Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Natalia-Ginzburg-Nasze-dni-wczorajsze, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Natalia-Ginzburg-Nasze-dni-wczorajsze, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

Natalia Ginzburg "Słownik rodzinny"

Książka słabo u nas znanej włoskiej pisarki Natalii Ginzburg

"Słownik rodzinny" (Filtry 2021; przełożyła Anna Wasilewska) jest dla mnie jak przysłowiowa gwiazdka z nieba. Kiedy mniej więcej siedem lat temu trafiłam na jej świeżo wtedy wydaną przez Austerię powieść "Nasze dni wczorajsze", którą się zachwyciłam, dowiedziałam się, że najważniejsza książka Natalii Ginzburg to "Lessico famigliare", który to tytuł przetłumaczono na okładce jako "Leksykon rodzinny", a dziś Anna Wasilewska dla Filtrów przełożyła go jako "Słownik rodzinny". Od tamtej pory co jakiś czas wchodziłam na stronę Austerii i sprawdzałam zapowiedzi. Początkowo miałam nadzieję, że skoro wydali "Nasze dni wczorajsze", to pojawi się również tytuł uważany za najważniejszy w dorobku Natalii Ginzburg. Stopniowo nadzieję traciłam, aż straciłam ją ostatecznie. No i jakaż była moja radość, kiedy z okazji zapowiedzi wydawniczych na rok 2021 dowiedziałam się, że już wiosną Filtry wydadzą "Lessico famigliare"! Odtąd odliczałam dni! Kupiłam jeszcze przed premierą i natychmiast przeczytałam. I oto piszę, dzieląc się refleksjami i namawiając na obie lektury - "Słownik rodzinny" i "Nasze dni wczorajsze". Niestety ta ostatnia jest już niedostępna.

Może warto napisać choćby parę słów o tym, kim była autorka uważana za jedną z najważniejszych włoskich pisarek? Urodziła się w roku 1916 jako najmłodsza z pięciorga dzieci we włosko-żydowskiej rodzinie Levich. Jej matka była Włoszką, ojciec Giuseppe Levi, zasymilowany Żyd, wybitnym profesorem biologii. Ich dom odwiedzało wiele znanych osób - intelektualistów, dziennikarzy, pisarzy, wydawców, przemysłowców i ludzi, którzy po wojnie stali się politykami. Te nazwiska, znajdujące się dziś w encyklopediach, nam na ogół nic nie mówią, ale Włochom tak. Natalia wychowywana była w duchu ateistycznym, antyfaszystowskim i lewicowym. W 1938 wyszła za mąż za pochodzącego z Rosji Żyda, Leone Ginzburga, slawistę i działacza antyfaszystowskiego, który w czasie wojny, torturowany, zmarł w rzymskim więzieniu.

"Słownik rodzinny" w przeciwieństwie do przywoływanych tu "Naszych dni wczorajszych" nie jest powieścią, choć, jak pisze autorka we wstępie, jak powieść należy go traktować. To obejmująca mniej więcej trzydzieści lat opowieść o rodzinie Levich. Na jej kartach oprócz rodziców, braci, siostry, krewnych, przyjaciół, służących pojawiają się znajomi, o których wspominałam. Te trzydzieści lat to między innymi czas rodzącego się faszyzmu, rządów Mussoliniego, ustaw antyrasistowskich, potem wojny, a wreszcie okres powojenny. Opowieść snuta jest w specyficzny sposób. Narratorka pozostaje z boku - wydobywa z pamięci zdarzenia, osoby, rozmowy. Zachowuje chronologię, ale nie zawsze konsekwentnie. Nie ma tu podziału na rozdziały, jest historia rodzinna na tle tamtych burzliwych lat opowiadana jednym tchem. Nie ma dat, nie ma dokładnego zaczepienia w czasie. Jego upływ czujemy na kilka sposobów. 

Najpierw pojawiają się wręcz zdawkowe, podawane jakby mimochodem, naturalnie, informacje o żydowskich uciekinierach, których coraz więcej w Turynie, o antyfaszystowskich konspiratorach, o aresztowaniach, ucieczkach, utracie przyjaciół sprzyjających Mussoliniemu. To wszystko kończy okres beztroskiego dzieciństwa, chociaż upływającego w cieniu wybuchowego i despotycznego ojca. Ten ostatni na kartach książki jawi się bardziej jak niegroźny dziwak, który straszy, ale którego nie sposób się bać naprawdę. Potem przychodzi groza wojny. Aresztowania, ukrywanie się na prowincji, ucieczki, bombardowania. Wreszcie czas powojenny. Powroty do Turynu, spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi, próba życia jak dawniej. Ale żyć jak dawniej już się nie da. 

Kolejny sposób, dzięki któremu czujemy, że czas nie stoi w miejscu, to straty i starzenie się. Ktoś umiera, ktoś wyjeżdża z Turynu, do Rzymu albo za granicę, dzieci dorastają, żenią się, wychodzą za mąż, mają swoje dzieci, rodzice starzeją się, ich przyjaciele również. 

Wreszcie trzeci sygnał, że wszystko się zmienia, to język. Początkowo prosty język dziewczynki, która tylko opowiada. Potem zdania wydłużają się, a od czasu do czasu pojawiają się wyraźnie wyczuwalne melancholia, nostalgia i przede wszystkim refleksje. To jedyny komentarz, jedyne miejsca, kiedy narratorka dopuszcza czytelnika bliżej, do siebie. Tylko wtedy możemy domyślić się, co naprawdę czuła. Ta pozorna oschłość narracji jest charakterystyczna dla jej wspomnień. Jakby pamięć potrafiła przywołać już tylko same zdarzenia, zamieniając wiele z nich w zabawne anegdoty. Ale czy tak właśnie nie jest? Z czasem jesteśmy w stanie odtworzyć to, co w przeszłości nas poruszyło, ale intensywność uczuć gdzieś ginie. Wiemy, że byliśmy bardzo  szczęśliwi, że cierpieliśmy, że płakaliśmy, że staliśmy na skraju załamania, ale już tego nie czujemy. To sprawił dobry czas, który leczy rany. Chociaż może te dobre chwile warto by było tak intensywnie odczuwać całe życie? Dlatego czytelnik może się tylko domyślać, co przeżywali bohaterowie tej rodzinnej historii. To pole dla jego wrażliwości i wyobraźni budowanej przez liczne lektury, filmy i doświadczenia. Bo przecież na kartach książki jest wiele tragedii - ucieczki, ukrywanie się, aresztowania, strach o życie rodziny, o dzieci, wreszcie utrata najbliższych.

Podobnie jak w "Naszych dniach wczorajszych" tak i w "Słowniku rodzinnym" ważny jest język, sposób pisania, o którym już wspominałam. W obu książkach Natalia Ginzburg zastosowała podobną technikę. Tu mamy coś jeszcze. Nieprzypadkowo tłumaczka, Anna Wasilewska, przełożyła tytuł powieści nie jako leksykon, ale słownik - "Słownik rodzinny". Bo w istocie ze słownikiem mamy tu do czynienia. To właśnie dzięki tym charakterystycznym dla rodziny powiedzonkom, słówkom, wierszykom, piosenkom, rozumianym tylko przez ojca, matkę i rodzeństwo, możliwe jest przywołanie wspomnień. Chyba każda rodzina ma taki swój słownik. Słowa pacan, osioł, pacaneria, murzyństwo (to ostatnie nie ma w książce rasistowskiego wydźwięku) znaczą coś tylko dla nich, dla Levich. Jak pisze narratorka, dzięki nim natychmiast się rozumieją, dzięki nim odnajdą się wszędzie. Taki rodzinny kod, tajemny szyfr.

Czyta się tę książkę jednym tchem. Trudno się od niej oderwać. Mam nadzieję, że tym razem dzięki sile przebicia Filtrów twórczość Natalii Ginzburg nie utonie wśród morza tytułów wartościowych i oceanu literackiego przeciętniactwa. Ale nie wykluczam, że moja nadzieja okaże się płonna. Wszak obserwując na fejsie to i kilka innych wydawnictw, jestem w bańce książkoholików. Czy ktoś z moich znajomych słyszał o Natalii Ginzburg? O "Słowniku rodzinnym"? A o wydawnictwie Filtry?  

Ciekawa też jestem, czy Filtry pójdą za ciosem i wydadzą inne książki Natalii Ginzburg? Bardzo bym chciała. Nieśmiało zaczynam marzyć. A tymczasem namawiam - koniecznie przeczytajcie "Słownik rodzinny" i "Nasze dni wczorajsze"!!!

Natalia Ginzburg "Nasze dni wczorajsze"

Uwielbiam takie odkrycia! Powieść - spełnienie. Pochłania od pierwszych zdań, wciąga w

swój świat, zagarnia. Czytasz właściwie jednym tchem, gdybyś mogła, najchętniej nie przerywałabyś lektury aż do końca. No i najważniejsze, wreszcie czujesz jej ciężar, wreszcie wiesz, że to coś więcej niż zwykła literatura środka. Te zachwyty kieruję pod adresem "Naszych dni wczorajszych" (Austeria 2014; przełożyła Alina Pawłowska-Zampino), powieści nieżyjącej już Natalii Ginzburg, uważanej za jedną z ważniejszych postaci włoskiej literatury. Napisała dużo, niestety zła wiadomość jest taka, że w Polsce ukazała się przed laty tylko jeszcze jedna jej książka. Nie wiem, czy Austeria pójdzie za ciosem i wyda coś jeszcze. Bardzo bym sobie tego życzyła. Szczególnie chciałabym przeczytać jej najważniejszą powieść, "Leksykon rodzinny" ("Lessico famigliare"). Nie ma nic gorszego niż zaostrzenie apetytu, którego nie można zaspokoić!. I pomyśleć, że na "Nasze dni wczorajsze" trafiłam trochę przez przypadek. Zachwalano je w książkowym programie Sztuka czytania w TVP Kultura (Niestety program zniknął z anteny, na jego miejsce jesienią pojawiło się Capuccino z książką, moim zdaniem gorsze. Chwilowo, mam nadzieję, że chwilowo, nawet tego nie ma.) Zresztą, czy to rzeczywiście przypadek? W końcu po to ogląda się takie programy (i słucha ich radiowych odpowiedników). Kiedy pomyślę, że istnieje przecież wiele niszowych, małych wydawnictw, takich jak Austeria, które od czasu do czasu wydają podobne nieodkryte skarby, robi mi się żal, że być może nigdy na nie nie trafię. Tyle tytułem wstępu, wybacz mi gadulstwo, czytelniku tej notki, czas przejść do powieści.

Jej akcja toczy się w małym, nienazwanym, miasteczku gdzieś na północy Włoch w okolicy Turynu. Zaczyna się jakiś czas przed drugą wojną, kończy po jej zakończeniu. Początkowo bohaterami są członkowie jednej rodziny. Ojciec, który przed laty rzucił adwokacką karierę, aby oddać się spisywaniu pamiętników zatytułowanych Sama prawda. Notował w nich samą prawdę o znienawidzonym królu, faszystach i mieszkańcach miasteczka, którzy niczym lisy przefarbowali swoje poglądy, stając się kanaliami. Wyobrażał sobie chwilę tryumfu, jaką przeżyje, kiedy je opublikuje. Ale najważniejszymi bohaterami jest  rodzeństwo. Starsi, Concettina, męczy się nad pracą magisterską i umawia z licznymi adoratorami, i Ippolito, chce zostać adwokatem, a tymczasem pełni przy ojcu rolę kogoś w rodzaju sekretarza. Dwoje młodszych to jeszcze uczniowie, Giustino i Anna. Jest i pani Maria, która prowadzi im dom, niegdyś dama do towarzystwa ich babki, aż do jej śmierci. Dość szybko grono bohaterów powieści powiększa się o członków rodziny drobnych fabrykantów. Mieszkają naprzeciwko, są znacznie zamożniejsi, a ich dom nadal cieszy się świetnością, podczas kiedy rodzinna siedziba Anny i jej rodzeństwa dobre czasy ma dawno za sobą. Z ważnych postaci powinnam wymienić jeszcze Danila, odrzuconego adoratora Concettiny i zdeklarowanego antyfaszystę, i Cenzo Renę, otoczonego legendą przyjaciela rodziny, bogatego ekscentryka, podróżnika, pomiędzy wojażami mieszkającego w małej, biednej mieścinie na południu Włoch. Poza tym na kartach powieści pojawia się jeszcze cała galeria niezwykle barwnych, znakomicie sportretowanych postaci drugoplanowych, szczególnie, kiedy akcja przeniesie się do San Constanzo, miasteczka, w którym jest dom Cenzo Reny.

"Nasze dni wczorajsze" to opowieść o zwykłym życiu w cieniu światowej zawieruchy. Bohaterowie uczą się, przyjaźnią, spierają, spiskują (ale co to za spiski), marzą (między innymi o tym, że zostaną rewolucjonistami), kochają, dorastają, tęsknią za sobą albo się nienawidzą, zdradzają, zakładają rodziny albo pozostają samotni. Nie omijają ich zdarzenia tragiczne: rozstania a przede wszystkim śmierć. Sporo tu też śmiesznych zdarzeń o anegdotycznym zabarwieniu, sporo zabawnych postaci, barwnych ludzkich egzemplarzy, o czym już wspominałam. Ale przecież nie na tym polega wartość tej powieści. Przede wszystkim czujemy, że bohaterowie są prawdziwi, z krwi i kości, to nie papierowe literackie twory. Przeżywają, cierpią, marzą, rozpaczają naprawdę. Najbardziej uderzyło mnie ich osamotnienie. Właściwie każde z nich wiedzie swoje życie, niby są razem, niby się spotykają, a jednak niewiele wiedzą o tym, co każde z nich przeżywa. Niby mają nieograniczoną wolność i swobodę, bo nikt się nimi nie zajmuje, ale ta wolność bywa kulą u nogi. Chcieliby czegoś więcej, ale nie bardzo wiedzą, co to miałoby być. Są często naiwni, bo jeszcze bardzo młodzi, albo nie mają dość energii, aby swoje marzenia próbować realizować. Jedynie Danilo stąpa twardo po ziemi, za co płaci, bez szemrania, sporą cenę. Czy dlatego, że jest prostym chłopakiem, nie pięknoduchem z inteligenckiej czy fabrykanckiej rodziny? Chociaż wszyscy wymienieni przeze mnie bohaterowie są w tej powieści ważni, to na pierwszy plan wysuwa się najmłodsza, Anna. Najbardziej zagubiona i samotna, tak bardzo poszukująca drugiego człowieka, że gotowa zatracić siebie. Chociaż narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, to chyba najbardziej przybliża jej punkt widzenia. 

Narracja to w "Naszych dniach wczorajszych" sprawa osobna i pierwszej wagi. Specyficzna, nie tylko dlatego, że konsekwentnie skrywa w sobie dialogi. Jej osobliwością jest to, że prowadzona jest językiem prostym, dziecięco naiwnym. Jakby opowiadało dziecko albo bardzo młoda osoba, zagubiona w świecie, bez życiowego doświadczenia. Stąd liczne eufemizmy i nie nazywanie pewnych spraw wprost. Na przykład faszyści z miasteczka to kanalie, a ich córki to córki kanalii. Kiedy tak mówi o nich ojciec,  jego słowa brzmią prawdopodobnie poważnie, powtórzone przez narratora są śmieszne, ironiczne, jakby nierozumiejące ich znaczenia dziecko powtarzało je za dorosłym.

Osobną sprawą jest wojna. To w jej cieniu albo z jej powodu rozgrywają się dramaty bohaterów. Wkracza w ich życie, budząc zrozumiały strach i lęk, a także poczucie całkowitej bezradności, świadomość braku jakiegokolwiek wpływu na to, co się dzieje. Ale to inna wojna niż znamy ją z kart naszych powieści. To włoska wojna. Kiedy w Polsce dzieją się straszne rzeczy, o czym w książce się mówi, oni, chociaż wojną żyją, spokojnie piją kawę na tarasie kawiarni (to refleksja jednego z bohaterów). Jak dobrze to znamy! Kiedy w Syrii i w Iraku giną ludzie, kiedy uchodźcy z Afryki toną w wodach Morza Śródziemnego, kiedy na Ukrainie walczą, kiedy w Paryżu szaleją zamachowcy, my też spokojnie pijemy swoją kawę. Chociaż bohaterów napawają lękiem kolejne zdobycze Hitlera, wszyscy naiwnie wierzą, że wojna szybko się skończy. Ale tak się nie dzieje. Groza narasta, z czasem coraz trudniej żyć. Młodzi mężczyźni wyruszają na front, brakuje żywności, zdarzają się bombardowania, ale to nadal tylko echo naszej wojny. Zaścianek Europy. Życie, chociaż ciężkie, przecież toczy się swoim rytmem. Nie każdego stać na bohaterstwo. Większość po prostu trwa, marząc najwyżej o wielkich czynach. Aż nagle, nieoczekiwanie, przez głupi przypadek dojdzie do tragedii. I zmęczony życiem sybaryta zrobi to, co pewnie powinien zrobić w takiej sytuacji odpowiedzialny, przyzwoity człowiek. Nie chciał być bohaterem, a jednak nim zostanie. To przejmujący fragment powieści. Tym bardziej, że zupełnie nieoczekiwany. Przychodzi nagle, spada na bohaterów, i czytelnika, jak grom z jasnego nieba. Powieść wybrzmiewa, wznosi się na wyżyny.

Wystarczy. Mam nadzieję, że może kogoś namówiłam do sięgnięcia po "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg. Znakomita literacka przygoda. Lektura konieczna!!! CZYTAJCIE!!!

Katia Petrowska "Może Estera"

Książka, o której dzisiaj, przepadła w pomroce dziejów, a ściślej

mówiąc, lat. Kto dziś pamięta, albo w ogóle wie, o książce Katii Petrowskiej "Może Estera" (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2015; przełożyła Urszula Poprawska)? A w 2016 znalazła się w półfinale Angelusa, mojej ulubionej nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Na tej samej liście pojawiły się wtedy między innymi "Solfatara" Macieja Hena, "Mała zagłada" Anny Janko, "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" Renaty Lis, "Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaite, "Tatuaż z tryzubem" Ziemowita Szczerka, "Usypiać góry. Historie z Polesia" Małgorzaty Szejnert, "Medgidia, miasto u kresu" Cristiana Teodorescu i przede wszystkim zwyciężczyni, "Księga szeptów" Varujana Vosganiana. Niektóre z nich czytałam i do dziś pamiętam, innych nie, ale znam tytuły, kojarzę ich autorki i autorów. Dlaczego o tym piszę? Bo ewidentnie książka Katii Petrowskiej nie przeszła próby czasu. Pytanie - dlaczego? Bo nie okazała się na tyle dobra czy może jest to nieodkryty diament? Tak przecież bywa - złoto można przeoczyć w świecie, gdzie nowość goni nowość. Znam takie książki, o których dowiedziałam się przypadkiem w kilka lat po ich wydaniu, a potem byłam wdzięczna losowi, że pozwolił mi je  przeczytać. Ot choćby "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg, "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera czy "W ogrodzie bestii" Erika Larsona.  

Jak wobec tego usłyszałam o książce Katii Petrowskiej "Może Estera"? I czy było warto po nią sięgać? Zawdzięczam ją przedsięwzięciu Buch, czyli książka, propagującemu literaturę niemiecką w Polsce, a polską w Niemczech, a ściślej jego wersji podcastowej, w której usłyszałam rozmowę z Urszulą Poprawską, tłumaczką tej książki. Natalia Prüfer, najbardziej znana twarz projektu, rozmawiała z nią o tłumaczeniach z niemieckiego i jedną z książek, przy których się zatrzymały, była właśnie "Może Estera". To, co mówiły, zainteresowało mnie na tyle, że postanowiłam przeczytać. Czy było warto? Mam mieszane uczucia. Ostatecznie nie żałuję, ale na pewno nie będzie to rzecz, która zapadnie mi w pamięć jak choćby te trzy tytuły, które przed chwilą wymieniłam. Co mnie zwabiło? Dlaczego nie pałam entuzjazmem? O tym za chwilę, a najpierw parę słów o autorce.

Katia Petrowska urodziła się w roku 1970 w Kijowie, mieszka w Niemczech. Jest Żydówką, raczej rosyjską niż ukraińską, ale korzenie jej rodziny są mocno powikłane i związane z wieloma krajami, o czym za chwilę. Książka, o której dzisiaj, uznana została za najważniejszy debiut, jak rozumiem, w roku, w którym się ukazała, i otrzymała, jak podaje wydawca, prestiżową niemiecką nagrodę literacką. Jeśli dobrze pamiętam z podcastu, chociaż głowy nie dam, coś potem jeszcze napisała, ale polski internet o tym milczy. A teraz do książki.

Autorka próbuje odtworzyć losy swojej żydowskiej rodziny. W tym celu podróżuje po miejscach, z którymi byli związani jej przodkowie, wertuje archiwa, książki, dawną prasę, rozmawia z naukowcami, archiwistami i muzealnikami. Odwiedza między innymi Polskę i Austrię, bo to w Wiedniu wyśledziła pierwszego swojego protoplastę, o którym zdołała się czegoś dowiedzieć. Była w Warszawie i w Kaliszu, wróciła do miasta swojego dzieciństwa i młodości, Kijowa, wreszcie szukała śladów dziadka, jeńca wojennego, w Mauthausen, miejscu pamięci po dawnym obozie koncentracyjnym, w którym przez jakiś czas przebywał. Odnalazła w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii żyjących krewnych, o których nie miała pojęcia. Jeździ w te miejsca, aby je poczuć, zobaczyć, jak wyglądały, albo w przypadku Warszawy tylko je sobie wyobrazić. Rozumiem to. Kto nie włóczył się w tym samym celu na przykład po miejscach związanych z dzieciństwem swoim albo swoich przodków, szedł tropem znanej pisarki czy znanego pisarza czy kogoś innego z jakiegoś powodu dla nas ważnego? Ja na przykład w zeszłym roku w czasie wizyty w Gdańsku zapuściłam się do Wrzeszcza w poszukiwaniu ulicy, na której stał dom przyjaciół moich rodziców, gdzie w dzieciństwie bywałam. Po co? Coś mnie tam ciągnęło. Kiedyś obeszłam czeski Nachod, wędrując śladami mojego ukochanego pisarza Josefa Skvorecky'ego. W jednym miejscu koniecznie musiałam podejść kawałek pod górę, bo to prawdopodobnie stamtąd przychodziła jedna z bohaterek "Przypadków inżyniera ludzkich dusz". Ani nie byłam pewna, czy to rzeczywiście tam, ani to miejsce na pewno nie wyglądało już tak jak kiedyś, ani nie było widać tej góry, za którą znajdowała się jej wioska, ale i tak chciałam je poczuć. 

Dość dygresji, wracam do książki. Autorka próbuje skonfrontować rodzinne opowieści z prawdą historyczną. Uzupełnić białe plamy, zweryfikować to, co kiedyś słyszała. Czasem odkrywa fakty niewygodne, czasem okazuje się, że to, co  opowiadano sobie w rodzinie jako prawdę najprawdziwszą, okazywało się kłamstwem. 

Przeszłość zawiodła moje oczekiwania, wyśliznęła mi się z rąk i zaczęła popełniać jedno faux-pas za drugim. Protoplasta mojego rodu, który dał początek pełnej chwały opowieści o mojej rodzinie, okazał się nieślubnym dzieckiem, tego jednak nie wolno mi było napisać, poza tym Ojzel wcale wcześnie nie owdowiał. A potem jeszcze ten Adolf , wówczas imię zwyczajne, ale mnie wprawiające w stan alarmowy. Adolf potwierdził moje obawy, że nie mam żadnej władzy nad przeszłością, że ona żyje jak chce, ale nie umiera.

Gdzieś mignęło mi barwne zdanie, że wyciąga swoich przodków jak karty z talii i za nimi podąża. Ja lubię posługiwać się porównaniem do puzzli. Składa z poszczególnych kawałków obraz całości, ale w tym wypadku jest to niemożliwe. Niektóre zginęły, przepadły na zawsze i obraz musi zostać niekompletny. I tak ma szczęście, bo niektórzy jej przodkowie nie byli anonimowi. Jedni prowadzili szkoły dla głuchoniemych, właśnie w Warszawie, a potem w Kijowie, a brat jej pradziadka zrobił w latach trzydziestych w Moskwie zamach na kogoś pracującego w niemieckiej ambasadzie. Ale nawet w tym wypadku, chociaż istnieje dokumentacja  procesu, trudno poznać tego człowieka. To tylko suche dokumenty. Czym się kierował? Brał udział w jakiejś prowokacji antyniemieckiej spreparowanej przez tajniaków? Został wykorzystany? Czy może był meszuge, czyli szalony, obłąkany, jak głosi rodzinna legenda? Dlatego czasem Katia Petrowska próbuje wyobrazić sobie, dlaczego ktoś postąpił tak, a nie inaczej. Stąd tytuł, bo może Estera, jej żydowska prababka zrobiła 29 września 1941 roku, kiedy Niemcy kazali się stawić wszystkim kijowskim Żydom w określonym miejscu, a potem zgładzili ich w Babim Jarze, to, a może tamto, co ostatecznie doprowadziło ją do śmierci z rąk gestapowców. A przecież mogła nie wychodzić z domu, była stara i niedołężna, dozorca nie miał zamiaru jej wydać. Tak to się zachowało w rodzinnych przekazach. 

Niektóre historie są ciekawe, inne mniej, ale nie w tym tkwi problem. Książka Katii Petrowskiej jest może bardziej esejem niż próbą odtworzenia rodzinnej historii. Ale te podróże w czasie i w przestrzeni prowokują autorkę do rozmaitych refleksji, do zadawania sobie różnych pytań. Czasem jej rozważania były dla mnie interesujące, a czasem brnęłam przez nie znużona, innym razem miałam wrażenie, że już to znam, już to czytałam wiele razy, już w tym nie ma żadnej świeżości. 

Jak zwykle fascynowała mnie rola losu i przypadku, który jednych jej przodków ocalił z wojennej pożogi, innych doprowadził do unicestwienia. Ile wstecz trzeba się cofnąć, aby zobaczyć, gdzie jest ten moment, ten wybór, który kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt lat później sprawi, że ktoś przeżyje, a ktoś zginie? Oczywiście z polskiej gałęzi jej rodziny ocalała jedna osoba, z tej, która z Warszawy wyjechała do Kijowa, wojnę przetrwało znacznie więcej krewnych. Gdyby jednak w chwili ewakuacji z Kijowa nie zdjęto z paki ciężarówki fikusa, dzięki czemu zrobiło się tam miejsce dla małego chłopca, który kiedyś będzie jej ojcem, nie byłoby Katii Petrowskiej. Przynajmniej taki przekaz zachował się w rodzinie, co autorka kwestionuje, no bo kto zabrałby kwiat w donicy zamiast dziecka! Ale oczywiście gdyby nie przytomność umysłu jej dziadka i jego znajomości, rodzina nie wyjechałaby z Kijowa i zginęliby rozstrzelani w Babim Jarze.

Zawsze interesuje mnie zderzenie miejsca dawnej tragedii z tym, co się tam dzisiaj znajduje. Kiedy autorka opowiada o Babim Jarze, który jest zderzeniem miejsca pamięci z bujną przyrodą, miejscem rekreacji, natychmiast myślę o terenie po KL Plaszow w moim mieście, gdzie jest dokładnie tak samo. Wiedziałam o tym miejscu - co jeszcze parę lat temu, a nawet i dziś dla mieszkańców nie jest takie oczywiste - choćby dlatego, że góruje nad nim pomnik postawiony jeszcze w czasach PRL-u, a że stoi na wzgórzu, widoczny jest z daleka. Ale kiedy pierwszy raz się tam znalazłam, przez przypadek, bo nie miałam pojęcia, że ścieżka, którą schodziłam ze spacerowych terenów, tam mnie zaprowadzi, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Była piękna wiosna, zieleń aż kipiała, mijałam spacerujących ludzi, z dziećmi, z psami, a kawałek dalej natrafiłam na pierwszą tablicę informującą, że znajduję się na terenie dawnego obozu KL Plaszow. Potem były następne. I pytanie, co robić z takimi miejscami? Odebrać je ludziom? Ogrodzić i wpuszczać za biletami? Ja już na beztroski spacer bym się tam nie wybrała. Potem chciałam zwiedzić ten teren z przewodniczką czy z przewodnikiem i udało się. Ile jest takich miejsc w naszej części Europy, po których chodzimy, nie mając pojęcia, że kryją masowe groby? O tym pisał w swojej książce "Skażone krajobrazy" austriacki pisarz i dziennikarz Martin Pollack, którego twórczość uwielbiam. (Kiedy pisałam tę notkę Martin Pollack jeszcze żył, jakiś czas później zmarł. Wielka strata. Był dla mnie ważnym autorem.)

Ciekawy jest stosunek Katii Petrowskiej do swojego żydostwa. Jak je odczuwa? Jak odczuwał go jej ojciec i jego przodkowie? Przecież w Związku Radzieckim wszyscy byli Rosjanami. 

Czułam dumę z tego, że moja babcia pochodziła z Polski, był to atut w grze, w którą nikt ze mną nie grał. Niektórzy z mojej klasy nosili uderzająco polskie nazwiska jak Studziński albo Szczygielska, my jednak byliśmy radzieckimi dziećmi, wszystkie takimi samymi, z jednakową mgłą tajemnicy otaczającą historie naszych rodzin, co może właśnie stanowiło warunek naszej równości.

Kim jest dzisiaj? Kosmopolitką piszącą po niemiecku? Kwestia języka staje się w książce symboliczna, bo jej przodkowie prowadzili szkoły dla głuchoniemych sierot, ani ona, ani jej ojciec nie mówili w jidisz, ona dziś posługuje się niemieckim, kiedyś jej językiem był rosyjski.

Z perspektywy mojej kosmopolitycznej teraźniejszości myślałam, że uczyli głuchoniemych mówić we wszystkich językach świata, jakby głuchoniemota, a także sieroctwo było pustą kartką papieru - wolnością uznania za swój każdego języka i każdej historii. Nasza żydowskość pozostała dla mnie głuchoniema, a głuchoniemota czymś żydowskim. To była moja historia, moje pochodzenie, nie byłam to jednak ja. 

(...) i myślałam też o tym, że z naszym żydostwem jest jak z tymi paczkami, do których nie można już zajrzeć. Mówi się "żydowski", ale się nie wie, czym to słowo jest wypełnione. 

Bardzo długi i dość osobisty wyszedł mi ten wpis. Więc może, skoro książka sprowokowała mnie do tylu rozważań, zbyt surowo ją oceniłam?

Popularne posty