"Nie bój się, Bi". Poetycki film z Wietnamu.

Tym razem znowu będzie o filmie, ale nie o komedii. Obejrzałam właśnie wietnamski obraz "Nie bój się, Bi". Lubię azjatyckie kino obyczajowe, niestety rzadko gości na ekranach, a jeśli już, to najczęściej jest to kino chińskie (też lubię). To chyba trzeci film wietnamski, jaki udało mi się zobaczyć (niestety nie pamiętam tytułów poprzednich). Wszystkie miały pewne wspólne cechy. Za każdym razem była to obserwacja rodziny, ale rodziny rozumianej szerzej: nie tylko rodzice i dzieci, także siostry, bracia, dziadkowie. Wspólne było też raczej wolne tempo, niewiele zdarzeń, więcej nastroju, kontemplacji, chwytania ulotnych chwil. Jeśli miałabym je jakoś określić, to powiedziałabym, że były poetyckie, mimo że rejestrowały wietnamską codzienność. "Nie bój się, Bi" to opowieść o życiu rodziny, której rutyna zostaje zaburzona nagłym powrotem z zagranicy chorego ojca. Obserwujemy relacje między siostrą, bratem, jego żoną, ich synkiem (tytułowy Bi) i ojcem. Niewiele się dzieje, dużo tu niedopowiedzeń, sporo pozostawiono domyślności widza (lub jego dowolnej interpretacji), bardzo dużo można wyczytać ze spojrzeń i gestów. Film ciekawy, chociażby tylko ze względu na egzotyczną dla nas wietnamską obyczajowość. Tym, których nie zniechęciły moje dotychczasowe uwagi, polecam. Tych, którzy już obejrzeli, jak zawsze zachęcam do przeczytania dalszego ciągu.

Ten wietnamski film trochę przypomina mi niedawno obejrzany "Miód". I tam i tu bohaterem jest kilkuletni chłopiec. Świat poznajemy jego oczami, w życie obu wkracza śmierć, filmy są poetyckie, skupione na obserwacji, na obrazie, na pokazywaniu detalu,  wiele w nich niedopowiedzeń. Tyle skojarzeń. Sporo jednak te filmy różni. Przede wszystkim w "Nie bój się, Bi" znacznie więcej się dzieje, przysłuchujemy się rozmowom toczonym przez bohaterów, podczas gdy w filmie tureckim często towarzyszy widzowi cisza. No i tytułowy Bi nie jest głównym bohaterem tej opowieści. Wszyscy są tu ważni: i jego matka, i ojciec, i ciotka, i dziadek. To opowieść o tych ludziach, o wzajemnych relacjach rodzinnych, także o  dzieciństwie, radosnym odkrywaniu tajemnic i niezwykłości świata.

Rodzina, której życie obserwujemy, to rodzina toczona przez kryzys. Myślę jednak, że nie jest to jakiś kryzys chwilowy, a raczej trwalszy stan. Ojciec chłopca właściwie wraca do domu tylko na noc i wcale nie dlatego, że dużo pracuje. Najprawdopodobniej znudzony rodzinnym życiem i żoną popołudnia i wieczory woli spędzać albo w knajpie w towarzystwie kolegów, pijąc piwo i jedząc, albo odwiedzając młodą fryzjerkę, która nie tylko myje męskie głowy, ale również oferuje ich masaż. Zaniedbuje żonę, która wyraźnie jest tym zawiedziona, ale nie robi mu wymówek czy awantur. Zresztą nikt tu nikomu niczego nie wypomina, nie wyraża pretensji, nie mówi o swoich uczuciach czy problemach. Być może jest to cecha azjatyckich społeczeństw, ale za mało wiem na ten temat, aby wyrokować. To że ojciec Bi zaniedbuje żonę i marzy o innej, nie jest w końcu niczym nadzwyczajnym. Czymś dużo boleśniejszym i dziwnym jest jego stosunek do  chorego ojca, który wprawdzie nie jest na stałe przykuty do łóżka, ale wymaga  opieki i pielęgnacji. Syn go po prostu ignoruje. Nie rozmawia, nie przychodzi na wspólne posiłki. Obserwując jego zachowanie, czasem odnosiłam wrażenie, że go po prostu nie lubi (nie kocha, a może nawet nienawidzi), ma jakiś żal, a czasem, że się go obawia, chociaż chory starzec nic mu zrobić nie może. Jedynie nocami ukradkiem zakrada się do jego pokoju i podgląda go w czasie snu. Z lękiem? Z satysfakcją, że chory ojciec nic już nie może, że los go pokarał, wziął na nim odwet? Ale za co? Pozostają nam tylko przypuszczenia. Dzięki opowieści starej służącej dowiadujemy się, że większość swego życia spędził za granicą, a kiedy wracał, nie poświęcał specjalnie dużo czasu swojej rodzinie. Czy syn ma o to żal, czy zaszło coś poważniejszego? Ale teraz sam powiela zachowanie ojca, zaniedbując najbliższych. Kiedy ojciec umrze, do czego chyba się przyczynił, nie udzielając mu pomocy, pójdzie na pogrzeb, ale odmówi udziału w stypie. Podobnie  jego siostra.

Ona również nie bardzo chce zajmować się chorym. Nie robi tego aż tak ostentacyjnie jak jej brat, nie unika wspólnych posiłków, ale nie poświęca mu czasu ani się nim nie opiekuje. To potwierdzałoby przypuszczenia o  zadawnionych żalach czy urazach. A może po prostu i syn, i córka nie czują  żadnej więzi z ojcem, bo go właściwie nie znali? W pewnym momencie ktoś, nie pamiętam kto, mówi, że stary mężczyzna nie wróciłby pewnie do domu, gdyby nie choroba. Ciotka Bi też ma swoje problemy. Jest samotna, łyka jakieś lekarstwa, często sprawia wrażenie słabej czy zmęczonej. ale to raczej choroba duszy, niż ciała. Szwagierka próbuje ją swatać z pewym budowlańcem, ale ona, mimo że się z nim spotyka, marzy o młodym uczniu ze szkoły, w której uczy. Gotowa jest na każde szaleństwo. Minie jednak rok i pogodzi się z rzeczywistością: porzuci fantazje o młodym, ślicznym chłopaku i zaakceptuje budowlańca w roli przyszłego męża. Z miłości czy z rozsądku?

Chorym ojcem zajmują się właściwie tylko dwie osoby: wnuk, mały Bi, i jego matka. Chłopiec nawiązuje więź z dziadkiem. Przygląda mu się ciekawie, przychodzi do jego pokoju, rozmawia, zbiera liście, które mu potem przynosi. Dziadek pewnie wypełnia lukę po ojcu, którego w życiu Bi właściwie nie ma. A może to tylko ciekawość, z jaką penetruje cały świat, sprawia, że tak chętnie przebywa z dziadkiem? Może stary mężczyzna jest dla niego taką samą atrakcją jak pracujący w fabryce wytwarzającej bryły lodowe młodzi mężczyźni, których odwiedza? Jak starsi chłopcy ze szkoły, którzy grają w piłkę na błotnym boisku? Jak umazani błotem mężczyźni, których obserwuje w nadrzecznych szuwarach? Dzieciństwo Bi wydaje się być radosne i swobodne. Całymi dniami włóczy się po okolicy, z ciekawością obserwując wielkimi, czarnymi oczami świat i ludzi, dokonując drobnych odkryć. Na przykład że jabłko wrzucone do wody, z której powstanie lodowa sztaba, zabłyśnie w niej niczym klejnot. Podobnych eksperymentów dokonuje z liśćmi w domowej lodówce. Nikt mu niczego nie zabrania, nikt nie ma pretensji, wystarczy, że zjawi się w końcu w domu na wieczorny posiłek. To takie dzieciństwo, jakie my dziś znamy już chyba tylko z książek. W naszym cywilizowanym, ale pełnym prawdziwych i urojonych niebezpieczeństw świecie, dzieciom z porządnych domów nikt nie pozwoli na takie samodzielne odkrywanie świata.

Drugą osobą, która opiekuje się chorym, jest matka Bi. To ona, a nie córka czy syn, pielęgnuje chorego. Myje go, stara się ulżyć bólowi, sprząta. Jest cierpliwa i czuła, nie skarży się na obowiązki, które na nią spadną. Rok później w rocznicę jego śmierci to ona i Bi pójdą na jego grób odprawić tradycyjne rytuały.

A ojciec? Jak już wspomniałam, niewiele o nim wiemy. Prawie się nie odzywa, z pokorą i w milczeniu znosi swoją chorobę, ból i fizyczne poniżenie. Rodzinie pokazuje spokojną, chociaż  kamienną twarz. Dopiero kiedy zostaje sam, w nocy wykrzywia się w niemym cierpieniu. Ten milczący, zamknięty w sobie, tajemniczy, dumny mężczyzna tylko z wnukiem i synową nawiązuje bliższą więź, ale może dlatego, że tylko oni tego pragną?

W rok po jego śmierci rodzina i znajomi zbierają się w domu, aby zgodnie z tradycją uczcić jego pamięć. Co się zmieniło? Czy kryzys został zażegnany? Trudno powiedzieć. Wszyscy czczą zmarłego, nawet córka i syn, którzy rok wcześniej nie zostali na pogrzebowej kolacji. Teraz syn oddaje cześć nieżyjącemu ojcu. Czy robi to z potrzeby serca? Czy coś zrozumiał? Czegoś żałuje? Czy raczej jest to pusty gest? Tradycja?

Na co jeszcze zwróciłam uwagę?

Fizjologia. Seks i fizyczny ból zostały w tym filmie zrównane. Sceny seksu pokazywane są nieładnie, zwierzęco, bez czułości i miłości, tylko jako zaspokojenie fizycznego pożądania. Montaż sprawił, że przeplatają się ze scenami bólu, fizycznego cierpienia. I tu, i tu jęki, konwulsyjne, gwałtowne ruchy. Jedno i drugie to tylko fizjologia w tym świecie pozbawionym uczuć.

Woda. Rzeka, morze, ale przede wszystkim bryły lodu: te z lodówki i te z fabryki. Lód się topi, daje chłód, studzi zmysły, przynosi ulgę ludziom rozpalonym upałem i pożądaniem, którego z różnych przyczyn nie mogą zaspokoić. Zimne woreczki z wodą zmniejszają fizyczny ból, który męczy chorego. Kilkakrotnie oglądamy te same obrazy: brzuch ojca, masowany woreczkami z wodą, i jego syna, po którego ciele spływa woda z topniejących brył lodu wyciąganych z lodówki. Ale w tych samych bryłach Bi zatapia swoje skarby: liście i jabłko. A dorośli rozbijają iluzję, rozłupując je i uwalniając zatopione skarby.

Sceneria. Dużą przyjemność sprawiło mi oglądanie pokazywanego na ekranie świata: miasta, ulic, knajp, nadrzecznych terenów, wnętrz domów, dziwnych piwnic. W brzydocie, szarości, zgaszonych barwach, liszajach pokrywających ściany, pamiętających dawną świetność meblach, nawet w błocie jest jakieś piękno i urok. Przynajmniej ja je dostrzegłam.

Tyle, chociaż to pewnie nie wszystko i być może uważny widz dostrzeże jeszcze więcej. Polecam ten egzotyczny, niespieszny, kontemplacyjny film o szczęśliwym dzieciństwie i nieszczęśliwej dorosłości. Czy tylko dzieciństwo może być szczęśliwe, pełne uroku, cudów i ciekawości świata? Kiedy je tracimy? Dlaczego?




"Soul kitchen". Zupełnie inny Fatih Akin.

Tym razem nie dzielę wpisu na dwie części, jak to mam w zwyczaju, pisząc o filmie, bo trudno snuć jakieś nadzwyczajne refleksje na temat "Soul kitchen". Zastanawiałam się nawet, czy tym razem nie darować sobie notki i wcale nie dlatego, że film mi się nie podobał. Najnowszy obraz Fatiha Akina to po prostu komedia i tylko komedia (żeby było jasne: nie mam nic przeciwko temu gatunkowi). Kto widział jego poprzednie filmy, "Głową w mur" i "Na krawędzi nieba", ten może być zdziwiony. Niemiecki reżyser tureckiego pochodzenia przyzwyczaił nas do zupełnie innego kina, kina na serio, opowiadającego o  Turkach  mieszkających w Niemczech i w swojej ojczyźnie. Pokazuje w nich  problemy z integracją,  odmienność kultur,  poszukiwanie tożsamości. Zarzuca  bogatej Europie jak niewiele wie na temat politycznych problemów tureckiego społeczeństwa i jakie ma naiwne recepty na ich rozwiązanie. Myślę, że Turcja i Turcy mieszkający w Niemczech to tylko pretekst do rozmowy na temat innych mniejszosci, które Europa w pewnym okresie tak ochoczo do siebie przyjmowała, a teraz się od nich odwraca. Filmy Akina poruszają też podstawowe problemy egzystencjalne. Pełno w nich mocnych, dosadnych, brudnych scen, nieobliczalnych bohaterów, którzy sami siebie stawiają na marginesie społeczeństwa i, przynajmniej w pierwszym momencie, niekoniecznie budzą sympatię widza. I chociaż nie kończą się rozumianym potocznie happyendem, to niosą w sobie jakiś optymizm, trudny, niełatwy, ale jednak optymizm. Oba filmy należą do moich ulubionych, szczególnie "Glową w mur" tkwi we mnie bardzo mocno. Kto nie widział a nie boi się kina nieprzyjemnego, ale mądrego i poruszającego do głębi, powinien zobaczyć koniecznie.

Nie o tamtych filmach mam jednak pisać, więc wracam do "Soul kitchen". Idąc, niby wiedziałam, że zobaczę komedię, bo tak głoszą wszelkie zapowiedzi, ale te często bywają nieprawdziwe, więc oglądając, długo myślałam, że reżyser myli tropy i w pewnym momencie film zabrzmi tonacją serio. Tak się jednak nie dzieje i "Soul kitchen" do końca pozostaje komedią. Owszem, odnajdziemy tu motywy znane z jego poprzednich obrazów, ale podane lekko. Mamy więc bohaterów wywodzących się ze środowisk imigranckich, tym razem są to Grecy: dwaj bracia Zinos i Illias, zadomowieni w Niemczech na dobre. Mamy przestępstwo (raczej drobnego kalibru), za które ktoś musi odpokutować w więzieniu. Jest i miłosny zawód. Pełno tu zwariowanych postaci, które żyją po swojemu, pod prąd mieszczańskiemu społeczeństwu, na jego marginesie, ale w zgodzie z własnym sumieniem. Zinos, właściciel tytułowej knajpy, kucharz Shayn (w tej roli Birol Unel znany z "Głową w mur"), kelnerka Lucia za wszelką cenę chcą pozostać wolni i spełniać swoje marzenia. Obce są im kompromisy, nawet jeżeli oznacza to utratę dobrej pracy. Można oczywiście w tej sympatycznej komedii doszukać się poważnych problemów. Jest więc, przeciwstawiony tamtym bohaterom podstępny łajdak, który gotów jest na wszystko, aby tylko dostać swoje i zarobić na tym. Jest robiący z nim interesy bezwzględny biznesmen, któremu obce są jakiekolwiek etyczne standardy. Ale to wszystko oczywiście, zgodnie z prawami gatunku, podane jest lekko, nieco absurdalnie, w sposób trochę przerysowany. A kiedy już uwierzymy, że tym razem Fatih Akin naprawdę nakręcił komedię, nie musimy niepokoić się o losy sympatycznych bohaterów. Przecież wiemy, jak się to wszystko skończy, możemy jedynie zastanawiać się, jak reżyser wraz ze scenarzystą doprowadzą do szczęśliwego finału. Całość okraszona jest dużą dawką muzyki, która nieodłącznie związana jest z knajpą głównego bohatera, no i podziwiać możemy całą galerię najrozmaitszych potraw: od zwykłych frytek i hamburgerów po wymyślne dania przygotowywane przez szalonego Shayna.

Nie jest to oczywiście arcydzieło, ma swoje wady. Często zbyt łatwo można przewidzieć następstwo zdarzeń, za szybko domyślamy się, kto z kim zostanie połączony, a kto będzie podstępnym, czarnym charakterem w skórze baranka. Nietrudno też od pewnego momentu odgadnąć, jak Zinos poradzi sobie ze swoim problemem. Inną słabością filmu jest Birol Unel, który tworzy postać za bardzo przerysowaną i groteskową. I ostatnia słabość: w pewnym momencie film w swym chaosie, natłoku zdarzeń staje się odrobinę nużący. Moim zdaniem na dobre by mu wyszło, gdyby był odrobinę krótszy. Na szczęście jednak pod koniec znowu odzyskuje formę.

Mimo tych słabości warto pójść do kina i spędzić tam przyjemne (prawie)  dwie godziny. Ja jednak mam nadzieję, że Fatih Akin tym filmem zrobił sobie, dla złapania oddechu, króciutką przerwę i powróci do poważnych problemów dręczących współczesną multikulturową Europę podanych w ostrej formie.         

Pożegnanie z Wallanderem. Henning Mankell "Niespokojny człowiek"

Dziś będzie krócej, bo nad kryminałem trudno się rozwodzić. "Niespokojny człowiek" to już niestety ostatni tom z mojego ulubionego cyklu o komisarzu Kurcie Wallanderze z Ystad. Mankell nie pozostawił wątpliwości, że żegna się z melancholijnym policjantem ze Szwecji. To niepowetowana strata. Jakie kryminały będę teraz czytać? Już tu kiedyś wspominałam, że jakoś nie potrafię natrafić na kolejny cykl, do którego tak bym się przywiązała. A szkoda, bo od czasu do czasu lubię sięgnąć po dobry kryminał.

Za co pokochałam cykl o komisarzu Wallanderze? Chyba najbardziej za głównego bohatera. Wallander to zdolny policjant z dużym doświadczeniem i doskonałą intuicją. Kochający i równocześnie często niecierpiący swojej pracy, która tak go jednak absorbuje, że nie ma czasu ani na życie prywatne, ani na dbanie o swoje zdrowie. Prowadzi niehigieniczny tryb życia (mało ruchu, nieregularne posiłki) i stale obiecuje sobie, że musi się za siebie zabrać, ale oczywiście kończy się jak zwykle na dobrych chęciach. Jego życie prywatne to katastrofa. Po rozwodzie z żoną mimo prób nie potrafi związać się z żadną kobietą, a jedyna wielka miłość  kończy się rozstaniem. Gdyby chcieli być razem, jedno z nich (raczej ona) zbyt wiele musiałoby poświęcić. Wallander stale czuje się samotny i stary. Kiedy poznajemy go w "Mordercy bez twarzy", pierwszym tomie cyklu, dobiega czterdziestki, ale już wtedy boryka się z uciekającym czasem. I nie udało mu się z tym pogodzić w ciągu tych dwudziestu lat, jakie dzielą część pierwszą od ostatniej. Kiedy tak przyglądam się jego życiu, to mam nieodparte wrażenie, że w sferze osobistej nie było ono zbyt udane. Problemy ze starzejącym się zdziwaczałym ojcem, który nigdy nie zaakceptował faktu, że Kurt został policjantem, niepokój o córkę, nikły kontakt z jedyną siostrą, właściwie brak przyjaciół, zero życia towarzyskiego. I tylko opera, której jest miłośnikiem, czasem dodaje mu blasku. Za to spełnia się w pracy, jest bardzo dobrym  policjantem, chociaż nie zawsze docenianym przez szefów. Śledztwo to mozół, który często ciągnie się długo, a rozwiązanie trzeba wykuwać niczym kamień w skale. Tylko czasem przychodzi błysk, iluminacja, najczęściej jednak to żmudne dobijanie się do prawdy. Wallander narzeka na coraz gorszą organizację pracy w policji, na niekorzystne zmiany, jakie zachodzą w szwedzkim społeczeństwie, na trapiące je problemy. Cóż, jak widać nie są to powieści optymistyczne, ale, przynajmniej w opisie sfery osobistej i społecznej, bardzo prawdziwe i nieulukrowane.

Nie wszystkie lubię jednakowo, najmniej te o charakterze szpiegowskim, bardziej sensacyjnym niż kryminalnym. Moje ulubione to "Morderca bez twarzy", "Fałszywy trop". "Piąta kobieta", "O krok", no i ostatnia, którą właśnie skończyłam. Tak bardzo przywiązana jestem do papierowj wersji historii o Wallanderze, że nie mogłam oglądać żadnej z filmowych adaptacji: ani szwedzkiego serialu, ani brytyjskiego. Ginęło w nich to (takie prawa filmu), co ja lubię w tych książkach najbardziej: płynący czas.

Popełniane zbrodnie są w tych powieściach dość wymyślne, zwykle nie kończy się na jednej, a śledztwa, o czym wspominałam, długie, żmudne i skomplikowane. Policjanci muszą ścigać się z czasem, gdyż często zdają sobie sprawę, że na jednym zabójstwie pewnie się nie skończy. Jeśli jakiś miłośnik kryminału nie sięgnął dotąd po te książki, w co trudno mi uwierzyć, radzę czytać według kolejności (nie wiedzieć dlaczego w Polsce cykl nie ukazywał się po kolei).

A teraz trochę o ostatniej części. Znajdziemy tu wszystko to, co charakterystyczne dla całego cyklu. Skomplikowaną zagadkę, mylenie tropów, śledztwo, które wymaga licznych podróży (to też bardzo lubię w tych książkach), no i Wallander. Dobiega sześćdziesiątki i zupełnie nie potrafi pogodzić się ze zbliżającą się starością. Zastanawia się, co będzie robił, kiedy w końcu przejdzie na emeryturę, za czym specjalnie nie tęskni. Dotkliwie odczuwa swoją samotność, wspomina przeszłość, wraca pamięcią do dawnych śledztw, do ludzi, których już nie ma. Nękają go problemy ze zdrowiem, nie bardzo potrafi dogadać się z córką, która staje się coraz bardziej obcesowa i apodyktyczna. Na komendzie czuje się chyba  wyobcowany, bo większość kolegów, z którymi przez lata pracował, odeszła. Pozostał jedynie Martinsson i ponury Nyberg, a sam Wallander nie dowodzi już, jak dawniej, prowadzonymi dochodzeniami, nie on kieruje słynnymi zebraniami, robią to młodsi od niego. Upływający czas, przemijanie to równoprawni bohaterowie tej powieści. A w smutnym życiu Wallandera są na szczęście trzy radości: dom na wsi, który nagle zdecydował się kupić, pies Jussi i wnuczka Klara. Dużo to czy mało?

Tyle, więcej nie mogę zdradzić, aby nie psuć przyjemności czytania tym, którzy tego dotąd nie zrobili. I jeszcze o jednym, co tak bardzo podoba mi się w tej książce: mamy tu do czynienia z taką zagadką, która dla większości na zawsze pozostanie niewyjaśniona. Wallander dowie się najwięcej, ale i jemu nie uda się odpowiedzieć na kilka pytań nękających jego i innych. Nie wszystko jest takie, jak się wydaje - jedna z moich ulubionych życiowych prawd może z powodzeniem służyć za motto tej powieści.

Miłośników książek Mankella na pewno nie muszę namawiać, aby przyczytali, szczególnie, że to część wieńcząca cały cykl. Innych fanów kryminału, którzy dotąd nie poznali Kurta Wallandera (Są tacy? Watpię.) namawiam, aby koniecznie nadrobili braki. Ja, sięgając po "Niespokojnego człowieka", nie zawiodłam się. Szkoda tylko, że to już koniec.

A w sobotę wracam do filmu. Szykuje się kilka interesujących premier (przynajmniej tak się wydaje na podstawie zapowiedzi). 

"Spokój doskonały" Amosa Oza, kolejna świetna powieść izraelskiego pisarza.

To już siódma powieść Amosa Oza, jaką przeczytałam, i znowu coś zupełnie innego. Tym razem różne jest nawet miejsce: akcja toczy się w kibucu w roku 1966 i 1967. Już tylko dzięki temu książka byłaby bardzo interesująca, a to przecież zaledwie dekoracja. Czytelnik poznaje życie codzienne kibucników, świat zupełnie inny i nieznany. Mieszkańcy tworzą wspólnotę, wprawdzie żyją oddzielnie, w swoich własnych niewielkich mieszkankach, ale tak naprawdę trudno tu o samotność, izolację, intymność. Życie toczy się na oczach innych, nawet posiłki jada się wspólnie w kibucowej stołówce, zarząd decyduje o tym, do jakiej pracy ktoś zostanie skierowany. Niby można prosić o inne zajęcie, ale pole manewru jest jednak ograniczone. Pełno tu plotek, komentarzy, ludzkiej zawiści. O skandalach pamięta się całe lata. Mimo to niektórzy robią to, co chcą, nie przejmując się ludzkim gadaniem. Większości życie we wspólnocie bardzo odpowiada, ale nie wszystkim.

Jednym z bohaterów powieści jest dwudziestokilkuletni Jonatan, który marzy o wolności. Jonatan czuje, że musi coś w swoim życiu zmienić. Od pewnego czasu dusi się w kibucu, dusi się też w swoim małżeństwie, które on, bo nie jego żona, uważa za nieudane. Ma dość rutyny, zajęć, które go nie interesują i tego, że inni decydują za niego, mówią mu, co powinien zrobić, jak postępować, jaką pracę wykonywać. On chciałby żyć inaczej: może studiować, może podróżować, może poznać inny świat, inne kraje a nawet kontynenty. Jest naznaczony wojną i śmiercią. Jak każdy młody mieszkaniec Izraela służył w wojsku, ale ma też za sobą epizod wojenny, bo to lata konfliktu z Syrią. Poznał walkę, zobaczył śmierć towarzyszy, zabijał, sam o mało nie zginął. Tamte wspomnienia powracają. Wojna i zagrożenie ze strony sąsiednich państw są stale obecne nie tylko w życiu Jonatana, ale i w życiu innych mieszkańców wspólnoty. Mówi się o dywersantach, szpiegach, w pobliżu znajduje się spalona arabska wioska, której ruiny straszą niczym wyrzut sumienia. Ktoś tam kiedyś mieszkał, dziś spalone, porośnięte zielenią domy i meczet są celem wycieczek w wolne dni. Na zgliszczach urządza się pikniki. Nie rozmawia się o tych, którzy tu kiedyś mieszkali, a niektórzy zieją nienawiścią do arabusów, jak ich pogardliwie nazywają. Oczywiście sytuacja nie jest czarno - biała: taką samą nienawiść do Żydów żywią Arabowie. Wiadomo, konflikt nie do rozwiązania. Wojsko jest stale obecne w książce. Kiedy Jonatan nagle opuści kibuc, weźmie ze sobą cały swój żołnierski ekwipunek, łącznie z bronią, wszędzie będzie na swojej drodze spotykał żołnierzy, szukać go będzie między innymi jego dawny dowódca. Kiedy żyje się w poczuciu zagrożenia, ciągłej bojowej gotowości, kiedy się walczyło, użycie broni jest niezwykle proste. Chwilami wydaje się, że Jonatan z wielką łatwością zrobi użytek ze swojego karabinu, niczym desperat, o jakim czasem słyszymy. Tak, on jest takim desperatem, który dotąd wiódł na pozór spokojne życie, ale czara zawiedzionych nadziei, niespełnionych marzeń i tęsknot przelała się i coś pcha go ku szaleństwu.

Przeciwieństwem Jonatana jest Azaria, który pewnej deszczowej, zimnej nocy zjawia się w kibucu i koniecznie chce w nim zostać. On, samotny rosyjski Żyd, doświadczony przez życie, o nie do końca odkrytej, ale strasznej, przeszłości, marzy o życiu we wspólnocie, a idea ruchu kibucowego wydaje mu się wspaniała. Azaria, jak Jonatan, jest marzycielem. Bez przerwy wyobraża sobie swoją wspaniałą przyszłość, uznanie, jakie zdobędzie w świecie polityki i w Izraelu. Wydaje mu się, że posiadł prawdę, znalazł panaceum na bolączki swojej ojczyzny (w tym trochę przypomina Fimę, bohatera powieści Oza pod takim właśnie tytułem, o której jakiś czas temu pisałam). Jeśli w tym momencie ktoś nabral przekonania, że Azaria jest pyszałkowatym, niesympatycznym, zadufanym w sobie człowiekiem, popełnia błąd. Jego rojenia i przemowy nie mają w sobie nic z zadufania. To nieszczęśliwy, samotny, pełen kompleksów i poczucia winy człowiek, którego życie nie oszczędzało, łaknący ludzkiej życzliwości, zainteresowania i miłości. Życzliwy ludziom i szczerze skory do pomocy. Nie poznamy przyszłości Jonatana i Azarii (ten drugi traktuje tego pierwszego jak brata i przyjaciela), śledzimy tylko rok z ich życia, ale wydaje sie, że z nich dwóch to ten tajemniczy przybysz jest w stanie do czegoś w życiu dojść, zrealizować przynajmniej cząstkę swoich marzeń.

Inny ważny problem poruszany w powieści to odwieczny konflikt pokoleń. Jolek, ojciec Jonatana, nie rozumie nie tylko swojego syna, ale i jego rówieśników. Zarzuca im bezideowość, życie dniem codziennym, pogoń za przyjemnościami, myślenie o sobie, a nie o wspólnocie (wspólnota to nie tylko kibuc, ale przede wszystkim Izrael), jakąś wewntętrzną słabość, miękkość, brak zdecydowania, roztkliwianie się nad sobą. Jolek należy do pokolenia pionierów, tych, którzy byli świadkami powstania państwa, o którym marzyli i o którego kształcie decydowali. Ma poczucie klęski: państwo wprawdzie powstało, ale pierwsze pokolenie urodzone w wymarzonej ziemi obiecanej jest nie takie, jak miało być. I to oni je takim stworzyli, chcąc im oszczędzić trudów, które sami ponosili. Jolek to kolejna ciekawa postać w tej powieści. Dawny lewicowy polityk, zasiadał w Knesecie, był ministrem jednego z rządów, teraz jest sekretarzem kibucu, który zakładał. Głosi zdecydowane poglądy, również na temat bieżącej polityki. Jest szanowany i podziwiany. Ale ma swoje drugie, domowe oblicze. Żona, przynajmniej chwilami, go nienawidzi, uważa, że zmarnowała przez niego życie. Takich wybuchów nienawiści, jakie od czasu do czasu prezentuje Chawa, dawno w literaturze nie spotkałam. Syn również ma do ojca pretensje i żal.

W powieści Oza aż roi się od nietuzinkowych, barwnych, niezwykłych, dziwacznych postaci. Niektóre poznajemy bliżej, inne zaznaczone są cienką, subtelną kreską, ale nawet  kilka informacji sprawia, że bohater żyje, jest postacią z krwi i kości. Chciałabym tu jeszcze wspomnieć o Rimonie i Sruliku.

Rimona jest żoną Jonatana, cichą, uległą, spokojną. Ona jedna rozumie odejście swojego męża, nie rozpacza, bo wie, że tego potrzebował. Kiedy zechce, wróci. Godzi się ze światem, nie buntuje, przyjmuje to, co życie jej przynosi, także cierpienie i drugą miłość. Chce wszystkimi się opiekować i wszystkim pomagać. Swoją uległością może drażnić i irytować. Przez większość traktowana jest pobłażliwie lub wręcz niechętnie jako osoba trochę dziwna, może nawet niespelna rozumu. Ale Rimona, trochę duże dziecko, ma swoją wrażliwość, mądrość i głębię. Słucha muzyki, szczególnie Bacha, i jest zafascynowana życiem wielodzietnej rodziny kompozytora. Może tu tkwi klucz do tej postaci? Rimona mówi o nich:

" Pani Bach, z tymi dziećmi na głowie, nie miała czasu, żeby się nim zajmować. Na pewno musiał pomagać w praniu i gotowaniu, pożyczać pieniądze, kupować węgiel, bo to działo się zimą, w Niemczech. Było mu bardzo ciężko, a jednak czasami udało mu się wyrazić tak intensywną radość."

Może tu tkwi remedium na niepokoje Jonatana i Azarii? Może tylko od naszej woli i samozaparcia zależy, czy mimo codziennej rutyny, w którą jesteśmy uwikłani, uda  się stworzyć coś, spełnić przynajmniej cząstkę marzeń i nie dać się przyziemnej egzystencji?

I jeszcze Srulik, z pokolenia pionierów, przyjaciel Jolika, wiecznie w cieniu innych, na drugim planie, samotny. Zastanawia sie nad przemijającym czasem i nad tym, czy nie zmarnował życia. czy mógł je przeżyć inaczej? Nie bardzo rozumie ludzi, ale przygląda się im z życzliwością, nawet jeśli nie pochwala ich wyborów. Tacy jesteśmy, trudno, trzeba się z tym pogodzić, zdaje się myśleć. Kiedy trzeba będzie, przejmie odpowiedzialność za kibuc i ku swojemu zdumieniu nauczy się decydować. W pierwszej części powieści nieco w cieniu, w masie innych postaci, w drugiej wyrasta na jednego z ważniejszych bohaterów. To jego dziennik, który poznajemy w drugiej części, jest źródlem refleksji o życiu, cierpieniu, istocie zła, przemijaniu, rutynie, powtarzalności, rozpadzie. I chociaż w takiej wyliczance brzmi to banalnie, banalne nie jest. Czy istnieje miłość? Jak jest możliwa, skoro wszystko stoi z nią w sprzeczności? Skoro krzywdzimy siebie i nienawidzimy? Jak złagodzić ból istnienia: samotnością czy ekstazą? Oto pytania, które stawia sobie Srulik i chyba nie tylko on.

Kończę ze świadomością, że nie wyczerpałam tematu i nie odkryłam calego bogactwa i mądrości powieści Amosa Oza. Jak zawsze raczej smutnej, niż wesołej, melancholijnej, niż pogodnej, ale dotykającej spraw najważniejszych. A symbolem smutku i melancholii jest deszcz padający na spowity w ciemności kibuc.  

"Pan Mani" Awrahama B. Jehoszuy, dużo więcej niż saga żydowskiej rodziny.

Czas najwyższy napisać o książce. Ostatnio tylko kino i kino, co nie znaczy, że nic nie czytam, ja czytam stale. Chwilę temu skończyłam powieść izraelskiego pisarza Awrahama B. Jehoszuy "Pan Mani" (Cyklady 2008). Jehoszua urodził się w 1936 roku w Jerozolimie, a więc jest mniej więcej rówieśnikiem Amosa Oza. Na jego trop wpadłam, kiedy zainteresowałam się współczesną literaturą izraelską. Chciałam znaleźć coś jeszcze poza moim ukochanym Ozem, coś równie mocno osadzonego w izraelskim klimacie i obyczajowości. Psychologiczne powieści Zeruy Shalev są ciekawe, ale równie dobrze ich akcja mogłaby się toczyć gdziekolwiek, a po Kereta na razie nie sięgnęłam, bo to nie moje klimaty, może kiedyś się skuszę. W Polsce wyszły dotąd trzy powieści Jehoszuy, wszystkie w tym samym wydawnictwie. Oprócz tej, o której za chwilę, jeszcze "Powrót z Indii" i "Kochanek" (ten ostatni czeka na półce na swoją kolej). A teraz do rzeczy, czyli do "Pana Maniego".

Właściwie panów Manich jest aż pięciu, bo to historia rodzinna, chociaż trudno nazwać ją sagą. Nie znajdziemy tu losów rozgałęzionego rodu, wątków pobocznych opowiadajacych o innych członkach rodziny sefardyjskich Żydów. Poznajemy epizody z życia kolejnych mężczyzn z  rodu Manich i ich krótkie, ale zawsze niezwykłe, nietuzinkowe, powikłane historie. Całość pokazuje z jednej strony pewnie w jakiś sposób typowe losy Żyda, trochę (u zarania) wiecznego tułacza, z drugiej strony jednak chyba nie do końca, gdyż jeden z nich owładnięty był ideą powstania państwa (a ten epizod to rok 1918, kiedy tymi ziemiami władają Turcy), w którym obok siebie w zgodzie i miłości żyć będą Żydzi i Arabowie. Piękna myśl, niestety do dziś pozostaje utopią.

Powieść ma oryginalną konstrukcję: składa się z pięciu części - rozmów, przy czym za każdym razem słyszymy tylko jednego z rozmówców, bo wypowiedzi drugiego zostają pominięte. Tylko raz, w ostatnim rozdziale (Ateny rok 1848) interlekutorem jest pan Mani, Abraham, najstarszy z rodu, którego poznajemy. Pozostałe epizody (kibuc Maszabe Sade 1982, Iraklion 1944, Jerozolima 1918, Jeleni Sad koło Oświęcimia 1899) to rozmowy osób, które, zawsze przypadkowo, na pewien czas zetknęły się z jednym z Manich. Uważny czytelnik pewnie zorientował się, że akcja rozwija się pod prąd czasu, historie rodziny poznajemy od roku 1982 do pierwszej połowy wieku dziewiętnastego. Rozdziały zaczynają się od zwięzłej historii obu rozmówców, kończą równie krótką informacją o ich dalszych losach. Co ciekawe opowiadający o Manim, z którym los go zetknął, też jest postacią ważną, za każdym razem staje się równoprawnym bohaterem rozdziału. A ponieważ są to polski Żyd, brytyjski oficer (też o żydowskich korzeniach), niemiecki żołnierz i izraelska dziewczyna, poznajemy odmienny punkt widzenia na kwestię żydowską. Za każdym razem ten, kto opowiada nawet niemiecki oficer, który ma na rękach krew wielu Żydów, jest zafascynowany Manim, którego spotkał. W taki oto sposób, w pięciu odsłonach, odkrywamy historię rodziny, dokopujemy się do kolejnych tajemnic, rodzinne puzzle powoli wypełniają się, aż na końcu poznajemy tajemnicę największą. Przy okazji, jak już wspomniałam, obcujemy z wieloma interesującymi postaciami.

Nie będę tu oczywiście opowiadać historii ani zdradzać tajemnic, wspomnę tylko o zagadnieniach ogólniejszej natury poruszanych w powieści. U zarania jest to historia trochę Żydów - tułaczy wędrujących po Europie i osmańskim imperium, rabinów i drobnych kupców. To czasy, kiedy Jerozolima jest jeszcze stosunkowo niewielkim miastem zamieszkiwanym przez różne nacje i odwiedzanym przez pielgrzymów. Żeby się do niej dostać, trzeba z Jaffy wędrować kilka dni konno lub wozem, stale w górę, zatrzymując się w niewielkich, zwykle arabskich osadach. Potem przenosimy się w epokę, kiedy rodzi sie ruch syjonistyczny. Pojawiają się, właściwie raczej się o nich wspomina, postacie autentyczne na przyklad Herzl. W tym epizodzie ważną rolę odgrywa rodzeństwo polskich Żydów spod Oświęcimia. Kolejnego z rodu Manich spotykamyw Jerozolimie w czasach mandatu brytyjskiego. To okres marzeń o samodzielnym, niepodległym państwie. Wreszcie druga wojna światowa i Holocaust, pokazany tu nietypowo, bo z perspektywy Krety, która niby na obrzeżach Europy, przechodzi z rąk do rąk i kiedy zostaje zdobyta przez Niemców, tutejsi Żydzi nie mogą już czuć się bezpiecznie. W tej części poruszyła mnie historia Egona, niemieckiego oficera, który w pewnym momencie odkrywa cały bezsens ścigania Żydów i innych niemieckich wrogów. Jednak remedium, jakie wymyślił, aby ocalić Niemców (tak, Niemców) jest makiaweliczne. Niemcy są tu jak ów Pijak z "Małego Księcia", który pije, aby zapomnieć o tym, że pije. Na chwilę oddam głos Egonowi:

"Natychmiast trzeba było założyć obóz jeniecki i zamknąć w nim tych, którzy nas nienawidzą, byśmy mogli ich liczyć dwa razy dziennie, rano i wieczorem, i mówić sobie: "To wszyscy, nie ma więcej" ... Ale sami sobie nie możemy uwierzyć, że to naprawdę wszyscy i więcej nie ma, więc urządzamy poszukiwania kolejnych wrogów, którzy zaraz się znajdują, ale znów nie dowierzamy, że jest ich tak niewielu, dlatego torturujemy ich, by wydali w nasze ręce następnych, i tak dalej, i tak dalej ..."

I tak oto łapanie wrogów narodu niemieckiego staje się rodzajem pracy, szychty niczym w fabryce, sztuką dla sztuki, zadaniem, które trzeba wykonać, a wszystko to w nużącym znoju prowadzącym do samotności. Jaka jest na to rada, według Egona? Jedynym ratunkiem dla Niemców jest to, aby Żydzi wyrzekli się swojego żydostwa ("trzeba im pozwolić, aby sami się z tego wycofali ..."), wtedy będzie można zaprzestać tych żmudnych pościgów. Wtedy wreszcie Niemcy staną się narodem wolnym.

Na koniec (w książce na początek) poznajemy współczesny Izrael (ścislej Izrael z roku 1982, wtedy powstawała powieść) skonfliktowany z sąsiednimi państwami, najeżdżany przez swoich wrogów, toczący z nimi wojny w obronie państwa, które tak niedawno powstało. Z pięknej utopijnej idei o tym, że w jednym państwie mogą żyć obok siebie różne narody, które od wieków zamieszkiwały te ziemie, nie pozostało nic. Ale historia jest w tej powiesci tylko tłem, chociaż ważnym, dla ludzkich nietuzinkowych losów.

Osobnym bohaterem książki jest Jerozolima. Ta współczesna podzielona na dwie części, ta z początku dwudziestego wieku i ta dziewiętnastowieczna, mieszanka kultur, narodów i wyznań. Jerozolima, z której się ucieka, by do niej tęsknić, Jerozolima - fantazmat, o której się marzy, by choć raz w życiu ją ujrzeć. Jerozolima, do której się wraca po latach wygnania, albo taka, którą się traci. I wreszcie współczesna, miejsce, w którym się po prostu mieszka i żyje. Razem z bohaterami wędrujemy przez smagane wiatrem, deszczem, a nawet śniegiem zaułki, odwiedzamy świątynie, synagogi, kościoły, meczety, przechodzimy przez bramy w miejskich murach, kulimy się z zimna w nieogrzewanych domach. Wiele tu opisów konkretnych miejsc: tych współczesnych i tych sprzed wieków, niczym ze starych fotografii. To, co tak lubię w literaturze.

Interesująca, oryginalna powieść.


"Schronienie", smutny film Ozona.

Kolejny raz o filmie. Tym razem wybrałam się na "Schronienie" Ozona. Lubię takie kino: kameralne, psychologiczne, pokazujące meandry ludzkich uczuć. Niewiele tu się dzieje, obserwujemy skomplikowane międzyludzkie relacje, reżyser skupia się na bohaterach, na tym, co czują i przeżywają, tempo filmu jest wolne. Kto lubi takie kino, powinien zobaczyć, a dodatkowym atutem są piękne, nadmorskie krajobrazy (nie udało mi się rozgryźć, jaki to rejon Francji). Jest to historia dwudziestokilkuletniej Mousse, narkomanki, która po śmierci (z przedawkowania) swojego partnera odkrywa, że jest w ciąży. Zrażonych uspokajam: Mousse nie przypomina ćpunki z powszechnych wyobrażeń. Jest śliczna, elegancka i chyba pochodzi z dobrej rodziny. Zainteresowanych wysyłam do kina, a tych, którzy już byli, jak zwykle zachęcam do lektury ciągu dalszego.

Z Ozonem jest tak, że lubię tylko niektóre jego filmy. Właściwie dotąd podobał mi się tak naprawdę tylko "Czas, który pozostał". "Rickiego" nie miałam ochoty obejrzeć, a "Osiem kobiet" to nie moje klimaty. W tym pierwszym największe wrażenie zrobiła na mnie samotność głównego bohatera. Jak bardzo samotnym trzeba być, aby świadomie zdecydować się umierać z dala od bliskich. Romain na wieść o tym, że jest śmiertelnie chory, ucieka. Nie informuje nikogo o swojej chorobie i wyjeżdża. Happy endu nie będzie. "Schronienie" też cały czas krąży wokół tych tematów: samotności, ucieczki i śmierci.

Mousse i Louise żyją sami w wielkim, pustym mieszkaniu jego matki. Prawdopodobnie nie kontaktują się z nikim poza dilerem narkotyków. On stracił kontakt z rozwiedzionymi rodzicami i bratem, Paulem. O niej właściwie niewiele wiemy, na pewno jednak nie podtrzymuje żadnych rodzinnych więzi. Wystarcza im własne towarzystwo i narkotyki. Kiedy Louise umrze, Mousse zostanie zupełnie sama. Jego matka zimno powie jej, że rodzina nie chce, aby urodziło się dziecko, skoro Louise nie żyje. Spokojnie zaoferuje pomoc znajomego lekarza. Chłód aż bije od tej eleganckiej, zamożnej kobiety. Jest uprzejma, ale zdystansowana i odpychająca. To ojciec Louisa płacze po nim, matka nie, chociaż mówi o swoim cierpieniu. Tylko Paul okaże zrozpaczonej dziewczynie odrobinę zainteresowania i serdeczności, proponując, aby wzięła sobie z  pokoju ukochanego jakieś pamiątki po nim.

Po śmierci Louisa osamotniona Mousse wyjeżdża z Paryża i izoluje się od ludzi, spędzając czas w domku gdzieś na francuskim wybrzeżu. W samotności przeżywa żałobę i próbuje się zmierzyć ze zbliżającym się nieplanowanym macierzyństwem. Ciąży nie usunęła, bo jak sama mówi, rozwijające się w niej dziecko przypomina jej o ukochanym. Niby żyje normalnie, ale płacz, którego nikomu nie pokazuje, i izolowanie się od ludzi zdradzają jej stan. Kiedy nieoczekiwanie pojawi się Paul, nie będzie skakała z radości. Pozwoli mu zostać, ale wyraźnie da do zrozumienia, że każde ma żyć po swojemu. Początkowo spotykać się będą tylko w czasie wspólnych posiłków. Stopniowo pomiędzy tym dwojgiem  nawiąże się więź. Powoli otwierają się przed sobą, wspominając zmarłego i łączące ich z nim relacje. Mousse zwierza się ze swoich lęków o przyszłość. W Paulu budzi się czułość dla mającego przyjść na świat dziecka. Początkowo niepewnie, potem z czułością właśnie dotyka zaokrąglonego brzucha dziewczyny, który ona bez skrępowania eksponuje na plaży. Ale ze swoim cierpieniem, ze swoją żałobą, ze swoimi lękami i niepewnością Mousse i tak pozostanie sama. Jej osamotnienie jest tym bardziej widoczne, im intensywniej rozwija się romans Paula i Serga. Może dlatego w pierwszym odruchu zachowa się wobec tego ostatniego niezbyt uprzejmie? Będzie zazdrosna o rozwijające się uczucie? Przestraszy się, że utraci Paula, jedynego człowieka, którego jakoś obchodzi jej los?

Mousse cierpi, tęskni za ukochanym i pewnie dlatego potrzebuje bliskości, chyba bardziej niż uczucia. To dlatego pójdzie z podrywającym ją nieznajomym do jego pokoju z pięknym widokiem, ale ostatecznie nie prześpi się z nim, tylko poprosi, aby ją przytulił. Ten intymny gest jest rozpaczliwą próbą oszukania dojmującej samotności. Pewnie taką samą próbą będzie noc spędzona z Paulem. Lubię, kiedy kino czy literatura pokazują takie nieoczywiste, niezrozumiałe, skomplikowane, nagłe  relacje między ludźmi. Odkrywają to, co skrywane, to, co bywa zaskoczeniem dla bohaterów. Facet, który bez ogródek proponuje nieznajomej, ciężarnej dziewczynie seks. Dziewczyna, która z nim idzie. Mousse i Paul, którzy spedzają ze sobą noc. Ona, by zagłuszyć samotność? Bo dostrzega w Paulu mężczyznę? A on, skoro nie lubi kobiet, dlaczego? Na te pytania nie ma i pewnie nie musi być jednoznacznych odpowiedzi. Tak bywa.

Pobyt w nadmorskiej samotni, ciąża, spotkanie z Paulem są dla Mousse rodzajem świeckich rekolekcji. Rozpamiętuje swoją przeszłość, rozmyśla o przyszłości, dojrzewa. Teraz może świadomie podjąć decyzję. Muszę przyznać, że to, co robi, było dla mnie zaskoczeniem. Mousse zrozumiała, że jeszcze nie jest gotowa do miłości, nie potrafi zająć się córeczką. Zostawia ją w rękach tego, kogo na swój sposób też pokochała, a komu na pewno zaufała. Czy kiedyś wróci, jak obiecuje? Czy może znowu ulegnie nałogowi i zapomni o dziecku i Paulu? Obie wersje są prawdopodobne. Czy będzie miała siłę, aby poszukiwać dalej?

Nie jest to film wielki, ale mnie poruszył i nie żałuję, że go obejrzałam. Do "Czasu, który pozostał" dorzucam jeszcze jeden obraz Ozona, który dobrze zapamiętam.

"Muzyka", film o ludzkiej małości.

Film goni film. Nastał urodzaj na dobre kino, więc korzystam. Tym razem obejrzałam słowacką "Muzykę" Juraja Nvoty. Akcja rozgrywa się w roku 1979 w mieście leżącym tuż nad granicą austriacką. Bohaterem jest Martin pracujący jako olejarz w wieży ciśnień. Ma żonę, spodziewa się dziecka, mieszka z okropnymi teściami w suterenie ich domu i marzy o graniu jazzu. Tyle wprowadzenia wystarczy. Z góry ostrzegam, że to nie komedia. Owszem jest kilka śmiesznych scen, ale to wszystko. Środowisko, jakie portretuje Nvotny, mnie przypomina to, jakie znamy z filmów Wojciecha Smażowskiego. Takiej galerii antypatycznych i brzydkich ludzi dawno w kinie nie widziałam (jeszcze gorzej było w belgijskim "Boso, ale w ostrogach"). Nie znajdziemy tu jednak wielkich tragedii, dramatów czy zbrodni. Ot, zwyczajne życie i zwyczajne świństwa. Na pewno nie jest to film wybitny, ale niewątpliwie wart obejrzenia. Polecam, a tych, którzy już widzieli, zapraszam do przeczytania ciągu dalszego.

Dla mnie to film o zaprzepaszczonych marzeniach i moralnym upadku. Ile w tym winy Martina, a ile okoliczności, w jakich przyszło mu żyć?

Jak wspomniałam we wstępie, dawno nie widziałam w kinie takiego morza brzydoty. Tacy są teściowie Martina i jego szwagier. Trudno powiedzieć, na ile są brzydcy, a na ile zaniedbani: rozczochrani, rozmemłani, w okropnych, domowych ciuchach, w przysłowiowych rozdeptanych kapciach. Nie szczędzą sobie wzajemnych złośliwości i obelg. Celuje w tym teściowa, która potrafi słodkim, cichym głosem, okraszonym uśmiechem, powiedzieć Martinowi, że gdyby nie dziecko, już dawno by się go pozbyła. Szwagier to troglodyta, debil, który pije i pragnie kobiety. Nie marzy o uczuciu, raczej o zaspokojeniu swoich samczych instynktów. Najpoczciwszy wydaje się teść pod pantoflem strasznej żony. On jest tylko brzydki w swoim rozmemłaniu. Na tym tle córka tej pary, żona Martina, Maria wydaje się być aniołem. Ma buzię niewinnej, ślicznej dziewczynki o zdziwionych oczach. Jest trochę szalona, albo po prostu narwana w swych zachowaniach, co się Martinowi podoba i co odróżnia ją jakoś od koszmarnej rodzinki. Do czasu jednak. Mam wrażenie, że im dłużej jest w ciąży, tym wredniejsza się staje i niestety niebezpiecznie zaczyna przypominać swoją matkę. Martin w tej rodzinie jest kimś obcym, ma inne zainteresowania i zwyczaje. Być może dlatego traktuje się go jak zło konieczne. Prawdopodobnie przybył do tego miasta za pracą, a może za dziewczyną. Nie ma żadnej rodziny, żadnych przyjaciół. Jest popychadłem i w końcu jego rola zaczyna sprowadzać się tylko do zarabiania pieniędzy. Kiedy urodzi się dziecko, Maria tylko tego będzie od niego oczekiwać. Jego samotność, obcość i izolacja są teraz już nie tylko metaforyczne, ale i dosłowne. Zostaje sam w ohydnej suterenie, a Maria z dzieckiem zostaje przez matkę-generała zabrana na górę, bo, jak mówi, tam im będzie lepiej.

Początkowo dla Martina jedyną odskocznią jest muzyka. Marzy o karierze jazzmana i gra na saksofonie, co ciekawe, w godzinach pracy. Najszczęśliwszy jest wtedy, kiedy może być sam w pustej hali. Obowiązków ma najwyraźniej niewiele, od czasu do czasu pokręci jakimś zaworem. Czy ma talent? Nie mnie oceniać, bo niestety słuchu nie mam za grosz, ale pewnie nie, co najwyżej przeciętny. Nie zostanie członkiem jazzbandu, będzie grał na weselach i po prostu do kotleta. Na domiar złego ten drugi rodzaj działalności zostanie okupiony serią zgniłych kompromisów politycznych i łapówkarskich, a nawet odzieżowych (koszmarna, lśniąca marynarka wypożyczona z telewizji). I w tym świecie Martin również obraca się wśród śliskich, obrzydliwych typów. Taki jest  nieformalny szef kapeli, który w tym środowisku czuje się jak ryba w wodzie, i przewodniczący komisji, przed którą zdają egzamin. I tylko stary, zapijaczony i chyba nie bardzo szczęśliwy profesor potrafi zachować dystans do tego, co robi. Im bardziej profesjonalne staje się granie, tym większa degrengolada moralna. Trudno tu mówić o świństwach. Ot, tu łapówka, aby zagrać w lepszym miejscu za lepsze pieniądze, tu jakiś występ na partyjnej imprezie, tu napisanie kantaty na cześć Lenina, tu udawanie, że wielbi się partię. Niby mózgiem wszystkiego jest szef, niby Martin się wzdraga, trochę buntuje, nieśmiało protestuje, ale ostatecznie nie zrobi nic. Jest  człowiekiem bez właściwości. Pewnie dlatego pozwala się również tak traktować przez teściową, a potem i żonę. Nic dziwnego, że w końcu nie będzie mógł na siebie spojrzeć w lustrze.

No i jest jeszcze Ancza, też narwana i szalona. Nie waha się prowokować Martina, a on, być może dlatego, że zaniedbany przez żonę, być może dlatego, że to jedyna osoba, która zwraca na niego uwagę, być może dlatego, że lubi szalone kobiety, ulegnie. Z jego strony nie będzie to przelotny romans, a prawdziwy szał uczuć. Żeby ją widywać, gotów jest zrobić wiele, nawet podstępnie pokrzyżować zagraniczne plany kapeli. Ale i na tym polu ponosi klęskę. Szybko okaże się, że dla szalonej Anczy Martin jest jednym z wielu. I tak wzniosłe i piękne marzenia zamieniają się w skarlałą przyziemność. Zamiast jazzu granie tam, gdzie diabeł mówi dobranoc dla radzieckich żołnierzy, zamiast wzniosłego uczucia, spotkanie z puszczalską Anczą, jak jest powszechnie nazywana. I nawet żona przyprawi mu rogi z szefem kapeli, który sprytnie wykorzysta sytuację. Martin okazuje się człowiekiem słabym, być może nie lubi wchodzić w konflikty i chce żyć z każdym w zgodzie, ale gdzieś jest granica kompromisu, której przekraczać się nie powinno. On to niestety robi. Próbując ułożyć się z parszywą rzeczywistością, rezygnuje z marzeń i ideałów, nawet sam nie wie kiedy. Powiedziałabym, że to taka wersja light naszego rodzimego Lucka Danielaka, bohatera "Wodzireja" Feliksa Falka.

Co jeszcze?

Film bardzo dobrze pokazuje komunistyczną rzeczywistość. Mamy tu i donosy, w wyniku których Martin traci szansę na szybkie otrzymanie mieszkania (ten wątek nie został pociągnięty dalej), i załatwianie wszystkiego gdzieś pod stołem, wzajemne przysługi, i pustą, skompromitowaną ideologię, w którą nikt tak naprawdę nie wierzy, i obecność wojsk radzieckich, i graniczne zasieki odgradzające Czechosłowację od wrogiej, kapitalistycznej Austrii.

Jest w tym filmie parę scen zabawnych (np.czyhanie na kreta), jest obyczajowa obserwacja (sceny z wesela przypominają mi jeden z moich ulubionych filmów "Pali się moja panno" Formana), jest trochę poezji pomieszanej z absurdem (sceny wizji Martina). Nie ma typowego dla filmów czeskich spoglądania na bohaterów z wyrozumiałością (może dlatego, że to jednak film słowacki?). Naprawdę trudno tu kogokolwiek polubić. Nawet ci, którzy początkowo budzą sympatię (Martin, Maria, a nawet Ancza), szybko okazują się tej sympatii niewarci. Mali, brzydcy ludzie.


"Sekret jej oczu", czyli miłe dwie godziny w kinie, ale niewiele więcej.

Ten film przemknął gdzieś jakiś czas temu przez multikino na drugim końcu miasta, więc mimo wysokich ocen nie obejrzałam go. Zdążyłam o nim zapomnieć, aż tu nagle, nieoczekiwanie pojawił się w moim ulubionym kinie. Nadrobiłam więc zaległość i spieszę podzielić się refleksjami. To porządny kawał rozrywkowego kina. Mieszanka kryminału (w informacjach o filmie mowa o thrillerze)i romansu. Jest tu i zagadka, i napięcie, i trochę polityki, i tajemnice, i wielka miłość, i tragedia przetykana śmiechem. Plus garść refleksji o korupcji wymiaru sprawiedliwości i trochę rozważań o życiu. Wystarczy, aby spędzić miłe dwie godziny w kinie, ale to raczej jeden z tych filmów, które nie pozostaną ze mną na dłużej. Czasem jednak miło obejrzeć coś niezobowiązującego. Dla porządku jeszcze garść informacji. Akcja tego argentyńsko-hiszpańskiego filmu toczy się w Buenos Aires na dwóch planach czasowych: w latach dziewięćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Benjamin Esposito, agent federalny, po przejściu na emeryturę postanawia napisać powieść, dla której inspiracją jest sprawa brutalnego gwałtu i zabójstwa dokonana na młodej kobiecie przed dwudziestu pięciu laty. Pracując nad książką, wspomina przeszłość i próbuje odkryć to, co jeszcze w tej sprawie nieodkryte. Tyle. Wystarczy. Ciąg dalszy w kinie, a kto już film obejrzał, może przeczytać moje refleksje.

Jeśli miałabym wskazać  to, co najbardziej zwróciło moją uwagę,  byłaby to świadomość przegranego, zmarnowanego życia, które towarzyszy niemal wszystkim bohaterom filmu. Wiele razy padają słowa o poczuciu życiowej pustki, które dręczy Benjamina i Irenę. Przegrany czuje się Benjamin, bo przed laty nie potrafił walczyć o Irenę, w której skrycie się kochał. A kiedy wreszcie zorientował się, że to uczucie odwzajemnione, zawodowy los pokrzyżował mu plany. Dlaczego nie próbował jej zdobyć? Bo to ona, mimo że młodsza i kobieta, została jego szefową, bo była lepiej wykształcona, bo pochodziła z bogatej, argentyńskiej rodziny, bo miała narzeczonego, bo była sporo młodsza. Podobnie Irena. Po latach nadal myśli o Benjaminie. Małżeństwo nie okazało się ekscytujące, dzieci dorosły, a ona wiedzie spokojne, ale nudne życie. Ten wątek jest bardzo dobrze prowadzony. Stopniowo poznajemy tajemnicę Benjamina, a jeszcze bardziej stopniowo przekonujemy się o wzajemności Ireny. Reżyser i scenarzysta podsuwają widzowi subtelne sugestie, które czytelne robią się dopiero po pewnym czasie (sceny rozmów w gabinecie Ireny, podczas których każe zamykać drzwi, mając nadzieję na coś więcej niż tylko służbową rozmowę). I pewnie tylko bardzo uważny widz zorientował się, że w pierwszej, melodramatycznej scenie pożegnania, która potem powróci, oglądamy tych dwoje. Niestety ten sprytnie prowadzony wątek psuje jego nachalnie szczęśliwe zakończenie niczym z romantycznej komedii.

Przegrany jest oczywiście Morales, mąż zamordowanej. Benjamin przez lata karmi się obrazem wielkiej miłości do żony, jaką zobaczył w jego oczach. Dotknięty niewyobrażalną tragedią nie rozpacza, nie ogląda się wstecz. Paradoksalnie dzięki nieszczęściu ocalił ze swojej miłości to, co najpiękniejsze. Nie zdążyła rozmienić się na drobne w codzienności, na zawsze pozostała wielka i jedyna. Życiu Moralesa długo nadaje sens wiara, że wymiar sprawiedliwości odnajdzie i ukarze sprawcę. Może wzruszony tą miłością  Benjamin stawia sobie za punkt honoru spełnienie tego pragnienia. Jednak wymiar sprawiedliwości zakpi sobie z obu: najpierw sędzia szybko umorzy sprawę, a potem, kiedy dzięki uporowi Benjamina i jego zapijaczonego przyjaciela Sandovala uda się złapać przestępcę, ten wyjdzie po kilku latach, bo może być przydatny na wolności. Naprawdę dochodzi do tego jednak w wyniku zawiści i zawodowych rozgrywek. Sceny, w których rywalizujący ze sobą agenci federalni skaczą sobie do oczu niczym uczniacy, nadają filmowi kolorytu. Pewnie pokazują też jakąś prawdę o Argentynie tamtych lat. Zwolniony morderca, Isidoro Gomez, czuje się bezkarny i pragnie zemsty. Jakże ironiczne w tym kontekście wydaje się pokazywanie majestatu i potęgi sądu, w którym pracują bohaterowie. Marmury, potężne kolumny, masywne schody, korytarze i galerie, które oglądamy na ekranie wielokrotnie, mają świadczyć o powadze tej instytucji stojącej na straży prawa. Jak jest naprawdę, widzimy.  Wątek skorumpowanego wymiaru sprawiedliwości, chociaż jest jeszcze jednym rodzynkiem w tym filmowym cieście, nie stanowi oczywiście niczego odkrywczego. Trudno to kino uznać za demaskatorskie czy polityczne.

Przegrany, może najbardziej, jest też Isidoro Gomez. Najpierw odrzucony przez ofiarę, potem upokorzony przez Irenę, na chwilę zatriumfuje i poczuje się bezkarny. Później jednak złapany przez Moralesa spędzi resztę życia skazany przez niego na prywatne dożywocie w prywatnym więzieniu gdzieś na odludziu. Morales wielokrotnie powtarza, że nie jest zwolennikiem kary śmierci. To, według niego, wręcz ulga dla mordercy: wieczny sen. Prawdziwą karą jest życie: długie lata spędzone w całkowitej izolacji w więzieniu. Scena, kiedy zrezygnowany Gomez skarży się Benjaminowi "Żeby chociaż ze mną porozmawiał ..." (cytuję z pamięci), przeraża. I ten wątek również jest znakomicie prowadzony. Podsuwa się widzowi dyskretne podpowiedzi, które dopiero na końcu złożą się w klarowną całość. Muszę przyznać, że w pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że to Morales okaże się mordercą swojej ukochanej żony. Tak umiejętnie twórcy filmu mylą tropy.

Na koniec kilka rozmaitych uwag o tym, co jeszcze znaleźć można w tym filmie.

Ważny i poruszający jest wątek przyjaźni Benjamina i Pablo Sandovala. Pracują razem, obaj mają się za nieudaczników, przy czym ten drugi za większego. Właściwie tylko przyjaciel docenia  intelektualne możliwości Pabla, które ten rozmienia na drobne w alkoholu i knajpianym życiu będącym, jak mówi, jego pasją. To dzięki jego uporowi Gomez w końcu zostanie schwytany. Jednocześnie jednak prowadząc swoje dochodzenie, obaj potrafią zachować się jak amatorzy. Sandoval zginie, być może świadomie oddając swoje życie za życie przyjaciela. Piszę być może, bo do końca tego nie wiemy. Wszystko, co zdarzyło się w przeszlości, jest rekonstrukcją. Widz nie jest pewien, co miało miejsce naprawdę, a co jest tylko literacką fikcją w tworzonej przez Benjamina powieści. On również na użytek pisanej książki pewne zdarzenia musi zrekonstruować. Czy Pablo świadomie podał się za przyjaciela, czy też po prostu zasnął zmorzony alkoholem i zginął przypadkowo? Tak jak w jego życiu, tak i w tej rekonstrukcji heroizm miesza się z małością.

Jeszcze jedną zaletą tego filmu jest mieszanina scen poważnych, tragicznych i nieodparcie śmiesznych. Wadą przeciągane zakończenie, no i ten hollywoodzki happy end. Na pewno jednak warto "Sekret jej oczu" zobaczyć. Moim zdaniem jest lepszy niż "Autor widmo" Polańskiego, którym wszyscy tak się zachwycali, a oba filmy to ta sama liga. Dobra rozrywka z ambicjami.

W matni. O "Joannie" Feliksa Falka.

Nadrabiam kinowe zaległości. Wybrałam się na "Joannę" Feliksa Falka i muszę przyznać, że film bardzo mnie poruszył. Akcja toczy się w czasie okupacji w Krakowie. Tytułowa Joanna, młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, trochę przez przypadek ukrywa w swoim mieszkaniu siedmioletnią Różę, Żydówkę, której matka zostaje aresztowana, a ojciec przebywa w getcie. Z filmu zieje smutek, rozpacz i beznadzieja. Ten przygnębiający nastrój podkreślają zdjęcia utrzymane w zimnej, szarej tonacji. Obraz, mimo że osadzony w konkretnym czasie, stawia pytania uniwersalne. Naprawdę warto go zobaczyć, także dla Urszuli Grabowskiej, odtwórczyni tytułowej roli. A ciąg dalszy raczej dla tych, którzy już "Joannę" widzieli.

To, co najbardziej mnie w tym filmie uderzyło i poruszyło, to samotność Joanny, wszechobecna nieufność, podejrzliwość oraz brak jakiejkolwiek nadziei, niemożność wyjścia z sytuacji.

Joanna jest samotna na kilku poziomach. Przede wszystkim nie wie, co stało się z jej mężem, który poszedl na wojnę. Czy dostał się do niewoli, czy może przedostał się gdzieś na Zachód, czy zginął? Nie ma od niego ani o nim żadnych wiadomości. Stale powtarza, że inni wrócili, a on nie, ale mimo to wierzy, że mąż żyje. Jej samotność podkreśla duże mieszkanie, w którym mieszka. Labirynt pokoi i innych pomieszczeń. Ma świadomość, że powinna w nim kogoś zameldować, aby go nie stracić. Stale ktoś jej o tym przypomina: a to matka, a to dozorczyni. Jej kontakty z innymi ograniczają się do zdawkowych spotkań. Stale gdzieś biegnie, coś załatwia. Ale prawdziwą samotność przynosi jej decyzja o przygarnięciu Róży, małej Żydówki. Joanna nie zastanawia się, tylko zabiera znalezione, opuszczone dziecko do swojego mieszkania i udziela mu schronienia. Doskonale wie, na co się porywa. Dlaczego decyduje się na ten heroiczny gest? Z litości dla osamotnionej dziewczynki? Bo jest porządną kobietą, której nie przychodzi do głowy, że mogłaby postąpić inaczej? Bo jest osobą wierzącą?  Ale przecież wielu udałoby po prostu, że nie zauważa małej, ukrywającej się dziewczynki. I nawet potem, kiedy będzie musiała skonfrontować się z konsekwencjami swojego gestu, nie będzie żałować. Przypadek skazał ją na heroizm i cierpienie.

Przerażająca jest samotność, na którą się odtąd skazuje. Sama musi dźwigać ciężar ukrywania Róży, z nikim nie może się nim podzielić, nikogo prosić o radę czy pomoc. Towarzyszy jej wieczny strach i niepokój: o dziecko, o siebie, o zapewnienie podstawowych potrzeb życiowych. Nikomu nie można powiedzieć, nikomu zaufać. Każdego trzeba podejrzewać. Czy dozorczyni jest donosicielką, czy porządną kobietą, która martwi się o Joannę? Wrogiem może być sąsiad, koleżanka, a nawet rodzice. Chyba to jest dla mnie najbardziej przerażające: nie można powiedzieć ani matce, ani ojcu, ani siostrze. Każdy, kto puka do drzwi  mieszkania, stanowi zagrożenie. Przed każdym małą Różę trzeba ukrywać. Nawet kiedy wychodzi do świata, nadal pozostaje samotna. Nie zdecyduje się na powiedzenie prawdy, musi kluczyć i kręcić. Na każdym kroku, jakby przypadkowo, słyszy ostrzeżenia: ukrywanie Żydów to szaleństwo. Owszem, wszyscy zapewniają, że nic do nich nie mają i że to straszne, co ludzie mówią, ale nikt nic nie robi. Dlatego wybór Joanny skazuje ją na samotność.

Matnię, w jakiej znalazła się główna bohaterka, podkreśla rytm filmu budowany pośpiechem. Stale ktoś dobija się do drzwi, stale trzeba się spieszyć, żeby ukryć dziewczynkę w schowku, stale przerywany jest kruchy spokój Joanny, jaki dotąd stwarzał jej dom. Ale dom przestaje być azylem. Śpieszy się Joanna, kiedy wychodzi na ulicę. Ciągle gdzieś biegnie, dokądś pędzi, stale jest w ruchu. Wszystko wiruje. Kulminacją tego pośpiechu jest szaleńcza ucieczka do domu od prześladowców. Zhańbiona, ogolona kobieta gna na oślep, skrywając się pod płaszczem niczym jakiś pajac czy straszne, czarne, szalone straszydło. Dopiero teraz świat zwalnia. Otępiała, nieszczęśliwa Joanna leży w łóżku, a kiedy wychodzi po zakupy, snuje się po ulicy jak błędna. Jej samotność pogłębia się. Nadal nie może nic powiedzieć, nie może się bronić. Potraktowana niesprawiedliwie, musi ukrywać prawdę. Także przed matką, która nie ma dla niej pociechy, tylko chłoszcze potokiem niesprawiedliwych, oszczerczych słów.

Losy Joanny skojarzyły mi się z powojennymi losami Aimee, bohaterki znakomitej (mimo że momentami niemożliwie ckliwej) dokumentalnej powieści Erici Fischer "Aimee i Jaguar" (Czarne 2008). Kobieta, która w wojennym Berlinie ukrywała u siebie ukochaną Żydówkę, Jaguar, dla której zniszczyła swoje dotychczasowe dość wygodne, zważywszy na okoliczności, życie, po wojnie żyje w nędzy, zapomnieniu i dotkliwym osamotnieniu.

Na Joannę nagle spadają wszelkie możliwe nieszczęścia: gwałt (bo jak to inaczej nazwać), wiadomość o śmierci męża, uznanie za kolaborantkę, banicja. Jakby los się na nią uwziął, zamiast wynagrodzić jej szlachetny uczynek i odwagę. Nie ma sprawiedliwości. Nie ma do kogo się odwołać. I tak Joanna, która nawet w tych beznadziejnych czasach miała nadzieję, potrafiła tę nadzieję podtrzymywać w Róży, umiała się dostosować do warunków, w jakich przyszło jej żyć, znajduje się w sytuacji, z której, wydaje się, wyjścia nie ma. A to, które znajduje, jest obarczone cierpieniem i złamaniem danej dziewczynce obietnicy, że jej nie odda. Niestety muszą się rozstać dla swojego bezpieczeństwa.

Mnie poruszyła warstwa filmu związana z konkretnym czasem i miejscem. Ale oczywiście film Falka stawia uniwersalne pytania, porusza uniwersalne problemy. Jak się zachowasz wobec ludzkiego nieszczęścia: pomożesz bez względu na koszta czy odwrócisz wzrok, udając, że nie widzisz? Jak łatwo kogoś oskarżyć, rzucić podejrzenie, nie sprawdzić, nie wysłuchać, nie dać prawa do obrony, a w konsekwencji złamać życie. Heroizm niekoniecznie zostanie doceniony i nagrodzony. Trzeba robić swoje, nie licząc na ludzką wdzięczność.

Jeśli do czegoś miałabym się przyczepić, to do zakończenia z zupełnie innej bajki. Ale to drobiazg. Film mnie głęboko poruszył. Właśnie tak: poruszył, przejął i to jest w nim najważniejsze.

"Miód", kontemplacyjne kino z Turcji.

Obejrzałam trzecią część trylogii tureckiego reżysera Semiha Kaplanoglu pt. "Miód", za którą otrzymał główną nagrodę na festiwalu w Berlinie. Reżyser cofa się w swoich filmach w czasie. Zaczął "Jajkiem", opowieścią o dorosłym już Yusufie (tego filmu dotąd nie było w Polsce w regularnej kinowej dystrybucji), potem nakręcił "Mleko", w którym Yusuf wchodzi w dorosłe życie (polecam; kto nie widział w kinie, może właśnie zobaczyć na kanale Ale Kino! w cyklu Kino Mówi). Wreszcie ostatnia część trylogii opowiada o kilku przełomowych tygodniach (?) z dzieciństwa bohatera. Niespieszna akcja toczy się w małej, górskiej wiosce. Właściwie trudno tu mówić o fabule, dostajemy raczej obserwację codzienności małego Yusufa i jego rodziców, szczególnie ojca, z którym chłopiec jest niezwykle związany. Kto nie lubi powolnego, kontemplacyjnego, pięknie pokazywanego kina, ten niech sobie daruje ten film. Komu niestraszne zatopienie się w powolnym rytmie opowieści, spotkanie innego świata, musi pójść do kina koniecznie. Kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Świat oglądamy w tym filmie oczami małego chłopca. Może dlatego jest tak piękny i tajemniczy? Widzowie "Mleka" być może pamiętają mroczność i brzydotę tamtego świata. Inaczej postrzega otoczenie dziecko, inaczej dorastający człowiek, który musi zmierzyć się z problemami. A może to moja nadinterpretacja, a nie świadomy reżyserski zamysł? A może po prostu wszystko się zmieniło? Wróćmy jednak do "Miodu".

Gdyby nie data (rok 2009), którą Yusuf czyta na głos z kalendarza, aby trenować czytanie, moglibyśmy pomyśleć, że akcja filmu rozgrywa się dwadzieścia, trzydzieści lat temu, tak inny to świat. Kamienne domy rozsiane na zboczach gór porośniętych gęstym, tajemniczym, ale pięknym lasem. Ciemne, drewniane, przytulne wnętrza. Zawody, o których nie mamy pojęcia: pszczelarz zbierający miód od leśnych pszczół, sąsiad wytwarzający grube sznury, kobiety pracujące w polu. Bliskość domowych zwierząt, które mieszkają w obórce za ścianą: kury, którym podbiera się jajka, kiedy piecze się ciasto; osiołek, siła pociągowa, niezbędny do pracy w lesie; jakiś udomowiony ptak (sokół?), którego też zabiera się do lasu. Ale gdzieś, być może całkiem niedaleko, istnieje świat doskonale nam znany. I do tej górskiej wioski docierają, pewnie chińskie, kolorowe tornistry, które dźwigają dzieci idące do szkoły. W pobliskim miasteczku, kiedy odbywa się targ, aż roi się od obrzydliwych reklamowych parasoli, spod których sprzedaje się towar. Są bolesnym dysonansem w tym pięknym, spokojnym krajobrazie. Scena targu najlepiej zderza ze sobą te dwa światy: z jednej strony połcie mięsa pokazywane jak flamandzkie martwe natury, z drugiej te tandetne parasole. Wśród tłumu wykonującego jakiś ludowy taniec spotkamy stare i młode kobiety w tradycyjnych strojach i użelowanych młodzieńców.

To świat bezpieczny i przyjazny, chociaż surowy. Świat prostych zajęć, takich samych od dawna. Żyje się w pewnym odosobnieniu, ale kiedy trzeba, sąsiedzi pomogą. Yusuf, tak jak i jego rodzice, znakomicie się w nim porusza. Sam chodzi do szkoły przez górskie bezdroża. Towarzyszy ojcu w leśnych wyprawach, pomagając mu w wielu czynnościach. Poi osiołka, podbiera jajka kurom, pomaga matce w polu. Nawet marzenia ma na miarę otoczenia, w którym dorasta: to zabawka-żaglowiec w tajemnicy robiona przez ojca z kawałka drewna. Nawet kiedy stanie się nieszczęście, nie ma gwałtownej rozpaczy, chociaż jest smutek, są łzy i poczucie utraty. Ale żyć trzeba nadal. Kiedy patrzymy na twarz Yakupa, ojca chłopca, tuż po tym, jak złamała się gałąź, widzimy na niej spokój, a nie przerażenie i zapowiedź tragedii. Człowiek w tym świecie jest częścią przyrody, podlega jej prawom i musi się z nimi liczyć. To miejski widz jest przerażony i natychmiast spodziewa się najgorszego albo przeciwnie, cudownego ocalenia. Happy endu nie będzie, ale śmierć nie przyjdzie natychmiast.

To jednak przede wszystkim film o małym Yusufie i jego niezwykłej więzi z ojcem, który jest dla niego autorytetem. To on uczy go świata, w którym żyją, zabiera na wyprawy do lasu, dopuszcza do prac w gospodarstwie, każe głośno czytać, a kiedy trzeba, trzyma z nim sztamę przed mamą i wypije za niego nielubiane przez chłopca mleko. Kiedy ojciec nie wraca z samotnej, leśnej wyprawy, z niepokojem nasłuchuje każdego odgłosu, który może zdradzać jego powrót. Kiedy go zabraknie, ratunkiem i ukojeniem okaże się las. To tam ucieknie z domu i wtuli się w korzenie ogromnego drzewa niczym w ramiona matki. Yusuf to chłopiec samotny i wrażliwy. Z dala obserwuje dzieci bawiące się wspólnie w czasie szkolnych przerw. On w tych zabawach nie uczestniczy, ogląda je przez klasowe okno.  Nie może też zdobyć czerwonej odznaki, którą nauczyciel wpina do szkolnej, lśniącej bielą koszuli w nagrodę za dobre czytanie czy prawidłowe rozwiązanie zadania. Pozostałe dzieci nagradzają szczęśliwca brawami. Biedny Yusuf, mimo że w domu czyta płynnie, w szkole jąka się i zamiast nagrody widzi zniecierpliwienie nauczyciela i drwiący śmiech koleżanek i kolegów. Dopiero kiedy spotka go nieszczęście, ten sam nauczyciel przypnie do jego piersi czerwony znaczek, pewnie z litości, bo chłopiec nadal się jąka.

Film składa się z dyskretnych obserwacji, dzięki którym uważny widz może poznać świat marzeń i uczuć dziecka. A to w pustej sali przypadkiem podsłucha starszą koleżankę recytującą wiersz, który może stanowić zapowiedź ludzkiego losu. Potem pójdzie jej śladem, a w ręku zostanie mu zgubiona przez nią wstążka. Innym razem ten łagodny chłopiec nieoczekiwanie zrobi świństwo koledze z ławki, a kiedy okaże się, że wszystko z powodu nieporozumienia, będzie bardzo żałował. Dużo w tym filmie niedopowiedzeń, trzeba go oglądać uważnie, aby niczego nie uronić. Ani opowiadanych snów, ani recytowanych wierszy, ani spojrzeń czy innych drobnych znaków płynących z ekranu. A prawie cały czas towarzyszy widzowi spokojne, świdrujące spojrzenie piwnych oczu Yusufa i wyraz jego zamyślonej, skupionej twarzy.

To piękny, kontemplacyjny film, w którym niewiele słów i dziania się, za to dużo urokliwych, symbolicznych obrazów i znaków. Film, który swoją urodą i spokojem mocno wbija się w pamięć.

Istvan Szilagyi "Dudni kamień, dudni ...", czyli jeszcze inna Transylwania.

Książkę Istvana Szilagyi "Dudni kamień, dudni ..." (Pogranicze 2001) znalazłam w taniej książce, a kupiłam pod wpływem  innych bałkańskich lektur, szczególnie "Fortepianu we mgle" Schlattnera. Kiedy tylko skończyłam jego "Czerwone rękawiczki", zapragnęłam przedłużyć swoje spotkanie z Transylwanią (Siedmiogrodem) i od razu sięgnęłam po powieść węgierskiego pisarza, która od jakiegoś czasu leżała na półce. To jednak zupełnie inna Transylwania, przede wszystkim węgierska, ograniczona do jednej górskiej doliny, jednego miasteczka o wdzięcznej nazwie Lament, paru górskich zboczy porośniętych winnicami i kilku okolicznych wiosek. Nie ma tu tej różnorodnosci narodów i kultur, którą znalazłam u Schlattnera. Nie ma też polityki. Jest za to mroczny świat ludzkich namiętności, tajemnic skrywanych w zakamarkach dusz i w odmętach przeszłości.

Akcja toczy się na początku dwudziestego wieku w małym miasteczku zamkniętym w górskiej dolinie, niemal odciętym od świata. Daleko stąd do wielkich metropolii. Autor pokazuje mikrokosmos Lamentu w momencie, kiedy jeszcze nie dotknęły go zmiany. Nadal pracują garbarnie, z których słynie, trwa ustalona przed wiekami społeczna hierarchia, wszyscy żyją tak, jak ich ojcowie, dziadowie i pradziadowie. Ale zmiany czuć już w powietrzu, zapowiada je narrator od czasu do czasu prowadzący filozoficzne rozważania, przewiduje jeden z bohaterów. Ale nie jest to powieść społeczna czy filozoficzna, to tylko naddatki. Jeśli miałabym ją jakoś zaszufladkowac, nazwałabym psychologiczną.

Jest to opowieść o młodej, dwudziestokilkuletniej kobiecie, Ilce Szendy, córce bogatego garbarza i właściciela paru winnic w okolicy. To kobieta samodzielna. W kilka lat po śmierci ojca, owianej mroczną tajemnicą, którą w końcu  odkrywa, sama zarządza winnicami. Najmuje ludzi do okopywania winorośli, zbierania dojrzałych owoców czy tłoczenia wina. Sama też nie próżnuje, dozorując ich i szykująć im posiłki. Ale nie to jest głównym tematem opowieści, chociaż ten codzienny, odwieczny trud nadający sens ludzkiej egzystencji jest tu też istotny. Ilka jednak pragnie czegoś więcej. Marzy o wielkim świecie i innych ludziach, marzy o odmianie i o miłości. Może te marzenia zasiał w niej młody pastor, który przed laty gościł w Lamencie. Uwiódł Ilkę, a potem wyjechał i nigdy nie powrócił. A może niepokój duszy spowodował obraz księcia, który wisi od niepamiętnych czasów w pokoju. Kogo kocha Ilka: księcia czy Denesa Goncziego, którego uwiodła i z którym ma potajemny romans? Denes to prosty chłop, starszy o kilkanaście lat od Ilki, ma żonę i dwóch małych synów. Od pokoleń jego rodzina pracowała w winnicach należących do  rodu Szendych. Kiedy kocha się z nim, spogląda na obraz i myśli o księciu. Trudno dociec, co właściwie czuje Ilka, być może ona sama tego nie wie. Czy to miłość czy tylko pożądanie? A może chęć władania drugim człowiekiem, posiadania go? W ich relacji nie ma równości: to ona decyduje. A on? Denes jest rozdarty między rodziną i panienką, jak nazywa Ilkę. Kiedy jest z nią, zapomina o żonie i synach, kiedy  z nimi, nie myśli o niej. Ale ta sytuacja mu ciąży, dlatego postanawia uciec za lepszą pracą do Ameryki. A ta Ameryka jest dla Mari, żony Denesa, tym, czym na przykład Wiedeń dla Ilki. Dzięki tej Ameryce, która jest gdzieś za morzem, co trudno zrozumieć, można odmienić swój los, który zostaje w tym świecie przypisany człowiekowi w dniu i w miejscu urodzenia. Jeśli urodziłeś się chłopem, chłopem będziesz, jeśli panem, panem pozostaniesz. Tylko Mari naiwnie wierzy, że pieniądze zarobione za morzem mogą to zmienić.

Pieniędzy jednak nie będzie, bo Denes nigdzie nie wyjedzie. Zabije go Ilka, nie godząc się na rozstanie, a ciało wrzuci do studni, którą będzie systematycznie zasypywać kamieniami. Niczego tu nie zdradzam, bo morderstwo dokonuje się na początku powieści, dopiero potem poznajemy historię ich romansu, historię rodziny, mroczne tajemnice z przeszłości. Zbrodnia w tym świecie nie jest niczym nadzwyczajnym, zdarza się, a potem jest głęboko skrywana. Mamy tu wyraźną aluzję do Dostojewskiego, do jego "Idioty". Tak jak w tamtej powieści Rogożyn dziwił się, że tak mało krwi wypłynęło, kiedy wbił nóż w pierś Nastazji, tak tu temu samemu dziwi się Ilka, kiedy wbije nożyczki w pierś Denesa. Dalsza część powieści to obraz szaleństwa, w które stopniowo popada młoda kobieta. Dzieje się tak  pod wpływem wyrzutów sumienia, a może bardziej tęsknoty za Denesem. Pewnie nie bez znaczenia jest też poczucie, że w jej życiu nic się nie zmieni. Odtąd monotonnie będą upływać dni, powtarzać się będzie ten sam odwieczny rytuał pracy i obowiązków. A Ilka marzy o odmianie, o wyjeździe, o innym świecie. Ale tego zrealizować nie potrafi. Zazdrości wujowi, który spędził młodość na hulankach w wielkim świecie. Ale i on nie jest człowiekiem szczęśliwym. Ilka w swoim szaleństwie coraz bardziej odgradza się od świata. Zawsze była osobna, ale teraz  postronnym jej dziwne zachowanie zdaje się dziwactwem.

Czy Ilka budzi sympatię? Mojej raczej nie. To kobieta bezwzględna, zdecydowanie sięgająca po swoje niezależnie od okoliczności. Kiedy pierwszy raz prześpi się w swoim domu z Denesem, zrobi to, mimo że w pokoju obok umiera jej matka. Potem, po zabójstwie Denesa będzie prowadziła cyniczną grę z jego żoną, Mari. Z drugiej strony jest nieszczęśliwa, naznaczona ciemną przeszłością.

T

"Dudni kamień, dudni ..." to powieść mroczna, niełatwa w lekturze, nie da się jej pochłonąć szybko. Raczej studium ludzkiego losu, mrocznego człowieczego wnętrza niż romans. Nie żałuję, że przeczytałam, tkwi we mnie cały czas, chociaż chyba nie należy do tych powieści, do których chciałabym kiedyś powrócić. Zdecydowanie wolę Transylwanię Schlattnera.   

Popularne posty