Dorit Rabinyan "Żywopłot"

Po lekkim wahaniu zdecydowałam się sięgnąć po powieść izraelskiej pisarki Dorit

Rabinyan „Żywopłot” (Smak Słowa 2016; przełożyła Agnieszka Olek). Wahanie wynikało z dwóch powodów. Pierwszy, bo to jej debiut w Polsce, więc nigdy nie wiadomo, na co się trafi, a tracić czasu na miałkie powieści, już mi się po prostu nie chce. Nie raz  o tym pisałam, powtarzam to niczym mantrę. Powód drugi, książka Dorit Rabinyan to romans. Wątek miłosny proszę bardzo, ale klasyczny romans niekoniecznie. W końcu jednak, jako że łapczywie czytam o Izraelu niemal wszystko, co wpadnie mi w ręce, to samo dotyczy też izraelskiej prozy, postanowiłam zaryzykować. Na moją decyzję niemały wpływ miał też szum medialny wokół książki. Z pisarką rozmawiał nawet sam Paweł Smoleński, reporter od spraw izraelskich, a mój ukochany Amos Oz dał powieści  rekomendację. Wiadomo, jak to z takimi poleceniami bywa, ale jednak wszystko ma swoją miarę i z pewnością wybitny pisarz byle chłamu nie firmowałby swoim nazwiskiem. Przeczytałam a teraz dzielę się swoimi przemyśleniami.

Z czystym sumieniem mogę polecić „Żywopłot” miłośniczkom (i oczywiście miłośnikom) romansów, ambitnych czytadeł oraz tym, którzy o konflikcie palestyńsko-izraelskim wiedzą niewiele albo zgoła nic (są tacy?). To dobry punkt wyjścia, aby trochę wiedzy liznąć, coś sobie uświadomić, a potem drążyć dalej. Bo tym wszystkim po trochu powieść Dorit Rabinyan jest. To bardzo sprawnie napisana historia miłości Liat, Żydówki z Izraela, i Himliego, Palestyńczyka z Zachodniego Brzegu. Miłości niemożliwej, zakazanej, ot kolejna wersja Romea i Julii. Ich uczucie miałoby małe szanse na spełnienie, gdyby nie to, że spotkali się w Nowym Jorku. Ona na naukowym kilkumiesięcznym stypendium, on, malarz, od paru lat mieszkający na Brooklynie. Na tym neutralnym gruncie, w wielokulturowym tyglu kim są, skąd pochodzą, nie ma znaczenia. Zanim zrozumieją, że ona jest z Tel Avivu, a on z Ramalllah, zdążą się sobą zainteresować, a zaraz potem zdarzy im się wielka miłość od pierwszego wejrzenia. Przyciągnie ich do siebie podobny wygląd - ona o ciemniejszym kolorze skóry, bo pochodzi z rodziny irańskich Żydów, nowojorczykom przypomina Arabkę, on  Arabem jest. Szybko odnajdują wspólne wspomnienia, doświadczenia, smaki, zapachy, krajobrazy. Tęsknią za ciepłem, szczególnie, że zima tamtego roku w Nowym Jorku była wyjątkowo mroźna, śnieżna i długa, za słońcem, za przyprawami. Ona tęskni też za morzem, za telavivskimi plażami, on również, ale inaczej, bo przecież nigdy na tych plażach się nie opalał, tego morza nie widział! Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Może dlatego nie umie pływać. Okazuje się, że różnice nie mają znaczenia, że nie jest ważne, kim są, ale jacy są. Nie patrzą na siebie jak na Żydówkę i na Palestyńczyka, ale jak na kobietę i na mężczyznę. On jest wykształconym, obytym w świecie artystą, tak widzi go Liat. To z jej perspektywy poznajemy ich historię, ona jest narratorką, ona wspomina. Niektóre szczegóły zatarły się w jej pamięci, ale pozostała intensywność tamtych doznań.

Od początku jednak wiemy, że ich miłość musi być miłość napotka  przeszkody. Oboje zdają sobie sprawę, że to uczucie na kilka miesięcy, że potem ona wróci do Izraela, on zostanie w Nowym Jorku. Liat stara się to bagatelizować, Himli mniej. Ale nie jest w stanie postawić wszystkiego na jedną kartę. Tęskni za domem, za rodziną, za Izraelem. Nie ma w sobie odwagi, aby powiedzieć rodzicom, z kim się spotyka. Boi się walczyć z ich lękami, uprzedzeniami, stereotypami. Kiedy rozmawia z nimi przez telefon, każe mu wyjść z pokoju. On ma do niej żal, ale kiedy do Nowego Jorku na kilka dni przyjeżdża z grupą arabskich studentów jego brat studiujący w Berlinie, kiedy spotkają się z nimi, on też będzie zachowywał się inaczej. Nie stanie w jej obronie, w milczeniu będzie przysłuchiwał się, jak atakuje ją jego brat. Na nowojorskim gruncie różnice między nimi mają niewielkie znaczenie, więcej ich łączy niż dzieli, kiedy jednak znajdą się w towarzystwie swoich, natychmiast wchodzą w przypisane sobie, a może wyssane z mlekiem matki, role. W dyskusji nie będą szukać kompromisu, usztywnią się i będą bronić racji swojego narodu, a właściwie jego konserwatywnego skrzydła. Chociaż ona w domu kłóci się z rodzicami, którzy mają prawicowe poglądy, teraz mówi ich głosem. Podobnie on.

Czytając powieść, wiele razy zadawałam sobie pytania - co stanie się dalej, o czym to będzie, czy to tylko romans, jak skończy się ta historia? Przyznam, że kiedy książka zamieniała się w opis miłosnego żaru, w historię romansu, kiedy tak rozdział po rozdziale śledziłam miłosne odurzenie Liat i Himliego, nieco się nudziłam, ale na szczęście zaraz potem do głosu dochodziły inne wątki i czytałam znowu z zainteresowaniem. Nie mogę jednak powiedzieć, aby poruszyła mnie ta  opowieść o zakazanej, niemożliwej miłości. Nie uroniłam ani jednej łzy, chociaż zawsze w literaturze fascynowały mnie, i jednocześnie przejmowały dreszczem, takie rozstania, taka miłość, która z jakichś powodów, ale nie choroby, musi zostać przerwana i kochankowie doskonale o tym wiedzą. Takie życie na całego, ale z wyznaczonym deadlinem, ze świadomością końca. Jakiś czas temu oglądałam izraelski film „W ciemno”, o parze gejów, Żydzie i Palestyńczyku, który poruszył mnie znacznie mocniej, bo z o wiele większą mocą uświadomił mi, jak taka miłość (nie chodzi o to, że pomiędzy mężczyznami) jest trudna, niemożliwa niemal. Szczególnie jeśli jedno z kochanków jest mieszkańcem Zachodniego Brzegu, o Strefie Gazy w ogóle nie ma co mówić, jeśli dodatkowo pochodzą z różnych sfer społecznych. Jak polityka, to, gdzie się urodziliśmy i gdzie mieszkamy, wchodzi z butami w najintymniejsze sfery życia. na początku tego akapitu wspomniałam, że z wypiekami na twarzy, no może przesadziłam, powiedzmy z ciekawością, czekałam, jak Dorit Rabinyan zakończy tę historię. Kiedy się wreszcie dowiedziałam, początkowo uznałam, że poszła na literacką łatwiznę, żeby i wilk był syty, i owca cała. Okazało się, że nie miałam racji. Historia kochanków inspirowana jest tym, co kilka lat temu przeżyła autorka. Pierwowzorem Himliego był palestyński artysta Hassan Hourani, z którym była w związku. Jego historia skończyła się tak jak historia bohatera powieści.

Na sam koniec muszę dodać, że „Żywopłot” wywołał w Izraelu burzę. W pewnym sensie stał się powieścią zakazaną, odsądzaną od czci i wiary, co oczywiście przysporzyło mu wielkiej popularności, bo liberalnie nastawieni czytelnicy w geście solidarności z autorką kupowali po kilka egzemplarzy książki. O tym wszystkim opowiadała Dorit Rabinyan, kiedy promowała swoją powieść w Polsce. I dopiero ten fakt, to wpisanie tej, z naszej perspektywy, politycznie niewinnej powieści na indeks, budzi zdumienie i zgrozę.

 

Stefan Hertmans "Wojna i terpentyna"

 Długo zastanawiałam się, czy kupić książkę "Wojna i terpentyna" napisaną przez

niderlandzkiego (?) - w takim języku pisze, flamandzkiego (?) - tak stoi w brytyjskiej Wikipedii,  pisarza Stefana Hertmansa (Marginesy 2015; przełożyła Alicja Oczko). Boję się trochę ryzyka, jakie niesie za sobą lektura powieściopisarza debiutującego na naszym rynku. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi - wydawcy reklamują książki, jak się da. Każda jest znakomita, każda wybitna. Można srogo się zawieść. Trochę się o "Wojnie i terpentynie" mówiło, jakoś o niej usłyszałam, a ostatecznie postanowiłam zaryzykować, kiedy dowiedziałam się, że Hertmans jest cenionym poetą. Skoro poetą, to może i po jego powieść warto sięgnąć. A kiedy ostatnio Marginesy wydały jego kolejną pozycję, postanowiłam czym prędzej przeczytać tę, która czekała sobie na wirtualnej półce. No i nie żałuję.

Od razu napiszę, że to na pewno nie jest książka dla każdego. Celowo używam słowa książka, bo jednak trudno "Wojnę i terpentynę" zakwalifikować jako powieść, chociaż tak się o niej pisze. To skrzyżowanie eseju i opowieści o dziadku Hertmansa ze strony matki, Urbainie Martienie, urodzonym w 1891 roku, zmarłym w 1981. Kiedy był już dość sędziwym, siedemdziesięcioletnim człowiekiem (w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku o siedemdziesięciolatku można było śmiało tak powiedzieć, dziś byłaby to obelga dla człowieka w takim wieku), zaczął spisywać swoje wspomnienia. Powstały dwa zeszyty zapisków obejmujące okres dzieciństwa i czas pierwszej wojny światowej. Kilka miesięcy przed śmiercią podarował je swojemu trzydziestoletniemu wnukowi. Zanim Hertmans do nich zajrzał, minęło trzydzieści lat. Kolejne kilka zanim zaczął pracować nad książką, która ukazała się w roku 2013 tuż przed okrągłą, setną, rocznicą wybuchu pierwszej wojny.

Pisarz podąża tropami swojego zmarłego dziadka, robi to w czasie i w przestrzeni. Posiłkując się zapiskami, a potem wspomnieniami własnymi i członków rodziny, rekonstruuje na naszych oczach życie Urbaina Martiena. Chodzi po śladach dziadka, po miejscach z nim związanych, ze smutkiem rejestruje zmiany w krajobrazie. Tam, gdzie kiedyś były sielskie przedmieścia, kwitły łąki, zieleniły się sady, dziś po szosach szybkiego ruchu, po obwodnicach suną sznury samochodów pod ołowianym niebem (niebem o kolorze ścierki, jak lubi pisać Hertmans). Nie ma już wielu budynków, które odwiedzał dziadek w czasach swojej młodości, wiele miejsc straciło dawny urok, Gandawa nie jest już taka piękna jak niegdyś. Pewnie autor nieco idealizuje miasto z początku zeszłego wieku, przecież jego dziadek w czasach dzieciństwa mieszkał w ubogiej dzielnicy, gdzie najprawdopodobniej ścieki płynęły rynsztokami, ale trzeba mu przyznać, że robi to bardzo przekonująco. Oczami wyobraźni widzę te potworne drogi śmierdzące spalinami, te ohydne blokowiska i przyjazną, miłą, pełną uroku Gandawę sprzed lat.

Hertmans przegląda też stare zdjęcia, pamiątki, wspomina chwile spędzone z dziadkiem, sporo miejsca zajmuje analiza jego obrazów, bo Urbain Martien umiłował malarstwo, był malarzem amatorem, robił kopie i malował własne obrazy. Dziś tylko niektóre znajdują się w posiadaniu rodziny, inne rozsiane są nie wiadomo gdzie, bo dziadek obrazy rozdawał, nigdy nie sprzedawał. Kiedyś zdumiony wnuk odkrył jedną z jego prac na ścianie jakiegoś gandawskiego lokalu.

"Wojna i terpentyna"  skojarzyła mi się z "Austerlitz" Sebalda, jedyną jego książką, jaką na razie przeczytałam. Chodzi o sposób pisania i o temat - dziecko, wojna. O ile na Sebalda pozostałam  doskonale obojętna, o tyle Hertmans wciągnął mnie bez reszty do swojego świata i bardzo poruszył. Wiem, wiem krytycy literaccy pokiwaliby z politowaniem głowami  nad moimi literackimi gustami, no bo jak można  przedłożyć Hertmansa nad Sebalda. Ja jednak tak właśnie robię, mogę śmiało powiedzieć, że w książce tego pierwszego po prostu się zakochałam. Mam przed oczami małego Urbaina, który jako najstarszy z rodzeństwa musi pomagać matce. Widzę, jak zziębnięty błąka się po zaułkach Gandawy z ciężkim wiadrem i żebrze o węgiel, widzę, jak ciężko pracuje w odlewni, jak przesiaduje ze swoim ukochanym ojcem w kościołach, w których ten restauruje albo maluje freski, widzę, jak zachwyca się jego  pracą, jak sam z wielkim samozaparciem próbuje malować, jak się po wielekroć zniechęca i jak wraca do swojej pasji, widzę, jak się gorliwie modli przed obrazem Matki Boskiej Siedmiobolesnej. Przyglądam się jego silnemu związkowi z dumną matką, która kiedyś postawiła na swoim i wyszła za mąż za biednego malarza Franciscusa, popełniając mezalians, skazując się na ubogą egzystencję, na walkę o byt. Wreszcie widzę, jak jego młodość brutalnie przerywa wybuch pierwszej wojny. W tej części książki Hertmans oddaje głos dziadkowi, przywołuje zapiski, które od niego dostał.

To fragmenty jeszcze bardziej poruszające, momentami wstrząsające. Chaos i bezsens, zniszczenia, eksodus uciekających cywilów, płonące wioski, żołnierze wysyłani na pewną śmierć, jęki rannych i umierających, martwe zwierzęta, brud, choroby, głód, potworne zimno, błoto okopów, w których tygodniami tkwili walczący, smród odchodów, bezprzykładne bohaterstwo. Tylko po co? Żeby zdobyć kilka kilometrów ziemi? Pogarda oficerów, wśród których dominowali Walonowie, dla prostych żołnierzy, przede wszystkim Flamandów. I utrata złudzeń. Coś się w tych ludziach załamało, stracili spokój i młodzieńczy idealizm. Dawny świat runął, w każdym wymiarze - materialnym i duchowym. Nikt nie pomagał leczyć ich wojennych traum, nikt nie słyszał o stresie pourazowym. Tym bardziej przykro, kiedy Hertmans chodzi po miejscach, gdzie walczył dziadek, dziś zapomnianych, opuszczonych. Kto pamięta o tamtych wydarzeniach? To tylko nudne fakty z podręczników historii, daty, miejsca bitew, niewiele więcej. A za tym nudziarstwem kryje się ludzkie nieszczęście, ból, tragedia. Potem życie dziadka też układało się różnie - nieszczęśliwa miłość, mania prześladowcza, pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Szczęście dawało mu malowanie. Równowagę i spokój osiągnął dopiero na starość.

Warto sięgnąć po książkę Hertmansa, warto poświęcić jej czas i uwagę, zagłębić się w tamten bardzo zmysłowo odtworzony świat,  obcować z ludźmi sportretowanymi na jej kartach, warto zadumać się nad ich losem i światem.

Richard Flanagan "Klaśnięcie jednej dłoni"

Moje ostatnie lektury to przede wszystkim literatura faktu, bo postanowiłam przeczytać wszystkie książki nominowane w tym roku do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego znajdujące się  na mojej wirtualnej półce. A tak się wyjątkowo złożyło, że na tegorocznej liście znalazło się aż siedem reportaży (na dziesięć), które albo już czytałam, albo takich, które  czekają na swoją kolejkę. (Ten wpis powstał w marcu. Moje notki o nominowanych reportażach od dawna są na blogu.)  W pewnym momencie poczułam, że muszę zrobić przerwę, odetchnąć nieco od ciężkich tematów i sięgnąć po powieść. Wybór padł na "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Robert Sudół). Po przeczytaniu "Ścieżek północy" postanowiłam kontynuować znajomość z prozą tego australijskiego pisarza. Chciałam odetchnąć, tymczasem pogrążyłam się w mroku. Już dawno nie czytałam tak przerażająco smutnej książki. Tak, smutnej. Ten epitet chyba najlepiej oddaje charakter powieści Flanagana. Chociaż nie ma tu jak w "Ścieżkach północy" tak wiele okrucieństwa, to i bez tego powieść przygnębia. To rodzinna psychodrama. Historia słoweńskich imigrantów osiadłych na Tasmanii.

Dwa są źródła przytłaczającej atmosfery, atmosfery beznadziei. Pierwsze, chociaż nie ono jest głównym tematem książki, to obraz życia imigrantów z Europy. Byli wśród nich na pewno tacy, którym się z czasem udało. Wielu jednak prowadzi monotonne, beznadziejne życie pozbawione nadziei. Harują w fabrykach albo na budowach elektrowni wodnych. Mieszkają w podłych domkach, w nędznych osadach wzniesionych specjalnie dla robotników pracujących na budowie. Ich jedyną rozrywką jest piwo wypijane razem z innymi mężczyznami w miejscowym pubie. To tam zapominają o swoich smutkach, o zawiedzionych nadziejach, o rozczarowaniach, o pogardzie, jaką otaczają ich miejscowi. Dla nich są bambo. A przecież miało być inaczej. W świecie, który opuścili, coś znaczyli - byli profesorami, lekarzami, mieli rodziny, żyli wśród swoich. Tu wszystkie więzi zostały zerwane, nowe są płytkie, a dawny prestiż jest bez znaczenia, miejscowi mają ich za nic. Cała nadzieja w dzieciach. To im może się udać. Nawet przyroda jest niegościnna. Zimą szaleją śnieżyce, latem pożary pustoszą kraj. Żeby zbudować elektrownię, trzeba w pocie czoła karczować las, rozbijać skały. Natura, chociaż groźna, jest przynajmniej piękna. Natomiast wszystko, co stworzyła cywilizacja, odstręcza brzydotą. Takie są kolejne robotnicze osady, w których mieszka jeden z głównych bohaterów, Bojan Buloh, takie jest Hobart. Nie wiem, jak to miasto wygląda dziś. Opisane w książce - i to z lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, i to z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych - robi przygnębiające wrażenie.

Jeszcze bardziej ponura jest historia rodziny Bulohów, Marii i Bojana, słoweńskich imigrantów, którzy na początku lat pięćdziesiątych razem z kilkunastomiesięczną córeczką Sonją przybywają na Tasmanię. Czy to trudne warunki życia, wojenna trauma sprawiają, że Bojan chętniej spędza czas w pubie niż w domu z żoną i dzieckiem? Czy to dlatego Maria w pewien zimowy, śnieżny wieczór zostawi małą córeczkę samą w domu i już nigdy nie wróci? Jakże zrozpaczona, pogrążona w depresji musiała być, kiedy po raz ostatni przytuliwszy Sonję, pożegnała się z nią słowami mnie trzeba iść? Odtąd Bojan jeszcze więcej czasu spędza w pubie, próbując zagłuszyć ból. Co zrobić z dzieckiem? Jak ma je wychowywać samotny mężczyzna pracujący na budowie? Dlatego Sonją opiekują się obce rodziny. To zimny wychów. Kiedy jest starsza, musi im pomagać niczym Kopciuszek. Dziewczynka tęskni za ojcem, jest samotna, czeka, kiedy zabierze ją na weekend do domu, a zdarza się to bardzo rzadko, marzy, aby wspólnie zamieszkali. Ale kiedy się to wreszcie zdarzy, sielanki nie będzie. Bojan kocha córkę, ale zgnębiony samotnością, przytłoczony mizerią egzystencji, pogardą miejscowych, którą bardzo mocno odczuwa, coraz więcej pije. Coraz rzadziej okazuje jej swoje uczucia, coraz bardziej nienawidzi siebie. Alkoholowe libacje, fizyczna przemoc, bieda, domowe obowiązki, samotność - tak wygląda  dzieciństwo Sonji. A mimo to dziewczynka tęskni do ojca, który, kiedy jest trzeźwy, potrafi być wspaniałym człowiekiem. Wesołym, radosnym. Jednak coraz rzadsze są chwile, kiedy jest dobrze. Aby się ratować, Sonja opancerzy się, zobojętnieje na ból zadawany przez ojca, bo tylko tak może się bronić. Patrzymy na niego jej oczami. Nienawidzimy go i lubimy jednocześnie. Bo przecież potrafi być troskliwy, miły, dbać o dom, jest doskonałym stolarzem. Ale kiedy pije, staje się ordynarny, agresywny, cuchnie przetrawionym alkoholem.

Jaka może być przyszłość Sonji? Ratunkiem jest ucieczka i walka o siebie. I chociaż w końcu jakoś stanie na nogi, wydostanie się ze społecznych nizin, to będzie psychicznie okaleczona. Nie potrafi kochać, nie potrafi związać się z kimś na dłużej. A jednak z czasem w tej beznadziei zabłyśnie jakaś jaśniejsza barwa. To przyjaźń życzliwych ludzi, próba wybaczenia, zapomnienia, próba odbudowy więzi między ojcem a córką. No i jeszcze coś. Czy to się uda? Sonja nie ma złudzeń, wie, że to być może tylko na chwilę, więc się nią cieszy, nie zastanawia się już, co będzie w przyszłości. Teraz ma w sobie siłę, aby żyć.




"Sieranevada"

Nie mogłam opuścić najnowszego rumuńskiego filmu - "Sieranevada" Cristi Puiu, ojca filmowych sukcesów kina znad Dunaju. W każdym razie to od "Śmierci pana Lazarescu" zaczął się triumfalny pochód przez festiwale rumuńskich reżyserów, co podobno niekoniecznie przekłada się na popularność wśród ich rodaków. Taką informację gdzieś kiedyś przeczytałam, za jej prawdziwość nie ręczę, chociaż wydaje mi się dość wiarygodna. "Sieranevada" w polskich kinach masowo na pewno oglądany nie będzie, to film dla koneserów. Trwa niemal trzy godziny, akcja prawie cały czas toczy się w ciasnym, zagraconym mieszkaniu, w którym rodzina spotyka się na stypie w czterdziestym dniu od śmierci (albo pogrzebu, nie zapamiętałam) zmarłego ojca. Nic specjalnego się nie wydarzy poza kłótniami, nieporozumieniami, rozmowami. Rodzinna psychodrama, portret rumuńskiej klasy średniej, na którym i my możemy się odnaleźć. Film jest znakomicie zrobiony. Sposób prowadzenia kamery sprawia, że widz ma wrażenie uczestnictwa w tym spotkaniu. Jakbyśmy byli w środku. Słyszymy i widzimy tyle, ile widzi i słyszy ktoś, kto w tej stypie uczestniczy. Goście i domownicy rozchodzą się po mieszkaniu, stale krążą pomiędzy pokojami a kuchnią, jak to w takich przypadkach bywa, więc jasne jest, że nie można być na raz wszędzie, słyszeć i widzieć wszystkiego. Kamera najczęściej śledzi bohaterów z perspektywy przedpokoju, zaglądając tylko do klaustrofobicznych wnętrz. Czasem zapuszcza się do jednego z pokoi albo do kuchni. Ta klaustrofobiczna atmosfera w połączeniu z agresją, która bije od bohaterów, jest dość męcząca, ale myślę, że to zmęczenie celowe. Mnie "Sieranevada" podobała się bardzo, ale, podkreślam jeszcze raz, na pewno nie jest to film dla każdego. A kto już widział, może czytać dalej.

Niemal od pierwszej sceny atakują widza krzyk i agresja. Bohaterowie nie rozmawiają ze sobą, oni na siebie warczą, mają pretensje, mówią podniesionym głosem, są zniecierpliwieni, źli, obwiniają się o wszystko, zrzędzą. Na zaciętych twarzach widać złość. Tak wygląda pierwsza rozmowa Larego z żoną prowadzona w samochodzie, podobnie jest na rodzinnym spotkaniu, a chyba najbardziej uderza scena na ulicy, kiedy uczestnicy zajścia i przypadkowi świadkowie obrzucają się wyzwiskami, przeklinają, krzyczą, a wszystko z powodu  źle zaparkowanego samochodu. Niewiele brakuje, aby doszło do rękoczynów. Skąd my to znamy?

Podobnie jest na stypie. Niemal każdy do każdego ma jakieś pretensje, niemal wszyscy obwiniają się o coś. Członkowie rodziny kłócą się o sprawy drobne, zupełnie nieistotne, ale ogromne emocje budzi też stosunek do komunistycznej przeszłości. Ciotka wspominająca z rozrzewnieniem czasy Ceausescu wywołuje falę agresji u swojej siostrzenicy (?) (nie zawsze łatwo zorientować się w stopniu pokrewieństwa bohaterów), która tak bardzo jest wzburzona, że reaguje płaczem. Wychodzą na jaw niewierności, zdradzona żona bez żenady wywleka na wierzch szczegóły, którymi niekoniecznie trzeba się dzielić publicznie. Młodsze pokolenie snuje teorie spiskowe, których skarbnicą jest  internet.

Stypa okazuje się być tylko atrapą, wydmuszką. Liczy się obrzęd, dochowanie tradycji, za którą nic się nie kryje. Nie ma w tym ducha, namysłu, refleksji, przeżycia, skupienia, prawdziwej żałoby. Jest pustka. Trzeba tylko przejść przez kolejne religijne i ludowe rytuały. Ich strażniczkami są wdowa po zmarłym i jego córka. I chociaż skrupulatnie pilnują wszystkiego, to chyba nie bardzo wiedzą, dlaczego tak robią. W pewnym momencie zniecierpliwiony syn zarzuca to matce. Ktoś inny uczestniczy w modlitwie prowadzonej przez popa, bo chce posłuchać śpiewu. tak ładnie śpiewają, powie. To wszystko odbywa się gdzieś pomiędzy gotowaniem, nakrywaniem, wychodzeniem po zakupy, kłótniami, bezsensownymi rozmowami. Stale ktoś wchodzi i wychodzi, rodzinna wspólnota rozpada się. Jakby tego było mało stypę zakłócają nieproszeni goście, co pogłębia jeszcze chaos.

Wśród mniejszych i większych awantur, wśród pretensji, wzajemnego oskarżania się nie ma atmosfery dla żałoby. Nikt tu o zmarłym nie rozmawia, nikt go nie wspomina, nie opłakuje. Po co się spotykają? Bo taka tradycja, bo tak wypada, bo matka i córka tego chcą, chociaż nie potrafią zbudować odpowiedniej atmosfery. Znamienne jest, że Lary dopiero w samochodzie, a nie w czasie nieudanej stypy, wspomina zmarłego ojca, przywołuje obrazy z dzieciństwa, a w końcu się rozkleja. I nawet do wspólnego posiłku nie udaje się zasiąść, bo stale staje na przeszkodzie. Kiedy wreszcie można zjeść spóźniony obiad, część gości już wyszła.

Jakub Małecki "Dygot"

Kiedy w 2015 roku w wydawnictwie Sine Qua Non ukazała się powieść Jakuba Małeckiego "Dygot", mówiło się o niej dużo i bardzo dobrze. Zastanawiałam się nawet, czy nie przeczytać, ale dałam sobie spokój, bo na mojej opasłej liście książek, które chcę przeczytać były pilniejsze lektury. Potem wyszły "Ślady", chyba mniej entuzjastycznie przyjęte, ale teraz nominowane do Nike. Z czasem o książkach Małeckiego przestałam myśleć, bo wypychały je pozycje nowsze i nowsze. Do czasu. Bo nagle polecił mi je znajomy. Nie ma to jak osobista rekomendacja innego książkoholika, którego gustom literackim się wierzy. Kiedy nadarzyła się atrakcyjna promocja, kupiłam, a teraz jestem już po lekturze "Dygotu".

Trzeba przyznać, że powieść Małeckiego czyta się znakomicie. Wciąga, hipnotyzuje, trochę jak "Morfina" Twardocha. To dwutorowo prowadzona historia dwóch wiejskich rodzin, Łabendowiczów i Geldów. Długo nic o sobie nie wiedzą, mieszkają w innych wsiach gdzieś w okolicy Koła. Szybko domyślamy się, że ich losy muszą się spleść i tak rzeczywiście się stanie. Historia zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, kończy w latach dziewięćdziesiątych. Co jakiś czas narrator zaznacza upływ czasu, przywołując jakieś istotne zdarzenia z dwudziestowiecznej historii, na przykład poznański czerwiec. Ale nie jest to powieść polityczna. Czemu służą te odwołania? Może przekornemu zakorzenieniu fabuły w świecie realnym? Chciałoby się napisać w tu i teraz, ale raczej należałoby powiedzieć w tam i wtedy. Użyłam słowa przekornemu, bo w powieści Małeckiego realizm łączy się z żywiołem metafizycznym. Nie wiem, czy można "Dygot" nazwać realizmem magicznym, nie bardzo się na tym znam. No może w takim potocznym znaczeniu tego pojęcia. Jedną z rodzin ściga klątwa, losy drugiej przepowiedział Cygan. Niby jest to opowieść mocno osadzona w wiejskiej i prowincjonalnej rzeczywistości - bohaterowie zmagają się z codziennymi problemami, pracują na gospodarce, prowadzą w mieście sklep warzywny, zmagają się z kłopotami finansowymi, posyłają dzieci do szkół, piją, łajdaczą się i tak dalej, i tak dalej. Sporo tu jednak dziwności. W rowie mieszka straszydło, człowiek - nieczłowiek, zwany przez jednego z bohaterów Strzępkiem. Syn Łabendowiczów  jest albinosem, wyrzutkiem, nieakceptowanym przez wiejską i małomiasteczkową społeczność. Na rzeczywistość patrzy w dziwny sposób, miewa wizje, świat mu się przelewa przed oczyma. Potem znajdzie się na to medyczne wytłumaczenie - albinosi mają problemy ze wzrokiem. Po wsi chodzi wiejska wariatka, Dojka, która wszystko widzi i wszystko wie. W domu mieszka oswojona sowa zwana Durną. W innym domu wybuchnie granat. Silne są tu związki z przyrodą - ze zwierzętami, z ziemią. A to przecież nie wszystko. Wiele tu dziwnych zbiegów okoliczności, a wszystkie przysłowiowe strzelby wybuchają.

Ale  najważniejszy jest pesymizm. Przekonanie, że choćby nie wiem jak się człowiek starał i tak dopadną go wszystkie nieszczęścia świata. Bo świat jest prawdziwym łez padołem. Na bohaterów czyha Historia, choroby, nawet zwykły ból zębów okaże się dopustem Bożym, cierpienia, niespełnione miłości, ścigają ich wyrzuty sumienia, które nie dają spać po nocy, sąsiedzi są gotowi wbić nóż w plecy, dzieci albo same sprowadzają na siebie nieszczęścia i schodzą na złą drogę, aby, gdy jest już za późno, cierpieć, albo rodzą się dziwne (Wiktor - albinos), albo ulegają nieszczęśliwym wypadkom. A na końcu i tak śmierć każdemu pisana. To  tragiczne spojrzenie na ludzką egzystencję symbolizuje tytułowy dygot. Strach przed ludźmi, przed losem, przed cierpieniem, przed nieznanym. Bo człowiek to tylko trzcinka na wietrze, igraszka w ręku mrocznych sił.

Jak wspomniałam, książkę pożera się jednym tchem. A jednak wyczuwam w niej jakiś fałsz. Chociaż podobnie patrzę na świat, chociaż jestem realistką do bólu, co niektórzy mylą z pesymizmem, to jednak nieobce mi są radości. To one chronią przed ostatecznym zwątpieniem. Tymczasem czytając "Dygot", miałam wrażenie, że bohaterów dosłownie ścigają nieszczęścia. Ta kondensacja wszystkiego, co ciemne, losy trzech, a właściwie czterech pokoleń, rozpisane są przecież na niecałych czterystu stronach, z jednej strony wywołuje pożądany efekt - przekonanie, że świat jest miejscem  strasznym, z drugiej po jakimś czasie miałam wrażenie przesytu, sztuczności. Jednym słowem czułam, że mam do czynienia z literackim konceptem. Zaczęłam widzieć szwy. Dlatego książkę, chociaż zgrabna, zręcznie napisana, momentami zniewalająca urodą języka, skończyłam czytać z niedosytem. Jeśli, czytelniku tej notki, musisz z braku czasu starannie wybierać lektury, to sięgnij po Myśliwskiego, a potem po "Skoruń" Macieja Płazy. Te książki są prawdziwe, nie ma w nich żadnej fałszywej nuty.

PS. Przywołałam akurat tych autorów, bo obaj piszą o wsi i o prowincji.


Ann Reid "Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015"

Po przeczytaniu zbioru reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz „Zabić

smoka.Ukraińskie rewolucje” rzuciłam się na inną książkę o Ukrainie, która od dawna leżała sobie na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie. Chodzi o „Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015” (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Wojciech Tyszka) napisaną przez brytyjską dziennikarkę i historyczkę Ann Reid. Pretekstem było szukanie odpowiedzi na pytanie, czy Ukraina to rzeczywiście kraj, w którym trudno żyć, bo rządzą nim przemoc i bezprawie. Właśnie taki obraz naszego wschodniego sąsiada wyłaniał się z mojej poprzedniej lektury. W gruncie rzeczy wiedziałam, że pełnej odpowiedzi nie dostanę, bo „Pogranicze” to połączenie współczesnego reportażu z książką historyczną. Dlatego między innymi kilka miesięcy temu je kupiłam, bo, wstyd się przyznać, ale o historii Ukrainy wiedziałam tyle, co nic.

Książka Ann Reid składa się z dwóch części. Pierwszej, znacznie dłuższej, która powstała w połowie lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy Ukraina odzyskała niepodległość. Autorka podróżując przez historię kraju, szuka jednocześnie odpowiedzi na pytanie, jaka będzie jego przyszłość. Jak sama pisze w przedmowie do polskiego wydania, niektóre jej prognozy nie sprawdziły się, inne okazały się trafione. Mam wrażenie, że w przyszłość patrzyła bardziej optymistycznie, chociaż dostrzegała problemy związane z Krymem, Donbasem, widziała, jak politycy marnują kolejne szanse. Najbardziej chwaliła mądrą politykę narodowościową, dzięki której łagodzono napięcia pomiędzy Ukraińcami a mieszkającymi w Ukrainie Rosjanami.

Druga część "Pogranicza" powstała specjalnie na potrzeby wydania polskiego. Trudno przecież było opublikowaną w roku 2016 książkę zakończyć w połowie lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory minęła cała epoka. Epoka rozczarowań, nadziei, dwóch rewolucji, epoka zakończona wojną domową. Ta część to już nie historia, a rzetelna opowieść o Pomarańczowej Rewolucji, Majdanie, utracie Krymu i wojnie w Donbasie. Kończy ją rozdział, w którym Ann Reid powtórnie stawia pytania  o przyszłość Ukrainy. Pisze, jak wiele zależy od Putina i Europy. Czy Unia zechce zrozumieć, że silna Ukraina jest naszemu kontynentowi potrzebna i dlatego trzeba ją wesprzeć? Żeby tak się stało, nie można patrzeć na ten kraj oczyma rosyjskich ekspertów, a dziś często tak się dzieje. Jednak najwięcej zależy od samych Ukraińców. Jeśli i tym razem z reform nic nie wyjdzie, kraj pogrąży się w marazmie albo w odmętach kolejnej rewolucji. Taką diagnozą kończy swoją książkę Ann Reid.

Równie ciekawa jest część pierwsza, do której teraz wrócę. To podróż przez historię Ukrainy. Podróż w sensie dosłownym. Autorka wędruje od miasta do miasta, a każde z nich jest pretekstem do przyjrzenia się kolejnej epoce z dziejów terenów, na których dziś znajduje się Ukraina. Napisałam to w sposób nieco zawikłany, ale inaczej się nie da. Bo stwierdzenie, że to kolejne etapy w dziejach Ukrainy, byłoby po prostu nieprawdziwe. Fenomen tego kraju polega bowiem na tym, że właściwie go nie było. Jeśli się pojawiał, to dosłownie na chwilę, a pomiędzy krótkimi okresami państwowego bytu nie było żadnej ciągłości. Ukraińcy odwołują się do Rusi Kijowskiej, którą uważają za kolebkę swojej państwowości. Nie zgadzają się z tym oczywiście Rosjanie. Pytanie, kto jest spadkobiercą Rusi Kijowskiej, wśród historyków pozostaje otwarte. Tak czy inaczej Ukraina zawsze była czyjaś - polska, rosyjska, kozacka, habsburska, Krym, matecznik Tatarów Krymskich, związany był z Imperium Osmańskim. Inny był wschód, inny zachód, jeszcze inne południe. Historia tych ziem zmieniała się jak w kalejdoskopie. Do czego wobec tego może odwoływać się współczesna Ukraina, skoro ukraińska świadomość narodowa zaczęła się odradzać dopiero w XIX wieku? Do Rusi Kijowskiej? Spuścizny po Kozakach? Krótkiego okresu niepodległości w roku 1918? Bardzo to wszystko ciekawe. Wędrując po miastach, autorka przygląda się przeszłości, ale opisuje także dzień dzisiejszy.

Po książkę warto także sięgnąć z jeszcze jednego powodu. Ponieważ nasza historia splata się z historią Ukrainy, mamy okazję przyjrzeć się polskiej przeszłości obcymi oczami. Inne rozłożenie akcentów jest bardzo pouczające i ciekawe. 

PS. Wpis powstał w roku 2017, książka jeszcze wcześniej. Kiedy teraz przeczytałam go ponownie, uderzyło mnie zdanie, że wśród historyków sprawa Rusi Kijowskiej jest otwarta. Nie wymyśliłam tego, przytoczyłam za autorką książki. Dziś fakt, że Ruś Kijowska to kolebka Ukrainy, wydaje się nie podlegać dyskusji. Tak twierdzą sami Ukraińcy, a ja nie słyszałam żadnego zdania sprzeciwu wyrażonego przez historyka. Przeciwnie. Natomiast bardzo trafne okazały się przestrogi autorki, aby nie patrzeć na Ukrainę oczyma rosyjskich ekspertów. Do czego to doprowadziło, widzimy. (listopad 2022)

Małgorzata Czyńska "Kobro. Skok w przestrzeń"

Po obejrzeniu "Powidoków" Wajdy i spektaklu Teatru Telewizji pod tym samym tytułem, po przeczytaniu kilku artykułów i wysłuchaniu audycji radiowych postanowiłam sięgnąć po książkę Małgorzaty Czyńskiej "Kobro. Skok w przestrzeń" wydaną w 2015 roku przez wydawnictwo Czarne. Chociaż w galeriach malarstwa mogę spędzać godziny, to nie ma co czarować  - nie sztuka awangardowa mnie tam przyciąga. Nie rozumiem czarnych kwadratów na białym tle, przez sale z awangardą przemykam, omiatając obrazy tępym wzrokiem. Nie ukrywam, że Katarzyną Kobro zainteresowałam się nie z powodu jej twórczości. Moją ciekawość wzbudził film Wajdy i dyskusja wokół niego. Czuję się więc trochę jak podglądaczka, trochę jak czytelniczka plotkarskich pism czy portali, powiedzmy takich ambitniejszych. To nieco prowokacyjne zdanie oddaje mój stan ducha, w żadnym wypadku nie dotyczy książki, o której dziś piszę. Tu dygresja - dla porządku informuję, że ta notka powstała w lutym, niedługo po obejrzeniu "Powidoków".

Gdybym przyrównała biografię rzeźbiarki pióra Małgorzaty Czyńskiej do rzeczonych pisemek i portali, wyrządziłabym jej wielką krzywdę. Autorka zajmuje się przecież nie tylko prywatnym życiem Katarzyny Kobro. Bohaterka interesuje ją jako kobieta, żona, matka, ale przede wszystkim jako bezkompromisowa artystka oddana sztuce swojej i swojego męża, Władysława Strzemińskiego. W książce znajdziemy historię ich drogi artystycznej, obfite cytaty z artykułów, manifestów i wypowiedzi obojga artystów, ale także historyków sztuki, którzy zajmowali się ich twórczością. Czyńska pisze o niezrozumieniu ich twórczości, złych recenzjach, twórczej samotności i stopniowym zyskiwaniu uznania. Przyznaję, że chociaż czytając, bardzo się starałam, nadal pozostaję gdzieś obok tego, co tworzyli. Autorka mocno akcentuje ich pasję pedagogiczną i starania, aby w przedwojennej Łodzi stworzyć pierwszą w Polsce kolekcję sztuki awangardowej.

Sztuka sztuką, a życie życiem. Długo udawało im się nie dostrzegać uciążliwej codzienności. Potem coś pękło. Czyńska próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego  uwielbiany przez innych Strzemiński, nagle w domu zmienił się w potwora. Co się stało, że swoją żonę nazywał wściekłą Kobrą, chciał jej odebrać dziecko, uniemożliwił pracę na uczelni i znęcał się nad nią fizycznie. Dlaczego ta szczęśliwa kiedyś para zaczęła się tak bardzo nienawidzić, bo trzeba uczciwie przyznać, że i Katarzyna Kobro pisała o nim w niewybrednych słowach. Czyńska stawia tezę, że to konflikt na tle religijnym i drugi związany z tożsamością narodową stały się przyczyną nieszczęścia. Katarzyna Kobro była Rosjanką, być może o niemieckich korzeniach, przywiązaną do religii prawosławnej. W tajemnicy przed mężem ochrzciła córkę w cerkwi, w czasie wojny w Łodzi podpisała listę rosyjską, co w tym kontekście nie powinno dziwić. Podobnie zrobił Strzemiński, który też przecież urodził się w Rosji i mieszkał tam jeszcze po rewolucji. Z czasem stało się to przyczyną jego wyrzutów sumienia i doprowadziło go do obsesji na tym tle.

Osobną kwestią, która zajmuje Czyńską, jest obraz rodziców, jaki stworzyła w swojej książce i licznych innych wypowiedziach Nika Strzemińska, która stała się kustoszką  pamięci o nich. Z jednej strony walczyła o recepcję ich twórczości, o pamięć, z drugiej konfrontowała się z bolesną przeszłością. Autorka często przeciwstawia opowieść Niki opowieści najbliższych przyjaciół czy sąsiadów Strzemińskich. Często dostajemy dwie odmienne wersje, słowo przeciwko słowu. Czyńska stara się odpowiedzieć na pytanie, gdzie jest prawda. Wszak to Nika Strzemińska stworzyła białą i czarną legendę swoich rodziców.

Wiele jest niedopowiedzeń w dramatycznej historii Katarzyny Kobro. Bardzo to smutna opowieść. O trudnym życiu, zakrętach historii, niejasnej tożsamości narodowej, dramatycznych wyborach, artystycznej pasji, bezkompromisowości i samotności, o niedocenieniu, małżeństwie, które z sielanki zamieniło się w piekło, wreszcie o macierzyństwie. Kobro umiera w biedzie,  bardzo cierpiąc. W nieszczęściu wspiera ją Nika i grono oddanych przyjaciół. Warto przeczytać książkę Małgorzaty Czyńskiej, nie tylko po to, aby skonfrontować ją z filmem Andrzeja Wajdy.

Artur Domosławski "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary"

Do książki Artura Domosławskiego "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary" (Wielka Litera 2013; ostatnio ukazało się kolejne wydanie) przymierzałam się od dawna, ale wyszło jak zawsze. To, że ją w końcu kupiłam i przeczytałam, jest pokłosiem arcyciekawego spotkania z autorem, na którym byłam jesienią. Za jednym zamachem stałam się też posiadaczką "Wykluczonych", a po lekturze "Śmierci w Amazonii" na pewno sięgnę po "Gorączkę latynoamerykańską".

"Śmierć w Amazonii" to książka, której nie da się czytać spokojnie. Złość, przerażenie, bezsilność i poczucie, że nieświadomie prawdopodobnie i my uczestniczymy w tym paskudnym procederze. A co najgorsze, nie bardzo można tego uniknąć. No bo wytworzenie znacznej ilości rzeczy, w których jest choćby odrobina stali albo odrobina złota, zostało okupione krzywdą mieszkańców Ameryki Południowej. Najczęściej tych najbiedniejszych. Nie możemy też mieć pewności, że drewno, z którego zrobiono nasze meble czy podłogi, nie pochodzi przypadkiem z lasów Amazonii. Domosławski opowiada w swoim reportażu o nierównej walce, jaką toczą ludzie mieszkający w brazylijskiej części Amazonii, w okolicach peruwiańskiego miasta Cajamarca i w rejonie Lago Agrio w Ekwadorze. To walka z wielkimi koncernami wypłukującymi złoto ze skał (Peru), wydobywającymi ropę z dzikich niegdyś okolic (Ekwador), eksportującymi drewno, to także walka z wielkimi hutami wytapiającymi surówkę, z wytwórcami węgla drzewnego potrzebnego tym hutom, z hodowcami bydła (to wszystko brazylijska część Amazonii). W sukurs możnym tego świata idą skorumpowani politycy i policjanci, kuci na cztery nogi prawnicy i przestępcy, którzy za pieniądze gotowi są zastraszać, śledzić, pobić, torturować, a nawet zabić lokalnych liderów czy ekologów ośmielających się protestować.

Konsekwencją wycinania lasów, pozyskiwania złota czy wydobycia ropy jest oczywiście katastrofalne zniszczenie środowiska - zatrucie wody i gleby, dewastacja krajobrazu. Za tym idą choroby. A to nie koniec listy nieszczęść. Mieszkańcy tracą swoją ziemię, ogranicza im się dostęp do miejsc, z których wcześniej swobodnie korzystali. Wszystko w imię rozwoju kraju. I nawet jeśli na papierze wszystko się zgadza, tak było w Ekwadorze, który dzięki wydobywaniu ropy z okolic Lago Agrio przez amerykański koncern Texaco (potem Chevron) poprawił swoje ekonomiczne wskaźniki, to nijak nie przekłada się to na wzrost poziomu życia tych najbiedniejszych. Oczywiście nie chodzi o to, aby w ogóle nie wydobywać i nie produkować, ale żeby wielkie, ponadnarodowe koncerny stosowały takie same standardy, jakie stosują na przykład w Stanach, czyli nazywając rzecz po imieniu, dbały o środowisko. Tymczasem traktują kraje Ameryki Południowej jak kolonie. Za zgodą miejscowych polityków. Ale to wszystko nie jest oczywiście takie proste. Kiedy jedni się burzą, buntują, toczą nierówną walkę, inni w zamian za pracę, często niewolniczą, gotowi są nie zwracać uwagi na koszty. Dlatego ekolodzy, działacze NGS-ów, lokalni aktywiści nie przez wszystkich są popierani.

Domosławski operuje konkretami, opowiada o głośnych sprawach, które zbulwersowały opinię publiczną, pisze o ludziach. O zamordowanych Jose Claudio i Marii, ekologach z Praia Alta w Amazonii, o Marco i Mirth'cie z Cajamarci i wreszcie o Pablo z Lago Agrio. Szczególnie ta ostatnia historia jest niesamowita. To opowieść o chłopaku z ubogiej rodziny, który pracując, utrzymując młodszych braci, zdobywał jednocześnie wykształcenie, a potem, kiedy został prawnikiem, rzucił rękawicę amerykańskiemu koncernowi. Proces wygrał, ale walka o odszkodowanie jeszcze się nie zakończyła.

Książka Artura Domosławskiego mimo nutki optymizmu jest jednak bardzo przygnębiająca. Bo walka, nawet jeśli zwycięska, trwa latami, okupiona jest cierpieniem i morderczą pracą wielu ludzi, a wreszcie często bywa wygrana tylko na papierze.


"Mali mężczyźni"

Kiedy zobaczyłam zapowiedź "Małych mężczyzn", pomyślałam, to nie dla mnie, bo nie lubię filmów o dzieciach. Ale po raz kolejny dałam się przekonać dyskutantom z Tygodnika Kulturalnego i poszłam do kina, chociaż nie miałam tego w planach. Nie zawsze się z nimi zgadzam, bywa, że nasze gusta rozjeżdżają się zupełnie, ale tym razem mieli rację. To film mądry i jednocześnie taki, który bardzo dobrze się ogląda. Świetnie pasuje do niego określenie, ładny. Ładne miasto, ładne wnętrza, ładni bohaterowie. Żadnych brudów, chropowatości. Ładnie o ważnych sprawach, można by powiedzieć. A te ważne sprawy to dorastanie, szczerość w relacjach rodzinnych, trudne finansowe decyzje, gentryfikacja miasta. Dlatego da się "Małych mężczyzn" bez obawy polecić na weekend tym wszystkim, którzy nie lubią z kina wychodzić przygnębi. No może odrobinę się zasmucą i zadumają, ale na pewno nie zdołują. Dla mnie to oczywiście nie ma znaczenia, nie wybieram filmów, kierując się takimi kryteriami, ale znam wielu, którzy w kinie szukają mądrej przyjemności, a już szczególnie w weekend. A na koniec dla porządku krótko, o czym "Mali mężczyźni" są. To opowieść o dwóch kilkunastolatkach, Jake'u i Tonim, których dość przypadkowo zetknął los. Pochodzą z różnych środowisk - matka Toniego, chilijska imigrantka, krawcowa, prowadzi niewielki butik z odzieżą w domu, który odziedziczyli rodzice Jake'a, aktor i lekarka. Tak rodzi się przyjaźń między chłopcami, ale kiedy rodzice skonfliktują się, nie pozostanie to bez wpływu na ich znajomość. W żadnym razie nie jest to sentymentalna opowiastka. Tyle we wstępie, a ciąg dalszy dla tych, którzy film już widzieli. Zapraszam.

"Mali mężczyźni" to kolejna opowieść o dzieciach, których życie demolują decyzje ich rodziców. I nic nie można na to poradzić. Sytuacja wydaje się bez wyjścia. Każdy ma tu swoje racje. Oczywiście w idealnym świecie Kathy i Brian, rodzice Jake'a, okazaliby się szlachetni i nie podnieśliby czynszu za lokal wynajmowany przez Leonor, mamę Toniego, a jeśli już to na tyle  nieznacznie, aby mogła się utrzymać. Ale życie jest życiem i trudno ich nie zrozumieć. Pomieszczenie generuje jakieś koszty, których czynsz, niezmieniany od wielu lat, na pewno nie pokrywa. Trudno do niego dopłacać. Tym bardziej, że nie do końca mają wpływ na swoje decyzje. Jest jeszcze siostra Briana, która też chce mieć udział w spadku po ojcu i to ona nalega na szybkie działanie. Muszę przyznać, że to jedyna niesympatyczna postać w filmie. Robi wrażenie bezwzględnej, takiej, co to po trupach do celu. Kathy i Brian próbują sprawę załatwić spokojnie, polubownie. Trzeba przyznać, że Leonor nie ułatwia im tego. Początkowo unika spotkania, kręci, wymawia się. Czy można się dziwić? Dobrze wie, co ją czeka. Potem próbuje argumentów sentymentalnych, a może zwyczajnie ludzkich. Opowiada o przyjaźni z  ojcem Briana, powołuje się na jego pamięć. Wreszcie przechodzi do kontrataku. Wypomina, że nie utrzymywali z nim bliższych relacji, by w końcu zadać cios poniżej pasa – ośmiesza Briana, wypominając mu, że spełnia się jako artysta, a ponieważ nie zarabia, wszystko zawdzięcza żonie. Czy trafia w czuły punkt? Czy Brian też tak o sobie myśli? Czy może on i Kathy nie mają z tym problemu? Jeśli to ich wspólna decyzja, to co innym do tego? Może stąd chłodne relacje z ojcem, bo nie akceptował postawy syna? Przecież taka niemęska.

Przyznam, że z czasem zaczęłam się zastanawiać, czy Leonor jest rzeczywiście ofiarą zmian, jakie zachodzą w dzielnicy, czy może jest po prostu sprytna i stara się obrócić sytuację na swoją korzyść? Czy latami wykorzystywała naiwnego, starszego, dobrodusznego człowieka, który nie bacząc na prawa ekonomii, nie podnosił jej czynszu? Kiedy zacina się w swoim uporze, kiedy zatrudnia nową pracownicę, kiedy idzie w zaparte, przestaje robić sympatyczne wrażenie. Prawdopodobnie jednak rzeczywiście nie stać jej na taki czynsz. Próbuje się bronić, walczy, jak potrafi. W tej sytuacji wszyscy wydają się zagubieni, poza siostrą Briana, która doskonale wie, czego chce. A ofiarami wojny dorosłych są dzieci. Ich przyjaźń wystawiona zostaje na próbę i nie przetrwa jej. Trudno im się buntować. Próbują, ale przecież są na przegranej pozycji. W grę wchodzi przecież także lojalność wobec rodziców, uczucia. Czy byłoby im łatwiej, gdyby dorośli rozmawiali z nimi szczerze? Ale jak rozmawiać z dziećmi o takich trudnych sprawach? Wszystko to bardzo pogmatwane, przyspieszona lekcja życia, pożegnanie z dziecięcymi złudzeniami, kiedy świat wydaje się nieskomplikowany. Bo prosta recepta Jake'a, cudowne rozwiązanie problemu, widocznie jest niemożliwe. Pewnie Kathy i Brian rzeczywiście nie są aż tacy zamożni, jak to się pozornie wydaje, i nie mogą sobie pozwolić na powrót do poprzedniego mieszkania. I tak Jake i Tony, dwaj wrażliwi, sympatyczni chłopcy, rozdzieleni przez problemy dorosłych pójdą swoją drogą. Coś się zaczęło, coś się skończyło. Bywa. A życie toczy się dalej. Dużym atutem filmu są młodzi aktorzy grający przyjaciół. Jest w nich coś magnetycznego. To oni sprawiają, że nie można oderwać się od ekranu.



 

 

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje"

Od czasu ogłoszenia długiej listy tytułów (długiej w tym wypadku oznacza dziesięć)

nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego sięgałam do mojej wirtualnej półki książek oczekujących na przeczytanie po kolejną z nich, bo tak się w tym roku złożyło, że większość z nominowanych pozycji już na niej miałam a niektóre zdążyłam poznać wcześniej. Zbiór reportaży z Ukrainy autorstwa Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz zatytułowany „Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje” wydany przez Czarne (2016) zostawiłam na koniec. Teraz już wiem, że nie ma go na liście krótkiej (pięć pozycji), ale i tak postanowiłam go przeczytać.

Chociaż wyboru lektur dokonuję bardzo świadomie, chociaż ostateczną decyzję o zakupie podjęłam po wysłuchaniu wywiadu z autorką, to od tamtej pory trochę czasu upłynęło i pewnie dlatego przystępując do lektury, spodziewałam się czegoś nieco innego. Myślałam, że, jak to często bywa, dostanę mieszankę literatury faktu i refleksji historycznej, politycznej, społecznej. Tymczasem „Zabić smoka” to klasyczny zbiór reportaży, przynajmniej w części już gdzieś publikowanych. Ja na pewno czytałam jeden z nich, a pamiętam go tak dobrze, bo długo nie mogłam przestać o nim myśleć, co nieczęsto się zdarza w wypadku pojedynczych tekstów. To opowieść o Irynie Dowhań z Donbasu, nazwanej kobietą spod słupa. Uwięziona za pomoc ukraińskim żołnierzom walczącym z separatystami została pewnego dnia wyprowadzona do miasta, a gapiom pozwolono się nad nią znęcać, lżyć i poniżać. Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena, kiedy to jakaś zwyczajna kobieta przechodząca obok z całej siły kopnęła ją w brzuch, co zresztą Irinę uratowało, bo zdjęcie zrobione w tym momencie przez zachodniego dziennikarza obiegło internet i przyczyniło się do jej uwolnienia. To, co tu przed chwilą napisałam o książce, nie jest w żadnym wypadku zarzutem, tylko stwierdzeniem faktu. Bo po reportaże Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz na pewno warto sięgnąć.

Czyta się te teksty znakomicie, chociaż słowo znakomicie nie pasuje do tych przygnębiających opowieści. Każdy z reportaży zebranych w tym zbiorze to historia człowieka, czasem bohaterów jest kilku, tak na przykład jest w reportażu o Majdanie. Zostały ułożone mniej więcej chronologicznie, od Pomarańczowej Rewolucji, która przyniosła Ukraińcom nadzieję, że nie będzie korupcji, bezprawia, rządów oligarchów, przez głęboki zawód, który w rezultacie doprowadził do wybuchu kolejnej rewolucji,  Majdanu, aż po wojnę w Donbasie. To, co w czasie lektury uderza jak obuchem, to, co sprawia, że otwierałam oczy ze zdumienia, że kręciłam głową z niedowierzaniem, że byłam przerażona, jest obraz świata.

Czytałam już niejedną książkę o Ukrainie, niejeden reportaż, ale chyba w żadnej to, co się tam działo i dzieje, nie był odmalowany tak czarnymi barwami. Korupcja, wszechwładza policji i polityków, tych większych i tych lokalnych, bezprawie, przemoc, chaos, cynizm dziennikarzy i speców od marketingu politycznego. To kraj, gdzie zwykły człowiek w nieszczęściu pozostawiony jest sam sobie. Kiedy dzieje mu się krzywda, nie ma co liczyć na policję i na powołane do tego instytucje. Nagle bez powodu może zostać pozbawiony wszystkiego przez bogatego biznesmena albo przez gangsterów, żeby nie powiedzieć mafię. Ale to jeszcze nie wszystko. Równie nagle może zostać oskarżony o nie swoje winy i wsadzony do więzienia, a na tam hulaj dusza, piekła nie ma. Policja zrobi wszystko, aby uwięziony przyznał się do nie swojej winy. Nie każdy ma w sobie taki hart ducha, tyle samozaparcia jak Bohdan Chmielnicki, bohater jednego z reportaży, aby to przetrwać, a potem skończyć prawo i pomagać innym znajdującym się w podobnej sytuacji. Sporo tu tekstów o zbrodniach, w które często zamieszani są policjanci, sporo o przemocy. Tylko jeden reportaż, o obronie odeskiej fabryki Stalkanat i jej właścicielu Wołodymyrze Nemyrowskim, jest jednoznacznie optymistyczny, ale i on w innym tekście znajduje pesymistyczne dopełnienie. Jeżeli coś niesie jakąś nutę nadziei w tym morzu korupcji, przemocy, bezprawia, to opowieści o ludziach, którzy nieszczęście, jakie ich dotknęło, potrafią przekuć w coś dobrego. Najczęściej jest to pomoc innym znajdującym się w podobnej sytuacji, czasem tylko, albo aż, wsparcie dla współtowarzyszy niedoli.

Kiedy czytałam te reportaże tak jednoznacznie czarne, przygnębiające, opowiadające o sprawach strasznych, jak zawsze w podobnej sytuacji zaczęłam się zastanawiać, na ile taki obraz świata jest prawdziwy. Oczywiście te historie zdarzyły się naprawdę i każda z nich jeży włos na głowie. Ale zebrane razem obezwładniają. Czy Ukraina rzeczywiście jest tylko taka? Czy tam się nie da żyć? Czy najlepszym rozwiązaniem jest ucieczka? Robi tak zresztą wielu, co słychać przecież na ulicach polskich miast. W moim język rosyjski czy ukraiński w autobusach, na ulicach, w okolicy, w której mieszkam, nie jest już niczym egzotycznym, nie dziwi. Dlatego, aby szukać odpowiedzi na dręczące mnie pytanie, po skończeniu książki Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz natychmiast rzuciłam się na kolejną, która leżała sobie na mojej wirtualnej półce. To „Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015” napisane przez brytyjską dziennikarkę i historyczkę Annę Reid. Ale o niej innym razem, bo jeszcze ją czytam.

 

Filmowe remanenty - "Zud", "Porto"

Wygłodniała kina wybrałam się na kolejne filmy. Pierwszy to „Zud” fabularny debiut dokumentalistki Marty Minorowicz. Słyszałam o nim już wcześniej, bo pokazywany był w ramach jednej z sekcji zeszłorocznego Berlinale, dostał też wyróżnienie w Gdyni w konkursie Inne Spojrzenie. Wtedy myślałam, że to propozycja nie dla mnie. Mongolia, życie koczowników, chłopiec przygotowujący się do konnego wyścigu – to nudne, nieatrakcyjne, niszowe, festiwalowe kino. Niszowe i festiwalowe na pewno, a czy nudne i nieatrakcyjne? Nie ma się co oszukiwać, dla wielu tak. Wielkiej frekwencji „Zud” się na pewno nie doczeka. Trzeba wiedzieć, co nas w kinie spotka i zdecydować się na ryzyko. Ja, zachęcona głosami recenzentów, podjęłam wyzwanie i nie żałuję. Kiedy już poddałam się powolnemu rytmowi tego surowego, prawie pozbawionego dialogów filmu, który przypomina raczej dokument niż fabułę, kiedy weszłam w jego świat, nie pozostałam obojętna. „Zud” zmusza do namysłu, refleksji, stawia pytania, a przede wszystkim wywołuje ciekawość. Mongolia, która zawsze wydawała mi się krajem nieatrakcyjnym, nudnym, nieinteresującym, nagle za sprawą tego filmu przynajmniej na chwilę przyciągnęła moje zainteresowanie. Dlatego potem przeczytałam bardzo interesujący wywiad z Martą Minorowicz na portalu Gazeta.pl, który jest znakomitym uzupełnieniem filmu. Bo „Zud” to przecież filmowa impresja dająca asumpt do dalszych poszukiwań. Opowieść o rodzinie mongolskich koczowników żyjących w stepie, hodowców owiec i innych zwierząt. Role w rodzinie są ściśle podzielone, matka zajmuje się domem i dziećmi, ojciec dogląda gospodarstwa, starszy syn, kilkunastoletni Sukhbat, pomaga mu. A praca jest bardzo ciężka, efekty niepewne, uzależnione od kaprysów przyrody. Tytułowy zud to zimny wiatr sprawiający spadek temperatury i zwierzęta, dla których z braku pieniędzy nie buduje się krytych zagród, giną, a hodowcy wpadają w finansowe tarapaty. To właśnie spotyka rodzinę Sukhbata. Jedynym rozwiązaniem, jakie widzi ojciec, jest udział syna w konnych wyścigach dla dzieci masowo organizowanych w Mongolii, dodajmy nielegalnych. Jeśli wygra, uratuje byt rodziny, jeśli noga mu się powinie, prawdopodobnie będą musieli przenieść się do miasta, zasilić rzesze ubogich mieszkańców żyjących w jurtowych slumsach. „Zud” to opowieść o potędze przyrody, kruchości ludzkiego losu, wzajemnej zależności człowieka i zwierzęcia, które w tych warunkach traktowane jest użytkowo, bo musi człowiekowi służyć, a wreszcie to opowieść o dziecku, które w tej kulturze szybko staje się dorosłe i współuczestniczy w życiu rodziny, jest za nią współodpowiedzialne. Kiedy Sukhbat musi pomagać ojcu, kiedy przygotowuje się do wyścigu, nie chodzi do szkoły, chociaż chciałby. Jedyne chwile dziecięcej beztroski to spotkania z kolegą, rozmowy, pięknie fotografowane. Jedna z takich scen budzi skojarzenia  z obrazami Józefa Chełmońskiego. Praca przy zwierzętach i przygotowania do wyścigu są bardzo ciężkie. Chłopiec musi okiełznać konia, oswoić się z nim, a potem trenować i trenować, a wynik przecież niepewny. Na dziecku spoczywa ogromna odpowiedzialność. Film nie jest oskarżeniem rodziców. Po prostu tak tam się żyje, ci ludzie nie widzą innego rozwiązania, nikt im nie pomaga, radzą sobie, jak potrafią. Pociechy nie przynosi nawet krajobraz, surowy, bardziej brzydki niż piękny. To oczywiście moje spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto spodziewał się zniewalająco pięknego stepu. Jego mieszkańcy pewnie inaczej postrzegają miejsce, w którym żyją.

Drugim filmem, na który się wybrałam, jest „Porto”, debiut filmowy Gabe'a Klingera. Na marginesie dodam, że większość źródeł podaje informację, że to brazylijski krytyk i dokumentalista, ale według recenzenta z portalu miesięcznika Kino Gabe Klinger to kobieta. Chyba jednak ta pierwsza wersja jest prawdziwa. Zostawmy to jednak, a wróćmy do filmu. Już sam tytuł przywodzący na myśl piękne portugalskie miasto, ewentualnie produkowany tam alkohol o tej samej nazwie, wywołał dreszcz emocji i sprawił, że miałam ochotę obdarzyć film kredytem zaufania i wybrać się do kina bez względu na wszystko. A i sam temat kusił. To opowieść o Jake'u i Mati. On, dziwak, samotnik i outsider, Amerykanin, syn dyplomatów, który postanowił zostać w Portugalii na zawsze. Chwyta się dorywczych prac, żyje z dnia na dzień. Ona, Francuzka, archeolożka, kiedyś związana z portugalskim profesorem, pracuje na miejscowym uniwersytecie. Spotykają się na wykopaliskach, potem przypadkowo w pociągu i w kawiarni, wpadają sobie w oko i przeżywają przygodę na jedną noc. Takich historii kino pokazywało już wiele, więc aby widza po raz kolejny nią skusić, trzeba mieć jakiś pomysł. I Gabe Klinger miał. Historię poznajemy z dwóch punktów widzenia, raz Jake'a, raz Mati, albo patrzymy na nią obiektywnie, a może lepiej powiedzieć z boku, z dystansu, nie ich oczyma. Kiedy punkt widzenia zawęża się do jednego z bohaterów, zwęża się też ekran, kiedy perspektywa jest neutralna, obraz wraca do normalnych rozmiarów. Historii kochanków na jedną noc nie poznajemy też chronologicznie. Dlatego kilkakrotnie wracają te same sceny, te same dialogi, te same obrazy. Za każdym razem jednak dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterach, o ich uczuciach, motywacjach, dzięki temu jesteśmy zaskakiwani. Kiedy już wydaje się, że wszystko wiemy, nagle okazuje się, że to nie tak. Czym jest ich krótki związek, ta przygoda jednej nocy? Miłością od pierwszego wejrzenia? Początkiem dłuższej relacji? A może tylko zatraceniem, jak mówi jedno z nich. I czy dla każdego jest tym samym? Ale największą zaletą filmu jest jego klimat. Smutny, melancholijny, nostalgiczny. Dużo tu scen kręconych nocą, we mgle, ekran chwilami staje się brudny, ziarnisty, obraz nieostry. Czy to jawa, czy sen? Czy naprawdę to przeżyli, czy tylko sobie wyobrazili? Dlatego kupiłam tę historię, poddałam się jej klimatowi, dlatego mogłabym obejrzeć ten film jeszcze raz. No i Porto rzeczywiście jest trzecim bohaterem. Na szczęście to nie miasto z widokówek, ale prawdziwe, tajemnicze, nieco oczywiście podkręcone, chropawo piękne. Na koniec łyżeczka dziegciu – dialogi chwilami rażą pretensjonalnością, są sztuczne, papierowe. Na szczęście tylko chwilami.

 

Popularne posty