Dziś będzie o dwóch książkach chorwackiego (?), serbskiego (?) pisarza i człowieka teatru, Darko Cvijetića, który mieszka w Prijedorze, mieście w Republice Serbskiej w Bośni i Hercegowinie. Bardziej skomplikować już się pewnie nie da. W wypadku pisarzy pochodzących z byłej Jugosławii zazwyczaj mam problem, jak zdefiniować ich narodowość, bo najczęściej pochodzą z mieszanych rodzin. Matka Darko Cvijetića była Chorwatką, ojciec Serbem. On sam, urodzony w roku 1968, czuł się Jugosłowianinem. Do wybuchu wojny jego pochodzenie nie miało znaczenia, podobnie jak pochodzenie jego przyjaciół i sąsiadów. Dziś mówi i pisze po chorwacku, ale nadal uważa się za Jugosłowianina, dlatego w serbskim Prijedorze czuje się wyobcowany. Niewątpliwie także przyczynia się do tego jego twórczość. Bo nie waha się pisać o latach bratobójczej wojny po rozpadzie Jugosławii, która najkrwawsze żniwo zebrała właśnie w Bośni i Hercegowinie. Nie opowiada się po żadnej ze stron, pokazuje okrucieństwo wszystkich, a jego twórczości patronuje pytanie i zdziwienie - jak to możliwe, że w jednej chwili sąsiad bez wahania stawał przeciwko sąsiadowi tylko dlatego, że byli innej narodowości. Coś, co w czasach Jugosławii nikomu nie przeszkadzało, nagle sprawiło, że ludzie rzucili się sobie do gardeł.
O tym pisze w swojej trylogii - nagrodzonej Angelusem "Windzie Schindlera" (Noir sur Blanc 2024; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić), wydanej w roku 2025 w tym samym wydawnictwie i w tym samym tłumaczeniu książce "Czemu na podłodze śpisz?", a naprawdę niebawem, bo już w tym miesiącu, ukaże się część trzecia, "To za dużo dla mnie". Nie mogę się doczekać!
Zebrałam te dwie książki razem trochę przez przypadek, ale myślę, że dobrze się stało, bo obie poruszają ten sam temat. "Windę Schindlera" przeczytałam dawno, ale wtedy zabrakło mi czasu, aby o niej napisać. Pewnie by tak zostało, gdyby nie klub książki, na którym miała być omawiana, a ja koniecznie chciałam się wybrać. Musiałam więc przeczytać ją jeszcze raz, na co wystarczy jedno popołudnie, a nawet jeden wieczór. A ponieważ miałam już drugą część trylogii, od razu i po nią sięgnęłam.
"Winda Schindlera" to opowieść o mieszkańcach wieżowca w
Prijedorze, który zbudowano w roku 1975 i do którego wprowadziła się rodzina Cvijetićów. Pisarz mieszka w nim do dziś i zarzeka się, że nie zamierza opuścić miasta i bloku. Wtedy na każdym piętrze mieszkały rodziny o różnym pochodzeniu, często zresztą mieszanym. W tamtych czasach nie miało to znaczenia. Dzieci bawiły się razem, między wieloma dorosłymi nawiązywały się przyjacielskie więzi. Wszystko zmieniło się, kiedy wybuchła wojna. Wiele rodzin zniknęło, na ich miejsce wprowadzali się nowi - serbscy uchodźcy z Chorwacji. Wielu mężczyzn trafiło do obozów koncentracyjnych, gdzie więziono Chorwatów i muzułmańskich mieszkańców Bośni albo tych niebędących Serbami. Wielu zginęło zastrzelonych przez sąsiadów, którzy nagle zaczęli strzec rasowej czystości.Piłkarz Goran, jak tylko zaczęła się wojna, został policjantem. Zasępiony, uzbrojony po zęby, zupełnie inny człowiek, bezczelny, agresywny, groźny i raptus. "Nie do poznania" mówili sąsiedzi, patrząc na siebie. Katował ludzi w obozach, katował mieszkańców naszego wieżowca, a sąsiad Joso zeznał, że katował go w obozie Omarska, bo Joso miał syna, który był lepszym zawodnikiem od Gorana Zeca.
Autor nie opowiada o tym wszystkim chronologicznie. Na książkę składają się krótkie rozdziały, z których każdy jest osobną opowieścią, czasem wręcz anegdotą. Charakterystyczne są bardzo częste pointy, którymi kończy się wiele z nich. Mieszają się czasy i bohaterowie. Tak przecież pracuje nasza pamięć. A ta książka ma ocalić pamięć o mieszkańcach wieżowca, dlatego przynajmniej dwukrotnie powtarza się elegijne wyliczanie ich imion - chorwackich, serbskich, muzułmańskich.
Dzieci, ich imiona: Toni, Darko, Nikola, Saladin, Amir, Dejan, Suphan, Żelijko, Żelimir, Semira, Denis, Berka, Vera, Mate ...
I tak dalej, i tak dalej. Wiele tu takich powtórzeń - jak mantra pojawia się informacja o tej tytułowej windzie znanej światowej marki. Windzie, która była w czasach, kiedy blok wybudowano, symbolem nowoczesności, zachodniego świata, podobnie jak sam wieżowiec. To wszystko nie uchroniło mieszkańców przed wybuchem jakiegoś pierwotnego, dzikiego okrucieństwa. Nowoczesność, zachodnie aspiracje okazały się tylko pozłotkiem. Jak mantra wracają też niektóre historie. Zabawne, jak opowieść o Ticie zrobionym przez dzieci z kartonu, który rozmókł i zgnił, a potem jeszcze raz się odrodził niczym feniks z popiołów. To pewnie też symbol, może nostalgii za Jugosławią, która w pokoleniu autora nadal jest żywa.
Gdzie są wszystkie te kolumny uśmiechniętych ludzi, którzy śpieszą rano, kupują gazety, papierosy, taszczą kanapki? Rozpadło się wszystko jak kartonowy Tito z ogrodu Taiba (...) Nie ma już żadnych robotników. Są tylko Serbowie, Chorwaci, Boszniacy i reszta. Nie ma robotników, powtarzam. Robotnicy utonęli w swoich nacjach i pozostali z płucami wypełnionymi wodą na dnie.
Ale są też historie tragiczne, które też mają znaczyć. Taka jest opowieść o Stojance, dziewczynce z serbskiej rodziny, która stała się jedną z ofiar tej wojny. Bezsensowną i wyjątkowo tragiczną. Ślad po tej historii jest w wieżowcu do dziś.
Autor przede wszystkim czuje się poetą, co w obu książkach widać na poziomie języka, ale także metaforycznych zdarzeń. Stąd obok powtórzeń stanowiących swoiste refreny także historie równoległe, zazwyczaj o przeciwstawnym wydźwięku.
Jest to wreszcie opowieść o tym, co dzieje się po wojnie. Jeśli się zostało, trzeba jakoś żyć. Wieżowiec opustoszał, na każdym piętrze są mieszkania, których nikt nie zajmuje.
... to była "wertykalna wieś" - jak z uporem maniaka nazywał budynek Caka listonosz. Dzisiaj wertykalna wieś pustoszeje i tylko wspólne poczucie winy zostało po wypłynięciu na powierzchnię ogromu zła.
Bywa, że kaci mieszkają obok ofiar. Tak dzieje się po każdym bratobójczym konflikcie - tak było w Irlandii Północnej po zakończeniu Kłopotów, tak było w Rwandzie. Pewnie nie da się inaczej. Są też tacy, a właściwie takie, które potrafią wrócić do tego, co było przed wojną. Wybaczyć, zapomnieć i wspólnie oglądać angielski serial "Morderstwa w Midsomer".
"Widzisz, moja Supha, taka mała miejscowość to Midsomer, a patrz tylko jak się zabijają, biedna ziemia, co ich nosi", mówi Milosava, maczając kostkę cukru w filiżance z kawą.
Może łatwiej im się pojednać, bo zostały same? A może łatwiej przychodzi to kobietom?
W drugiej części trylogii, "Czemu na podłodze śpisz?", Darko
Cvijetć pisze o historii swojej rodziny. Głównie tej wojennej z lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, ale sięga też do czasów drugiej wojny, opowiada też o tym, jak potoczyły się losy bohaterów po zakończeniu konfliktu. Punktem odniesienia jest oczywiście ten sam wieżowiec. Książka skonstruowana jest w podobny sposób jak "Winda Schindlera". Znajdziemy tu takie same krótkie rozdziały, mieszanie czasów i bohaterów, powtórzenia, najczęstszym jest to symboliczne tytułowe pytanie kierowane do różnych osób, metaforyczne analogie widoczne w ludzkich losach, no i język, który odwołuje się do poezji jeszcze bardziej niż w części pierwszej trylogii. Jest też jedna różnica - w każdym rozdziale jest pierwszoosobowa narracja, ale prowadzona z perspektywy różnych bohaterów.Muszę powiedzieć, że "Czemu na podłodze śpisz?" zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie niż "Winda Schindlera". Jest to chyba jedna z mocniejszych książek o wojnie, jakie czytałam. I nie chodzi wcale o okrucieństwo, chociaż kilka wstrząsających scen tu znajdziemy. Jej siła rażenia polega na pokazaniu, jak wojna i Historia zmieniają ludzkie życie, jak przypadkiem można znaleźć się w jej centrum, stać się ofiarą i katem, jak ze spirali przypadków, splotów okoliczności rodzi się okrucieństwo, z którego trudno się wydostać, jak naznacza dalsze życie, bo nie sposób o tym, czego się doświadczyło i co się robiło, zapomnieć.
Wzięliśmy ich do niewoli pod wsią Vozucia. Jego i jeszcze dwóch. A ponieważ w akcji zginął Kepa, Miki dwóch od razu zabił, nawet sekundę się nie zastanawiał.
Wiem, wiem, może się wydawać, że to nic odkrywczego, a jednak. Osią opowieści jest historia starszego brata autora, który tuż przed wojną idzie odsłużyć wojsko w jugosłowiańskiej, jeszcze, armii i trafia razem z takimi młodymi chłopakami jak on do koszar w Sarajewie. Ojciec jest z niego dumny, rodzice przyjeżdżają na przysięgę, on zakochuje się w muzułmance. I nagle wybucha wojna, a ci młodzi żołnierze znajdują się w samym centrum konfliktu. Są otoczeni, strzelają do nich.
Otoczą koszary i młodzi żołnierze, na ogół dziewiętnastoletni smarkacze, z kilkoma oficerami, pozostaną całkowicie odizolowani.
Giną ich przyjaciele, sami ledwo uchodzą z życiem. Nagle dowiadują się, kim są - nie Jugosłowianinami, ale Serbami, Chorwatami, Boszniakami.
I kim ja jestem, tato? Jugosłowianinem, prawda, że Jugosłowianinem? Jak mam być jednym, a nie drugim. Ale, no proszę, ledwo wyszliśmy z koszar - a już mówią, że teraz jesteśmy Serbami. Jesteś Jugosłowianinem, przysięgasz, że oddasz życie za Jugosławię, a potem po dziesięciu kilometrach stajesz się Serbem. I co mam z tym począć? I gdzie ta moja jugosłowiańskość przepadła?
Kiedy patrzą, w jak okrutnych okolicznościach giną ich koledzy z oddziału, rodzi się w nich zło, chęć zemsty. Oprócz brata autora jest tu inna tragiczna postać - to ich dowódca, Chorwat, który doskonale zdaje sobie sprawę, w jak beznadziejnej sytuacji znaleźli się ci młodzi, niewinni chłopcy, którzy mieli po prostu odsłużyć wojsko i wrócić do domów. Chroni ich, jak może, ale sam jest bezsilny. W końcu odsyła do domu.
Na próżno się bronił, na próżno tłumaczył, że z młodym wojskiem przeszedł przez całe to piekło. Nikogo już nie było, kto by za nim zaświadczył, nikt nie chciał się wstawić za Chorwatem. Miał zginąć. To była czysta kalkulacja, ale wbrew planom pozostał żywy, i teraz mógł być już tylko winny.
Tu nie ma bohaterów. Wszyscy są jednocześnie ofiarami i katami, wojna odziera ich z niewinności. To jak w greckiej tragedii. Autor nie oszczędza nikogo. Także samego siebie. Przez trzy dni był strażnikiem w jednym z obozów koncentracyjnych w pobliżu Prijedoru. Siedzieli w nim także jego wujkowie, bracia jego matki. Sam nikogo nie skrzywdził, ale nieświadomie przyczynił się do tego, że zrobili to inni strażnicy.
Ludzie za drutami wyglądali jak upiory, poruszali się jak obłąkani, jak schwytana zwierzyna. Czy ja jestem strażnikiem obozowym? To słowo nie docierało do mojej świadomości, tylko jego zgrzyt, jego termodynamika pozbawiona sensu. Czy znałem tych zamkniętych ludzi? Rodzonego wujka i ludzi z pobliskiego miasta Kozarac i z muzułmańskich wsi wokół Prijedoru?
Z wojny nie wychodzi się niewinnym.
Nie odezwiesz się już nigdy, ja to wiem, wiem. Bo i po co, i do kogo - przecież myśmy strzelali do ciebie, ty strzelałeś do nas.
Czasem trudno ten ciężar znieść. Przyjaciel jego brata już po wszystkim popełnia samobójstwo.
No i jeszcze jedno - wojna się powtarza. Darko Cvijetć nie przez przypadek sięga do tragicznej historii swojej rodziny z czasów drugiej wojny.
Tak jak tytułowa winda Schindlera jest metaforą, tak metaforyczne jest tytułowe pytanie - czemu na podłodze śpisz? Kiedy się śpi na podłodze? Kiedy nie można spać w łóżku. Dlaczego? Bo świat wywrócił się do góry nogami, bo tego łóżka nie ma, bo człowiek się boi, bo jest naznaczony traumą i nie potrafi spać w łóżku, żyć normalnie.
Bardzo dobre książki, chociaż na pewno wymagające znalezienia w sobie przestrzeni na lekturę. Szczególnie ta druga.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz