych popaprańców? Czym ich do siebie przyciąga? Czy wspiera ludzi i pomaga im, jak sam twierdzi, czy też bawi się ich historiami, opowiadając je innym, co zarzuca mu nieszczęśliwy księgowy Michel? Jest podglądaczem ludzkich losów? Ich kolekcjonerem? Chce być dzięki cudzemu życiu w centrum uwagi innych? Ma skłonność do teatralizacji rzeczywistości i stąd to otaczanie się dziwnymi typami i dramatyzowanie własnych przeżyć? Dlaczego jako wolontariusz chodzi do domu starców? Czy rzeczywiście z powodu, który w szczerej rozmowie zdradza nękajacemu go mężczyźnie, czy też po to, by kolekcjonować i podglądać ludzkie losy? A może po prostu z bezinteresownej dobroci serca? Jedynym trzeźwo stąpającym po świecie człowiekiem z jego otoczenia wydaje się być czarnoskóry Thomas, wykładowca uniwersytecki (?), który dla Daniela jest jak brat. Ale on właśnie tylko przemyka się po ekranie. Niby jest dla niego ważny, ale to jego w życiu głównego bohatera najmniej .

Mimo tych zastrzeżeń, które patrząc chłodnym okiem po seansie, dostrzegłam w obrazie Chereau, muszę napisać, że jest to film, o którym nie zapomnę i za jakiś czas na pewno do niego wrócę. Oglądałam go, jak wspomniałam we wstępie, z hipnotycznym zainteresowaniem. Nie wiem, kiedy minęły te, prawie, dwie godziny, które trwa. Może sprawił to urok Durisa, który tu trochę powiela swoja rolę z "Rytmu serca" Audiarda (co tam, nieważne), i Gainsbourg. Może to zasługa nerwowego rytmu opowieści, zbliżeń twarzy bohaterów, luźnych obrazów, uroku paryskich kawiarni, zaułków, ulic, metra i dziwnych remontowanych wnętrz, w których przebywa Daniel. Pewnie jednego i drugiego. W każdym razie ja ten film akceptuję ze wszystkimi jego wadami.

Pamiętać czy zapomnieć, czyli "Bękart ze Stambułu" Elif Safak.

Kto z pzryjemnością przeczytał pierwszą książkę Elif Safak "Pchli pałac", kto jest miłośnikiem

Pamuka, śledzi inne z rzadka wydawane u nas pozycje tureckie, ogląda filmy stamtąd, na pewno sięgnie po drugą powieść tej autorki wydaną w Polsce (Wydawnictwo Literackie 2010). To literatura, która łączy w sobie potoczystość narracji, intrygującą, zawikłaną akcję, gawędziarstwo i pewne ambicje. Książkę naprawdę świetnie się czyta, trudno się od niej oderwać, czytelnik jest ciekaw, jak też autorka zwiąże ze sobą misternie zawikłane wątki, jakie będzie zakończenie. Że równolegle prowadzone dwie opowieści: tureckiej rodziny Kazanci i osiadłego w Stanach ormiańskiego rodu Czachmaczianów muszą jakoś się spotkać, jest dla przeciętnie rozgarniętego czytelnika oczywiste. Pozostaje tylko pytanie: jak. I choć od pewnego momentu zaczęłam się domyślać rozwiązania zagadki (właściwie jest tu ich kilka), nie odebrało mi to przyjemności lektury.

Jak już wspomniałam, powieść oparta jest na historii dwóch rodzin zamieszkujących różne kontynenty. Wątki przeplatają się: kiedy w jednym rozdziale śledzimy losy tureckiej rodziny, w następnym jesteśmy już w Arizonie lub w San Francisco. Tak dzieje się do momentu, kiedy najmłodsza przedstawicielka rodu Czachmaczianów, dziewiętnastoletnia Armanusz, w tajemnicy przed wszystkimi, poleci do Stambułu i zatrzyma się w gościnnym domu pań Kazanci. Konstrukcja tej powieści została oparta na wielu symetriach. Są więc dwa rody, a każdy ma swoje tajemnice. Główne bohaterki to dziewiętnastolatki: Armanusz o ormiańskich korzeniach (jej matka jest Amerykanką, która szczerze nienawidzi rodziny swojego byłego męża) i Asya, najmłodsza latorośl rodu Kazanci. Obie dziewczyny są stałymi bywalczyniami knajp, w których prowadzi się zajadłe dyskusje. Asya spotyka się z towarzystwem niespełnionych artystów w stambulskiej Cafe Kundera (ulubione zajęcie stałych gości to zgadywanie, skąd wzięła się nazwa kawiarni), a Armanusz zagląda do wirtualnej Cafe Constantinopolis gromadzącej amerykańskich Ormian. W obu rodzinach ważną rolę odgrywają seniorki rodów: pogrążona w starczej demencji Mateńka i całkiem krzepka babcia Szuszan. Jedna przechowuje w pamięci rodzinne tajemnice, druga woli nie pamiętać (stąd demencja, którą można potraktować symbolicznie). Ważną rolę w opowiadanej historii odgrywają matki obu dziewczyn: Turczynka Zeliha i Amerykanka Rose. I tak dalej, i tak dalej, tych symetrii dałoby się znaleźć dużo więcej.

Tak jak w poprzedniej powieści Elif Safak również i w tej spotkamy galerię niezwykle barwnych postaci o poplątanych losach. Życie żadnego z bohaterów nie jest proste, zwyczajne. Każdy niesie za sobą barwną przeszłość, skomplikowaną codzienność. Wielu tu dziwaków, nieudaczników, ludzi poranionych, ale dzielnie radzących sobie z życiem. Główni bohaterowie scharakteryzowani zostają dokładnie, poznajemy ich losy, słabostki, fobie, lęki, wnikamy w ich myśli. Szczególnie dokładnie przygląda się autorka kobietom z rodziny Kazanci: Mateńce, ciotkom i najmłodszej Asyi. Każda jest inna i każda niezwykle ciekawa. Postacie opisywane są z poczuciem humoru i sympatią. Nikt nie zostanie tu do końca potępiony, nawet jeżeli w przeszłości, którą skrywa, popełnił coś naprawdę strasznego.

Druga ważna cecha tej powieści, która sprawia, że tak dobrze się ją czyta, to żywioł gawędziarski. Co jakiś czas narrator odkrywa przed nami przeszłość bohaterów, snując barwne, niezwykłe historie pełne niesamowitych zbiegów okoliczności i przypadków, które zmieniają ich życie. Z tym wiążą się oczywiście liczne retrospekcje: cofamy się w czasie a to o dwadzieścia lat, a to na początek dwudziestego wieku. Kto czytał "Pchli pałac", odnajdzie tu takie właśnie podobieństwa do tamtej powieści. Chociaż powiedzieć trzeba, że w "Bękarcie ze Stambułu" żywioł powieściowy został przez symetryczność konstrukcji, o której wspomniałam, okiełznany. Tamta lektura wydała mi się o wiele bardziej rozwichrzona. Ten porządek można uznać za zaletę lub wadę, zależy co kto lubi.

Czas na najważniejsze: wspomniałam, że jest to powieść z ambicjami. Otóż zasadniczym tematem tej książki jest konflikt turecko-ormiański mający swój początek w prześladowaniach Ormian w imperium osmańskim zakończonych rzezią na początku dwudziestego wieku (dziś oficjalnie uznawaną za ludobójstwo). Ormiańscy przodkowie Armanusz uciekli z Turcji z powodu prześladowań. Jak inni Ormianie żyjący w diasporze pielęgnują pamięć o tragedii, która spotkała ich naród. Z nienawiścią wobec Turków spotyka się Armanusz także w Cafe Constantinopolis. Jedzie do Turcji, bo chce poznać miejsca związane ze swoją rodziną, chce zrozumieć. Na miejscu musi skonfrontować się z Turkami, paniami Kazanci, u których się zatrzymała. To spotkanie wypada niezwykle ciekawie. Panie Kazanci są bardzo miłe, sympatyczne, serdeczne i trudno pałać do nich nienawiścią. Trudno też uniknąć rozmowy o przeszłości. I co się okazuje? Słuchając historii babci Szuszan, wzruszają się, są przerażone bestialstwem, które ją i jej rodzinę spotkało, ale w pewnym momencie zadają naiwne pytania: kto im to zrobił? dlaczego wędrowali w marszu śmierci? gdzie oni zniknęli? One naprawdę nie wiedzą! Niewygodna przeszłość została wyrzucona ze zbiorowej pamięci. Lepiej nie wiedzieć. Działa mechanizm zbiorowego wyparcia typowy w podobnych sytuacjach. Jak trudny to dla Turków problem, niech świadczy fakt, że autorce wytoczono proces o obrazę tureckości. Jest to więc powieść o niepamięci zbiorowej i osobistej. Nie chce pamiętać nie tylko naród, ale i w rodzinie Kazanci nie chce się pamiętać o pewnym strasznym wydarzeniu sprzed lat. To kolejna konstrukcyjna symetria w tej powieści. O ile jednak Turcy nie zostają zmuszeni do przyjrzenia się trupom w szafie swojej przeszłości, o tyle w rodzinie Kazanci na skutek przypadkowego zbiegu okoliczności do takiej konfrontacji dojdzie. Czy winny będzie gotowy przyjąć na siebie zasłużoną karę? Czy kara wymierzona po latach ma sens? Czy można uciec od swojej przeszłości? Czy można wybaczyć? To pytania, które padają w powieści.

Co jeszcze znajdziemy w tej książce? Problemy poruszane i w innych powieściach tureckich autorów. Mamy więc konfrontację Wschodu z Zachodem, pragnienie, aby do tego zmitologizowanego Zachodu przynależeć. Odrzucanie tego, co tureckie, wtapianie się w Europę, naśladowanie jej. Armanusz, którą wychowano w kulcie ormiańskości (rodzina ojca) i amerykańskości (rodzina matki), nie umie zrozumieć postawy Asyi, która czuje się człowiekiem Zachodu.

Dostajemy powieść, od której trudno się oderwać, a w potoczystą narrację autorka wrzuciła ważne tureckie problemy, pisząc o nich klarownie, może nawet nazbyt łopatologicznie. Dyskusje Asyi i Armanusz chwilami przypominają wykład. Turkom Safak przystawia do twarzy lustro, w którym muszą się przejrzeć, zagranicznemu czytelnikowi zdaje się mówić: patrzcie, tacy jesteśmy.

Turecka "Puszka pandory" w Ale Kino!

W czwartkowym cyklu "Kino mówi" pokazano niedawno turecki film Yesim Ustaoglu "Puszka Pandory" (2008). A ponieważ od czasu lektury "Śniegu" Pamuka staram się czytać i oglądać to, co z Turcją się wiąże, więc i tego filmu nie przegapiłam (kto jednak przegapił, nic straconego, każdy film pokazywany jest w Ale Kino! kilka razy). To historia turecka i uniwersalna zarazem.

Pewnego dnia Nesrin, mieszkająca w Stambule gospodyni domowa, zostaje zawiadomiona przez policję, że zaginęła jej matka staruszka. Natychmiast porzuca swoje codzienne troski, informuje siostrę, Guzin, i brata, Mehmeta, też mieszkańców Stambułu, i wspólnie z nimi wyrusza gdzieś w głąb Turcji do odległej, zagubionej w górach wioski. Matki nie widzieli od dawna, mieszka sama w swoim drewnianym domu. Jak nikłe są ich więzi, niech świadczy fakt, że syn Nusret, Murat, nigdy swojej babci nie widział. Ucieczka ludzi z głębi Turcji, z małych, biednych wiosek i miast do Stambułu, który stale się rozrasta, to problem turecki.

Stambuł w tym filmie nie przypomina wcale romantycznego miasta owianego legendą przez literatów i podróżników. Tu pokazany jest zimno i nieprzyjaźnie: wieżowce, drogi szybkiego ruchu, wiadukty, betonowe nabrzeża, zapuszczona dzielnica, w której mieszka Mehmet. i tylko w jednym momencie, gdzieś w tle, kamera pokazuje niewyraźnie znaną panoramę miasta widzianą znad Zlotego Rogu. Ale to tylko chwila. Nic dziwnego: ktoś, kto na codzień mieszka w miejscu pełnym zabytkow i turystów, niekoniecznie zwraca na nie uwagę. Pochłonięty trudami życia nie zauważa ich piękna, dostrzega raczej te ciemne strony. Jakże inaczej pokazywana jest wioska w górach! Już droga do niej staje się drogą do raju. Kiedy samochód porzuci autostrady, minie jakieś ohydne fabryki i zjedzie na boczne szosy, robi się pięknie. Jest pusto, cicho, nic nie mąci urody gór pokrytych liściastymi lasami. Tu babcia Nusret jest u siebie, żyje w symbiozie z przyrodą i górami, po których mimo podeszłego wieku chodzi. Kiedy dzieci postanowią ją zabrać do Stambułu, podda sie temu, ale nie będzie szczęśliwa.

I tu wkracza problem uniwersalny: opieki nad starym człowiekiem. Nusret nie jest niedołężna, nie jest schorowana, ale ze wzgledu na wiek ma początki demencji. W dawnym świecie mogłaby dożyć swoich dni we własnym domu z dorosłym dzieckiem, które zostałoby w rodzinnej wiosce. Ale świat się zmienił, Turcja też, nie ma już wielopokoleniowych rodzin, gdzie opieka nad starszymi była czymś naturalnym i nie wymagała reorganizacji całego życia. A tak jest tutaj. Trudno nazwać dzieci Nusret wyrodnymi. one naprawdę się przejmują i starają, szczególnie najstarsza Nesrin. Ale matka wkracza nagle w ich zabiegane lub beztroskie życie (Mehmet) i je dezorganizuje. Nie bardzo można ją zostawić samą, nie wiadomo, jak sprawić, by się nie nudziła (najprostsze wydaje się włączenie telewizora), problem sprawia też przyzwyczajenie jej do cywilizacyjnych wygód. Poza tym opieka nad staruszką wymaga też fizycznej siły. Trudno się dziwić, że najbardziej odpowiedzialna z rodzeństwa Nesrin po jakimś czasie ma dość i oczekuje pomocy brata i siostry. Ale to nie jest takie proste.

I tu wkraczamy w kolejny uniwersalny obszar tego filmu ( pokazany jakby mimochodem): nieporozumienia między rodzeństwem, wzajemne pretensje, konflikty, ich problemy osobiste. Każde z nich jest inne, każde dźwiga swój ciężar. Mehmet to niebieski ptak, który nie bierze życia serio, żyje z dnia na dzień, nie przejmując sie niczym. Guzin pracuje w wydawnictwie i ma rozwichrzone życie osobiste. Jej rozterki miłosne są ważniejsze niż opieka nad matką. Najstarsza Nesrin wydaje się prowadzić życie najbardziej odpowiedzialne i poukladane, ale to tylko pozory. Napiszę tylko tyle, że wszyscy zarzucają jej apodyktyczność. Znamy z kina? Oczywiście, ale, jak wspomniałam wcześniej, tu rodzinne nieporozumienia i konflikty są tylko tłem, pewnym naddatekiem.

A teraz to, co, moim zdaniem, najciekawsze. Osobą, która opiekę nad staruszką przyjmuje całkiem naturalnie, robiąć to jakby od niechcenia, po swojemu, jest wnuk Murat, który o istnieniu swojej babci nie miał dotąd pojęcia. Zbuntowany chłopak, który przysparza trosk swoim rodzicom próbującym ułożyć mu życie na własną modłę. On zdaje się najlepiej porozumiewać z bratem matki, Mehmetem. Babcia trafia mu się trochę przypadkowo, nikt przecież nie wymagałby od niego, aby się nią zajmował. Opiekuje się nią serdecznie, niczemu się nie dziwiąc, nie złości się, nie krzyczy, przyjmuje ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie wstydzi się swojej babci, wiejskiej staruszki, która do Stambułu zupełnie nie pasuje. Nie sadza jej przed telewizorem, tylko wędrują po mieście. Stopniowo rozume ją coraz lepiej i zdaje sobie sprawę, że staruszka tęskni do swoich gór. To właśnie on stanie przed najważniejszym pytaniem: zostawić ją w Stambule pod fachową opieką, w sterylnych, ale bezdusznych warunkach, przedłużając być może życie, czy zabrać w jej ukochane góry. Zabierz mnie w góry, bo je też zapomnę, prosi Nusret, zdając sobie sprawę z powolnej utraty pamięci. A góry to jej życie. Co zrobić? Odpowiedzialność kontra serce. Jakie życie lepsze?

To film niespieszny, mało w nim słów, więcej obrazów, raz bezdusznych i ponurych, raz pięknych, oddychających wolnością, melancholijnych. Bardzo ciekawy, ładny film, pozwalający się zadumać i obcować z Turcją i ze światem.

Popularne posty