Meir Shalev "Dwie niedźwiedzice"

W czeluściach mojego czytnika leży nieprzeczytana dotąd powieść izraelskiego pisarza Meira Shaleva "Rosyjski romans". Kiedy tylko napiszę tę notkę, zabieram się za nią. Dlaczego? Bo właśnie skończyłam fascynującą powieść ... Meira Shaleva "Dwie niedźwiedzice" (Marginesy 2017; przełożyła Anna Halbersztat). Jeśli komuś jego nazwisko wydaje się znajome, to  słusznie. Autor jest kuzynem świetnie w Polsce znanej  Zeruyi Shalev, jednej z moich ulubionych autorek. 

Nawet nie pamiętam, jak na "Dwie niedźwiedzice" wpadłam, gdzie znalazłam jakąś informację o tej powieści. Bo nowość to nie jest, wyszła przed rokiem. I tu nie mogę się oprzeć, i nie podzielić się smutną refleksją - o ilu jeszcze książkach wartych lektury nie mam pojęcia? Jak często tylko przypadek, szczęśliwy czytelniczy los sprawia, że odkrywam coś fascynującego? Bo dawno nie czytałam tak przykuwającej uwagę książki. Czytelniku tej notki, czy znasz to uczucie, kiedy w trakcie lektury z jednej strony pochłania cię pytanie, jak to się skończy i nie możesz doczekać się odpowiedzi, a z drugiej chciałbyś, aby książka nie skończyła się nigdy? Chciałbyś ją czytać i czytać, jak najdłużej, a tymczasem pochłaniasz tak szybko, zdecydowanie za szybko. Tak właśnie było z lekturą "Dwóch niedźwiedzic". Przy czym spieszę uspokoić - nie jest to tylko czytadło. Nie, to szczęśliwe połączenie powieści niezwykle ciekawej, świetnie napisanej i jednocześnie powieści o czymś, jednym słowem mądrej.

Mówiąc najprościej, to saga rodzinna, której akcja rozgrywa się w jednym z izraelskich moszawów. Opowiadana  zupełnie niechronologicznie - musimy sobie składać historię jak puzzle, co oczywiście tylko podkręca ciekawość czytelnika. Historia bardzo mroczna, momentami wręcz okrutna, ale przy tym niejednoznaczna. Bo jak w jednym człowieku mogą się mieścić jednocześnie szorstkość, twardość, upór, nienawiść prowadząca do okrutnej zemsty, z drugiej mądrość, pracowitość, siła charakteru, czułość dla wnuków i miłość do przyrody? Ale i to jest niejednoznaczne, bo Ze'ew, senior rodu, jeden z głównych bohaterów, zna się na kwiatach i roślinach, pieczołowicie je pielęgnuje, zbiera nasiona, jego codziennym rytuałem są spacery po okolicy, której pięknem się zachwyca, swoją wiedzę przekazuje wnukom, ale jednocześnie bez mrugnięcia okiem strzela do sójek.

Już to, co napisałam, pokazuje charakter tej wielowątkowej, wieloznacznej, niezwykle bogatej powieści. Bo z jednej strony jest to opowieść o żydowskich pionierach, którzy zakładali kibuce i moszawy, ludziach twardych, prostych, prymitywnych nawet, ciężko pracujących, wydzierających, często niegościnnej, ziemi jej tajemnice. Z drugiej strony nie ma tu ani polityki, ani historii syjonizmu czy kolonizowania Palestyny przez Żydów napływających z Europy, ani historii powstania Izraela, konfliktu żydowsko-arabskiego. Nie wiemy, jak rodzina Taworich znalazła się w Palestynie, skąd przybyła. To wszystko jest nieważne. Ważna jest za to pierwotność, odwieczny związek człowieka z ziemią, z przyrodą, z krajobrazem. Stąd  opowieść o praczłowieku mieszkającym niegdyś w jaskini w ulubionej dolinie dziadka Ze'ewa, niedaleko drzewa karobu, które też jest istotne w tej historii. Ta opowieść powraca wielokrotnie w różnych odsłonach.

Ale ten trzon, ten pień - historia rodu Taworich, na którym osnuta jest historia, rozrasta się, pączkuje. Bardzo istotnym motywem silnie związanym z głównym tematem jest oczywiście zanurzenie w przyrodzie. Wiele tu fascynujących, pięknych opisów krajobrazu, opowieści o kwiatach, drzewach, owocach, zwierzętach, ale też o ciężkiej pracy w polu, w ogrodzie, w gospodarstwie. Przyroda hojnie obdarza człowieka swymi darami, ale bywa też niebezpieczna, okrutna, o czym boleśnie przekonują się bohaterowie. Kolejnym ważnym motywem powieści Meira Shaleva, spoiwem łączącym różne wątki, są odniesienia do Biblii, oczywiście do Starego Testamentu. To częste w literaturze izraelskiej. Tak bywa choćby u mojego ukochanego Amosa Oza czy u Zeruyi Shalev. Już sam tytuł nawiązuje do biblijnej opowieści o dwóch niedźwiedzicach, które wyszły z lasu i zjadły dzieci wyśmiewające się z proroka, a on rzucił na nie taką właśnie klątwę. Bardzo ważna jest też historia Abrahama i Izaaka, okrutna, kompletnie niezrozumiała z racjonalnego punktu widzenia. W niej też pojawiają się zresztą niedźwiedzice, tym razem chodzi o gwiazdozbiory. Znajdziemy też nawiązanie do opowieści o Rut. W ogóle książka usiana jest cytatami z Biblii choćby dlatego, że główna bohaterka, narratorka zarazem, to nauczycielka hebrajskiej Biblii w liceum w moszawie.

I tu dochodzimy do kolejnej warstwy "Dwóch niedźwiedzic" - opowieści o kobiecie, Rucie Tawori, wnuczce Ze'ewa i Rut. O kobiecie niezwykle oryginalnej. Muszę przyznać, że już dawno nie zafascynowała mnie żadna z powieściowych bohaterek, a w niej niemal się zakochałam. To ona opowiada, a robi to różnorodnie i fascynująco. Są tu i jej szkice, bo lubi pisać, i jej opowieści, które powstały dla jej synka, Netty, i rozmowa z Wardą, doktorantką, która przybywa do moszawu, aby przeprowadzać w nim badania, i wreszcie jej zwierzenia. Ta narracyjna różnorodność jest w powieści istotna, bo pokazuje różne stopnie wtajemniczenia. Moszaw kryje swoje tajemnice, ludzie wiedzą, ale milczą, a już na pewno obcym sprzedają inną, wygładzoną wersję zdarzeń. Tu brudy pierze się we własnym domu, tu o zbrodniach się milczy, tu na nieprawość przymyka się oko, bo ta nieprawość ma zawsze jakieś drugie dno. Tu samemu wymierza się sprawiedliwość. To kolejna warstwa powieści - opowieść o zamkniętej społeczności z jej wszystkimi zaletami, ale i wadami. Z nią łączy się inna, może drobniejsza, ale istotna - historie prawdziwe stają się literacką inspiracją. Ruta przetwarza rzeczywistość w swoich szkicach i opowieściach pisanych dla synka.

No właśnie, Ruta. To o niej miałam pisać, to nią się zachwycam. Jest dowcipna i rozgadana, bywa złośliwa i nie kryje swoich sądów o ludziach, niejednokrotnie bez ogródek nazywa kogoś idiotą,  romantyczna, a jednocześnie twardo stąpa po ziemi, samodzielna, pewna siebie, oczytana, wie, czego chce, cierpliwa, mądra. Oryginalna i trochę szalona. W tym bardzo męskim świecie, który Ruta oskarża, bo widzi, jak męskie ambicje, upór i sama męskość, a właściwie maczyzm, doprowadzają do tragedii i cierpienia, ona wybija się na niepodległość. Chce przerwać to męskie zaklęte koło, toczące się jeszcze od owego praczłowieka, który być może mieszkał w jaskini w dolinie obok drzewa karobu. Czasem zwycięża, czasem się cofa, czasem ponosi porażkę. Ale cierpliwie próbuje, bije się o swoje. Zupełnie nie udało się to jej babce, Rut, postaci tragicznej, naznaczonej wielkim cierpieniem, z którego nigdy się nie podniosła. Jej wnuczka, która też przeżyła tragedię, umiała sobie mądrze z nią poradzić. Bo jest to też opowieść o utracie, o nieszczęściu, o bólu i o tym, co potem. Jak dalej żyć. Mnie podejście Ruty jest bardzo bliskie. Jednoczesne przeżywanie żałoby i korzystanie z życia. Wielu uzna, że tak nie można, że tak nie wypada, że tak się nie da. A jednak jest to możliwe.  Bo życie trwa, toczy się dalej.

No i na koniec muszę dodać coś bardzo ważnego - to także historia miłosna. A właściwie historie miłosne. Mroczna, ta sprzed lat, i radosna, witalna, wesoła, gorąca - miłość Ruty i jej męża Ejtana. 

"Dwie niedźwiedzice" są powieścią na tyle wielowarstwową, tak bogatą, skrywającą tak wiele pokładów i znaczeń, że można by pisać jeszcze długo. Dlatego po prostu trzeba ją przeczytać, do czego gorąco namawiam. A ja zapisuję Meira Shaleva na listę moich ulubionych pisarzy i mam nadzieję, że nie skreślę go z niej po lekturze "Rosyjskiego romansu", po który zaraz sięgam. A coś takiego, aby czytać powieść za powieścią tego samego pisarza, jeszcze mi się chyba nie przydarzyło.

Olga Gitkiewicz "Nie hańbi"

Po książkę Olgi Gitkiewicz "Nie hańbi" (Dowody na Istnienie" 2017) sięgnęłam nie tylko dlatego, że była nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (do ścisłego finału nie weszła), a teraz znajduje się na liście nominowanych do Nike, ale przede wszystkim z powodu tematu. Bo Olga Gitkiewicz napisała książkę reporterską o pracy, a właściwie o polskim rynku pracy. I trzeba przyznać, że czyta się ją jednym tchem. Autorka pochodzi z Żyrardowa, jej babki i prababki były włókniarkami. Dlatego to właśnie Żyrardów stał się punktem wyjścia i punktem odniesienia dla reportaży opowiadających o tym, co dziś. Olga Gitkiewicz zastosowała w swojej książce podobny chwyt jak Filip Springer w swoim reportażu "13 pięter" o problemie mieszkaniowym w Polsce. Zderzyła obraz współczesnego rynku pracy z peerelowskim, przedwojennym, a nawet dziewiętnastowiecznym. Do tego celu Żyrardów i jej rodzinna historia nadawały się wspaniale. Różnica polega na tym, że w tej książce oba wątki przeplatają się.

Całość jest bardzo interesująca, ale historia Żyrardowa i szerzej - opowieści przedwojenne czy te z czasów PRL-u  szczególnie. Żałuję, że nie ma ich więcej. Same w sobie byłyby fascynującym tematem osobnej książki. Dowiadujemy się o początkach Żyrardowa, kiedy to obok fabryki stanęła wzorcowa dzielnica dla jej pracowników, o jego upadku w czasach międzywojennych, kiedy przeszedł w inne ręce, można powiedzieć, że został skolonizowany przez francuskiego właściciela - przejęty od polskiego rządu za ułamek rzeczywistej wartości, o ciężkiej, monotonnej pracy włókniarek, o bezrobociu, nędzy i czasach kryzysu w drugiej Rzeczpospolitej. Szczególnie działa na wyobraźnię tragiczna historia Juliana Blachowskiego, niegdyś bojownika o niepodległość, syberyjskiego zesłańca, w Niepodległej zdesperowanego robotnika zwolnionego z żyrardowskich zakładów, który zastrzelił Gastona Koehlera-Badina, nowego dyrektora zarządzającego i estetę (esteta ma w kontekście jego działalności wydźwięk bardzo ironiczny). Gitkiewicz, podobnie jak Springer czy Twardoch w "Królu", obala, jeśli jeszcze jest co obalać, mit przedwojennej Warszawy - luksusowej, rozbawionej. Warszawy eleganckich lokali, teatrów, kabaretów, takiż ulic i sklepów. Warszawy chętnie przyrównywanej do Paryża. Owe lata dwudzieste, lata trzydzieste radosne i roztańczone były tylko dla nielicznych. Bardzo ciekawe są też opowieści z czasów PRL-u, szczególnie o mało znanym strajku włókniarek z roku 1951, które zbuntowały się nie z powodów politycznych czy ideowych. Chodziło im o sprawy całkiem przyziemne, o brak mięsa i węgla.

A dzień dzisiejszy rynku pracy w Polsce? To opowieści, których czytelnik zainteresowany tematyką trochę się spodziewa. O wyzysku na przykład w gastronomii (jeden z przykładów to słynny niegdyś protest w warszawskich Krowarzywach), o korporacjach, o powrocie młodej matki do pracy i o ich sytuacji w pracy (dylemat - brać zwolnienia na chore dziecko czy nie), o mobbingu, o pracownikach bankrutującej Almy, o wypadkach w pracy, o szefach-jaśniepanach, którzy mają pracownika za nic. Dlaczego? Bo im wolno, bo dlaczego nie, bo mają władzę, bo w starciu z nimi pracownik jest bez szans. Jest też opowieść o mieście, w którym według statystyk bezrobocie w Polsce jest największe. To Szydłowiec. Jak wygląda prawda? Na przykładzie tego miasteczka Olga Gitkiewicz pokazuje całą komplikację badania rynku pracy w Polsce, szczególnie bezrobocia. Lubimy się pocieszać, że te wskaźniki  pompują osoby, które tak naprawdę pracy nie chcą, a rejestrują się, żeby mieć ubezpieczenie. Co ekspert to trochę inne spojrzenie na problem. Bo autorka rozmawia też z ekonomistami, socjologami, pracownikami urzędów pracy.

I tak przeplata się w tej książce - dawne ze współczesnym, doświadczenie osobiste z doświadczeniem innych, perspektywa zwykłego człowieka z perspektywą ekspertów, skala mikro ze skalą makro. Bardzo to wszystko ciekawe, przygnębiające i świetnie napisane. Kiedy trzeba mocno, kiedy trzeba ironicznie i zjadliwie.

PS. W czerwcu w wydawnictwie Czarne wychodzi kolejna książka reporterska o pracy - Marka Szymaniaka "Urobieni". Bardzo jestem jej ciekawa, szczególnie w kontekście tej, o której pisałam dziś.

Cezary Łazarewicz "Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej"

Książek kupuję tyle, że nie jestem w stanie czytać wszystkiego na bieżąco. Czasem zakup czeka i czeka na swoją kolej, gubi się gdzieś w czeluściach czytnika, innym razem biorę się za nowość od razu. Tak było w tym przypadku. Pchnięta ciekawością, dodatkowo motywowana spotkaniem z autorem, na które chciałam pójść, za najnowszy reportaż Cezarego Łazarewicza "Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej" (Czarne 2018) zabrałam się niemal natychmiast. Ma rację autor, mówiąc, że jest coś w tej głośnej sprawie, co rozpala wyobraźnię. W swojej książce opisuje między innymi kolejne fale zainteresowania tamtą zbrodnią i procesem, nie tylko przed wojną, ale i w PRL-u. W każdym razie i ja stałam się ofiarą tej ciekawości, i pewnie dlatego sięgnęłam po reportaż Łazarewicza. Tym bardziej, że całkiem niedawno obejrzałam sobie, po raz pierwszy, film Janusza Majewskiego "Sprawa Gorgonowej".

Muszę przyznać, że książkę czytałam niemal jednym tchem, gotowa zarwać noc, aby ją dokończyć. Na szczęście rozsądek zwyciężył i na finał musiałam czekać do następnego dnia. A "Koronkowa robota" jest naprawdę ciekawa, czyta się ją niemal jak kryminał albo powieść sensacyjną. Autor umiejętnie dozuje napięcie i zwodzi czytelnika, rzuca mu rozmaite tropy, co  szczególnie udaje mu się w drugiej części, w której prowadzi dziennikarskie śledztwo, starając się odpowiedzieć na dwa pytania - czy Gorgonowa rzeczywiście zabiła i jakie były jej dalsze losy. Czy znajduje rozwiązanie obu zagadek, a jeśli tak, to jakie, zdradzić oczywiście nie mogę. Trzeba przeczytać.

Jak wspomniałam, reportaż składa się z dwóch części. Pierwsza to lata 1931 -33 - rekonstrukcja zbrodni, dwóch procesów i, co równie ważne, atmosfery tamtych lat. A sprawa budziła ogromne zainteresowanie. Zaremba był we Lwowie postacią znaną, szanowaną, cenionym architektem. Opinia publiczna i media natychmiast wydały wyrok na Gorgonową. Była tak znienawidzona, że gdyby nie ochrona policji, przynajmniej raz mogłoby dojść do linczu. Jedynie Irena Krzywicka, która relacjonowała proces dla Wiadomości Literackich, stawała w jej obronie. Widać zresztą, że i ona pisała swoje teksty pod z góry założoną tezę, więc świadomie czy nie manipulowała czytelnikiem. Pokazywała bezbronną kobietę, samotną, zaszczutą przez stado mężczyzn. Bo to mężczyźni byli wtedy sędziami, prokuratorami, policjantami, zasiadali na ławie przysięgłych. Kobiety stanowiły publiczność, daleko na galerii, też wrogo nastawione.

Bo kim była Gorgonowa? Uzurpatorką, boną, kochanką pana, wyrodną macochą dla jego dzieci, cudzoziemką. Chociaż Łazarewicz akurat temu faktowi nie przypisuje zbyt dużej roli. W jego rekonstrukcji tamtej sprawy i panującej wokół niej atmosfery pochodzenie Gorgonowej nie jest specjalnie istotne. Pokazuje ją za to jako kobietę, która od początku nie miała łatwego życia. Wydana za mąż jako piętnastolatka, wyrwana z rodzinnego środowiska, pojechała za mężem do Lwowa, gdzie nie znała nikogo. Potem, kiedy on najpierw poszedł na wojnę, a potem za chlebem wyjechał do Ameryki, była zdana na łaskę, a raczej niełaskę teściów. Bez środków do życia. Jak mówiła o sobie Irenie Krzywickiej - jest jak suka, bo rodzi dzieci, które jej potem odbierają. Syna z pierwszego małżeństwa - teściowie, Romusię - Zaremba, a Ewę - państwo.

Część druga to, jak wspominałam, dziennikarskie śledztwo. Oprócz szukania odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście to ona zabiła, wszak oskarżenie w dużej mierze opierało się na poszlakach, bardzo twardych dowodów nie było, i na drugie, co się z nią stało, kiedy w 1939 roku po wybuchu wojny wyszła z więzienia, Łazarewicz stara się dowiedzieć, czy śledztwo i proces były prowadzone rzetelnie, czy dzisiaj dzięki postępowi nauki dałoby się lepiej badać znalezione ślady. Ale przede wszystkim pokazuje dalsze losy innych bohaterów tej historii. Pisze o córkach Gorgonowej, Romusi, która była wtedy małym dzieckiem, i drugiej, Ewie, urodzonej w więzieniu, nigdy nieuznanej przez ojca, ale także o ogrodniku Kamińskim, na  którego zrzucali winę wszyscy ci, którzy nie wierzyli, że to Gorgonowa zabiła. No bo jeśli wykluczono kogoś z zewnątrz, a wykluczono, to kto dokonał tej zbrodni? Przecież nie ojciec, nie brat. Więc albo ona, albo ogrodnik. Łazarewicz pokazuje, ilu ludziom tamta sprawa złamała życie. Jak do końca się z niej nie otrząsnęli. Jak żyli z piętnem. Ewa - córki tej strasznej morderczyni. Jakby to dziecko odpowiadało za zbrodnię matki. Ona zresztą jest chyba największą ofiarą tamtej sprawy. Miała tragiczne dzieciństwo - samotna, bez rodziny, musiała jeszcze poradzić sobie z pytaniem, dlaczego matka nigdy jej nie odnalazła. Drugą ofiarą stał się ogrodnik Kamiński. Zmagał się z piętnem mordercy, które szczególnie  przykleiło się do niego po artykule opartym na fałszywych przesłankach. Pewien dziennikarz po raz kolejny odgrzebał tamtą sprawę i natychmiast wywołał falę ponownego zainteresowania. Do dziś ślady tych pomówień można znaleźć w internecie.

I to chyba, oprócz wątku sensacyjnego, jest największą zaletą reportażu Łazarewicza. Pokazanie, ile nieszczęść kryje się za zbrodnią, ile osób, niewinnych, obrywa rykoszetem, jak wszystko jest skomplikowane i niejednoznaczne. Nie muszę chyba pisać, że po książkę naprawdę warto sięgnąć.

Carlo Emilio Gadda "Niezły pasztet na via Merulana"

Jakieś dwa lata temu w jednym z telewizyjnych programów o literaturze usłyszałam o wydanej właśnie wtedy powieści "Nasze dni wczorajsze" niemal nieznanej w Polsce, nieżyjącej już włoskiej pisarki Natalii Ginzburg. Przeczytałam i zachwyciłam się. To jedno z najlepszych moich czytelniczych odkryć, książka świetna, przejmująca. Kto nie słyszał, co wcale mnie nie dziwi, bo powieść wydało niszowe wydawnictwo Austeria i prawie się o niej nie mówiło, nie czytał, niech to zrobi koniecznie! Piszę o tym, bo między innymi echa tamtej lektury miały wpływ na to, że pod wpływem znakomitej recenzji Justyny Sobolewskiej nie tylko kupiłam, ale też niemal natychmiast przeczytałam powieść również niemal nieznanego w Polsce, również nieżyjącego Carlo Emilio Gaddy "Niezły pasztet na via Merulana" (PIW 2018; przełożyła Anna Wasilewska). Wprawdzie lekko się zawahałam, kiedy w krótkiej recenzji wyczytałam, że Gadda marzył podobno o napisaniu powieści realistycznej, ale pod jego piórem każda historia zaczyna pączkować - widzimy niesłychaną siłę języka, która rozsadza ramy historii i prowadzi czytelnika w nieznane. Mimo wszystko miałam nadzieję na wielką literacką przygodę. Cóż, z przykrością i lekkim ociąganiem przyznaję, że przez powieść brnęłam może nie tyle z trudem, ile bardziej ze znużeniem, zniecierpliwieniem i poczuciem, że to jednak rzecz dla bardzo wyrafinowanego czytelnika. Jakim cudem wydana w 1957 roku powieść ponad sześćdziesięcioletniego pisarza stała się we Włoszech bestsellerem, trudno mi dzisiaj zrozumieć. Gadda miał już za sobą wiele książek, ale dopiero właśnie ta przyniosła mu popularność, jednocześnie stając się zaczynem nowego we włoskiej literaturze. Cóż, czasy były inne, czytelnicy też, być może jest to też kwestia tego, że Włosi odnaleźli w tej powieści liczne aluzje i odniesienia do swojej  literatury, które w Polsce zrozumie tylko italianista albo ktoś bardzo obyty z włoską literaturą.

"Niezły pasztet przy via Merulana" to kryminał, ale tylko pozornie,  o czym od razu wiedziałam, więc nie to było przyczyną mojego rozczarowania, tym bardziej, że od dobrych kilku lat nie sięgam po ten rodzaj literatury, bo w nadmiarze lektur z czegoś trzeba zrezygnować. Zaczyna się od kradzieży klejnotów w kamienicy przy via Merulana, kilka dni później w tym samym miejscu dochodzi do brutalnego morderstwa i kolejnej kradzieży. Potem jest śledztwo, ale ono nie ma większego znaczenia. Najlepszym dowodem na to jest brak ostatecznego rozstrzygnięcia. Nie o zagadkę tu chodzi, ale o opowieść o świecie, który jest jak kłębek, gdzie plączą się liczne nitki, a wyciągnięcie jednej niewiele daje. Taki świat niełatwo zrozumieć, niełatwo dociec przyczyn tego, co się dzieje. Nie ma zresztą jednej przyczyny. Książka, jak już wspomniałam, jest pełna odniesień do włoskiej literatury, między innymi do Dantego, do filozofii. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się z posłowia tłumaczki, w którym pisze o autorze, o historii powieści, o jej interpretacji i trudnościach z przekładem. Przyznaję, że dla mnie ta erudycyjna sfera była całkowicie niedostępna.

Przyjemność wobec tego powinien stanowić język równie ważny w powieści Gaddy. Niestety jakoś nie dałam się uwieść. Trudność polega nie tylko na tym, że pisarz używa wielu dialektów, także w narracji, dość swobodnie nimi żonglując. Znacznie większym wyzwaniem są fragmenty naszpikowane nazwiskami, terminami, cytatami i słowami niezrozumiałymi. O ile nazwiska, terminy i cytaty objaśnione są w przypisach, o tyle słownictwo oczywiście nie. Trudno tego wymagać od wydawcy. Kolejnym problemem jest nieokiełznana wyobraźnia Gaddy, która stale sprowadza go na manowce. Wszystko, dosłownie wszystko może stać się zalążkiem nowej opowieści, a raczej opisu, dygresji, rozbudowanego porównania. Opowieść pączkuje, meandruje, odchodzi od głównego nurtu. Podążanie za wyobraźnią pisarza czasem sprawia przyjemność, czasem nuży. Trzeba czytać bardzo uważnie, aby się w tym nie pogubić i odczuć radość z lektury. Na dodatek mieszały mi się nazwiska, postacie, szczególnie prowadzący śledztwo policjanci. 

Na pewno jest to powieść dla wymagającego i wytrawnego czytelnika. Uczucia mam mieszane - czasem wydaje mi się, że mogłam sobie "Niezły pasztet przy via Merulana" darować, innym razem myślę, że mimo wszystko było warto.

PS. Niedawno, już po lekturze powieści, wysłuchałam w TOK FM pasjonującego wywiadu, jaki przeprowadził Paweł Sulik z tłumaczką książki. To nie zmienia jednak faktu, że książka niestety mnie pokonała.

 

"Zimna wojna"

O sukcesie "Zimnej wojny" Pawła Pawlikowskiego nie sposób było nie usłyszeć. Świetne przyjęcie na festiwalu w Cannes, nagroda za reżyserię, znakomite recenzje. Wielka wrzawa, wielki szum. Jak zawsze w takich wypadkach, kiedy idę do kina, to po pierwsze wydaje mi się, że wszystko o filmie już wiem, a po drugie moja przekorna natura każe zastanawiać się, czy i ja się zachwycę. Różnie bywa. Czasem entuzjazm i mnie się udziela, czasem wychodzę rozczarowana. Tak było z "Twarzą" Małgorzaty Szumowskiej, która pozostawiła spory niedosyt. Dlatego z wielką ciekawością szłam na "Zimną wojnę". Chociaż na mnie nie podziałała tak, jak rasowy melodramat działać powinien, chociaż nie poryczałam się po seansie, a zdarza mi się skrzętnie ukrywać łzy, to wyszłam z kina w nastroju bardzo melancholijnym, a właściwie zgnębiona. Bo jest w tym filmie coś takiego, co sprawia, że rzeczywiście trudno się od niego uwolnić. Piszę te słowa w niedzielne przedpołudnie, w kinie byłam wczoraj, a wciąż mam w głowie obrazy z "Zimnej wojny". Smutną, zrezygnowaną twarz Wiktora (świetny Tomasz Kot), zadziorną minę Zuli (świetna Joanna Kulig), paryskie poddasze, roztańczone dziewczyny z zespołu Mazurek, paryską ulicę, pokryte śniegiem pola polskiej wsi, ruiny kościoła i boskie oko widoczne na zniszczonym fresku. A w głowie stale brzęczy mi muzyka. Bo "Zimna wojna" działa przede wszystkim obrazem i muzyką. Czarno-białe kadry sfotografowane przez Łukasza Żala są malarsko piękne, muzyka od ludowej po jazzową zaaranżowana przez Marcina Maseckiego jest jednym z bohaterów. Ale ten oszczędny film niekoniecznie spodoba się wszystkim. Nie jestem przekonana, czy może liczyć na masową widownię, bo kto spodziewa się klasycznego melodramatu, ten może się rozczarować. Historia jest bardziej naszkicowana niż opowiedziana, widz sam musi sobie dopowiadać to, czego nie ma na ekranie, a jego wyobraźnia może biec w różne strony. Ja w każdym razie nabieram coraz większej ochoty, aby "Zimną wojnę" obejrzeć jeszcze raz. A kto już film widział, może czytać dalej, aby skonfrontować swoje refleksje z moimi. Zapraszam.

Opowieść Pawła Pawlikowskiego to historia miłości Zuli, dziewczyny z prowincji, i Wiktora, muzyka - pianisty, dyrygenta. Jak podaje dystrybutor historia wielkiej i trudniej miłości dwojga ludzi, którzy nie potrafią być ze sobą, a jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. Jednym słowem miłości niemożliwej. Niemożliwej nie tylko dlatego, że w pewnym momencie zaczyna ich dzielić żelazna kurtyna. Powodów jest wiele. Jeden z nich to różnica osobowości i pochodzenia. Zula, dziewczyna z prowincji, najprawdopodobniej z prostego domu, z wyrokiem w zawieszeniu, który na niej ciąży i determinuje wiele jej działań. I Wiktor, wrażliwy, wykształcony muzyk. Ona gwałtowna, trochę nieokrzesana, z niewyparzoną gębą, sprytna, twardo stąpająca po ziemi, a jednocześnie z kompleksem niższości, który szczególnie odczuwa w towarzystwie Wiktora. Rozdarta między miłością do niego, a pragmatyzmem, który każe jej lawirować, aby jakoś się ustawić, jakoś żyć w tych trudnych czasach. Dla niej zespół Mazurek to być albo nie być. To możliwość awansu, wyrwania się nie tylko z prowincji, ale i od ojca, który, jak powie z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością, pomylił mnie z matką. Dlatego będzie meandrować pomiędzy aparatczykiem i karierowiczem Kaczmarkiem, a Wiktorem. Nie ma żadnego moralnego dylematu, kiedy do repertuaru Mazurka zgodnie z oczekiwaniem władz i za skwapliwym przyklaśnięciem Kaczmarka wkrada się polityka. Coś za coś, albo będziemy szlachetnymi, ale gołymi pięknoduchami, albo oddamy cesarzowi co cesarskie i liźniemy choć trochę wielkiego świata. A Berlin, Moskwa to już w tamtych czasach wielki świat, a Jugosławia czy Paryż jeszcze większy. Zuli bliżej do swojskiego, prymitywnego Kaczmarka, który też przecież potrafi być sympatyczny i ludzki. Kiedy mówi, że słuchając koncertu, przeżył najpiękniejszy dzień w swoim życiu, chociaż wcześniej  ludowizną gardził, wierzymy mu. Ale to nie my decydujemy o miłości, to ona decyduje za nas, dlatego Zula miota się pomiędzy Kaczmarkiem, a wrażliwym Wiktorem. I on musi iść na kompromisy, nie może przecież rzucić pracy w Mazurku, pozwala sobie tylko na nieśmiały sprzeciw. W wyjeździe do Berlina dostrzega swoją szansę. To rok 1949, mur jeszcze nie stoi i przejście na drugą stronę jest możliwe. Zrobi to, mimo że nie doczeka się na Zulę, co ona po latach skwapliwie mu wypomni. Ja bym bez ciebie nie poszła, powie (cytat z zawodnej pamięci).

Ale wolność kosztuje. W tym lepszym świecie Wiktor będzie musiał walczyć o siebie, o pieniądze, będzie musiał nauczyć się funkcjonować w muzycznym biznesie, zabiegać o uznanie, wchodzić w układy. W Polsce polityka, we Francji stroma droga do kariery. A może nawet nie o karierę idzie, może o utrzymanie się w muzycznym świecie. Tego nie będzie umiała zrozumieć Zula. Nie odnajdzie się w Paryżu. Przetłumaczone na francuski słowa ludowej piosenki "Dwa serduszka, cztery oczy", która jest muzycznym przewodnikiem po filmowej opowieści, brzmią nieprawdziwie nie tylko dlatego, że przekładu dokonała poetka, o którą ona jest zazdrosna. Nagrana płyta wyda jej się pusta, nieszczera, będzie owocem kompromisów. Bycie razem, wspólna codzienność zabija ich uczucie, nie potrafią być ze sobą, ale nie potrafią też być osobno, szczególnie Wiktor. Może nie chce powtórzyć błędu, który raz popełnił, dlatego gotów jest na każde szaleństwo. Czy warto? Czy warto rujnować sobie życie dla kapryśnej Zuli? Kim ona jest? Femme fatale, jak chcą niektórzy? Ile w niej wyrachowania, a ile szczerości? Czy ostatni gest to zabawa, makabryczny żart czy gest rozpaczy? Albo gest romantycznych kochanków, których miłość przetrwa śmierć, bo jest wieczna? Zastanawiam się, na ile Paweł Pawlikowski wykorzystał w swoim filmie mit romantycznej miłości, która gubi się w codzienności, spełnia się w cierpieniu i za nic ma śmierć? Ja tu ten mit dostrzegłam. A jeśli był to zabieg świadomy, to czy przypadkiem nie zakpił z niego? Czy ostatnie zdanie, które wypowiada Zula, przesiądźmy się na tamtą ławkę, bo z niej jest ładniejszy widok, należy odbierać poważnie czy właśnie jako kpinę? Będzie tak, jak odczyta to widz. Bo taka jest też historia Zuli i Wiktora - niedopowiedziana, nieoczywista, dająca pole do spekulacji i własnej interpretacji.

Zula i Wiktor biorą swój ślub w zrujnowanym kościele. Ten obraz nie daje mi spokoju. Jest bardzo mocny, pojawia się w filmie dwukrotnie - gdzieś na początku, kiedy Irena (Agata Kulesza), Wiktor i Kaczmarek jeżdżą po wsiach i zbierają ludowe pieśni, i właśnie na samym końcu. Za każdym razem odbywa się to tak samo. Oko kamery patrzy przez zrujnowaną kopułę gdzieś w górę, w niebo, na ścianie widać zniszczony fresk, ale boskie oko jest wyraźne. Kto tam wchodzi za pierwszym razem? Chyba Kaczmarek. Czy w tym zniszczonym świecie jest Bóg? Czy patrzy, czuwa, martwi się, płacze nad losem swoich dzieci? Zula kilkakrotnie powtarza, że w Boga wierzy, ale żyje trochę tak, jakby Go nie było, tylko czasem ogarnia ją trwoga. Wiktor nie odpowiada jej na to pytanie. Na ile ten zrujnowany kościół jest odniesieniem do zrujnowanego kościoła w "Popiele i diamencie" Wajdy? Jakie ma znaczenie to, że biorą swój ślub właśnie w nim? To pytania, które sobie stawiam, chociaż niełatwo znaleźć odpowiedzi.

Ale film Pawła Pawlikowskiego to też opowieść o dwóch światach, o powojennej Europie, o przepaści, o dziejowej niesprawiedliwości. O tej tytułowej zimnej wojnie i żelaznej kurtynie. Kiedy Wiktor przekracza granicę, to wieczorny Berlin Zachodni widziany przez mgnienie jest jak inny świat. Tak samo, albo jeszcze wspanialej, wygląda czarno-biały Paryż fotografowany przez Łukasza Żala. Gwarne knajpy rozbrzmiewające jazzem, eleganckie przyjęcia, piękne ulice. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny wszystko jest ubogie i przaśne. Inne są też oczekiwania, problemy i dylematy. Tam po prostu życie, tu życie zdeterminowane przez politykę i Historię. I tylko przypadek sprawia, gdzie się rodzisz. To on determinuje twój los, nie masz wyboru. I jedni drugich nie zrozumieją. Dlatego obraz powojennej Polski nie jest prześmiewczy, piszę to do tych, którym taka myśl przyszła do głowy, jest po prostu prawdziwy. Tak było i nie nasza w tym wina. Zdjęcia Łukasza Żala, szczególnie te, na których są ludzie, przypominają stare fotografie. Zdają się mówić, to już przeszłość,  historia, odległy czas. I miejmy nadzieję, że już się nie powtórzy. Czy w tym kontekście "Zimna wojna" to ostrzeżenie?

Jak już wspominałam, bohaterem filmu jest muzyka. Słyszałam  ją i słyszę, ale wymądrzać się na ten temat nie będę, bo po pierwsze strasznie się rozpisałam, a po drugie nie jest to, nad czym ubolewam, moja mocna strona, więc zostawiam tę warstwę innym.

"Zimna wojna" okazała się jeszcze lepsza, niż myślałam. Dała pole do wielu refleksji.

PS. Podobno to nie kościół tylko cerkiew. To prawdopodobne, bo kiedy Wiktor i Irena jeżdżą po wsiach w poszukiwaniu muzyki, mowa jest o pieśniach łemkowskich.

 

"Książę i dybuk"

Od dawna czekałam na nagrodzony w Wenecji najnowszy dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego, autorów znakomitego "Efektu domina". Tym razem zafascynowani historią Michała Waszyńskiego postanowili zmierzyć się z pytaniem, kim naprawdę był, jaką tajemnicę skrywał. Jeśli czytelniku tej notki nie wiesz nic albo prawie nic o bohaterze tego dokumentu, jeśli udało ci się nie wysłuchać ani nie przeczytać żadnego wywiadu z twórcami, żadnej recenzji, żadnej informacji od producenta, a chcesz mieć niespodziankę i jeszcze większą przyjemność, to nie czytaj dalej, tylko idź do kina, bo naprawdę warto. Powinno ci wystarczyć zapewnienie, że film jest znakomicie zrobiony i trzyma w napięciu, bo twórcy podążają tropem Michała Waszyńskiego, polskiego księcia i filmowca, który w przedwojennej Polsce kręcił cieszące się wielką popularnością filmy, a po wojnie osiadł we Włoszech i współpracował z tuzami filmowego świata. Współprodukował choćby "Upadek Cesarstwa Rzymskiego", wielką superprodukcję. Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć, ale ponieważ bohater filmu to postać znana i informacje o nim można znaleźć jednym kliknięciem, to jednak trochę jeszcze napiszę.

Niewiera i Rosołowski próbują zmierzyć się z zagadką jego życia. Jak to się stało, że polski Żyd z Kowla, syn kowala, stał się księciem i ważnym człowiekiem europejskiego, a nawet światowego kina? Dlaczego ukrywał swoją prawdziwą tożsamość i udawał kogoś, kim przecież nie był? Dlaczego niczym kameleon zmieniał kilkakrotnie skórę i zaczynał kolejny fascynujący rozdział w swoim życiu? Może kluczem do jego historii jest przedwojenna ekranizacja "Dybuka" An-skiego nakręcona w języku jidisz, tak inna od wszystkiego, co robił wcześniej i potem. Niewiera i Rosołowski czynią ją lejtmotywem swojego dokumentu. Kilka melancholijnych scen z "Dybuka" powraca niczym mantra. Przenikają się z opowieściami o nim, z fragmentami zdjęć z czasów i miejsc, w których żył Waszyński. Oglądamy żydowskie sztetle, przedwojenną elegancką Warszawę, szlak przemierzany z armią Andersa, Rzym lat pięćdziesiątych. Kontrapunktem dla obrazów z przeszłości są odwiedziny ekipy filmowej w miejscach związanych najsilniej z jego życiem. Przejmują czytane zza kadru fragmenty dzienników Waszyńskiego, pełne tęsknoty za przeszłością, za czymś, co utracił. Nawet jeśli zna się jego historię, nawet jeśli wysłuchało się rozmowy z twórcami, to film i tak trzyma w napięciu. Znakomite są zdjęcia, które budują nastrój melancholii i smutku. Ale jednocześnie od osób wypowiadających się na ekranie najczęściej  bije radość, pogoda ducha i energia. Bardzo ciekawy i świetnie zrobiony film.

PS. Waszyński, chociaż w pewnym okresie swojego życia miał żonę, był homoseksualistą, czego nie ukrywał. W filmie pojawia się również ten wątek, chociaż nie stanowi głównego tematu opowieści, dlatego wcześniej o nim nie wspomniałam. 

Indyjskie lektury (III) - Arundhati Roy "Indie rozdarte"

Kolejna odsłona indyjskich lektur, na razie ostatnia, i raz jeszcze Arundhati Roy. Tym razem


sięgnęłam po jej trzy eseje (?) wydane w Polsce pod tytułem "Indie rozdarte" (Wielka Litera 2014; przełożył Krzysztof Umiński). Chociaż książka ukazała się w serii Strefa Reportażu, to tylko środkowy tekst można tak zaklasyfikować, pierwszemu i trzeciemu zdecydowanie bliżej do eseju, ale w gruncie rzeczy nie ma o co kopii kruszyć. Temat i temperatura "Indii rozdartych" na tyle mnie zafrapowały, że poszukałam sobie wywiadów z pisarką. Okazuje się, że Arundhati Roy zabiera w swoim kraju głos w ważnych sprawach społecznych. Mówi i pisze głośno, co myśli, wsadza kij w mrowisko albo raczej, jak sama to określiła, rzuca granat i patrzy, co będzie. Jest dyskusja, ale jest też wrzawa, krytyka i wściekłość. U nas przypięto by jej łatkę lewaczki, które to określenie od jakiegoś czasu stało się w naszym kraju jedną z gorszych obelg. Tak, Arundhati Roy na pewno ma lewicowe poglądy, bo ujmuje się za tymi, o których się nie pamięta, nie mówi. A to ich kosztem odbywa się rozwój Indii. Tracąc wszystko, niestety nic nie zyskują. Jej teksty świetnie korespondują z tym, co w Polsce pisze Artur Domosławski w swoich reportażach o Ameryce Południowej i tych zamieszczonych w "Wykluczonych" (jeszcze nie czytałam, czekają w czytniku na swoją kolej!). Ciekawa jestem, czy są tam teksty o Indiach, z notki wydawcy wynika, że nie, a to także temat dla niego. O podobnych problemach pisał też w swojej znakomitej książce "Delhi. Stolica ze złota i snu" Rana Dasgupta. Te lektury, także obie powieści Arundhati Roy, sprawiają, że Indie przestały być dla mnie krajem z romantycznego snu, krajem, gdzie jedzie się, jak bohaterowie najnowszego reportażu Wojciecha Jagielskiego, w poszukiwaniu duchowego oczyszczenia i oświecenia, mityczną krainą Shangri-La.

O czym pisze Arundhati Roy? Tematem jej tekstów jest tragiczny los plemion żyjących w lasach i dżunglach w Indiach środkowych. Ponieważ ziemie te kryją mnóstwo cennych surowców naturalnych, ludzie ci wyrzucani są ze swoich wiosek, ze swojej ziemi, bo wielkie koncerny, międzynarodowe, ale także indyjskie, chcą te tereny eksploatować. Problem również w tym, że niektóre plemiona wierzą, że płaskie wzgórza, w których kryje się boksyt, to bogowie. Niszcząc je, dokonuje się zamachu na ich świętość. W obliczu wielkich pieniędzy nic się jednak nie liczy. Ważny jest wzrost, PKB i inne mierniki ekonomicznego rozwoju. Szkoda tylko, że rozwój nie przekłada się na poprawę losu najbiedniejszych, tych milionów wykluczonych. Prawo indyjskie, gdy w grę wchodzą bogactwa naturalne, pozwala zabierać ziemię. Można też bardzo łatwo,  podstępnie zdobyć ją, o czym również pisał Rana Dasgupta we wspomnianej już w tej notce książce.

Skoro za ludźmi wyrzucanymi ze swoich wiosek nikt się nie ujmuje, nic dziwnego, że lgną oni do maoistowskiej partyzantki, jedynej siły stającej w ich obronie, oferującej konkretną pomoc. To z kolei staje się wodą na młyn nie tylko rządzących, ale także mediów i intelektualistów. Nikt już nie dostrzega pierwotnego problemu, nie zadaje sobie pytania o przyczyny i skutki, bo problemem staje się walka z maoistowską partyzantką. Mieszkańców terenów, o które toczy się spór, okrzykuje się terrorystami, co daje rządzącym pretekst, aby powoli przekształcać Indie w państwo policyjne. Okrucieństwo policji, wojska i służb specjalnych, które pod pretekstem walki z terrorystami dopuszczają się pospolitych przestępstw, nie tylko torturują schwytanych, ale po prostu grabią i gwałcą kobiety, nakręca przemoc. I tak to się toczy. Krytycy Arundhati Roy, która nie kryje swojej sympatii dla mieszkańców terenów, po które rękę wyciąga biznes, ale jednocześnie trzeba jasno podkreślić, że nie zgadza się z poglądami głoszonymi przez maoistów, zarzucają jej, że akceptuje przemoc. Pytają, dlaczego wywłaszczani z ziemi chłopi nie sięgają po metody biernego oporu rozpropagowane przez Gandhiego. Pisarka zabija ich śmiechem. Kiedy wszyscy są obojętni, milczą albo akceptują to, co robi rząd, w zetknięciu z potężnym, wszechwładnym biznesem metody Gandhiego stają się po prostu nieskuteczne, żeby nie powiedzieć śmieszne.

Arundhati Roy nie kryje emocji, nie owija swoich poglądów w bawełnę, jasno opowiada się po stronie wykluczonych, uciskanych i ograbianych, pokazując całe skomplikowanie tej sprawy. Żeby zobaczyć, jak to wygląda od środka, spędziła kilka tygodni wśród partyzantów i mieszkańców wiosek, o które toczy się walka. I o tym opowiada środkowy tekst będący rzeczywiście reportażem. Bardzo to wszystko ciekawe i przerażające. Kto był w Indiach albo się tam wybiera, powinien książki, o których dziś wspominałam, przeczytać koniecznie, żeby w postrzeganiu tego kraju wznieść się ponad stereotypy.

PS. Arundhati Roy przyjedzie w tym roku do Krakowa na Festiwal Conrada.

Indyjskie lektury (II) - Wojciech Jagielski "Na wschód od zachodu"

Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego "Na wschód od zachodu" (Znak 2018) pojawiła się w znakomitym dla mnie momencie. Byłam akurat po jednej książce Arundhati Roy a przed drugą, więc korespondując z nimi tematem, stała się znakomitym przerywnikiem. Już poprzedniej wiosny słyszałam, że Jagielski pisze rzecz o hipisach wędrujących w latach sześćdziesiątych z owego tytułowego Zachodu na wschód, czyli do Indii. Były to podróże drogą lądową przez Turcję, Iran, koniecznie Afganistan. Powiedziałabym, że przeczytałam "Na wschód od zachodu" jednym tchem, ale to nieprawda, bo okoliczności nie sprzyjały. Pochłaniałam ją kawałkami, ale za to intensywnie.

Książka składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy, najkrótszy, trochę osobny, jest czymś w rodzaju wprowadzenia w temat i sposób opowiadania. To zabawna historia kilku współczesnych obieżyświatów, naśladowców dzieci kwiatów,  na których Jagielski natknął się gdzieś w indyjskim Radżastanie. Właśnie wrócił z Afganistanu, odpoczywa i czeka na wiadomość od kogoś, aby z kimś innym się spotkać. Czas zabija między innymi rozmowami z nimi, a oni tak mu zazdroszczą tego Afganistanu, tak by chcieli tam pojechać. Afganistan, Jagielskiemu kojarzący się z wojnami, im jawi się jako fascynująca, niemal mityczna kraina. Jakby nie znali jego tragicznej historii. Dla ich poprzedników, prawdziwych dzieci kwiatów, był ważnym przystankiem w drodze do Indii. Ale ci, których pisarz spotkał w Radżastanie, są naiwni naiwnością ludzi Zachodu bezkrytycznie zafascynowanych Wschodem. Mnie wydają się nieco groteskowi, ale Jagielski traktuje ich z pobłażliwością i sympatią.

Już w tej części autor miesza czasy i opowieści. Historia spotkania przeplata się ze wspomnieniami reportera z miejsc, o których mówią jego młodzi znajomi, i z historiami miejscowych, właścicieli hotelików, sklepików, stad wielbłądów. Tak będzie i w części drugiej, najdłuższej, której bohaterem jest Święty. Hipis - weteran, dziś już siedemdziesięcioletni, który razem z poznanymi w Amsterdamie dziećmi kwiatami wyruszył niegdyś w długą podróż do Indii. Teraz obaj tkwią w Delhi odciętym od świata z powodu zamieszek w sąsiednim stanie, a zabijając czas, rozmawiają ze sobą. Święty został w Indiach na zawsze, uciekł od świata i ludzi odtąd dotąd, jak ich nazywali hipisi, ale czy znalazł to, czego szukał? Czy jest szczęśliwy? Czy uciekając, zyskał coś w zamian? Jakie znaczenie, jaką wartość ma to, co robił, jak żył? Właśnie znalazł się na zakręcie, uciekł z Goa, gdzie najczęściej mieszkał, bo zaszły tam za duże zmiany. Dawna portugalska kolonia stała się mekką zachodnich turystów pełną zgiełku, głośnej muzyki, śmieci, alkoholu i narkotyków. Zamiast rybackich wiosek, w których mieszkał, pojawiły się hotele i rzędy nadmorskich knajp. Historia Świętego to także opowieść o jego niespełnionej miłości do poznanej jeszcze w Amsterdamie Nancy, z którą razem wyruszył w drogę. On z miłości gotów był gdzieś osiąść, zostać z nią, ale ona była prawdziwym dzieckiem kwiatem, hołdowała wolnej miłości.

Czytałam "Na wschód od zachodu" z wielkim zainteresowaniem. Wszystko mnie w tej książce ciekawiło. I opowieści o hipisowskim ruchu, i wspomnienia Jagielskiego z jego podróży, czasem pamiętałam je już z jego książek, czasem nie, i historie jego hinduskich znajomych stanowiące często kontrapunkt dla historii hipisów, wreszcie same Indie, które też, trochę pośrednio, trochę przy okazji, są bohaterem tej książki. Jak zwykle pięknie to wszystko Jagielski opowiada, literacko podkręca. Świetna lektura, gatunkowo lżejsza od jego poprzednich reportaży.

Aż nastąpił rozdział trzeci. Opowieść o Kamal, Polce, córce dalekiej znajomej reportera, dziewczynie z tak zwanego dobrego domu, a nawet bardzo dobrego, która w latach dziewięćdziesiątych wyruszyła do Indii, zahaczyła nawet o ten mityczny Afganistan, zaginęła w nim, aby się odnaleźć, a potem została w Indiach. Została to mało powiedziane. Ona uciekła naprawdę - od Europy, od rodziny, od kariery, od dawnego życia, od przyszłości, zapewne odtąd dotąd. Uciekła i przeszła prawdziwe przeobrażenie, stała się hinduistką, ciągle w drodze z południa na północ, a potem z północy na południe, od aśramu do aśramu, od jednego bramina do drugiego, od jednego guru do drugiego. Ciągle w drodze niczym sadu. Pragnęła przejść wielką przemianę, doznać oświecenia, stać się wolna. Od trzynastu lat przemierza tę drogę z synem. To na nią czekał w Delhi Jagielski, to z nią chciał się spotkać. Jej historia jest i fascynująca, i zdumiewająca zarazem. To opowieść o kimś, kto całkowicie odrzucił swoją dawną tożsamość, zerwał wszystkie więzi, odszedł od cywilizacji, wyrzekł się wszelkich wygód, odstał od zdobyczy cywilizacji, skazał się na życie na marginesie, uwierzył, jak Hindusi, że Ganges, a właściwie Ganga, to bogini, której wody uzdrawiają, oczyszczają, przynoszą ukojenie. Ta historia skłania do postawienia istotnych pytań. Tym bardziej, że syn Kamal, wychowywany jak Hindus i nim w istocie będący, zaczyna dorastać i wybijać się na niepodległość. Chociaż matka chroni go przed tym, od czego sama uciekła, on coraz chętniej zerka w tamtą stronę. Zadaje pytania, ma żyłkę do interesów i świetnie radzi sobie ze smartfonem czy komputerem. Czy w imię wyznawanych ideałów Kamal pozwoli mu iść własną drogą, w stronę przeciwną niż ona? Przyznam, że mnie, podobnie jak Jagielskiemu, jej wybór trudno zrozumieć i zaakceptować. Czytałam ten rozdział z fascynacją i zdumieniem, chciałam wiedzieć, co będzie dalej i nadziwić się nie mogłam takiej życiowej drodze.

Ta historia napisana jest zupełnie inaczej. Bez dygresji, innym językiem, z punktu widzenia Kamal i jej syna. Przypomina opowiadanie bardziej niż część reportażu. Zaczęłam zastanawiać się nawet, czy Kamal istnieje naprawdę, czy nie została wymyślona. Dziennikarz staje się tu kimś z zewnątrz, obcym ciałem, natrętem, który mąci spokój, przeszkadza, niepokoi, jak niepokoją zmiany zachodzące w synu. I na koniec zaskoczenie, a jednocześnie rozwiązanie zagadki, skąd odmienność ostatniego rozdziału. Kto nie chce wiedzieć, niech w tym momencie przerwie czytanie. Zdradzam je, bo sam Jagielski o tym mówił w wywiadach udzielanych  przy okazji premiery książki, tłumaczył, skąd taki zabieg. Dlatego niby nie jest to już żadna niespodzianka, że autorką ostatniej części jest żona reportera, Grażyna Jagielska. Zastanawiam się tylko, dlaczego nie została wymieniona jako współautorka na okładce, ale dopiero na końcu książki. To pewnie ich wspólna decyzja, dla mnie jednak niezrozumiała. To tak na marginesie.

Indyjskie lektury (I) - Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia"

Tak się złożyło, że ostatnio moje lektury krążyły wokół Indii i nie był to przypadek. Dzisiaj


o pierwszej z nich - kolejnej wydanej w Polsce powieści Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia" (Zysk i S-ka 2017; przełożył Jerzy Łoziński). Niedawno zachwycałam się tu jej "Bogiem rzeczy małych", który z niewiadomych dla mnie przyczyn umknął mi, kiedy wydano go po raz pierwszy, ale szczęśliwie w ubiegłym roku ukazało się wznowienie. Niestety ponieważ  od zakończenia lektury "Ministerstwa niezrównanego szczęścia" upłynęły już ponad dwa tygodnie, a ja nie mogłam o książce napisać od razu, z konieczności ta notka nie będzie pewnie mniej wnikliwa niż zazwyczaj, bo wrażenia już nie tak świeże. A więc zaczynajmy.

Od razu wyłożę swoje credo. Po pierwsze literacko znacznie wyżej oceniam "Boga rzeczy małych". Ale natychmiast dodaję po drugie -  najnowszą powieść Arundhati Roy oczywiście też należy przeczytać. Szczególnie jeśli ktoś ciekawy jest świata, a Indii przede wszystkim. Dla tych czytelników to lektura obowiązkowa.

Najpierw krócej odniosę się do pierwszego spostrzeżenia. Otóż "Ministerstwu niezrównanego szczęścia" brakuje takiego literackiego kunsztu jak poprzedniej powieści indyjskiej autorki. Nie będę się tu szczegółowo rozwodziła, na czym rzecz polegała, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Bogu rzeczy małych". W "Ministerstwie niezrównanego szczęścia" styl jest przejrzysty, prosty, zwyczajny. Musiałam nawet upewnić się, czy aby na pewno obie książki przetłumaczył Jerzy Łoziński. Oczywiście tak, więc to nie kwestia przekładu, ale autorki. Konsekwencja takiego wyboru jest taka, że lektura powieści nie nastręcza specjalnych trudności. Nie ma tu bariery, która mogła zniechęcać wielu czytelników do "Boga rzeczy małych". Natomiast tak jak poprzednio i tę historię poznajemy niechronologicznie. Narrator opowiadając dzieje bohaterów, cofa się w czasie, pozornie zbacza z tematu, snuje opowieści i dzieli się anegdotami, tworząc w ten sposób barwną mozaikę ludzkich historii.

Jak łatwo się domyślić, bohaterów jest tu wielu. Losy niektórych w pewnym momencie splatają się ze sobą, inni związani są bliskimi więzami - przyjacielskimi, a nawet miłosnymi. Początkowo wydaje się, że główną bohaterką będzie Andżun, hidźra. Hidźry są w Indiach uznawane za trzecią płeć, uważają się za kobiety. Nie zawsze są transseksualistami, czasem obojnakami albo eunuchami. Mają swoje miejsce w religii i kulturze. Żyją wspólnie, tworząc coś w rodzaju komun. Andżun też mieszka razem z innymi hidźrami w domu gdzieś w zaułkach starego Delhi, aż pod wpływem pewnych dramatycznych zdarzeń przenosi się na stary przyszpitalny cmentarz, gdzie początkowo żyje w byle jak skleconej budce, a z czasem między starymi grobowcami powstaje cały pałac będący przytuliskiem dla wszelkiej maści odmieńców i ludzi poturbowanych przez los. Jego mieszkańcem i przyjacielem Andżun staje się też młody mężczyzna, który przybrał sobie ksywkę Saddam Husajn. Potem jednak na pierwszy plan zaczyna wybijać się historia czworga przyjaciół - trzech mężczyzn i kobiety. Ich przyjaźń sięga czasów studenckich. Pochodzą z różnych środowisk i z różnych rejonów kraju, różnie też układają się ich losy. Dwaj robią karierę - jeden dziennikarską, drugi w tajnych służbach. Trzeci jest Kaszmirczykiem, co zdeterminowało jego los. A pomiędzy nimi ona, kobieta, nietuzinkowa, niezależna, o skomplikowanej biografii, trochę femme fatale, trochę kobieta dzielnie czekająca na swojego ukochanego, który daleko i oddany sprawie. Jak to wszystko razem się skleja, nie będę oczywiście opowiadać, na tym przecież polega przyjemność lektury.

A teraz czas wyjaśnić, dlaczego jest to książka dla ciekawych świata, a Indii w szczególności. Otóż czytając powieść Arundhati Roy, miałam wrażenie, że ta splątana mozaika ludzkich losów jest tylko pretekstem dla opowieści o kraju. O kraju wielu konfliktów -  religijnych, narodowych i ekonomicznych. I nie jest to opowieść wesoła. Już książka Rany Dasgupty "Delhi. Stolica ze złota i snów", którą przeczytałam kilka miesięcy temu, dała mi wiele do myślenia i jeszcze bardziej odarła Indie z romantycznej pozłotki, w jaką je opakowałam za sprawą młodzieńczych lektur. Arundhati Roy jeszcze wzmacnia ten czarny obraz. Dlaczego? Bo tłem swojej opowieści, a w gruncie rzeczy jej sednem, czyni konflikty, o których wspomniałam. Na pierwszy plan wysuwa się tu skazana pewnie na przegraną walka Kaszmirczyków o wolność, od Pakistanu i od Indii. Autorka szczególnie skupiła się na latach dziewięćdziesiątych, kiedy konflikt między Indiami i Kaszmirem eskalował przez długie lata. Wiedziałam oczywiście o nim, ale co innego coś tam wiedzieć, a co innego czytać o beznadziejnej, nierównej walce Kaszmirczyków, o najprzemyślniejszych torturach i szykanach stosowanych przez Hindusów. Ale Arundhati Roy pisze też o pogromach muzułmanów, do jakich doszło w roku 2002 w stanie Gudżarat, o maoistowskiej partyzantce działającej w lasach środkowych Indii i o rosnącym w siłę hinduskim nacjonalizmie. A o tym wszystkim nie wiedziałam albo tylko coś niecoś. Powieść pisana jest z pasją i trudno się nie zorientować, po której stronie opowiada się pisarka, co ją boli i przeraża. To wrażenie wzmacnia jeszcze moja trzecia indyjska lektura, którą teraz właśnie czytam, czyli trzy eseje (?), reportaże (?) zatytułowane "Indie rozdarte" oczywiście tej samej autorki. Gdyby powstała w Polsce podobna książka o naszych problemach, niektórzy natychmiast obwołaliby ją antypolską. A przecież nie tylko my mamy swoje trupy w szafie i nie tylko my o nich chcemy mówić.

Miało być krótko, a wyszło jak zazwyczaj. To tylko dowód na siłę tej powieści, która mimo upływu czasu tkwi we mnie tak mocno.

PS. Wszystkie książki Arundhati Roy to lektury sprzed paru miesięcy, ta notka powstała w lutym. Teraz czytam coś zupełnie innego.

 

 

 

Krzysztof Varga "Langosz w jurcie"

Kiedy skończyłam czytać ostatnią powieść Krzysztofa Vargi "Sonnenberg", o której pisałam w ostatniej notce, zapragnęłam koniecznie choćby na jakiś czas zanurzyć się w klimacie tej lektury, tak bardzo byłam pod jej wpływem. I wtedy przypomniałam sobie, że w głębinach mojego ukochanego czytnika spoczywa sobie, czekając cierpliwie na swoją kolej, "Langosz w jurcie" (Czarne 2016), trzecia część eseistyczno-reporterskiej trylogii Krzysztofa Vargi poświęconej Węgrom. Nie było na co czekać, pora na lekturę  tego zbioru bardziej esejów niż reportaży była idealna. W "Gulaszu z turula", pierwszej znakomitej części owej węgierskiej trylogii, Varga pisał po prostu o Węgrach i Węgrzech, swojej drugiej ojczyźnie (ojciec pisarza był Węgrem). Dla takiego laika jak ja było to odkrycie. Mnóstwo się z tamtej książki dowiedziałam, a przyjemność z czytania miałam ogromną. Nie tylko ja tak uważałam, recenzje były znakomite, książka znalazła się w finale Nike. Druga część, "Czardasz z mangalicą", to zapis licznych podróży po węgierskiej prowincji. Nastrojowy, klimatyczny, trochę jak u Stasiuka, ale jednak przecież inny. Chociaż ciekawy, to już nie tak fascynujący ani nie tak świeży jak "Gulasz z turula", momentami nawet nużył.

Piszę o tym wszystkim nie tylko po to, aby przypomnieć tym, którzy też czytali, albo poinformować tych, którzy nigdy się z tymi książkami nie zetknęli, ale także dlatego, że przed napisaniem tej notki postanowiłam odświeżyć swoje wrażenia z tamtych lektur. Aby to zrobić, sięgnęłam do moich zapisków zamieszczonych na  blogu, a rzadko mi się to zdarza. Skąd ta potrzeba? Otóż "Langosz w jurcie" po prostu mnie rozczarował, a nawet znużył. Chciałam się przekonać, czy to ja się zmieniłam, czy po prostu ostatnia część węgierskiej trylogii Vargi jest najsłabsza. No i chyba właśnie w tym tkwi problem. Już druga, co przypomniałam sobie z mojej notki, zdradzała podobne symptomy, w trzeciej chyba jeszcze się pogłębiły. Bo "Langosz w jurcie" to kontynuacja "Czardasza z mangalicą". Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć i polecić przeczytanie mojego wpisu o tamtej książce z zastrzeżeniem, że "Langosz" jest po prostu nudniejszy i bardziej monotonny. Varga znowu włóczy się po węgierskiej prowincji. Tym razem jednak wędruje wzdłuż granic, czasem nawet je przekracza, aby zobaczyć coś, co do Węgier już nie należy. Tu trzeba wspomnieć o traktacie z Trianon, który okroił kraj naszych południowych bratanków do rozmiarów kraiku.

Jest tu po trochu wszystkiego - wspomnień, impresji, wrażeń, historii, zabytków, innych miejsc, spotkań z ludźmi, obserwacji, refleksji, no i oczywiście jedzenia. Można nieco złośliwie napisać, że Varga stale szuka albo knajpy, gdzie może zaspokoić głód jakimś ulubionym daniem, albo noclegu. Szukając, odkrywa czasem coś, na co w swoich licznych peregrynacjach dotąd się nie natknął. Króluje oczywiście melancholia, której źródłem jest beznadzieja i nuda węgierskiej prowincji, wymieszana z fascynacją. I tak przez dwieście osiemdziesiąt stron. Im dłużej czytałam, tym bardziej mnie to nużyło. Ta powtarzalność, przewidywalność. Niewiele konkretów z "Langosza w jurcie" zostało mi w pamięci. Opowieść o "Szkole na granicy" Gezy Ottlika, podobno znakomitej węgierskiej powieści, piszę podobno, bo jej nie czytałam. Fragmenty opisujące opuszczone wsie, które co jakiś czas Varga mija, czy spotkania z Polakami przyjeżdżającymi do termalnych źródeł. Jakieś impresje, jakieś obrazy. Początkowo miałam wrażenie, że autor postawił sobie tezę, iż stopień porządności i poziom cywilizacyjny nadgranicznych terenów w dużej mierze zależy od sąsiada, z którym te tereny graniczą. Jeśli tak rzeczywiście było, to wybrzmiała ona słabo.

Być może pisarz sam doszedł do wniosku, że temat się wyczerpał, że będzie już tylko się powtarzać, bo w jednym z wywiadów udzielonych przy okazji wydania swojej najnowszej powieści wspomniał, że wzięła się właśnie stąd. Z fascynacji tematem i niemożności kontynuowania książek, o których dziś pisałam. Polecać? Nie polecać? Kto czytał "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą", może domknąć całość. Kto nie zna tamtych książek, niech najpierw koniecznie po nie sięgnie, szczególnie po pierwszą, najbardziej odkrywczą, najciekawszą, po prostu najlepszą. A potem sam zdecyduje.

 

Krzysztof Varga "Sonnenberg"

Moja literacka znajomość z Krzysztofem Vargą ogranicza się do jego felietonów, które lubię, ale  z powodu braku czasu (dylemat - książki czy gazety, skoro nie da się wszystkiego, rozstrzygam na korzyść tych pierwszych oczywiście) czytam raczej z doskoku, oraz do słynnego zbioru esejów  "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą". Za trzecią książkę z tego węgierskiego cyklu, "Langosz w jurcie", właśnie się zabieram. Natomiast nie czytałam wcześniej żadnej powieści Vargi. Dlaczego? Po pierwsze, bo kiedyś byłam na bakier z polską współczesną beletrystyką i została mi z tamtego okresu wielka czarna dziura. Po drugie, bo kiedy wreszcie przeprosiłam się z nią, jakoś nie ciągnęło mnie do męskiej prozy Vargi. Co zatem spowodowało, że sięgnęłam po jego najnowszą powieść "Sonnenberg" (Czarne 2018)? Dyskusja  w Tygodniku Kulturalnym i ... "Pamięć" Petera Nadasa. Mam w sobie dotąd atmosferę tamtej książki, której akcja w dużej części rozgrywała się w Budapeszcie, więc kiedy okazało się, że Krzysztof Varga postanowił napisać węgierską powieść, co pozwoli mi znowu zanurzyć się w podobnych klimatach, odbyć ponownie literacką podróż po mieście, które niespecjalnie znam i nawet w realu niespecjalnie lubię, nie zastanawiałam się ani chwili. Literackie pożądanie było tak ogromne, że natychmiast, mimo późnej pory i nie najniższej ceny, kupiłam "Sonnenberg" i jeszcze tego samego wieczoru, a właściwie nocy, rozpoczęłam lekturę. Jaki werdykt? Nie żałuję, że dałam się namówić. Książkę pochłonęłam jednym tchem i przynajmniej na razie wydaje mi się, że to taka powieść, która zostanie we mnie na dłużej. Ponieważ, jak już wspominałam, nie znam wcześniejszych powieści Vargi, nie obchodzi mnie, na ile autor się powtarza, pisząc w gruncie rzeczy jedną i tę samą książkę. Dla mnie liczy się ta i tylko ta.

"Sonnenberg" to dygresyjny monolog bohatera - Andrasa, literaturoznawcy zajmującego się prozą austriackich pisarzy, między innymi Brocha i Musila, powieściopisarza przed wiecznym debiutem. Jego powieść, o której zdążył już wszystkim opowiedzieć, jest ciągle na etapie wymyślania koncepcji. Trwa wiosna i lato 2016, a może 2015 roku, czas płynie Andrasowi na czekaniu. Od spotkania do spotkania z kochanką. Ich głęboko skrywany romans, który, jak się niespodziewanie okaże, kryje w sobie zaskakującą tajemnicę, trwa od lat, a on stale boi się, że pewnego dnia Agnes go porzuci. Czas pomiędzy spotkaniami upływa mu na wspominaniu, rozmyślaniach, spacerach po mieście, jedzeniu, no i piciu z przyjaciółmi. Andras w gruncie rzeczy jest bardzo samotny i ma świadomość, że znalazł się na jałowym torze. Poza miłością do kobiety i literatury nic się nie dzieje. Ale i tym miłościom wyraźnie brak już świeżości, popadły w powtarzalność i rutynę. Jakby coś się w życiu Andrasa zatrzymało, zacięło, a może nigdy nie rozpędziło na dobre? Może zawsze tylko żył z dnia na dzień, rozpamiętując przeszłość - dzieciństwo w nijakiej budapesztańskiej dzielnicy Zuglo, kolegów, rodzinny dom, babcię kalwinkę, ulubione potrawy, nagłe zniknięcie ojca. Dobrym pretekstem dla takiego dryfowania jest pewnie sytuacja polityczna na Węgrzech. Polityka stanowi tylko tło, ale jednak dość istotne. W Budapeszcie odbywają się akurat burzliwe demonstracje, ale Andras stoi z boku. Nie popiera ani Fideszu, ani Jobbiku, ale nie angażuje się, nie chodzi demonstrować, nawet narzekać nie ma już ochoty i siły, zrezygnowany udał się na wewnętrzną emigrację. Ma też świadomość upływającego czasu, przemijania, tego, że życie nieuchronnie zmierza do kresu, który może nadejść zupełnie nieoczekiwanie. Z tych wszystkich powodów powieść Vargi jest bardzo melancholijna, ale nie nazwałabym jej smutną. Pewnie dlatego, że przesyca ją ironia. Andras nie tylko na innych potrafi patrzeć ironicznie, złośliwie, z dystansem, podobnie spogląda na siebie, na swoje życie.

Drugim bohaterem tej książki jest Budapeszt. Bohater stale wędruje przez miasto, które jest mu bardzo bliskie. Żyć by bez niego nie umiał. Zrealizowane marzenie o wyjeździe do Portugalii okazało się niewypałem. Czytelnik wędruje po węgierskiej stolicy  razem z nim, poznając jej historię i topografię. Dzielnice brzydkie i piękne wzgórza Budy, centrum Pesztu oddane bezmyślnie we władanie hordom turystów, którzy jawią się tu jak współcześni barbarzyńcy. Varga drobiazgowo i pięknie opisuje miasto, jego zakamarki i zaułki, główne ulice, cmentarze, knajpy, a w nich jedzenie, sklepy, zieleń budańskich wzgórz, mosty i Dunaj. Nawet transport publiczny, bo Andras porusza się po mieście autobusami, tramwajami ewentualnie trolejbusami, tylko z rzadka metrem. Jestem pewna, że można by zwiedzać Budapeszt, wędrując śladami bohatera powieści.

Jeśli ktoś nie lubi takiej prozy, długie opisy go nużą, pożąda wartkiej akcji, niech po "Sonnenberg" nie sięga. Jest jeszcze drugi powód, dla którego  to nie powieść dla każdego. Nazwałam ją  dygresyjnym monologiem. Andras snując opowieść o swoim życiu, bez przerwy ucieka w dygresje. Wspomina, rozmyśla, rwie wątki, za nic ma chronologię. Chwilami, całkiem długimi chwilami, miałam wrażenie, że czytam kolejny węgierski esej Vargi. Mnie to nie przeszkadzało, przeciwnie, było wartością dodaną, sprawiało, że "Sonnenberg" to nie kolejny błahy romans, ale coś znacznie więcej. Myślę też, że znawcy Brocha i Musila znajdą w powieści kolejną warstwę, która mnie jest niestety niedostępna. Kiedyś czytałam wprawdzie "Lunatyków" Brocha, ale pozostało mi po nich mgliste wspomnienie, a po "Człowieka bez właściwości" Musila nigdy niestety nie sięgnęłam. Ale i bez znajomości austriackiej literatury "Sonnenberg" dostarcza wiele przyjemności podszytej melancholią. Teraz, kiedy zamknęłam już książkę, zastanawiam się, czy zachęcona lekturą najnowszej powieści Krzysztofa Vargi sięgnę po poprzednie? Gdyby nie morze innych literackich propozycji, pewnie tak bym uczyniła. Ale nie wykluczam, że przeczytam jedną dla porównania.

Popularne posty