Izabela Klementowska "Samotność Portugalczyka"

Reportaże Izabeli Klementowskiej "Samotność Portugalczyka" od dawna znajdowały się na mojej liście książek, które chcę przeczytać, ale dopiero niedawno dzięki promocjom na ebooki znalazły się na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie, czyli po prostu w czytniku. Powody, aby po nie sięgnąć, były co najmniej dwa. Pierwszy - to książka o Portugalii, o której niewiele wiem, chociaż kilka lat temu po niej podróżowałam i ten wyjazd stale mam w pamięci. Drugi - wydało ją moje ulubione wydawnictwo Czarne (2014). Był jeszcze powód trzeci - jak słyszałam, miała to być opowieść o Portugalii Salazara. To akurat nie do końca okazało się prawdą. Owszem, znajdziemy tu reportaż o życiu domowym dyktatora, o ludziach więzionych i prześladowanych w więzieniu w Caxias, o rewolucji goździków, o procesie wytoczonym trzem pisarkom, o wojnach kolonialnych i jeszcze kilka innych. Jednak w książce są też teksty traktujące o problemach współczesnych - o stosunku Portugalczyków do imigrantów z dawnych kolonii, o ich losach, o strachu przed utratą pracy.

Ale to ludzie są głównymi bohaterami opowieści Klementowskiej. Historię Portugalii i jej dzień dzisiejszy poznajemy przez ludzkie losy. Często smutne, wzruszające, czasem trochę śmieszne. Najbardziej utkwiły mi w pamięci i wzruszyły, tak, tak, wzruszyły, dwie opowieści - historia konsula Mendesa, który w czasie drugiej  wojny wbrew poleceniom władz i samego Salazara wystawił uciekinierom z Europy tysiące wiz do Portugalii. Wziął na siebie pełną odpowiedzialność, po powrocie do kraju spotkał go ostracyzm, dawni znajomi odwrócili się od niego, żył w biedzie, wyprzedając co cenniejsze przedmioty. Postąpił tak, bo był chrześcijaninem i do serca wziął sobie przykazanie o miłości bliźniego. I opowieść druga - historia przyjaźni tryskającego optymizmem, przedsiębiorczego imigranta z Pakistanu i smutnego starszego pana, który nigdy nie odnalazł się w swojej ojczyźnie po powrocie z Angoli.

Napisałam smutnego pana nieprzypadkowo, bo to smutek, nostalgia, melancholia, jak twierdzi Klementowska, są charakterystyczne dla Portugalczyków. Autorka próbuje dociec, jak żyje się w kraju na krańcu Europy, małym, o wielkiej historii, ale dzisiaj jednak prowincjonalnym, biedniejszym od innych, pozostającym w cieniu wielkiego sąsiada. Portugalczycy, jak to bywa w małych państwach, są jednocześnie dumni i zakompleksieni. Pełen sprzeczności jest też ich stosunek do kolonialnej przeszłości i do imigrantów. Może stąd bierze się ich smutek? A poza tym lubią żyć niespiesznie, bez większych ambicji, celebrując codzienność.

Książkę czyta się bardzo dobrze, ale trudno mi powiedzieć, żeby zrobiła na mnie jakieś wielkie wrażenie. Na pewno nie zapisała się wśród tych reportaży, które pamięta się na długo. Jednym słowem można przeczytać, szczególnie jeśli ktoś wybiera się do Portugalii, ale niekoniecznie trzeba.

Wojciech Tochman "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Książka Wojciecha Tochmana "Dzisiaj narysujemy śmierć" (Czarne 2010) trochę się przeleżała na mojej półce książek oczekujących. Jeśli przyjąć, że kupiłam ją zaraz po ukazaniu się, a mogło tak być, bo od przeczytania wywiadu z francuskim reporterem Jeanem Hatzfeldem a potem jego "Strategii antylop" interesowałam się tematem, to książka Tochmana czekała na półce sześć lat. A to wcale niestety nie jest rekord. Cóż, nowsze wypiera starsze. Kilka razy solennie sobie obiecywałam, że już, już, ale nic z tego. Aż wreszcie teraz po wysłuchaniu rozmowy z autorem w końcu ją przeczytałam. Tochman jest specjalistą od tematów trudnych, ekstremalnych, które śnią się po nocach. Nie sposób o opisywanych problemach zapomnieć. Tak było z "Jakbyś kamień jadła" (wojna w Bośni), z "Eli, Eli" (slamsy Manili) mimo wszelkich wątpliwości na jej temat, a nawet ze zbiorem reportaży z Polski "Bóg zapłać". A i kolejna jego książka nie zapowiada się wesoło, bo jak dowiedziałam się z rzeczonego wywiadu, Tochman siedzi w Kambodży i zbiera materiały.

A "Dzisiaj narysujemy śmierć" to reportaż z Rwandy. Wiedziałam oczywiście, o czym jest książka, a jednak co jakiś czas musiałam przerywać lekturę, a o czytaniu przed snem nie było mowy. Jak przed chwilą wspominałam, znałam "Strategię antylop", ale albo szczegóły wyleciały mi z głowy, albo autor pisze o zbrodniach, o których Hatzfeld nie wspominał. Tochman przede wszystkim oddaje głos ocalonym, którzy opowiadają o tamtych kwietniowych dniach roku 1994. Głos mają dzieci, które straciły całe rodziny, a same cudem ocalały, gwałcone kobiety i inni, którzy uniknęli śmierci. Ale wszyscy oni byli świadkami zbrodni nieprawdopodobnych, niewyobrażalnych. Reporter pokazuje, jakie spustoszenia zostawiła ludobójstwo. Minęło prawie dwadzieścia lat (biorę pod uwagę czas powstawania książki), a ofiary wciąż mierzą się z traumą. Nie potrafią kochać, nie potrafią być blisko. Nie przypadkiem tyle w Rwandzie nieszczęśliwych małżeństw, a młodzi często żyją samotnie. Tochman ogląda zdjęcia, tych, którzy zginęli. Chce ich zapamiętać, opowiedzieć o nich tyle, ile można, a można niewiele. Daje też świadectwo o tych Hutu, którzy narażając własne życie, ratowali Tutsi. Rozmawia również z mordercami, którzy najczęściej twierdzą, że są niewinnymi ofiarami donosów i fałszywych oskarżeń. Pisze o trudnym procesie pojednania, właściwie nie bardzo możliwym, przeprowadzanym na siłę. Przypomina, jak do ludobójstwa doszło. Jak rząd przy pomocy radia przez lata prowadził systematyczną kampanię zohydzającą Tutsi. Jak nazywano ich karaluchami, robactwem, stopniowo odzierano z godności. Tochman przypomniał o tym w wywiadzie, o którym tu wspominałam. Zrobił to, aby to ostrzeżec. Czasem myślę, to przesada, ale zaraz dodaję, przecież zawsze wydaje się, że ci, którzy straszą, przesadzają.

Książka swego czasu narobiła sporo szumu przede wszystkim dlatego, że autor napisał o niechlubnej karcie kościoła katolickiego w rwandyjskiej masakrze. Księża albo przyglądali się biernie wypadkom, albo jawnie wspierali Hutu. Niektórzy byli uczestnikami tego szaleństwa. Nieliczni zachowali się bohatersko, nieliczni potrafią przyznać się, że zawiedli i stchórzyli. Takie świadectwo robi największe wrażenie. Pisze też Tochman o tym, jak kościół pomaga katom oczyścić się z winy, usprawiedliwić. To nie ludzie mordowali, to robił szatan. Jednym z księży, który lata spędził w Rwandzie, był dzisiejszy arcybiskup warszawsko-praski Henryk Hoser. Tochman zadał mu szereg pytań, między innymi chciał wiedzieć, czy pomagał uciec księżom, którzy czynnie brali udział w ludobójstwie, ale odpowiedzi się nie doczekał.

Reportaż przesiąknięty jest emocjami. Autor ich nie kryje. Nie kryje gniewu, oburzenia, przerażenia, pisze o swojej bezradności. Oskarża, ocenia. Stawia wiele pytań ociekających złością. Pewnie niektórych takie pisanie bebechami razi, ja go rozumiem. Daję mu prawo do emocji, skoro przez dwa lata wysłuchiwał tych niewyobrażalnie potwornych opowieści. Obcował ze złem, zbrodnią, łzami, rozpaczą, pustką, nieszczęściem. Można oczywiście zapytać - po co? Po co o tym pisać, po co o tym czytać? Takie pytanie zadaje Tochman czytelnikowi. Wywołana do tablicy odpowiadam, pewnie dość banalnie - trzeba wiedzieć, nie można żyć pod kloszem, udawać, że świat jest wspaniały, że zła nie ma. Przynajmniej tyle możemy zrobić dla ofiar - pamiętać o nich, o ich cierpieniu.


Yiyun Li "Łaskawszy niż samotność"

Przyznam, że twórczością Yiyun Li, urodzonej w Pekinie amerykańskiej (?), a może jednak

chińskiej(?), pisarki zainteresowałam się niedawno, kiedy w Kulturze Liberalnej przeczytałam recenzję jej opowiadań "Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna" (Czarne 2016; przełożył Michał Kłobukowski). Tymczasem w roku 2015 w tym samym wydawnictwie i w tym samym tłumaczeniu wyszła jej powieść "Łaskawszy niż samotność", o której dziś będę pisać. A kilka lat temu również Czarne wydało inny tom opowiadań Yiyun Li, "Tysiąc lat dobrych modlitw" i powieść "Włóczędzy". Od znajomych, a u zarania naszego spotkania stał właśnie wspomniany na początku zbiór, słyszałam, że te dwie książki są bardzo ciekawe. Po przeczytaniu recenzji w Kulturze Liberalnej natychmiast kupiłam "Złotego chłopaka, szmaragdową dziewczynę" i powieść "Łaskawszy niż samotność", a ponieważ wybierałam się w podróż, zaczęłam od opowiadań, które najlepiej sprawdzają się w takich okolicznościach. Po powrocie poszłam za ciosem i oddałam się lekturze powieści. I już wiem, że koniecznie muszę zdobyć, niestety już niedostępne, dwie wcześniejsze książki Yiyun Li.

"Łaskawszy niż samotność" to historia trojga przyjaciół, którzy w pamiętnym roku 1989 (przypominam, że to wtedy 4 czerwca, tak, tak - to nie pomyłka, doszło do masakry na placu Tiananmen) mieszkali w Pekinie w jednej kamienicy i chodzili do tego samego liceum. Napisałam, przyjaciół, ale czy rzeczywiście byli przyjaciółmi? Moran i Boyang znali się od dzieciństwa, byli jak rodzeństwo, potem ona zaczęła darzyć go czymś więcej niż siostrzanym uczuciem, ale wtedy pojawiła się Ruyu. Sierota, zamknięta w sobie, ale i pewna siebie, przyjechała do Pekinu, aby tu chodzić do liceum. Wysłana do dalekich znajomych przez swoje przyszywane ciocie-babcie, dwie stare panny, zagorzałe katoliczki, które pewnego dnia znalazły zawiniętą w kocyk Ruyu na progu swego mieszkania. Uznały, że to Bóg ją im zesłał i wychowały. Dlatego jej przyszłość związały z Bogiem. Ruyu, mimo że taka inna i raczej odpychająca, miała w sobie jakąś moc przyciągania i szybko stanęła między Moran a Boyangiem. O przyjaźni między dwiema dziewczynami nie mogło być już mowy, a i wcześniej trudno ich relację tak nazwać, bo Ruyu ustawiała między sobą a innymi mur, od którego odbijali się wszyscy, którzy chcieli się do niej zbliżyć. Oni byli ciekawi jej, ale ona ich nie. Zamknięta w swoim świecie, nieczuła, osobna. Trwająca zaledwie kilka lat znajomość tej trójki, a szczególnie jedno zdarzenie o dramatycznych następstwach, nigdy niewyjaśnione otrucie (samobójstwo?, morderstwo?) ich starszej o kilka lat koleżanki naznaczyły ich na całe życie. 

W powieści akcja prowadzona współcześnie miesza się z retrospekcjami. Podobnie jest z bohaterami - raz patrzymy na świat oczyma Moran, innym razem Ruyu czy Boyanga. To opowieść o samotności, o lęku przed bliskością, o nieumiejętności albo wręcz braku potrzeby nawiązywania więzi. Kiedy stopniowo poznawałam historię bohaterów, kiedy dzięki psychologicznej wiwisekcji poznawałam ich najgłębsze myśli, ich dusze, chciałoby się powiedzieć nieco górnolotnie, miałam wrażenie, że każde z nich żyje w szklanej kuli, która skutecznie chroni ich przed drugim człowiekiem. Mają za sobą nieudane małżeństwa, które dla Moran i Ruyu były świadomie wykorzystaną przepustką do Stanów. Prowadzą życie niemal  pustelnicze, ascetyczne, wyzbyte pragnień i marzeń. Nie kochając i nie pozwalając się kochać, mają pewność, że nie zostaną zranione, nie będą cierpiały. Boyang, który został w Pekinie, też rozwiedziony, zamożny, zadowala się znajomościami z młodymi dziewczynami, które przyjechały z prowincji i szukają, bogatego papcia. Gardzi nimi, wie, że są puste i głupie, ale taki układ mu odpowiada, bo nie wymaga zaangażowania. Nie chce i nie potrafi szukać głębszej relacji. Mimo że jeszcze młody, mentalnie robi wrażenie starszego pana. Nie ma w nim radości, jest znudzenie przewidywalnością świata, znużenie ludźmi.

A w tle ich historii rozgrywa się dramat studentki wyrzuconej z uniwersytetu po protestach na placu Tiananmen. Ona nie była obojętna, obchodził ją świat i drugi człowiek. Za swą bezkompromisowość zapłaciła ogromną cenę. Nie rozumiała ludzi znieczulonych na rzeczywistość, agresywnie i zaczepnie, ale bezskutecznie, próbowała ich obudzić. Co ciekawe, nie jest to postać budząca sympatię. Czy Moran, Ruyu i Boyang są ofiarami systemu, który uczy hipokryzji i serwilizmu? A może na zawsze naznaczyło ich to tragiczne zdarzenie, w które byli zamieszani?

Poza portretem psychologicznym bohaterów, poza samą opowieścią bardzo ciekawe dla mnie były te fragmenty, które opowiadały o Chinach. Tych współczesnych, i tych z początku lat dziewięćdziesiątych czy jeszcze wcześniejszych. Z drobnych elementów odtwarzałam sobie życie codzienne na  pekińskich podwórkach, w mieszkaniach, w szkołach.

A na koniec chciałam koniecznie wspomnieć o tomie bardzo ciekawych opowiadań "Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna", od których zaczęłam ten wpis. Są chyba jeszcze lepsze niż powieść. Zafascynowała mnie i warstwa obyczajowa, i bohaterowie. Akcja tych opowieści rozgrywa się współcześnie, poznajemy Chiny z jednej strony bardzo nowoczesne, z drugiej prowincjonalne. Na wsiach nadal biedni rodzice są gotowi sprzedać swoje dziecko wędrownemu handlarzowi, co wydaje się aż niewiarygodne w kontekście tego, o czym przed momentem napisałam. Temat opowiadań, podobnie jak powieści, to wielka samotność. Różnica jest taka, że ich bohaterowie pragną bliskości, miłości, przyjaźni. Jednocześnie niemal zawsze wychodzi z nich jakaś interesowność. Nie będę ukrywać, że "Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna" to książka bardzo smutna, pełna rozpaczy i beznadziei. Tak samo rzecz ma się z powieścią, której poświęciłam dzisiejszy wpis.

Ja odkryłam dla siebie Yiyun Li. Jeśli, czytelniku tej notki, nie znasz jej twórczości, warto po książki tej chińskiej(?), amerykańskiej(?), pisarki sięgnąć.

"Wołyń"

Kolejna ważna, a nawet arcyważna, i wyczekiwana premiera - "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego. Film poprzedzony legendą i dyskusjami nie tylko filmowymi, ale też historycznymi i politycznymi, bo dotyka skomplikowanych i delikatnych stosunków polsko-ukraińskich, no i pojawia się w momencie dla Ukrainy bardzo trudnym. Ale Smarzowski zaczął pracę nad "Wołyniem" jeszcze przed drugim Majdanem, przed Krymem i Donieckiem. A gdyby wpadł na ten pomysł później? Czy artysta powinien takie okoliczności brać pod uwagę? Smarzowski w wywiadach mówi, że z punktu widzenia relacji polsko-ukraińskich nigdy na ten film dobrego momentu nie było. Więc nie dotykać? Nie rozdrapywać, nie mówić prawdy, udawać, że nic nie było? Wyszłam z kina i niemal od razu usłyszałam kilka rozmów prowadzonych po rosyjsku przez młodych ludzi. To prawie na pewno ukraińscy studenci. Jak się poczują, jeśli obejrzą "Wołyń"? Pewnie tak jak my, kiedy słuchaliśmy o Jedwabnem, o szmalcownikach, o trzeciej fali Holokaustu, o pogromach. Może także dlatego Smarzowski miał prawo zrobić swój film, bo odrobiliśmy i cały czas odrabiamy tę lekcję. Wyjęliśmy swojego trupa z szafy. Wielu ma nadzieję, że dzieło Smarzowskiego stanie się początkiem debaty nie tylko o rzezi wołyńskiej, ale też o Kresach, o stosunku Polaków do Ukraińców i innych trudnych sprawach. No dobrze, ma być o filmie, a wyszło okołofilmowo. Spieszę więc z zapewnieniem, że należę do większości, która "Wołyń" uważa za dzieło bardzo dobre, a może nawet znakomite, skrzywdzone na gdyńskim festiwalu. I naprawdę bardzo, bardzo wyważone. Chyba nie trzeba pisać, że film nie jest lekki, wiele razy zamykałam oczy albo spoglądałam na ekran spod przymkniętych powiek, a z kina wyszłam rozbita. Cały czas mam w głowie obrazy z "Wołynia", nadal jestem pod wrażeniem. Myślę, że zachęcać do obejrzenia nie muszę. Już wiadomo, że w weekend otwarcia padł rekord - około 250 tysięcy widzów. Działa magia Smarzowskiego i na pewno wrzawa. A kto film widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Z "Wołyniem" jest trochę inaczej niż z filmem "Ostatnia rodzina", o którym pisałam poprzednim razem. Wprawdzie dyskusji może nawet jeszcze więcej, nie sposób też nie otrzeć się o recenzje, ale ponieważ obok głosów zachwytu, słychać też, rzadziej, krytykę, a apologeci wskazują czasem na jakieś wątpliwości, więc jest się do czego odnieść. Szłam do kina nie tylko na kolejnego Smarzowskiego, szłam nie tylko z powodu tematu, ale także z ciekawością - jak jest naprawdę. Dlatego teraz, po obejrzeniu filmu, mogę powiedzieć, że moim zdaniem reżyserowi udała się sztuka niezwykle trudna - pokazując okrucieństwo i bestialstwo rzezi, opowiedział też o ukraińskim poczuciu krzywdy, o przekonaniu Ukraińców, że byli obywatelami drugiej kategorii, o niszczeniu cerkwi przez Polaków, o polskim antysemityzmie i polskim odwecie, pokazał też ukraińskich Sprawiedliwych, którzy z narażeniem życia  ratowali swoich polskich sąsiadów. A co najważniejsze te bezpieczniki, jak się je nazywa, są w filmie bardzo naturalne. Oglądając, nie miałam wrażenia, że Smarzowski daje Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, że przemawia przez niego polityczna poprawność - skoro dokładamy Ukraińcom, to pokażmy też, że byli wśród nich dobrzy ludzie, a i my nie bez winy. Nie, tak po prostu było, a on to pokazuje.

Pokazuje ten tygiel narodów, które żyły razem, ale pod spodem aż się gotowało. Temu służy cała długa sekwencja wesela - niby radość, a jednak ten, kto chce usłyszeć, usłyszy - tu ktoś coś złego powie, tu ktoś spojrzy kosym okiem, tu ktoś się poskarży, tu ktoś kogoś uderzy. Podobnie jest potem. Migają przed oczyma sceny a to agitacji, a to rozmowy, w której Ukraińcy oskarżają swoich polskich sąsiadów o niesprawiedliwe traktowanie i wyrażają niechęć do Polaków.  Smarzowski umiejętnie buduje niepokój, pokazuje, jak rodzi się nienawiść, a z niej nacjonalizm. Początkowo te sygnały są niemal niezauważalne, giną gdzieś wśród weselnej radości, wśród obrazów codziennej krzątaniny. Jeszcze można je lekceważyć, tak jak lekceważy się wieści o nadciągającej wojnie. To, co jest elementem zabawy, rytuału (obcinanie warkocza panny młodej, walka cepami na weselu), potem stanie się sposobem zabijania. Lęk staje się coraz większy, już nie można ukrywać, że nic się nie dzieje. Tego zabili, tamtego zadźgali, tu spalili wieś. Kulminacją jest budząca grozę scena nocnej przysięgi członków UPA i szybko następujące po sobie sekwencje w cerkwiach i polskim kościele. I rozpętuje się pandemonium. Pandemonium, przed którym nie ma ucieczki. Oszalała z rozpaczy i strachu Zosia próbuje ratować siebie i swojego synka. Jest jak zaszczute zwierzę, jak zwierzyna łowna. Świat oszalał i nigdzie już nie jest bezpiecznie. Wszyscy się boją, nawet Ukraińcy. Jak rozumieć ostatnią scenę? To majak oszalałej kobiety, która już nie znajduje w sobie siły, aby myśleć o dziecku. Marzenie o ukochanym, który uratuje, zatroszczy się i wyrwie z piekła.

O "Wołyniu" pisze się, że to film epicki. I rzeczywiście. Smarzowski pokazuje obraz społeczności zamieszkującej Wołyń w momencie zmiany. Już nic nie będzie takie jak dawniej. Walec wojny przejedzie po tym świecie, przemieli go i zmieni nieodwracalnie. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Klęska goni klęskę. Najpierw upadek polskiej armii, potem rządy Rosjan, wreszcie wkraczają Niemcy i zaprowadzają swoje porządki. Co jakiś czas maszerują kolumny wojska, najpierw radzieckiego, potem niemieckiego. Póki się da, trzeba próbować jakoś żyć. Więc toczy się codzienna krzątanina - ktoś musi nakarmić zwierzęta, ugotować, posprzątać, idą żniwa.

I na koniec jeszcze kilka refleksji. Pierwsza. Smarzowski mówi, że to film o miłości w czasach okrutnych. Muszę przyznać, że akurat wątek miłosny nie poruszył mnie jakoś specjalnie, zupełnie inaczej niż w "Róży". Za to zwróciłam uwagę na coś, o czym rzadko się przy okazji "Wołynia" mówi, słyszałam tylko jeden podobny głos, który potwierdził i moje wrażenie. Film pokazuje patriarchalizm tego świata. Zosia musi wyjść za mąż za starszego mężczyznę, bo tak zdecydował jej ojciec. Matka, mimo że jej współczuje i rozumie rozpacz, nic nie ma w tej sprawie do powiedzenia. Jeszcze bardziej przerażają sceny łóżkowe. To, że mąż żyje i wrócił do domu, może i cieszy, ale jest też powrotem do znienawidzonych małżeńskich obowiązków. Refleksja druga. Mistrzowskie zdjęcia, bardzo malarskie. Wiele scen to gotowe obrazy. Naprawdę dawno nie zachwyciła mnie tak bardzo robota operatora. I refleksja trzecia. Odniosę się tu do dwóch zarzutów, jakie słyszałam. Pierwszy, że Ukraińcy pokazani są w filmie gorzej od Niemców, jak dzicz. Tylko oni są tu okrutni. A sceny rozstrzeliwania Żydów, na które też nie mogłam patrzeć? A powieszenie rosyjskiej nauczycielki, bo była Żydówką? To przecież Niemcy, nie Ukraińcy. Wątek żydowski został przez Smarzowskiego bardzo wyeksponowany. I zarzut drugi. Otóż usłyszałam głos, że film Smarzowskiego jest wtórny wobec "Łowcy jeleni", bo podobnie zaczyna się sekwencją weselną i podobnie tworzy mity (tam rosyjska ruletka, tu święcenie siekier). Żałuję, że nie pamiętam, kto to powiedział. (Wydawało mi się, że musiałam to usłyszeć w radiu TOK FM, jak większość opinii, do których się tu, nie tylko tym razem, odnoszę, ale teraz już wiem, że to samo pisze Paweł Smoleński w swojej polemice z Tadeuszem Sobolewskim.). Jeśli chodzi o siekiery, to jak twierdzi profesor Motyka, znawca tematu rzezi wołyńskiej, który film chwali, rzeczywiście ich nie święcono. A jeśli chodzi o sekwencję weselną, cóż, cytatami kino stoi, a poza tym, równie dobrze można stwierdzić, że Smarzowski cytuje siebie.

Kończąc, tym razem naprawdę, muszę jeszcze zgodzić się z tymi wszystkimi, którzy twierdzą, że film Smarzowskiego oprócz tej konkretnej historii opowiada historię uniwersalną. Pokazuje, jak rodzi się nienawiść i nacjonalizm, które prowadzą do tragedii.

"Ostatnia rodzina"

Prawdopodobnie tylko jakieś niezwykle poważne okoliczności mogły sprawić, że prawdziwy kinomaniak nie obejrzał jeszcze "Ostatniej rodziny" Jana P.Matuszyńskiego. Mnie w każdym razie nic nie było w stanie powstrzymać przed wizytą w kinie. Prawdę mówiąc, złośliwy los na szczęście nie rzucił mi pod nogi żadnych kłód. Mam też wrażenie, że nie istnieje chyba taka osoba, która nie wiedziałaby, jakim filmem jest "Ostatnia rodzina", ale może to tylko skrzywienie kogoś, kto bez kina nie wyobraża sobie życia. Dlatego wydaje mi się, że każdy słyszał o nagrodach w Gdyni (Złote Lwy, laury dla Aleksnadry Koniecznej i Andrzeja Seweryna) i nagrodzie dla tego ostatniego w Locarno. Nie ma też chyba nikogo, kto nie wiedziałby, że jest to opowieść o rodzinie Beksińskich. Od razu muszę wyznać, że należę do tej grupy widzów, którzy wiedzieli o nich bardziej z kulturalnego nasłuchu, a nie dlatego, że się nimi prawdziwie interesowali. Nie byłam też fanką Tomka Beksińskiego, nie słuchałam jego audycji, a jako że Bondów nie oglądam w ogóle, "Monty Pythona" trochę, to i z jego tłumaczeniami zetknęłam się o tyle o ile. Dlatego nigdy nie przeczytałam książki Grzebałkowskiej, dlatego mój odbiór filmu pozbawiony jest osobistych emocji. Idąc do kina, nie miałam żadnych wyobrażeń i żadnych oczekiwań dotyczących kreacji bohaterów. Jestem pełna podziwu nie tylko dla Aleksandry Koniecznej, Andrzeja Seweryna, ale też dla Dawida Ogrodnika, chociaż słyszę, że przeszarżował. Film jest rzeczywiście znakomicie zrobiony i mimo że rozpisany na kilka ról, mimo że gadany, mimo że akcja toczy się głównie we wnętrzach, to powinien spodobać się masowej widowni. Dlatego pewnie nie muszę zachęcać, aby "Ostatnią rodzinę" obejrzeć, a kto widział, może przeczytać garść moich filmowych i okołofilmowych refleksji. Zapraszam.

Zacznę od refleksji ogólnej. Nie pierwszy raz mierzę się z  następującym dylematem - jak pisać o filmie, który wchodzi na ekrany z takim przytupem. Niełatwe to zadanie. Trudno nie otrzeć się o wywiady z reżyserem, z aktorami, strzępy refleksji, omówień czy recenzji (piszę strzępy, bo konsekwentnie trzymam się zasady, żeby recenzji w całości wcześniej nie czytać). A ponieważ "Ostatnia rodzina" weszła do kin tydzień po zakończeniu Gdyni, więc naturalne jest, że komuś kto jak ja śledził pilnie festiwal, wydaje się, że o filmie wie wszystko i nie patrzy na niego okiem świeżym, niezmąconym szumem informacyjnym. Tym bardziej to skomplikowane, że obraz Jana P. Matuszyńskiego prawie nie budzi kontrowersji. Niektórzy uważają, że to dzieło wybitne. Z powodów, które wyłożyłam, trudno mi oddzielić to, co moje, od tego, co słyszałam. Trudno nie mieć wrażenia, że się jakąś opinię za kimś powtarza. Mimo wszystko skoro piszę, muszę spróbować.

Wiem już z wywiadów, jakich udzielał reżyser, że chciał się przyjrzeć rodzinie i stworzyć film uniwersalny. Dlatego nie ma co marudzić, że nie jest to portret artysty. Że mało na ekranie  twórczości Zdzisława Beksińskiego, że właściwie nie wiadomo, dlaczego tak obsesyjnie wszystko fotografował, a potem filmował. Czy to wynikało z fascynacji techniką, czy z artystycznych założeń, czy z czegoś jeszcze innego? Dopiero z reportażu Wojciecha Tochmana "Leży we mnie martwy anioł", który przeczytałam po obejrzeniu filmu, dowiedziałam się, że to obsesyjne utrwalanie rzeczywistości wynikało z obawy, że nic po nim nie zostanie. Dlatego zgodnie z intencjami reżysera spojrzę na film jak na portret rodziny. Na koniec tego akapitu dwie dygresje, a ponieważ wyszły długie, dla ułatwienia umieszczam je w kwadratowym nawiasie. Kto nie chce czytać, niech ominie. [Pierwsza - nie mogę wykluczyć, że w filmie padają słowa, które to wyjaśniają, a ja je przeoczyłam. Świadomość, że trudno wyłapać wszystko, co ważne, trudno nie uronić jakiegoś istotnego dla interpretacji filmu zdania, towarzyszy mi zawsze, przeszkadza i drażni. Zastanawiam się, jak ta sztuka udaje się zawodowym recenzentom. I refleksja druga - okazuje się, że reportaż Tochmana, zamieszczony w znakomitym zbiorze "Bóg zapłać", czytałam już wcześniej. Do dziś pamiętam z niego inne teksty, a tego akurat nie.]

Kiedy myślę o filmie Matuszyńskiego tak, jak chciał, to od razu przypomina mi się inny polski znakomity obraz o rodzinie, też nagrodzony w Gdyni Złotymi Lwami i laurami dla aktorek, "Plac Zbawiciela" Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze. Nie zamierzam tu dokonywać wyboru, zastanawiać się, który lepszy. To filmy zupełnie różnie zrobione. Dlaczego więc je zestawiam? Bo oba jednak wiele łączy - wiwisekcja rodziny, znakomite aktorstwo, znakomita reżyseria. A  jednak to  "Plac Zbawiciela" wbił mnie w fotel (bardzo lubię to wyświechtane określenie, więc go sobie użyję). I to jest właśnie mój kłopot z "Ostatnią rodziną". Bo chociaż filmowe obrazy i sceny wciąż mam pod powiekami, bo chociaż zachwyciłam się genialnym aktorstwem Koniecznej, Seweryna i Ogrodnika, bo chociaż doceniam i całkowicie akceptuję realizacyjne założenie - operowanie długimi ujęciami, co sprawia, że stajemy się obserwatorami, podglądaczami rodziny Beksińskich, chociaż doceniam znakomite dialogi, chociaż film mnie pochłonął, zamknął w swoim intensywnym świecie, chociaż oglądałam go z ogromnym zainteresowaniem, to jednak robiłam to chłodnym okiem. Byłam tylko obserwatorem. Nie wzruszyłam się, nie złościłam, nie przeżywałam, nie wyszłam z roli widza podziwiającego doskonałe filmowe dzieło. Ale nie chcę marudzić. Doceniam przyjemność, jaką dawało mi rozsmakowanie się w szczegółach, niuansach, podziwianie aktorskiej gry i słuchanie czasem dowcipnych, czasem ironicznych, czasem poważnych rozmów.

Na tym chyba skończę. Bo oczywiście mogłabym teraz przyjrzeć się bohaterom i relacjom między nimi. Mogłabym napisać, że Zdzisław pokazany jest w sposób ciepły, zwyczajny. Mimo że artysta, mimo że ironiczny, mimo że operuje specyficznym humorem, to jednocześnie pomaga żonie w opiece nad schorowaną matką. Mogłabym napisać, że Zofia to matka Polka, cicha, nadopiekuńcza, ukradkiem łykająca tabletki mające ukoić nerwy, a jednak mówi o tym, co czuje. Mogłabym zastanawiać się nad Tomkiem, nad jego światem, stosunkiem do kobiet i miłości, obsesją śmierci, dociekać przyczyn, dlaczego taki był (nadopiekuńcza matka, brak barier, ojciec - kumpel, ale jednocześnie tłumiący uczucia i gesty czułości). Mogłabym poddać pod moralny osąd stosunek Zdzisława do samobójczych prób syna (ale jakie mam prawo?), mogłabym rozważać jego wizję małżeństwa, różnicę między tym, jak to widzi on, a jak Zofia. Mogłabym napisać, że mimo tego widać głęboką więź między nimi. I jeszcze o strachu o Tomka i o śmierci, która stale gdzieś krąży. Ale dokładniej zagłębiać się w te rozważania nie będę, bo wydaje mi się to tak oczywiste, tak widoczne i łatwe do odczytania, że pisząc o tym, miałabym wrażenie, iż wyważam otwarte drzwi.

Więc na tym skończę, a kiedy po opublikowanie tej notki  przeczytam recenzję Tadeusza Sobolewskiego, którą sobie odłożyłam, na pewno zwątpię w siebie, bo okaże się, że nie dostrzegłam w "Ostatniej rodzinie" całej głębi i wielu interpretacyjnych możliwości. Okaże się, jaka jestem niewrażliwa i jak płytko odbieram film. I jeśli, czytelniku tej notki, dopatrujesz się w moich słowach ironii, to bardzo się mylisz. A zdanie Tadeusza Sobolewskiego bardzo sobie cenię i podziwiam jego przenikliwość, chociaż czasem się z nim nie zgadzam.



Robert Stefanicki "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu""

Co wiemy o Tybecie? Znamy hasło Wolny Tybet, wiemy, kto go ciemięży, wiemy, że Dalajlama, jego duchowy przywódca (ale pewnie już niekoniecznie, że także polityczny), cieszy się powszechnym autorytetem, wiemy, że mnisi, że klasztory, że dach świata, może coś jeszcze. Tak to mniej więcej funkcjonuje, taka też była moja wiedza, dopóki wreszcie nie sięgnęłam po książkę Roberta Stefanickiego "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu" (Agora 2014). Napiszę rzecz banalną - każdy, kto interesuje się światem, musi ją przeczytać. Stwierdzając to, mam jednocześnie świadomość, że książek, po które powinien sięgnąć interesujący się światem czytelnik, jest cały ocean. Zasypujemy jedną czarną dziurę, ale inne wciąż zieją. Może w takim razie, czytelniku tej notki, przekonam cię stwierdzeniem, że Chiny to zbyt ważny światowy gracz, aby się nim nie interesować. No a poza tym książka Stefanickiego jest po prostu bardzo ciekawa.

Autor, reporter, dziennikarz i fotograf (zdjęcia, także z Tybetu, można obejrzeć na jego stronie internetowej) po Dachu Świata podróżował trzykrotnie. Dlatego książka składa się z trzech części wyznaczonych datami podróży - rok 2001, 2006 i wreszcie 2013. Jak bardzo sytuacja zmienia się na niekorzyść, niech świadczy fakt, że ostatnia wyprawa była możliwa już tylko z biurem podróży. Autor, co zaznacza we wstępie, stara się pokazać sytuację Tybetu w całym jej skomplikowaniu, unikając czarno-białych klisz streszczających się w stwierdzeniu ten wspaniały Tybet, te złe Chiny. O ile druga część tego stwierdzenia w zasadzie niestety nie podlega dyskusji, o tyle pierwsza nie do końca jest prawdziwa. Stefanicki sięga do historii Tybetu i pokazuje, dlaczego chińska inwazja stała się w ogóle możliwa. Pewnie nie każdy wie, że Tybet był państwem feudalnym, zastygłym w swoim skostnieniu, zamkniętym i odizolowanym od świata. Nikt nie słuchał tu przestrogi jednego z dalajlamów, który mówił o zagrożeniu. Jeśli spodziewano się inwazji, to ze strony sowieckiej, nie chińskiej. Feudalny ustrój dał pretekst komunistycznym Chinom, aby zająć Tybet, który uważali za część swojego terytorium, a izolacja sprawiła, że świat nie miał zamiaru za niego umierać. Dziś zresztą też oczywiście nie ma, a kurtuazyjne gesty i szacunek okazywany Dalajlamie niewiele przecież znaczą. Łatwo zachwycić się prężnie rozwijającymi się Chinami (wiem, co mówię), coraz łatwiej przychodzi zapomnieć o łamaniu praw człowieka, nie tylko zresztą w Tybecie, ale w całym Państwie Środka.

Niestety grzechów na sumieniu mają Tybetańczycy w swojej historii więcej. Mnisi, lamowie to nie tylko szlachetny buddyzm, duchowość, mistycyzm, ale też polityka, intrygi, morderstwa polityczne, rozpasanie, moralny rozkład. O takim Tybecie nie wiemy i nie chcemy wiedzieć. A i dzisiaj sytuacja nie jest jednoznaczna. Stefanicki pisze o błędach popełnionych w czasie chińskiej inwazji, o Tybetańczykach idących ręka w rękę z okupantem, o tym, że według relacji świadków, którzy przeżyli chińskie więzienia, najokrutniejsi bywają oprawcy tybetańscy. Pokazuje rozmaite pułapki, w jakie wpada tybetańska diaspora i rząd na uchodźstwie. Jednym z tych problemów jest dopasowywanie się do wyidealizowanego obrazu, jaki o Tybecie i Tybetańczykach ma świat zachodni. Po szczegóły odsyłam do książki.

To wszystko nie przysłania oczywiście okrutnej prawdy o losie Tybetu i jego mieszkańców. Stefanicki kilkukrotnie z całą mocą przywołuje fakty z historii, które zbijają chińską tezę o ich prawie do tego terytorium, ale przede wszystkim opowiada o morzu nieszczęść, jakie przyniosła inwazja, a potem rewolucja kulturalna. Pisze o braku wolności, o inwigilowaniu każdej dziedziny życia, także klasztorów, co chyba najbardziej przykre, o ich  bombardowaniu, o niepowetowanych zmianach w tkance miast (burzy się stare tybetańskie dzielnice, w ich miejsce powstają nowoczesne, chińskie - Lahsa przypomina dziś zachodnie miasta; podobnie jest zresztą w samych Chinach), w społeczeństwie, w krajobrazie,  o okrutnie pacyfikowanych demonstracjach, o więzieniach, o najwymyślniejszych torturach, jakich nie powstydziliby się naziści i sowieccy oprawcy. W tym miejscu nie potrafię powstrzymać się od dygresji. Kiedy niedawno słuchałam w radiu kolejnej przerażającej rozmowy o Syrii, o tym, jak reżim Asada traktuje więźniów, pomyślałam sobie, ileż to razy czytałam o takich bestialstwach, które miały i wciąż mają miejsce w najróżniejszych zakątkach świata. I natychmiast przed oczami stanęły mi opisy z książki Stefanickiego, bo akurat byłam w trakcie lektury. No i co tu powiedzieć, no i jak tu żyć z tą świadomością ludzkiego nieszczęścia i ludzkiego okrucieństwa. A jednak żyjemy i mamy się nieźle. Dobrze, koniec tej grzeszącej pensjonarską naiwnością dygresji, wracam jeszcze na chwilę do książki Stefanickiego. A smutna to książka, nie tylko z powodów, o których pisałam. Najsmutniejszy jest brak perspektywy, brak światełka w tunelu. Jest przecież coraz gorzej. Smutkiem napawa  też nieuchronność dziejowych procesów. W Tybecie w każdej sferze  chińskie wypiera tybetańskie, a chcąc jakoś żyć, Tybetańczycy coraz bardziej rozpuszczają się w chińskości. Lepiej uczyć się chińskiego, bo tybetański nie zapewni pracy, kusi też zachodni świat, który razem z Chińczykami dociera do Tybetu. Coraz mniej Tybetu w Tybecie. Może wyjściem jest ucieczka albo wyjazd do Chin, gdzie, co może brzmi paradoksalnie, Tybetańczycy mają większą swobodę niż w swojej ojczyźnie? Ale i to niesie zagrożenia, o czym też dokładniej pisze autor w swojej książce.

Kończę, jak często, katalogiem tematów, jakimi jeszcze zajmuje się Stefanicki w "Czerwonym Tybecie". Zajmuje się przecież nie tylko polityką i historią, ale przede wszystkim  codziennym życiem Tybetańczyków, buddyzmem, klasztorami przesiąkniętymi zapachem masła z jaków i dymu z jałowca,  miastami,  krajobrazem upstrzonym powiewającymi na wietrze kolorowymi, tybetańskimi flagami, wiele miejsca poświęca nomadom - hodowcom jaków i koni. Pisze wreszcie o sprawach terytorialnych, może i oczywistych, ale mało jednak znanych - co właściwie powinniśmy nazywać Tybetem? No i o wielu innych. Aby się dowiedzieć, należy przeczytać. A jeśli ktoś był w górskich terenach Syczuanu, jeśli ktoś odwiedzał tybetańskie klasztory, jeśli komuś coś mówią takie nazwy jak Kanding czy Litang, to powinien przeczytać tym bardziej.

PS. Jeszcze dwie uwagi. Pierwsza -"Czerwony Tybet" jest też w dużym stopniu reportażem o Chinach. Druga - kiedyś wypisałam sobie polecane  pozycje dotyczące Chin, wśród nich znalazła się książka Patricka Frencha "Tybet, Tybet", podobno bardzo dobra i obiektywna. Przywołuje ją też Stefanicki w bibliografii.

"Plan Maggie"

Miałam się wybrać na inny film, a "Planu Maggie" zupełnie nie brałam pod uwagę, ponieważ reklamowano go jako komedię romantyczną. W głowie, jak często, namieszali mi dyskutanci Tygodnika Kulturalnego. Okazało się, że to wcale nie komedia romantyczna, że film z ducha allenowski (z czasów, kiedy Woody Allen był starym, dobrym Woodym Allenem), że gadany, że inteligentny i przede wszystkim pogodny. A ponieważ kocham starego, dobrego Woody Allena, nie odstraszają mnie filmy gadane, lubię kino inteligentne (kto się przyzna, że nie lubi) i jak kania dżdżu łaknę czegoś pogodnego w tych niepogodnych czasach, zmieniłam plany i poszłam obejrzeć "Plan Maggie".

Przyznaję, że to przyjemny, fajnie się oglądający film na poziomie. Taki z gatunku miłych dla oka, bo to i Nowy Jork ładnie filmowany, i zabawne, przytulne wnętrza, i kolorowi bohaterowie. Inteligentnie, błyskotliwie śmieszny, skłaniający nie do rechotu, a do uśmiechu. Z przyjemnością ogląda się aktorów, szczególnie zimną, wyniosłą, złośliwą Julianne Moore, zabawną, kolorową, nieco zakręconą Gretę Gerwig, która bardzo przypomina tu bohaterkę, jaką grała we "Frances Ha". No i oczywiście nie mogę pominąć  egocentrycznego, inteligencko rozmemłanego Ethana Hawke'a w roli faceta, z powodu którego całe to zamieszanie. Wiele tu smakowitych scen, czasem chyba będących aluzjami do innych filmów (przynajmniej ja miałam takie skojarzenie, może niesłuszne). A, i jeszcze jedno - akcja  nawiązuje do "Snu nocy letniej" Szekspira.

A na koniec łyżka dziegciu. Po pierwsze "Planowi Maggie" daleko jednak do Woody Allena z czasów jego świetności. Ale to zarzut mniej istotny, bo przecież nie byłam tak naiwna, żeby sądzić, że ta sztuka komuś się udała. Po drugie, i to pretensja poważniejsza, uważam, że przeszarżowano - zbyt dużo tu dialogów wyrafinowanie, a właściwie na siłę, śmiesznych, będących kpiną z pseudo naukowego i pseudo artystycznego bełkotu. Właściwie bohaterowie rzadko rozmawiają normalnie. Po jakimś czasie to zaczyna nużyć, bo w końcu ile można! A i śmieszne być przestaje.

Cóż, bądźmy szczerzy, "Plan Maggie" to miła zapchajdziura w oczekiwaniu na prawdziwe rarytasy, "Ostatnią rodzinę", która rozbiła bank z nagrodami w Gdyni, i "Wołyń" Smarzowskiego. Ja nie mogę się doczekać. Na szczęście oba filmy tuż, tuż.

Max Blecher "Zabliźnione serca"

Literatura rumuńska to pozycja obowiązkowa wśród moich lektur. Pilnie śledzę to, co się ukazuje, a nie ma tego wiele. Najczęściej decyduję się na lekturę i prawie zawsze jestem usatysfakcjonowana a nawet zachwycona. Dlatego oczywiście kupiłam dwie niewielkich rozmiarów powieści Maxa Blechera. Na razie sięgnęłam po "Zabliźnione serca" wydane przez W.A.B. w serii Nowy Kanon (2014; przełożył Tomasz Klimkowski). Jeżeli, czytelniku tej notki, nazwisko pisarza nic ci nie mówi, to wcale nie znaczy, że jesteś nieoczytanym ignorantem. Literatura rumuńska słabo jest w Polsce znana, podobnie rzecz ma się na świecie, bo się jej niewiele wydaje. Stop, zagalopowałam się. Powinnam użyć czasu przeszłego, bo, jak twierdzi w przedmowie Roland Chojnacki, przełom wieków przyniósł pewną nadzieję, a to za sprawą uzdolnionych, młodych tłumaczy, którym udaje się przekonać wydawnictwa, że warto.

A Max Blecher? Żył bardzo krótko (1909-1938), zostały po nim trzy powieści, tomik wierszy, dzienniki i korespondencja. Doceniono go stosunkowo niedawno, uważany jest za jednego z najciekawszych pisarzy okresu międzywojennego. Podobno blisko mu do Schulza, do Kafki, a "Zabliźnione serca" muszą kojarzyć się z "Czarodziejską górą" Manna. To zestawienie, moim zdaniem, robi krzywdę Blecherowi - jednych zniechęci, innych rozczaruje. No bo, na szczęście, albo niestety, jak kto woli, "Zabliźnione serca" poza podobnym tematem niewiele mają wspólnego z powieścią Manna. Najlepiej więc będzie, jeśli pozwolimy Blecherowi być sobą. Tym bardziej, że  jego powieść bardzo mocno zakorzeniona jest w osobistych doświadczeniach. Pisarz chorował na gruźlicę kręgosłupa, wiele lat spędził w sanatoriach unieruchomiony w gipsowym pancerzu, jego życie naznaczone było cierpieniem, a choroba spowodowała, że umarł tak młodo. Ale jednocześnie cierpienie i choroba stworzyły go jako pisarza.

Bohaterem "Zabliźnionych serc" jest Emanuel, rumuński student, który nieoczekiwanie dowiaduje się, że jest chory na gruźlicę kręgosłupa. Wyjeżdża leczyć się do sanatorium znajdującego się nad morzem we francuskiej miejscowości Berck. Spędzi tam mniej więcej rok i o tych doświadczeniach opowiada powieść. Kiedy razem z ojcem znajdzie się w Berck, kiedy tylko opuści dworzec, będzie zdumiony niezwykłym widokiem. Pełno tu elegancko ubranych ludzi poruszających się w specjalnie skonstruowanych powozach, które pozwalają jeździć w nich w pozycji leżącej. Wszyscy oni zakuci są w gipsowe pancerze uniemożliwiające siedzenie i chodzenie. Na nikim nie robi to wrażenia. Emanuela czeka podobny los.

Powieść jest zapisem doświadczeń chorych, którzy za wszelką cenę próbują żyć normalnie. Dlatego udzielają się towarzysko, kochają, próbują zbliżać się do siebie fizycznie, zdarza im się imprezować i upić do nieprzytomności. Ale to tylko pozory. Robią dobrą minę do złej gry, wmawiają wszystkim, że dobrze się czują, że jest z nimi coraz lepiej. Prawda wygląda inaczej - są przerażeni, samotni, bezradni, boją się choroby i śmierci. A śmierć nieuchronnie obecna jest na kartach książki. Bywa, że zjawia się nieoczekiwanie i cichaczem, bo chorzy skutecznie potrafią uśpić czujność swoich towarzyszy w cierpieniu, a i oni chętnie ulegają tej iluzji. 

Z jednej strony powieść uwodzi. Melancholijnym nastrojem, zmysłowymi opisami miejscowości, nadmorskich krajobrazów, sanatorium, chociaż nie jest to miejsce zbyt wytworne. Opisami życia, które choroba wyrwała z codziennej rutyny, ale na to miejsce pojawiła się natychmiast rutyna sanatoryjnej egzystencji. Uwodzą, a bywa, że bawią, pacjenci, wśród których wielu to oryginały. Z drugiej strony, co oczywiste, "Zabliźnione serca" przygnębiają. A katalog tego, co przytłacza jest spory. Miłość, bo staje się niemal przymusem, dając namiastkę normalności i złudzenie, że człowiek nie jest samotny. Rozpaczliwe próby fizycznych zbliżeń, które też zamieniają się w obowiązek i rutynę, z czasem przynosząc raczej niesmak niż przyjemność. W tej sytuacji nieuniknione jest to, że kochankowie ranią się, a nieszczęśliwie zakochani cierpią męki zazdrości albo odrzucenia. W katalogu przygnębień i przytłoczeń są oczywiście choroba, cierpienie, ból i widmo śmierci. A jakby tego było mało, pacjenci raz wyrwani z normalnego życia, nie bardzo potrafią do niego wrócić. Raptem uświadamiają sobie bezsens codziennego kołowrotu, rutyny i powtarzalności. Jak mówi jeden z bohaterów, kto raz miał czas, aby zadać sobie pytanie o sens życia, pozostanie zatruty na zawsze ... Oczywiście świat będzie istniał dalej, ale ktoś starł już gąbką z rzeczy ich znaczenie ...

Mimo tego powieść Maxa Blechera nie jest trudną lekturą, przeciwnie, czyta się ją bardzo dobrze. I jeszcze jedno - być może znawcom Kierkegaarda i Jaspersa, tym, którzy dobrze pamiętają prozę Schulza i Kafki, "Zabliźnione serca" sprawią podwójną przyjemność, bo jak pisze w przywoływanej przeze mnie przedmowie Roland Chojnacki to raczej miniatura "Czarodziejskiej góry", jaką mógłby napisać Kafka bądź Schulz tuż po lekturze Kierkegaarda albo Jaspersa. Uff! Ale, czytelniku tej notki, nawet jeśli nie jesteś takim erudytą, nie jesteś za pan brat z filozofią, nie pamiętasz albo nie czytałeś Kafki, Schulza i Manna, to i tak śmiało sięgnij po powieść Maxa Blechera. Warto.

Joanna Olczak-Ronikier "Wtedy. O powojennym Krakowie"

Bardzo wiele obiecywałam sobie po lekturze najnowszej książki Joanny Olczak-Ronikier "Wtedy. O powojennym Krakowie" (Znak 2015). Przed kilkunastu laty, jeszcze w epoce przedblogowej, wielkie wrażenie zrobiła na mnie historia rodzinna autorki, którą opowiedziała w świetnej książce "W ogrodzie pamięci" w roku 2002 nagrodzonej Nike. To niezwykle ciekawa i przejmująca historia rodu jej matki Janiny z Horwitzów Mortkowiczowej. Opowieść o zasymilowanych Żydach, którzy tak bardzo chcieli być Polakami, tak wiele dla Polski robili, ale stale czuli się odrzucani. Cóż, chciałoby się powiedzieć, że prawdziwi Polacy odmawiali im prawa do bycia Polakami. To, o ile pamiętam, jedna z pierwszych książek, dzięki której otworzyłam się na tematykę skomplikowanych stosunków polsko-żydowskich. Kto nie zna, powinien koniecznie sięgnąć po tę pasjonującą lekturę. Nic dziwnego, że postanowiłam przeczytać "Wtedy", książkę, która w jakimś sensie jest kontynuacją tamtej. To nie jedyny powód, drugim magnesem był powojenny Kraków. Tak wielkie miałam nadzieje, że kiedy skończyłam, z żalem stwierdziłam, że czuję się trochę rozczarowana. I właściwie trudno mi sprecyzować, dlaczego tak jest.

W żadnym wypadku nie mogę powiedzieć, że książka mi się nie podobała. Czyta się ją bardzo dobrze, temat ciekawy, a dla miłośników literatury szczególnie bliski, o czym za chwilę. Po prostu zabrakło tego końcowego wow!, tego zachwytu, jaki towarzyszył mi w czasie lektury "W ogrodzie pamięci". Tylko tyle i aż tyle. Dlatego mogę polecić "Wtedy" z czystym sumieniem, a już szczególnie młodym czytelnikom, dla których może być inspiracją, otwarciem na nowe światy. I właśnie jest całkiem prawdopodobne, że tu tkwi problem. Joanna Olczak-Ronikier chcąc napisać książkę dla wszystkich, cierpliwie objaśnia sprawy oczywiste, na przykład okoliczności wybuchu powstania warszawskiego. Takich fragmentów jest kilka. Innym grzechem jest zbytnia drobiazgowość. I znowu nie odnoszę tego zarzutu do całości, tylko do niektórych partii. Przykład? Proszę bardzo. Szczegółowa opowieść o tym, jak wydawnictwo Mortkowicza przed wojną wydawało dzieła Norwida, w pewnym momencie zaczyna nużyć. Prawdopodobnie będzie pasjonująca dla zapalonego bibliofila, ale dla przeciętnego czytelnika raczej nie, a młodego, o którym pisałam przed chwilą, może znużyć. Próbując zracjonalizować moje rozczarowanie, albo mój niedosyt, wskażę jeszcze jedną przyczynę takiego stanu rzeczy. Otóż żałuję, że pewnych wątków autorka nie rozwinęła. Dla mnie za mało jest tytułowego powojennego Krakowa. Może dlatego, że zderzam opowieść Joanny Olczak-Ronikier z książką o Stryjeńskiej autorstwa Angeliki Kuźniak. Tam fragmenty o życiu w powojennym Krakowie i powojennej Polsce zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Wynika to pewnie z odmiennych doświadczeń i z wieku obu pań. Stryjeńska była osobą dojrzałą, obarczoną rodziną, autorka "Wtedy" w 1945 roku miała jedenaście lat i, jak wielokrotnie pisze, nie wszystko pamięta. Konfrontuje pamięć dziecka z zapisem tamtych czasów pozostawionych w rodzinnych dokumentach, w listach. Inne jest przecież doświadczenie kilkunastolatki, o którą troszczą się dorośli, inne kobiety, która sama musi zadbać o siebie i swoich najbliższych. Drugim wątkiem, którego mi za mało, jest wątek osobisty. Historia dziewczynki, która w wyniku wojennych doświadczeń zmienia się, staje się chłodna emocjonalnie i nie potrafi odbudować dawnych relacji z matką i babką. A one wbrew wszystkiemu chcą przekreślić czas rozłąki, wojennej poniewierki i zacząć budować życie trochę tak, jakby tamtych strasznych lat nie było. To jedna ze strategii, o jakich pisał w swojej świetnej książce "Oskarżam Auschwitz" Mikołaj Grynberg. O tym też są obie powieści Magdaleny Tulli "Włoskie szpilki" i "Szum", pod których wrażeniem stale jestem. 

Tyle czepiania się, a teraz czas wyjaśnić, dlaczego książkę warto przeczytać. Znajdzie tu czytelnik historię kobiet z szacownej i bardzo zasłużonej dla polskiej kultury rodziny Mortkowiczów - Janiny Mortkowiczowej, jej córki Hanny Mortkowicz-Olczakowej i jej wnuczki, czyli autorki książki. Opowieść obejmuje cztery lata z ich powojennego życia. Jest to czas, o czym często nie pamiętamy, kiedy komunizm w Polsce nie pokazał jeszcze swojej prawdziwej twarzy, kiedy istnieje jeszcze prywatny handel, istnieją prywatne firmy, mają się odbyć wybory. Jednym słowem po utracie złudzeń można jeszcze mieć złudzenia, że jakoś to będzie. Upraszczam bardzo, ale nie miejsce tu na lekcję historii. Joanna Olczak-Ronikier zaczyna swoje wspomnienia od wojennych losów rodziny, aby potem opowiadać o powojennym Krakowie, o życiu w słynnym Domu Literatów przy Krupniczej 22, gdzie zamieszkały na ponad dziesięć lat, o znanych sąsiadach literatach i o próbie wskrzeszenia wydawnictwa Mortkowiczów. Nie unika trudnych pytań, czy wolno było współpracować z nową władzą, ale też przesadnie się tym problemem nie zajmuje. Rodzinną historię doprowadza do czasu, kiedy wszelkie nadzieje pryskają, a atmosfera w kraju robi się coraz bardziej duszna. Wiele tu opowieści przejmujących, ale wiele też z atmosfery beztroskiego dzieciństwa.

Mimo tych kilku wątpliwości, o których pisałam, jeszcze raz zachęcam do sięgnięcia po najnowszą książkę Joanny Olczak-Ronikier.

"Az do piekła"

Od czasu do czasu przypominam sobie, że kino to też rozrywka, dlatego,  jeśli tylko jest okazja, lubię obejrzeć porządny film sensacyjny albo kryminał. Dobrą komedią też nie pogardzę, ale o takie niezwykle trudno. Zachęcona znakomitymi recenzjami, przede wszystkim w Tygodniku Kulturalnym, postanowiłam zobaczyć "Aż do piekła", współczesny western, jak piszą niektórzy, albo po prostu film sensacyjny, jak chcą inni. Dodatkową zachętą była informacja, że autorem scenariusza jest Taylor Sheridan, współtwórca znakomitego "Sicario", o którym tu pisałam. 

I rzeczywiście film ma wszystkie zalety porządnego kina gatunkowego. Wyrazistych bohaterów, dwaj bracia napadający na banki i tropiąca ich para stróżów prawa, ciekawe, często dowcipne, dialogi, sensacyjną akcję, chociaż ważniejsza jest melancholijna atmosfera i relacje między bohaterami, bardzo dobre aktorstwo (szczególnie Jeff Bridges w roli odchodzącego na emeryturę policjanta i Chris Pine grający jednego z braci, Tobiego), ładne zdjęcia, które przenoszą widza w świat prowincjonalnego Teksasu. Jak wspomniałam, nie akcja, trochę przewidywalna, jest tu najważniejsza, ale to, co dzieje się między bohaterami, szczególnie rozgrywka pomiędzy stojącym na straży praworządności policjantem, a jednym z braci, który nie jest postacią jednoznaczną i mimo wszystko budzi sympatię. I to jest właśnie mój pierwszy kłopot. Chyba jednak zbyt łatwo twórcy filmu rozgrzeszają Tobiego i jego brata, wymuszając na widzu litość. Zbyt to wszystko proste, zbyt łopatologiczne. Nie ma miejsca na niuanse. Walka ze złym bankiem nie może usprawiedliwiać przemocy, a dobrymi intencjami, jak wiadomo, piekło jest wybrukowane. Mój drugi kłopot jest banalny - po tych znakomitych recenzjach spodziewałam się czegoś więcej, niż tylko świetnie zrealizowanego kina sensacyjnego. Tylko tyle?, pomyślałam po wyjściu z kina. A gdzie to coś? Gdzie och! i ach!? Ale może niepotrzebnie się czepiam, oczekując nie wiadomo czego? W końcu to tylko, czy aż, kino gatunkowe.

Konkluzja jest następująca - niby nie żałowałam, że wybrałam się do kina, ale gdybym "Aż do piekła" nie zobaczyła, nic wielkiego by się nie stało. Jak ktoś lubi takie filmy, pewnie obejrzy z przyjemnością. Ja na pewno wyżej stawiam "Sicario". 

"Fuocoammare. Ogień na morzu" - refleksje wokół filmu.

Jak wspominałam w poprzednim wpisie, w weekend do kina poszłam aż dwa razy. Zanim wybrałam się na Almodovara, pobiegłam na głośny dokument, "Fuocoammare. Ogień na morzu" Gianfranca Rosiego, który zdobył w tym roku Złotego Niedźwiedzia w Berlinie. Rzecz rzadka, bo przecież na festiwalach nagradzane są najczęściej fabuły. Berlinale znane jest ze swojego politycznego i społecznego zaangażowania, nic dziwnego, że po laury sięgnął właśnie ten dokument. Ale przecież nie jest tylko tak, że nagrodzono go wyłącznie dlatego, iż opowiada o  jednym z najbardziej ważkich problemów współczesności - o dramacie uchodźców. To film po prostu bardzo dobry.

Jeśli ktoś wcześniej niewiele o nim słyszał, może być zaskoczony. Bo Rosi zderza opowieść o uciekinierach przybywających na włoską Lampedusę z opowieścią o jej mieszkańcach. Ba, tym drugim poświęca chyba więcej czasu. Na uchodźców najczęściej patrzymy z perspektywy ratowników wyławiających ich z tonących łodzi albo głośnego już doktora Bartolo - cichego bohatera, który od lat, niemal co wieczór, poświęcając swój wolny czas, stawia się na pomoście, aby udzielać pomocy potrzebującym. Reżyser nie epatuje makabrycznymi obrazami, niewiele ich na ekranie, nie wyciska łez, nie ucieka się do moralnego szantażu. Przeciwnie, jest bardzo prawdopodobne, że złapie nas na obojętności - atakowani przez media wiadomościami, obrazami i dyskusjami przywykliśmy. Podobnie jak mieszkańcy wyspy, którzy w cieniu dramatu wiodą swoje zwyczajne życie. Tylko czasem westchną, biedacy, kiedy usłyszą w lokalnej rozgłośni radiowej o kolejnych śmiertelnych  ofiarach czy o uratowanych rozbitkach. Nie potępiajmy ich, nie jesteśmy lepsi. Też żyjemy swoimi sprawami, też cieszą nas drobne przyjemności, też czasem westchniemy, biedacy, też czasem się zadumamy. Niewielu wśród nas takich doktorów. Dla mnie właśnie o tym jest ten film - o zderzeniu tragedii jednych i zwyczajnego, co oznacza pełnego zmartwień, ale także radości i beztroski, życia drugich. Tak bardzo mnie to zawsze zdumiewa i napawa przerażeniem, a przecież wiem, że inaczej nie bardzo się da. Co mogę zrobić poza regularnym wpłacaniem drobnych kwot na konto organizacji pomocowych? Co mogę zrobić poza zadumą, poza żalem? A może to tylko wymówka sytego człowieka Zachodu?

Uzupełnieniem filmu mogą być trzy świetne książki, które czytałam i o których pisałam. Jedna, wydana kilka lat temu, "Afrykańska odyseja" Klausa Brinkbauera - opowieść o drodze, jaką przebywają mieszkańcy Afryki, aby dostać się do wymarzonej Europy. Kulminacją jest właśnie rejs, między innymi,  z Libii na Lampedusę. Ta odyseja, ucieczka do lepszego świata, trwa od lat, o czym często nie pamiętamy.  Druga książka, o podobnej tematyce, to "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy" Stefano Libertiego. I wreszcie trzecia, całkiem świeża, "Wielki przypływ" Jarosława Mikołajewskiego, niewielkich rozmiarów opowieść o Lampedusie, bardzo w klimacie filmu Rosiego, ale dająca szerszą perspektywę, bo wyrastająca z ducha reportażu. Tymczasem, o czym jeszcze nie wspomniałam, "Fuocoammare" bliżej do poetyckiej impresji, do metafory, niż do dokumentalnego reportażu. Obrazy morskich tragedii przeplatają się z niespieszną obserwacją codzienności kilkorga mieszkańców wyspy. Dramatyczne wołanie o pomoc zderzone zostaje z radosną melodią popularnej włoskiej piosenki, z której został zaczerpnięty tytuł filmu. Kamera skupia się na detalach, tempo jest powolne, pozornie nic niezwykłego się nie dzieje. Więcej tu obrazu niż dźwięku. Jednym z bohaterów jest kilkunastoletni chłopiec, uczeń miejscowej szkoły. Warto zwrócić uwagę na jego ulubione zabawy. Nasze dzieci często bawią się podobnie. Ilu z nas im tłumaczy, że taka zabawa jest niestosowna? Ilu z nas im tłumaczy, czym naprawdę jest to, co robią? Pozornie nie ma związku między niewinnymi igraszkami dziecka, a złem świata.

Chciałabym napisać, że film Rosiego powinien obejrzeć każdy, że powinno się prowadzić na niego szkoły, ale zdaję sobie sprawę, że wielu może zniechęcić powolny rytm opowieści. Komuś może wydać się zwyczajnie nudny. Szkoda. Mimo wszystko warto podjąć wysiłek.

Popularne posty