"Boso, ale na rowerze"

To dobry, przejmujący film, ale trzeba mieć świadomość, na co się idzie do kina. Belgijsko-holenderski obraz Felixa van Groeningena jest reklamowany przez dystrybutora jako "podchmielona czarna komedia", ale tylko pierwszy wyraz tego marketingowego hasła jest prawdziwy. Trudno ten film nazwać komedią, nawet czarną. Owszem, jest kilka scen wywołujących uśmiech na twarzy, ale o wiele więcej takich, które trudno znieść. Jestem odporna, niejedno w kinie widziałam, lubię przykre, dotykające kino, ale pijackie sceny pełne prymitywnych, wulgarnych dialogów i piosenek ledwo wytrzymałam. Dawno nie widziałam na ekranie takiej dawki ohydy. Ale do rzeczy. Jest to opowieść o dzieciństwie trzynastoletniego Gunthera, który wychowuje się w domu owdowiałej babki. Właściwie słowo wychowanie jest tu nie na miejscu, gdyż ojciec i wujowie, którzy mają to robić, zajmują się przede wszystkim chlaniem na umór, i, zapewniam, nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Bezradna, łagodna, kochająca babcia niewiele jest w stanie zrobić. Historię tej patologicznej rodziny poznajemy ze wspomnień dorosłego Gunthera i ta perspektywa nadaje jej głęboki sens. Kto idąc do kina, ma świadomość tego, co go czeka i gotów jest na takie wyzwanie, nie pożałuje. Dalszy ciąg rozważań dla tych, którzy temu wyzwaniu sprostali.

Oglądając ten film, miałam w pamięci dwa inne "Billy Eliota" i, widziany w lutym, "Fish tank". W każdym z tych obrazów mamy podobny temat: dojrzewanie wrażliwych dzieci z niepełnych rodzin w trudnych warunkach małego miasteczka lub proletariackiego przedmieścia Londynu. W tych nastoletnuch bohaterach budzi się pasja artystyczna. Billy marzy o balecie, co w górniczym środowisku, w którym dorasta, wywołuje tylko zdziwienie, złość i śmiech. Bohaterka "Fish tank" też tańczy, ale hip-hop, natomiast Gunther powoli, może trochę przez pzrypadek, odkrywa w sobie pasję pisarską. W jego przypadku pisanie to azyl, ucieczka od świata, w jakim dorasta. O ile w tych dwóch filmach rodziny, w jakich wzrastają dzieci, są wychowawczo zupełnie niewydolne, choć każda z innego powodu, o tyle zupełnie inaczej jest w przypadku "Billy Eliota". Ojciec i starszy brat otaczają chłopca miłością, chociaż ukrywają ją pod maską chłodu i szorstkości, ale przekonujemy się, że są gotowi wiele dla niego zrobić i poświęcić. Billy wychowuje się w ubogiej, górniczej rodzinie w czasach, kiedy Margaret Tacher zamyka kopalnie, ale ojciec i brat robią wszystko, by jego dzieciństwo było szczęśliwe. To on i jego potrzeby są tu najważniejsze. Billy ma jeszcze jedno szczęście: spotyka nauczycielkę baletu, która odkrywa i docenia jego talent. Jakże inaczej jest w przypadku Gunthera!

Ojciec i jego bracia to dorośli chłopcy, dla których sensem życia jest czas spędzany w okolicznych barach, pijackie wybryki, panienki (ale raczej jako dodatek) i muzyka Roya Orbisona. Nie tylko piją do upadłego, ale są przy tym niebywale wulgarni, a od czasu do czasu przytrafiają się im alkoholowe napady szału. Cóż z tego, że pracują, skoro wszystkie pieniądze tracą w knajpach. Podobnie sportretowani są ich sąsiedzi, mieszkańcy dzielnicy. Trzynastoletni Gunther jest świadkiem ich pijackich wybryków. Właściwie dorośli traktują go jak kompana, pozwalają pić, palić, a jedyne lekcje, jakich mu udzielają, w niezwykle prymitywny sposób, dotyczą seksu. Właściwie współczują mu, że jeszcze nie ma za sobą doświadczeń w tej dziedzinie. Ojca nie interesują potrzeby chłopca. Kiedy zepsuje mu się rower, którym dojeżdża do szkoły, usłyszy, że przecież te pięć kilometrów może przebyć piechotą. Tylko od czasu do czasu przypomina sobie o swoich rodzicielskich obowiązkach. Jedyną osobą, która martwi się losem Gunthera, jest babcia. Ale to osoba wątłej postury, cicha, skromna, zahukana przez synów (wcześniej pewnie przez męża), cóż z tego,że o gołębim sercu. Nie umie przeciwstawić się synom, potrafi jedynie na miarę swoich skromnych możliwości dbać o dom, zapewnić jedzenie. Gunther nie może też liczyć na szkołę. Nikt nie próbuje podjąć zdecydowanej interwencji, wyrwać chłopca z tego patologicznego środowiska, a przecież wszyscy wiedzą, jaka jest rodzina Strobbów.

I tu pojawia się kolejny problem. Otóż sytuacja pokazana w filmie wcale nie jest czarno-biała. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, Gunther kocha swojego ojca, jest do niego i do swoich stryjów bardzo przywiązany. Kiedy dyrektor szkoły proponuje mu pobyt w internacie, zdecydowanie odmawia. Ma silne poczucie przynależności do klanu Strobbów, czuje się jego częścią, jest dumny ze swoich stryjów i ojca, i z ich idiotycznych wyczynów. Są oczywiście momenty, kiedy się ich boi, nieraz płacze poniżany lub ze strachu, kiedy wpadają w alkoholowy szał. I nawet kiedy w końcu zostanie zabrany do internatu na wniosek opieki społecznej (nie jest jasne, kto ich zawiadomił: on sam czy babcia), nie zapomni o ojcu. Spotkanie z nim sprawi mu wielką radość. Ta ambiwalencja uczuć jest bardzo prawdziwa. Dorastanie w takich warunkach nie pozostaje oczywiście bez wpływu na jego charakter i osobowość. Jest zamknięty w sobie, ma niewielki kontakt z rówieśnikami, niczym nie może im zaimponować, otacza go zła sława braci Strobbów. W internacie też jest samotny, najchętniej spędza czas w swoim pokoju nad maszyną do pisania. I nagle okazuje się, że te opowiadania, które tworzy, często za karę, zaczynają się podobać kolegom i nauczycielom.

Dorosły Gunther też nie radzi sobie w kontaktach z ludźmi. Jest samotnikiem, dla którego liczy się tylko pisarska pasja. Szybko zostaje ojcem z przypadku, ale matki dziecka nie potrafi pokochać. Widzimy, że walczy, że próbuje, ale same chęci nie wystarczą. Sytuacja go przerasta. I dopiero kiedy wreszcie osiągnie sukces, nieoczekiwanie, chyba nawet dla siebie, zostanie doceniony jako pisarz i zaczną go nie tylko wydawać, ale i pisać o nim w gazetach, pogodzi się ze swoim życiem i jakoś spróbuje naprawić błędy. Teraz okaże się, jak ważną osobą była dla niego babcia. Chociaż rzadko odwiedza stryjów w rodzinnej miejscowości, troskliwie zajmuje się staruszką pogrążoną w demencji. To tej prostej kobiecie, jej miłości zawdzięcza wszystko.

I jeszcze chciałabym zwrócić uwagę na wątek poboczny: to historia ciotki Rosie, siostry braci Strobbów. Długo nie wiemy o jej istnieniu, zjawia się nagle z córką, kiedy ucieka od męża, damskiego boksera. Mąż ma pieniądze, cóż z tego, kiedy bije, jest chamem, tyle że w garniturze i samochodzie. Przed laty uciekła z domu, zerwała ze swoim środowiskiem, teraz wraca. Ale do czego? Nie umie tak żyć. Szybko okaże się, że bracia w swojej beztrosce zdeprawują jej córkę. Pijacka scena w barze, do którego zabierają dziwczynkę, aby mógł ją poznać jej biologiczny ojciec, jest przerażajaca. Czy Rosie nie ma wyboru? Czy jej jedyną alternatywą jest powrót do męża brutala? Nie może, czy nie potrafi zacząć żyć na własny rachunek? Przed laty uwolniła się od pijackiej rodziny, ale teraz nie umie zrobić kolejnego kroku.

Niełatwo się ten film ogląda, na pewno trudno spędzić przy nim beztroskie dwie godziny, czułam się sponiewierana, ale na pewno nie pozostawił mnie obojętną.

W drodze, czyli "Chinka" Xiaolu Guo.

Lubię obyczajowe kino azjatyckie. Staram się nie omijać filmów z tego kręgu kulturowego pojawiających się w naszych kinach lub w telewizji. Dlatego wybrałam się na "Chinkę" Xiaolu Guo, produkcję chińsko-europejską (współprodukowało ją kilka państw europejskich). Polecam. To niespiesznie opowiedziana historia młodej dziewczyny Lu Mei. Opowieść o jej spotkaniach z mężczyznami i podróży. Nie chodzi tu oczywiście o podróż turystyczną, ale podróż od i do. Od beznadziejnego miejsca, w którym mieszka i do miejsca, które wydaje jej się lepszym światem. Podróż ucieczka, podróż doświadczenie. Tyle dla tych, którzy nie widzieli, reszta dla tych, którzy już obejrzeli.

Lu Mei mieszka wraz z rodzicami gdzieś na chińskiej prowincji. Miejsce jest szare, brzydkie, przygnębiające. Symbolem tej szarości i beznadziei jest wszechobecne błoto zalegające drogę prowadzącą do miasta. Wokół księżycowy krajobraz: drogi rozjeżdżone przez ciężarówki, szare bloki, fabryka, wysypisko śmieci, na którym pracuje ojciec dziewczyny. Nawet zieleń to jakieś odstręczające krzaki przy zabłoconej drodze i zakurzona trawa. Kolorowo jest w klubach, które wieczorami odwiedza z chłopakiem, posiadaczem motoru. Czy można się dziwić, że marzy o innym życiu? O miłości? Obsługując bilard w przydrożnej knajpie, w wolnych chwilach czyta, maluje paznokcie i poznaje mężczyzn. Ale te spotkania od początku nie są szczęśliwe: jeden porzuci ją, bo Mei nie zgodzi się na seks gdzieś w trawie przy drodze, drugi zgwałci. Dziewczyna nie będzie rozpaczać, nie zwierzy się matce, z którą nie ma serdecznych kontaktów. Pozbiera się i pójdzie do domu. Dopiero, gdy ponownie spotka swego gwałciciela, który jakby nigdy nic wróci do przydrożnego baru, rzuci sie na niego z pięściami. Jakże odległe są te spotkania od naiwnej wiary w miłość wyrażonej w piosence, którą śpiewa wraz z właścicielem motoru w klubie karaoke. Ten wspólny śpiew, pochylone głowy to iluzja. Rzeczywistość jest inna, o czym wkrótce się przekona.

Mei jest małomówna, tłumi w sobie emocje, rzadko je ujawnia, jednak z czasem będzie się to zdarzało coraz częściej. Właściwie nie zawsze wiemy, co myśli. Wydaje się być oschła i chłodna. Czasami bezwolnie zdaje się na los, by zaraz potem podjąć decyzję brzemienną w skutki. Co czuje do rodziców? Na pewno chce żyć inaczej niż oni, odrzuca mężczyznę, którego znalazła dla niej matka, mimo że jest z miasta i pracuje jako urzędnik państwowy w ośrodku kultury. Czy tęskni za nimi, kiedy wyrusza w swoją podróż do lepszego życia? Czy utrzymuje z nimi jakiekolwiek kontakty? Czy jest zadowolona z pracy szwaczki w fabryce? Nie wydaje się zbyt przejęta, kiedy ją straci. A praca w salonie fryzjerskim, który jest jednocześnie nędznym burdelem, to wybór czy konieczność? A może pogodzenie się z tym, co życie przyniosło? Ale już za chwilę, wie czego chce. Gdy pokocha Spikey'a, smutnego, tajemniczego gangstera, będzie stanowcza i nie pozwoli się upokarzać pieniędzmi wręczonymi po wspólnie spędzonej nocy. Jest w ich krótkim, namiętnym związku coś ładnego i czystego mimo profesji, jakimi się parają i przygnębiającego otoczenia: cienistej ulicy i ciemnego pokoju, w którym mieszka on. Ta miłość naznaczona jest chwilą i tragedią. Kiedy ukochany zginie, właściwie na jej oczach, wybuchnie niepohamowaną rozpaczą, nie będzie tłumić uczuć. Znowu jest wolna i znowu wyrusza w podróż, tym razem do Londynu. To spełnienie ich marzenia o tym, aby tam wyjechać. Ale Londyn wcale nie okaże się wymarzonym rajem.

Czekają tam na nią dorywcze prace (pewnie na czarno, bo nikt nie może jej legalnie zapłacić, ponieważ nie ma konta bankowego) i jakaś ciemna noclegownia, gdzie stłoczone na piętrowych łóżkach nocują chińskie dziewczyny. Żeby uzyskać namiastkę intymności, trzeba nałożyć słuchawki na uszy i słuchać muzyki. Takich jak Mei poszukujących raju jest tu pełno. Jej się jednak udaje: nieoczekiwane małżeństwo z emerytowanym nauczycielem matematyki, wdowcem jest dla niej wybawieniem. I znowu niewiele wiemy. Jakie są ich motywacje? On robi to dla kaprysu czy chce pomóc? A może szuka kogoś, kto osłodzi mu samotność? Na pewno nie domaga się seksu. Rezygnuje, bo orientuje się, że ona zrobiłaby to z przymusu. A Mei? Czy wyszła za niego za mąż, bo dostrzegła w tym małżeństwie jedyną szansę dla siebie? Czy może przynajmniej go polubiła, bo na pewno nie pokochała. Kiedy się na nich patrzy, wydaje się, że osiągnęli jakiś rodzaj kompromisu, porozumienia. Ale Mei, początkowo cicha i bezwolna, z czasem coraz częściej wyraża swoje zdanie i niezadowolenie. On pokornie i z wyrozumiałością znosi jej wybuchy gniewu. Może przewidział, że taki układ możliwy jest tylko przez chwilę? Szybko dochodzą do głosu różnice kulturowe. Ona nie rozumie, że chociaż jego zmarła żona jest ważną częścią jego przeszłości, to kultywowana pamięć o niej w niczym jej nie zagraża. Dla Mei liczy się tylko to, co teraz. Może dlatego tak łatwo zapomniała o swoim kraju i rodzicach? Ale czy na pewno? Kiedy po jakimś czasie rozmawia ze swoją nową miłością, Hindusem, właścicielem niewielkiego lokaliku z hinduskim jedzeniem, pyta go, ile leci się do jego kraju. Jakże bezbronni, samotni i zagubieni wydają się w tym momencie! Ukryci w klitce na zapleczu jego lokalu, klitce, która jest równocześnie magazynem i jego, potem ich, mieszkaniem. Kiedy młody Hindus odstępuje jej swoje wąskie łóżko, sam będzie musiał spać na podłodze. Ten obrazek ma dwie strony. Kiedy ogląda się go od frontu, widać emigranta z Indii, który świetnie sobie radzi: wszak jest właścicielem hinduskiego baru. Kiedy zajrzy się od podwórka, można się przekonać, że jego ciężka praca niewiele mu daje: łóżko w schowku na szczotki. Czy o tym marzył, opuszczając swoją ojczyznę?

Ale Mei bardzo świadomie podejmie decyzję: porzuci wygodne, mieszczańskie życie z emerytowanym nauczycielem matematyki i pójdzie za miłością: młodym Hindusem na dorobku. On ją lojalnie ostrzega, próbuje pokazać zalety tamtego życia. Czy ją kocha? Czy to tylko namiętność fizyczna? I kolejny raz sielanka szybko się kończy. Znowu dają o sobie znać różnice kulturowe: on jest muzułmaninem i wydaje się, że religia ma dla niego coraz większe znaczenie. Zastanawia sie nad powrotem do kraju. Widocznie Lu Mei nie jest dla niego aż tak ważna. I kolejny raz ona decyduje się na radykalny krok: odchodzi mimo ciąży. Co z nią będzie? Nie wiemy. Znowu jest w drodze, emigrantka, wieczny wędrowca.

Warto obejrzeć ten film, którego melancholia od czasu do czasu przerywana jest punk-rockowymi piosenkami w wykonaniu chińskich zespołów.

O Bośni poważnie i ironicznie, czyli "Jakbyś kamień jadła" Tochmana i "Sahib" Velickovica

Jeszcze przez jakiś czas postanowiłam pozostać w bałkańskim kręgu literackim i sięgnęłam po dwie krótkie książeczki, które od dawna leżały na półce, czekając na swoją kolej: reportaż Wojciecha Tochmana "Jakbyś kamień jadła" (Czarne 2008) i powieść bośniackiego autora Nenada Velickovica "Sahib" (Czarne 2007). Tę drugą można w pewnym sensie traktować jako uzupełnienie pierwszej, bo jej akcja toczy się już po wojnie bałkańskiej w Sarajewie, stolicy niepodległej Bośni i Hercegowiny.

Na reportaż Tochmana składają się spotkania z ludźmi, głównie kobietami, które opowiadają o tym, co działo się z nimi i ich rodzinami w czasie wojny. Mówią też, jak wyglądało ich życie przed i jak żyją teraz. Teraz to początek naszego wieku, książka powstała w roku 2003. Reporter oddaje głos nie tylko Bośniakom, ale i Serbom mieszkającym w Republice Serbskiej. Niezorientowanym wyjaśniam, że to część Bośni i Hercegowiny (książka zaopatrzona jest w mapę, która bardzo ułatwia odnalezienie się w opisywanych realiach). Rozmawia także z doktor Ewą Klonowski, polską antropolog, specjalistką od kości, która z wielkim poświęceniem od lat pracuje na tamtych terenach, identyfikując szczątki odnalezione w zbiorowych mogiłach, składając z nich zaginionego człowieka, aby rodziny (głównie kobiety) mogły pochować tych, których opłakują.

Srebrenica, Bihac, Tuzla, Mostar, Sarajewo to nazwy miejscowości, które w latach dziewięćdziesiątych i później często wymieniane były w serwisach informacyjnych, dziś słyszymy o nich coraz rzadziej, zapominamy. A chyba nie powinniśmy, bo ta wojna i to ludobójstwo zdarzyło się tak niedawno i tak blisko nas, w Europie, w kraju chętnie odwiedzanym podczas wakacyjnych podróży. A kiedy czytam to, co mówią Serbowie, którym udziela głosu Tochman, obawiam się, że ta krwawa historia może się kiedyś powtórzyć. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie rozumieją swojej winy, wypierają ze zbiorowej i indywidualnej świadomości to, co zrobili swoim sąsiadom Bośniakom: oblężenia, wyrzucanie z domów i wiosek, zamykanie w obozach, okrutne torturowanie, masowe zabijanie, wrzucanie ciał do zbiorowych mogił, zacieranie śladów, gwałcenie kobiet. Zaraz pojawia się też replika. Mówią o wyolbrzymianiu ich win i o okrucieństwach doznanych od Bośniaków. I choć to prawda, że ci ostatni też mają sporo na sumieniu, to jednak o żadnej równowadze nie może być mowy: obozy koncentracyjne i masowe mordy plamią ręce Serbów. I druga przyczyna, która może stać się w przyszłości zarzewiem nowego konfliktu: tymczasowość i beznadzieja obecnej egzystencji Serbów na terenach Republiki Serbskiej (przypominam: to część Bośni i Hercegowiny, nie Serbii!). Paradoks polega na tym, że Serbowie żyją na terenach, o które walczyli, z których wyrzucili swoich sąsiadów Bośniaków (także Chorwatów), ale żyją w poczuciu tymczasowości. Mieszkają w bośniackich domach lub prowizorycznych barakach, nie mają pracy, wszystko wokół jest zrujnowane, nawet przyroda wydaje się być nieprzyjazna: spalona słońcem, sucha ziemia. Te miejsca kreślone oszczędnym stylem Tochmana robią przygnębiające wrażenie. W życiu społecznym uczestniczą głównie kobiety, mężczyźni siedzą w domach, nie chcą rozmawiać z obcymi, boją się wychodzić czy wyjeżdżać, bo mogą zostać rozpoznani i postawieni przed wymiarem sprawiedliwości. Poczucie tymczasowośći podtrzymują zapisy pokojowego traktatu z Deyton, na mocy którego obie strony, Bośniacy i Serbowie, mogą odzyskiwać swoje domy, z których zostali wyrzuceni. I jedni i drudzy żyją w ciągłym strachu, że tak się stanie, więc niewiele robią, aby zapuścić korzenie. Niektórzy rzeczywiście sięgają po swoją własność, ale tylko po to, aby odzyskane mienie natychmiast sprzedać. Po tym, co sie stało, nie chcą i nie potrafią żyć obok siebie, jak kiedyś. Chyba właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie: to sąsiedzi wyrzucili, torturowali, gwałcili i zabijali sąsiadów. W obozach spotykali się nauczyciel i uczeń, sklepikarz i jego klient, lekarz i pacjent i tak dalej, i tak dalej, można by wyliczać bez końca. Tym razem jednak nie świadczyli sobie nawzajem usług: jeden stawał się katem, drugi jego ofiarą. Po stronie bośniackiej życie toczy się normalniej, szybciej wraca w swoje zwykle koleiny, chociaż nie jest to w żadnym razie normalność sprzed wojny.

Co jeszcze zwraca uwagę w tych relacjach?

Kontrast pomiędzy piękną, spokojną, być może trochę idealizowaną przeszłością, a tym, co zdarzyło się potem i co jest teraz. Można by to opowiedzieć jak baśń, ale bez happy endu. W pewnej pięknej, górzystej krainie żyli sobie szczęśliwie i zgodnie Bośniacy, Chorwaci i Serbowie. Jedni hodowali zwierzęta, uprawiali warzywa i owoce, inni byli prawnikami, lekarzami, nauczycielami, jeszcze inni utrzymywali sie z handlu, wszyscy wychowywali i kształcili dzieci, po pracy tańczyli, śpiewali, bawili się i odpoczywali. Aż nagle, nie wiadomo dlaczego, Serbowie ... . Dalszy ciąg znamy.

Poszukiwanie zaginionych. Po tym wszystkim, co się stało, największą pociechą osamotnionych kobiet, które często straciły w wyniku serbskiego ludobójstwa nie tylko mężów, ale i dzieci, jest odnalezienie i zidentyfikowanie ich szczątków i ich godne pochowanie. Dopiero wtedy będzie można zamordowanych należycie opłakać i symbolicznie zamknąć za sobą pewien etap, no i dalej żyć. Chociaż trudno mi wyobrazić sobie, jak możliwe jest życie po takiej tragedii. Jak może poradzić sobie ze wspomnieniami kobieta, którą wygnano z domu, jej męża, ojca, braci torturowano i zamordowano, dzieci zabito, często na jej oczach, a ją zgwałcono, nawet wielokrotnie? Jak można dalej żyć? Nie wiem, ale one jakoś starają się na nowo odbudować swoją egzystencję. I podkreślam jeszcze raz bardzo mocno: to wszystko zdarzyło sie niedawno i niedaleko, to nie film, nie powieść!

I inne pytania, które sobie zadaję.

Jak sąsiad może to zrobić sąsiadowi, człowiek człowiekowi? Jak można iść do baraku, w którym zamknięci są więźniowie, wybrać sobie jednego i metalowym prętem tłuc, gdzie popadnie, a potem wrócić do domu do żony i dzieci?

Czy jest sens o tym pisać i czytać, skoro niewiele można z tą wiedzą zrobić? Ale przecież niepisanie i nieczytanie oznaczałoby zapomnienie, a tego, jestem pewna, zrobić nie wolno. Tu oddam głos innemu reporterowi Jeanowi Hatzfeldowi autorowi nagrodzonej właśnie Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego "Strategii antylop", książce o ludobójstwie w Ruandzie (to trzecia książka Hatzfelda na ten temat, pierwsza wydana w Polsce). W rozmowie z Olgą Stanisławską na łamach "Gazety Wyborczej" mówi: "Nie łudźmy się, że literatura może powstrzymać jakąś wojnę lub ludobójstwo. (...) To, co może jednak zrobić reportaż, to pozwolić wejść troche głębiej w ten świat. Może pozwolić spotkać ludzi podobnych do was, ale którzy przeszli staszne doświadczenia - ocalonych (...) albo zabójców. (...) Może opowiedzieć, jak to przeżyli i co o tym mówią. Może pomóc zbliżyć się trochę bardziej do tego wydarzenia, trochę bliżej przepaści. Lecz nic wiecej." A ja ciągle zastanawiam się, co ja-czytelnik mogę, powinnam z tą wiedzą zrobić.

I druga książeczka, jak wspomniałam, w pewnym sensie uzupełnienie reportażu Tochmana: "Sahib" Nenada Velickovica. Opisywane zdarzenia rozgrywają się w Sarajewie już po wojnie, w niepodległej Bośni i Hercegowinie. Bohaterem i narratorem jest Anglik, pracownik międzynarodowej organizacji pełniącej misję humanitarną, pomagającej odbudować kraj. Jego poglądy, refleksje, opisy kraju, w którym się znalazł, także jego mieszkańców, poznajemy z listow, które śle regularnie do Georga, swego życiowego partnera. Po powieść sięgnęłam ze względów poznawczych: chciałam się przekonać, jak w Sarajewie toczy się życie po wojnie. Oczekiwałam, że odnajdę tutaj podobne klimaty jak w filmie "Grbavica" Jasmili Żbanic, tymczasem nic z tego. To powieść obrazoburcza, można by rzec: kalająca własne gniazdo. Niewiele tu wspominków wojny, prawie się o niej nie mówi, nie roztrząsa problemów, które wygenerowała. Pisana przez Bośniaka przedstawia, oczami angielskiego urzędnika, mieszkańców Bośni i Hercegowiny w sposób lekceważący, wręcz pogardliwy. W swoich listach narrrator traktuje ich z poczuciem wyższości, niczym dziewiętnastowieczny, biały kolonizator mieszkańców Afryki. Podkreśla przepaść cywilizacyjną dzielącą ich od tej lepszej Europy, z której pochodzi. Jest przekonany, że bez takich jak on nie poradziliby sobie, a i z nimi długo będą gonić ten wspaniały świat. Nie rozumie ich kultury, obyczajów, nie wyobraża sobie, jak można żyć w takich warunkach. W jego oczach to prymitywni, głupi ludzie, którym cywilizowana Europa, traktując ich z wyższością i protekcjonalnie, zmuszona jest pomagać. Gdyby przynajmniej potrafili być wdzięczni! Nie, są gotowi oszukać swych dobroczyńców na każdym kroku. Ale powoli, nie wiadomo kiedy i jak, ten obcy, gorszy, zacofany świat zaczyna go fascynować. Nie ma jednak mowy o porozumieniu, zadzierzgnięciu bliższych więzów: Bośniacy, chociaż ze względów ekonomicznych przyjmują służalczą postawę, pozostają dumni i gardzą przybyszami. Symboliczna w tym kontekście wydaje się być jedna z ostatnich scen powieści.

Ale angielski urzędnik z taką samą ironią, którą posługuje się kreśląc obraz Bośniaków, traktuje pracowników tej międzynarodowej misji. To banda darmozjadów, którzy przyjechali do Sarajewa, niewiele o nim i jego mieszkańcach wiedząc. Nie kierują się szlachetną chęcią pomocy. Chcą dobrze zarobić. Nie dość, że ich pensje są tu wysokie, to jeśli tylko nadarza się okazja, są gotowi popełnić finansowe nadużycia, aby na boku zgarnąć niemałą sumkę. Nie mają nic wspólnego ze szlachetną panią antropolog Ewą Klonowski z reportażu Tochmana. Nie tylko szeregowi urzędnicy kierują się niskimi pobudkami. Podobnie jest przedstawiona organizacja, dla której pracują, i jej zwierzchnicy: możni władcy świata. Bośnię traktują jak rodzaj zsypu, do którego można zrzucić niechciane u siebie technologie, lub jak kraj, który modernizowany na modłę zachodnią uzależni się od bogatej Europy i stale będzie jej potrzebował. Jak pisze w jednym z listów narrator: "(...) nawpuszczaliśmy im ryb do potoków nie dlatego, by stworzyć miejsca pracy, tylko by zakręcić kurki z pitną wodą. Nie jest naszym celem kupowanie od nich ryb, tylko spowodowanie, by to oni kupowali od nas wodę."

Cóż, trudno ocenić, na ile ten obraz pomagających i wspomaganych jest bliski prawdy. Nie należy zapominać, że Velickovic posługuje się w swojej powieści ironią i groteskową przesadą.

Rozważania o samotności, czyli "Nic osobistego" Urszuli Antkowiak.

Obejrzałam bardzo kameralny filmowy debiut polskiej reżyserki Urszuli Antkowiak będący produkcją holendersko-irlandzką. Jest to historia rozpisana na dwoje aktorów (Lotte Verbeek i Stephen Rea), w której, szczególnie na początku, pada niewiele słów, akcji właściwie nie ma. Bohaterowie stanowią dla widza zagadkę, niewiele o nich wiemy, a i oni o sobie nawzajem też. To opowieść o samotności i spotkaniu, dzięki któremu stopniowo między tym dwojgiem nawiązuje się jakaś więź. Nie należy się jednak spodziewać ognistej historii miłosnej. To kino kontemplacyjne, dla wytrwałych, których nie zrazi brak dziania się na ekranie i kilka nie do końca zrozumiałych scen czy reżyserskich chwytów. Kto lubi takie kino, zachęcam. Dodatkową przyjemność sprawią na pewno dzikie, ponure, irlandzkie krajobrazy, w których rzecz się rozgrywa. Jeśli ktoś widział, zapraszam dalej.

Co o Niej wiemy? Niewiele. Porzuca swoje dotychczasowe holenderskie życie i wyrusza w podróż, a właściwie wędrówkę, do Irlandii. Dlaczego? Chyba ma za sobą jakiś związek: w pierwszej scenie widzimy, jak ściąga z palca obrączkę. Reszta to sfera domysłów. Ona skończyła? Została porzucona? Oboje się rozstali? On umarł? Nowy etap życia? Może tak, skoro widzimy ją w pozbawionym sprzętów mieszkaniu. Dlaczego Irlandia? Co zamierza dalej? Wędrować samotnie? Całe życie? Pytania można by mnożyć. Jest ładna, może nawet na swój sposób piękna, ale dzika. Trzyma się z boku, nie pragnie rozmowy, zagadnięta odpowiada nieuprzejmie, opryskliwie. Warczy na ludzi. Czy to mur, za którym stara się uchronić swoją samotność? Na nocleg wybiera miejsca dzikie i odludne, nie szuka kontaktu. Wędruje po pustkowiach, unika miast czy wiosek. Wyraźnie zadowala się tym, co ma, niewiele jej trzeba. Nawet wtedy, kiedy zdecyduje się przyjąć od Niego propozycję pracy za jedzenie, długo będzie mieszkać w swoim namiocie na wzgórzu nad Jego kamiennym domem. Stopniowo dzięki ich spotkaniu dowiadujemy sie o Niej więcej, ale tylko trochę. Właściwie tylko tyle, że lubi operę, śpiewa, jest milośniczką książek.

On, o pooranej twarzy Stephena Rii. Starszy od Niej, też samotny, ale nie z wyboru, jest wdowcem. Chyba szuka towarzystwa, może dlatego proponuje Jej pracę? A może to początkowo prosta wymiana usług: On potrzebuje kogoś do pomocy w ogrodzie i w prostych pracach domowych, Ona potrzebuje pieniędzy? Czym się zajmuje? Jest rybakiem? Bo chyba nie rolnikiem? Co mógłby uprawiać na tym dzikim, skalistym cyplu smaganym porywistymi wiatrami? A może w przeszłości parał się czymś, a teraz żyje z emerytury? Jego kamienny, na oko wiejski dom w środku okazuje się być całkiem przyjemny i zamożny. Ładne sprzęty, pokaźna biblioteka, mnóstwo płyt, także operowych. Widać, że lubi pewien rodzaj luksusu: nawet kiedy siada do posiłku samotnie, to jest w tym celebrowanie i wykwintność. Wino w eleganckim kieliszku, serwetka, ładnie podane jedzenie. Także talerz, który wystawia przed domem dla Niej (Ona długo mimo zapraszania wzbrania się przed spożywaniem posiłków w domu) jest przykryty wiklinowym koszyczkiem, a obok czeka kieliszek wina. Jaki to kontrast z Jej ubłoconymi spodniami.

To On szuka kontaktu, jest jej ciekaw. Ona początkowo nieuprzejma i niemiła, kiedy zdecyduje się przyjąć Jego propozycję, stawia wyraźne bariery i ograniczenia: żadnych pytań. Jednak stopniowo łagodnieje, jak oswajane dzikie zwierzątko. Jakby piorąc i prasując swoje brudne łachy, cywilizowała się. Wreszcie i Ona zainteresuje się Nim. Oboje będą chcieli dowiedzieć się o sobie więcej, ale ponieważ nie chcą wychodzić z narzuconych sobie ról, muszą to robić potajemnie. Wreszcie sytuacja się odwraca: kiedy oboje zdadzą sobie sprawę ze swoich uczuć, to On postawi nieprzekraczalną granicę, Ona będzie gotowa zrezygnować ze swojej samotności. Mimo że Ją kocha, nie pozwoli zbliżyć się do siebie do końca. Dlaczego? Bo wydaje mu się, że Ją w ten sposób ochroni przed kolejnym bólem utraty. Jest dużo starszy i chory, o czym Ona już wie dzięki swojemu tajnemu śledztwu. Ale nie można uciec przed cierpieniem. Kiedy On umrze, Ją i tak będzie bolało.

Czy tylko samotność może ochronić przed bólem? Czy wchodząc w relacje, jesteśmy skazani na cierpienie? Czy warto? Czy można pogrążyć się w całkowitej samotności? Czy możliwe jest życie bez drugiego człowieka? Reżyserka pokazuje dwie drogi. Dla Niego Jej obecność jest pociechą i ucieczką od samotniczego życia, którego chyba nie pragnął. Jej znajomość z Nim przyniesie kolejne cierpienie, będzie tylko chwilową przerwą w samotnej drodze. W ostatniej scenie widzimy Ją w jakimś miasteczku wynajmującą pokój w hotelu. Tym razem jest jednak nawet bez swojego plecaka. Dlaczego? Czy przyjechała tu tylko na chwilę czy też ten brak bagażu ma jakiś głębszy sens? Jaki? Jest jeszcze silniejszym odcięciem się od przeszłości? I tu dotykam tego, co w tym filmie mi przeszkadzało: natrętna symboliczność i manieryczność kilku scen. Taka jest scena, gdy pod Jego nieobecność Ona zakrada się do domu i kładzie w łóżku w sypialni, a potem celowo zostawia po sobie ślad: rudy włos starannie położony na białej pościeli. Po co to robi? Chce być zauważona? A On? Czy się zorientował, że ktoś spał w jego łóżeczku (niczym Śnieżka w łóżeczku krasnoludków)? Sekwencja celebrowana kilka minut, pięknie filmowana na pewno ma nieść jakieś znaczenia. Podobną niewiadomą są dla mnie tytuły poszczególnych części, na które został podzielony ten obraz: nie wszystkie korespondują z tym, co widać na ekranie. Ale może to ja nie dość bystrze oglądałam film?

Tyle zarzutów, na szczęście nie ma tego dużo. Bo poza wspomnianymi scenami przyjemnością jest obserwowanie dwojga bohaterów filmu, tego, co dzieje się między nimi. Kontemlowanie detali, które podsuwa nam kamera (np. powracające zbliżenie morskich glonów tworzących fantastyczne esy floresy, w których Ona zanurza ręce), i mrocznych, groźnych, ale pięknych irlandzkich krajobrazów. Ja nie żałuję czasu, który poświęciłam debiutowi Urszuli Antkowiak.

Opowieść o mafii i dużo, dużo więcej, czyli "Prorok" Jacquesa Audiarda.

Pewnie nie jest to film dla każdego. Ja też musiałam się przełamać, aby obejrzeć ten obraz obsypany tyloma nagrodami. Wielu być może z góry go skreśli, niesłusznie. Wyda im się nudne i odrażające oglądanie grubo ponad dwugodzinnego filmu, którego akcja toczy się przede wszystkim w więzieniu. Mamy tu wszystko, co bywa w takich produkcjach: więzienną rzeczywistość, hierarchię, zależności, skorumpowanych klawiszy, brutalne sceny. Ale jest też dużo więcej: głębokie portrety psychologiczne bohaterów, akcja trzymająca w napięciu, świetne aktorstwo, montaż, problem islamski i przede wszystkim historię tytułowego proroka, czyli Malika. Obserwowanie jego walki z więziennym światem, dojrzewania i przemiany jest fascynujące i to zarówno dzięki opowieści zapisanej w scenariuszu, jak i Taharowi Rahimowi, odtwórcy roli głównego bohatera. I jeszcze jedno: to nie prosta historia z morałem o nawróceniu się przestępcy. Tu wszystko jest wielowymiarowe i bardziej skomplikowane. Kawał świetnego kina. Tyle zachęty, a druga część, jak zwykle, dla tych, którzy już na "Proroka" pobiegli.

Tę historię można czytać na dwa sposoby. Pierwszy to po prostu historia Malika, szesnastolatka, który w więzieniu musi odsiedzieć dziewięcioletni wyrok za napaść na policjanta. Niewiele o nim wiemy. Dlaczego napadł? Sam czy z kimś? A może nie popełnił przestępstwa, jak twierdzi? Stopniowo dowiadujemy się więcej, tyle, ile służba więzienna czy współwięźniowie. Bardzo ważna jest jedna z pierwszych scen: wywiad przeprowadzany przez kompetentnego, uprzejmego strażnika (wszak to Francja, nie trzeci świat), który przyjmuje go do więzienia. Padają pytania o wiarę i dietę, a kiedy Malik, dla którego te sprawy nie są najwyraźniej istotne, dziwi się, strażnik zapyta wprost: czy je wieprzowinę. Zewnętrzność determinuje ocenę: Malik wygląda jak Arab (Arabus, jak mówią pogardliwie współwięźniowie), ale Arabem wcale się nie czuje. Wychowany we Francji, w sierocińcach i zakładach wychowawczych, jest areligijny i taki zresztą pozostanie do końca. To człowiek wykorzeniony, obcy, nie przynależy do żadnej społeczności. Pogardzany przez liczną grupę więźniów korsykańskich, sam nie czuje żadnego związku z pozostającymi w mniejszości muzułmanami odsiadujacymi wyroki. Fascynujące jest obserwowanie losów Malika i gry wcielającego się w niego aktora. Początkowo bezradny, bo zaszczuty i szantażowany przez Lucianiego, który wydaje się potężniejszy niż władze więzienia. Rozpaczliwie próbuje się bronić przed zleconym mu morderstwem, ale nikt tej pomocy mu nie udzieli. Uderza głową w mur. Czy naprawdę się nie dało? Czy Malik był skazany na to, co zrobił? Czy nie miał wyjścia? Wydaje się, że tak, scenarzysta nie pozostawił wątpliwości i tym razem nie dostrzegam logicznego błędu w scenariuszu, jak to się czasem zdarza. To morderstwo jest jego więziennym chrztem i czymś, co wyznaczy dalszą drogę życiową. Być może jego historia potoczyłaby się zupelnie inaczej, gdyby ktoś potrafił i chciał mu pomóc. Tym bardziej to straszne, że zamordowany Reyeb, którego poznajemy wraz z Malikiem w paru scenach, zyskuje ludzkie ciepło. Jest oczytany, namawia go do wyznaczenia sobie jakiegoś celu w życiu, zachęca do podjęcia nauki w więziennej szkole i czytania książek. Sceny, kiedy Malik przygotowuje się do morderstwa, i samo jego dokonanie, są przejmujące. Czujemy, jak się miota, ile go to kosztuje. Brutalna i długa sekwencja mordu ma swoje uzasadnienie, pozwala widzowi lepej zrozumieć piekło, przez jakie przechodzi zaszczuty Malik. Francuskie więzienie tak dobrze zorganizowane, takie ludzkie, nastawione na resocjalizację osadzonych, przestrzegające praw człowieka, okazuje się pozorem, fasadą. Tu władzę mają potężni, bogaci więźniowie, mafijni bossowie i skorumpowani strażnicy. Z zapartym tchem śledziłam dalsze losy bohatera, jego mistrzowskie poruszanie się w więziennym świecie, umiejętne lawirowanie, pokorne zginanie karku przed Lucianim, kręcenie na boku własnych interesów, szczucie jednych przeciwko drugim, a wszystko po to, aby wybić się na niepodległość. Niestety przestępczą. Bo nie ma tu, o czym już wspominałam, przemiany, nawrócenia czy zrozumienia swoich win. Malik twardnieje, opancerza się, staje się wytrawnym graczem i w końcu zwycięża. Kiedy biega wkoło karcerowego spacerniaka, nie jest już tym samym zalęknionym, nieśmiałym chłopakiem, który trafił do więzienia, ale pewnym siebie zwycięzcą. I chociaż nie mogę zaakceptować jego wyborów, nie potrafię tej postaci ocenić jednoznacznie. Ta walka jest w pewnym sensie walką o przetrwanie, także o życie po wyroku. Pewnym kontrapunktem dla losów Malika jest historia jego przyjaciela, muzułmanina Rahida, który po wyjściu z więzienia próbuje normalnie żyć. Ale to życie wcale nie jest łatwe i w końcu daje się wciągnąć w ciemne interesy. A jednak gdy obserwowałam Malika w samolocie, kiedy cieszył się jak dziecko swoim pierwszym lotem, czy podczas tej samej przepustki odziany w białą koszulę brodził w morzu, odnajdywałam w nim coś niewinnego i sympatycznego. Podobnie w zwyczajnych scenach rodzinnych: tej nad morzem i tej u Rahida i Dżamili. No i jeszcze raz podkreślam: nie byłoby takiego Malika, gdyby nie wspaniała, zniuansowana, wyciszona, precyzyjna gra Tahara Rahima.

Myślę jednak, że tę historię można też czytać inaczej. To zderzenie dwóch światów: europejskiego i islamskiego, pokazane bardzo dyskretnie i subtelnie, ale ważne. Być może właśnie dlatego "Prorok" we Francji cieszył się sporą widownią. Obserwujemy jak Malik, który nie czuje się muzułmaninem, stopniowo przechodzi ze świata, nazwijmy go umownie, europejskiego do islamskiego. Kiedy w jednej z pierwszych scen filmu idzie więziennym korytarzem i przez szybę zagląda do pomieszczenia, gdzie modlą się muzułmanie, jest obojętny. Na końcu staje się kimś więcej niż tylko ich szefem, to tytułowy prorok. Takich symbolicznych przejść można odnaleźć znacznie więcej. Reyeb, którego morduje pod przymusem, jest muzulmaninem. Następnego morderstwa, niby zleconego, ale wykonanego już z pełną swiadomością celu, dokona na Europejczyku. Początek i koniec jego więziennej drogi. I inne sceny, te na spacerniaku. Luciani otoczony liczną świtą swoich (wśród nich Malik, niby swój, a jednak obcy), a gdzieś po drugiej stronie nieliczni muzułmanie. Nikt nie przekracza granicy, gardzą sobą. Z czasem muzułmanów jest coraz więcej, nawet Luciani zauważa to z sarkazmem. Potężny boss mafii nie może już ich ignorować, musi coś zrobić. I robi, ale karty powoli w tej rozgrywce zaczyna rozdawać Malik. Aż wreszcie to muzułmanie są górą, to ich jest więcej, a przy Lucianim zostało tylko dwóch europejskich popleczników. Sytuacja się odwróciła: to dumny, wszechpotężny Luciani podchodzi do Malika i jego grupy, musi się ukorzyć, ale zostanie brutalnie odepchnięty. Początek i koniec. Te sceny niczym rama spinają film. Minęło dziewięć lat i wszystko się zmieniło. Można zapytać, czy mogło być inaczej? Czy ktoś spróbował podjąć walkę o duszę Malika? Nie, pogardzany, odpychany, wykorzystywany, obdarzany nieufnością skierował się wreszczie do swoich, którzy przecież początkowo byli mu obcy. Co ciekawe, to nie wiara jest tu najważniejsza, raczej pieniądze i władza (dotyczy to obu stron). Wybór Malika to albo dalsze chodzenie na pasku Lucianiego i samotność, albo wybicie się na samodzielność wśród swoich i ciepło tej wspólnoty (o scenach "rodzinnych" wspominałam wyżej).

Równie interesująca jest historia Lucianiego (świetny Niels Arestup), można powiedzieć rewers losów Malika. To opowieść o upadku i upokorzeniu. Od więziennego bossa, na którego pasku chodzą nie tylko inni więźniowie, ale też klawisze i adwokaci po drugiej stronie muru, do człowieka pokonanego, upokorzonego i samotnego. Ciekawy jest psychologiczny portret bohatera naszkicowany cienkimi kreskami: spojrzeniem, mimiką, gestem. Luciani od pewnego momentu wydaje się być znudzony, zrezygnowany i zmęczony. Wprawdzie cały czas z sukcesem dyryguje zza krat swoim imperium, ale jakby w pewnym momencie zabraklo mu pary, a może wiary w sens tego, co robi. Być może dlatego, że jego wyrok jest długi, był tu już przed Malikiem i zostaje, kiedy on opuszcza więziennne mury.

I na koniec jeszcze parę słów o Rahidzie, przyjacielu Malika. To też postać niejednoznaczna, niepapierowa. Spotykają się w więziennej szkole. Początkowo to Rahid pomaga Malikowi, jest jego oparciem i mentorem. Wkrótce okaże się, że dotknęła go śmiertelna choroba: rak jąder. Kiedy zwierza się przyjacielowi, ten początkowo grubiańsko sobie z tego żartuje, ale Rahid szybko swoim spokojem i powagą przenosi rozmowę na inne piętro. Mówi o walce, leczeniu i nadziei, o dziecku, które może mieć. Na wolności chce ułożyć sobie normalne życie, czeka na niego dziewczyna, Dżamila. Jest ciężko, ale początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Widać w tym człowieku jakiś tragiczny rys pokazany niezwykle subtelnie. Podnoszenie się z upadku i uleganie pokusie, miłość do kobiety i dziecka, przyjaźń i udział w morderstwie, którego nie chce. Jest przestępcą, ale nie mordercą. I jednocześnie wiadomość o nawrocie choroby. Może gdyby nie to, nie uległby przyjacielowi? Tego nie wiemy. Kiedy Malik, świadomy zwycięstwa i własnej mocy, biega w kółko, Rahid pada w kuchni swojego mieszkania pokonany chorobą. Naprzemienny, szybki montaż tych scen podkreśla tragedię. To dla mnie najsympatyczniejsza postać filmu.

Kto obejrzy, zobaczy więcej. Jak zwykle trudno pisać o wszystkim. Świetny film. Ogląda się znakomicie i znakomicie po seansie myśli.

"Samotny mężczyzna", czyli melancholijny film dla smakoszy (kina).

Tyle interesujących premier, że nie nadążam. Z tygodniowym opóźnieniem obejrzałam "Samotnego mężczyznę" Toma Forda, a w kolejce czekają "Prorok" i "Nic osobistego". Trzeba korzystać, bo wkrótce wakacyjna posucha premierowa, czas nadrabiania zaległości i powtórnego oglądania filmów ulubionych. Ale do rzeczy. Debiut filmowy Toma Forda, kreatora mody, to opowieść o jednym dniu z życia mieszkającego w Los Angeles profesora literatury, Georga Falconera, który nie może poradzić sobie z bólem po nagłej śmierci Jima, ukochanego. Spędził z nim szesnaście lat swego życia. Jest to historia uniwersalna opowiadająca o stracie, samotności, wyobcowaniu ze świata. Piękne, melancholijne kino, skupione na szczególe, z niespieszną akcją, a raczej jej brakiem. Rozmowy i obserwacje, a wszystko chłodne. I chociaż łzy nie uroniłam (a wzruszam się łatwo), nie żałuję, że widziałam. Dalsze uwagi dla tych, którzy film już obejrzeli.

Urzekła mnie powolna narracja i wszechogarniający smutek. Niewiele się dzieje, wszak to zwykły dzień profesora Falconera. Trzeba wstać, ubrać się, zjeść śniadanie i pojechać na uczelnię, a tam poprowadzić zajęcia ze studentami. Problem polega na tym, że do tego wszystkiego trudno się zmusić. Od kilku miesięcy, jakie upłynęły od nagłej smierci Jima, George nie może odnaleźć sensu istnienia. Wszystko przypomina mu ukochanego: dzwoniący telefon, książka, podglądani ukradkiem sąsiedzi, wizyta w pobliskim barze. Obserwujemy bohatera, który nagle zastyga w zamyśleniu i wspomina, a my podążamy za tokiem jego wspomnień wywoływanych przez przedmioty czy zdarzenia. Colin Firth, grający profesora Falconera, nie rozpacza, jest spokojny, zamyślony, ociężały, zmęczony (to jak mantrę podkreślają osoby, z którymi się spotyka tego dnia). Nikomu się nie zwierza, rzuca niezobowiązujące uwagi czy komplementy, którymi przykrywa to, co czuje naprawdę. Jest sam ze swoim bólem. Niewielu wie, co go spotkało. Jego rozpacz wyczytujemy ze spojrzeń, min, gestów, tonu głosu. Poważny, dostojny, postarzony aktor nie przypomina tu siebie. Pewnym dysonansem są sceny, kiedy wypróbowuje pozycję, w jakiej strzeli sobie w głowę, do czego tak starannie przez cały dzień się szykował, porządkując swoje sprawy. I o ile te przygotowania wyglądają bardzo przekonywująco (wszystko, co robi, robi po raz ostatni, żegna się ze światem, co podkreśla zwolnione tempo tych scen), o tyle próby z pistoletem są raczej śmieszne i groteskowe. W tym momencie ginie prawda, której dotyka ten film: poczucie utraty sensu, brak powodu dla dalszego trwania.

Ale w tym filmie dostrzegam więcej. Nie tylko George zmaga się z samotnością i bezsensownością egzystencji. Podobnie jest z Charlottą (Julianne Moore), jedyną przyjaciółką, pierwszą miłością Falconera. Kiedy na moment zrzuca maskę beztroskiej, pustej kobiety, która dzień spędza właściwie na niczym, bo materialny dostatek do niczego jej nie zmusza, przekonujemy się, że i ona jest przeraźliwie samotna. Za nią nieudane małżeństwo, dorosły syn (albo córka, nie pamiętam), wyprowadził się z domu, a ona nie ma pracy czy czegokolwiek, co wypełniłoby jej puste życie. Tęskni za miłością i zazdrości Georgowi, bo chociaż cierpi, ma za sobą prawdziwą miłość i teraz jakieś sensowne zajęcie. Takich postaci, które za maską beztroski i zadowolenia chowają samotność i ból istnienia, jest tu więcej. Taki jest młody chłopak z Madrytu, który przyjechał do Los Angeles w poszukiwaniu filmowej kariery, taki jest też Kenny, student Georga, dzięki któremu porzuca myśl o samobójstwie. Ci ludzie skrywają swoje historie, które migną tylko w czasie przypadkowych spotkań. Może dlatego ludzkie twarze w tym filmie momentami przypominają twarze lalek: nieruchome, sztuczne, z przyklejonym uśmiechem.

Jeśli coś mam za złe "Samotnemu mężczyźnie", to chyba to, że nie wychodzi poza smutek i melancholię. Nie wstrząsnął mną tak, jak inne obrazy mierzące się z podobnym tematem np. "Tajemnica Brokeback Mountain" czy "Cienista dolina". Cierpienie tamtych bohaterów zapadło we mnie głęboko, mimo że podobnie jak tu nie było spektakularnych spazmów i szlochów. Mimo tego film wart jest obejrzenia.

Dużo więcej niż melodramat, czyli "Jaśniejsza od gwiazd" Jane Campion.

Polską premierę najnowszego filmu Jane Campion poprzedzały głosy krytyków, że to jej filmowe odrodzenie. Takie wieści zawsze powodują zapalenie się ostrzegawczego światełka nieufności w mojej głowie. Mimo tego wybrałam się do kina z ochotą i tak, jak lubię, nie czytając wcześniej nic na temat. Wiedziałam tylko tyle, że jest to opowieść o miłości młodej dziewczyny i angielskiego poety epoki romantyzmu Johna Keatsa. Po seansie sprawdziłam, że historia jest autentyczna i większość postaci, nawet te epizodyczne, to ludzie z krwi i kości, a nie wymyśleni przez scenarzystkę (Campion). Tym razem zgadzam się z głosami, które przywołałam w pierwszym zdaniu: film zachwycił mnie i poruszył. Jest nie tylko piękny (zapierające dech zdjęcia Greiga Fresera), wzruszający, ale i przede wszystkim zmuszający do różnorakich refleksji. I jeszcze jedna uwaga. Kto obawia się czegoś w rodzaju licznych ekranizacji filmów Jane Austen (ja nie mam nic przeciwko nim), może odetchnąć spokojnie: to film z innej półki, coś znacznie więcej niż filmowa konfekcja. Trzeba obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać resztę.

Dla mnie to przede wszystkim kolejna odsłona opowieści o  miłości niemożliwej, z góry skazanej na porażkę. Bo jaka przyszłość rysuje się przed Fanny Brawne i Johnem Keatsem? On, młody, niedoceniany poeta, bez pieniędzy, pozostający na finansowej łasce przyjaciela Charlesa Armitaga Browna (postać autentyczna, przyjaciel wielu artystów, szczególnie Keatsa). Ona, młoda dziewczyna pochodząca z konwencjonalnej, ziemiańskiej rodziny utrzymującej się dzięki, chyba niewielkim, pieniądzom zostawionym przez zmarłego ojca. I jej matka i Brown starają się wyperswadować im to uczucie. Matka, chociaż w filmie pokazana jako osoba życzliwa i tolerancyjna wobec "wybryków" córki, z troską tłumaczy jej, że nie ma majątku, więc musi szukać innego męża. Brown z kolei obawia sie o twórczą wolność artysty. Wie, że gdyby jego przyjaciel związał się z Fanny, musiałby zacząć zarabiać. Sam Keats również zdaje sobie z tego sprawę. Uczucie jest jednak silniejsze. Podsycane przez zazdrość o Browna (pięknie sfilmowana scena, kiedy gnani emocjami idą do lasu, a kamera przygląda się im z góry) wybucha z jeszcze większą siłą i nie można już go zatrzymać. Fanny wie, że tkwiąc w tym związku bez przyszłości, traci jednocześnie szansę na znalezienie poważnego (czytaj: zdolnego utrzymać rodzinę) kandydata na męża. Bo nie chodzi na tańce, bo nie udziela się towarzysko, bo staje się obiektem plotek. Ale uczucie jest silniejsze. Spala się w nim niczym ćma w płomieniu świecy. Ich krótka, ale burzliwa znajomość to wieczne pasmo rozstań i ból tęsknoty. John i Charles muszą wyjeżdżać, aby wynajmowaniem domu ratować swoje finanse (a właściwie finanse Charlsa), stale mają długi. Może niektórym wydadzą się przesadzone, nadekspresyjne sceny, kiedy Fanny (Abbie Cornish) umiera z tęsknoty za ukochanym, oczekując na jego listy. Mnie wydały się autentyczne, podobnie jak obrazy rozpaczy, kiedy dowiaduje się o jego chorobie, a potem śmierci. No właśnie, gruźlica, kolejna przeszkoda, ostatnia i ostateczna. Kochankowie zdają sobie z tego sprawę, chociaż  udają, że jest inaczej. Snują naiwne plany o wspólnej przyszłości spędzanej w małym domku na wsi, kiedy John wróci zdrowy z podróży do Włoch, która jest jedynym ratunkiem dla jego wycieńczonego chorobą organizmu. Przejmujące są sceny pożegnania: i ta w domu pełna czułych wyznań i pocałunków w wieczór poprzedzajacy wyjazd, i ta krótka, niemal oschła następnego dnia przy dyliżansie. Oboje mają przeczucie, że już nigdy się nie zobaczą. Śmiertelna choroba, która kończy ich miłość, jednocześnie ją unieśmiertelnia. Co byłoby, gdyby John wrócił z Włoch zdrowy? Albo zwyciężyłby rozsądek i rozstaliby się: on w imię twórczej wolności, ona, bo tego oczekiwałby od niej konwencjonalny świat. A gdyby, na przekór wszystkiemu, zdecydowali się być razem, jak to sobie obiecywali? No cóż, pewnie ich wielka miłość ległaby w gruzach pod naporem codzienności: ubóstwa, finansowych kłopotów, rozczarowań, kompromisów. Czy można by było ocalić jednocześnie uczucie i poetycką wolność? Doświadczenie, a właściwie liczne przykłady, podpowiada, że nie.

To główny problem poruszany w filmie Jane Campion. Ale mamy tu oczywiście dużo więcej. Przyjemność sprawia śledzenie rozwoju Fanny: od konwencjonalnej, trochę naiwnej, trochę zadziornej młodej dziewczyny do  wiedzącej, czego chce, mierzącej się z życiem, świadomej siebie jednostki. Ciekawa jest postać Browna, przyjaciela i dobroczyńcy Keatsa. Zazdrosny o poetę, stojący na straży jego wolności zdaje sobie sprawę, jakim zagrożeniem jest rodzące się uczucie. Wobec Fanny złośliwy, cyniczny stale udowadnia przyjacielowi, że jest ona tylko naiwną, czułostkową panną, jakich pełno przy każdym kominku, a on daje się uwieść jej pozornemu zainteresowaniu poezją. Ale może pod tą maską złośliwości i cynizmu kryje się zainteresowanie młodą dziewczyną, może uczucie? W momencie próby to on zawodzi: nie wyjedzie z chorym przyjacielem do Włoch, bo będzie zmuszony zająć się nieślubnym dzieckiem, jakie przydarzyło mu się ze służącą Abigail. Nawet się z nim nie pożegna. Człowiek, który tyle mówił o wolności, o twórczej pracy, sam uwikłał się w codzienność. Z drugiej jednak strony to dziecko jest symbolem witalności, życia, które trwa. Ktoś umiera, ktoś sie rodzi. Coś leglo w gruzach, coś powstaje. Nie ma dobrego rozwiązania. Charles ma poczucie winy, jednocześnie cieszy się swoim synem.

Pięknie i subtelnie pokazana jest rodzina Fanny: matka, młodzsy brat Samuel i najmłodsza, rudowłosa, pucułowata siostrzyczka. Na ich twarzach śledzimy troskę i niepokój o Fanny, ale także  ciekawość i może niedowierzanie dla tego, co się dzieje. Niewiele tu słów, wszystko widoczne jest na twarzach i w gestach. Ciekawa jest historia Keatsa: poetyckie niepowodzenia, troska o śmiertelnie chorego brata, finansowa nędza i uzależnienie od pomocy przyjaciela, a wreszcie determinacja przyjaciół, aby wywożąc poetę do Wloch, ratować jego życie.

No i osobne zachwyty należą się zdjęciom. Chodzi nie tylko o starannne odtworzenie epoki, to już nieraz widzieliśmy, ale o malarską urodę niektórych kadrów. Widoki suszącej się na sznurach pościeli na tle miasteczka (to ujęcie porównywalne z tym na cmentarzu  w "Volver" Almodovara: kiedy wieje wiatr, a cmentarz jest pełen kobiet sprzątajacych groby); lasu, a właściwie szarych, powyginanych, bezlistnych konarów, wśród których spaceruje trójka zazdrosnych o siebie przyjaciół czy scena bezpośrednio poprzedzająca to zdarzenie  (już tu o niej wspominałam), utkwiły w mojej pamięci.

Mądry, piękny film. Może ktoś inny wykorzystałby  ten temat, aby zrobić  czułostkowo-melodramatyczny, kobiecy wyciskacz łez (jak mawia mój znajomy: film sponsorowany przez fabrykę jednorazowych chusteczek), ale na szczęście nie Jane Campion.

W bałkańskim tyglu, czyli "Krystaliczna sieć" Mirko Kovaca.

Właśnie skończyłam czytać powieść serbskiego? chorwackiego? pisarza Mirko Kovaca wydaną przez wydawnictwo Pogranicze (2006). Jak widać, już samo ustalenie narodowości pisarza jest trudne. Urodził się w Czarnogórze w roku 1938, mieszkał w Belgradzie, potem przeniósł się do Rovinja (Chorwacja). W notce biograficznej na okładce książki nie ma informacji o jego narodowości. Ale powieść przetłumaczono z chorwackiego, a Wikipedia określa go jako Chorwata, więc może rzeczywiście nim się czuje? A być może narodowość nie ma dla niego istotnego znaczenia? Tak właśnie stawia tę sprawę w powieści. Jej bohatera irytują wszelkie buńczuczne wypowiedzi o wielkości Serbów rzucane przez przyjaciół. Kiedyś, trochę nieoczekiwanie dla siebie, stwierdza, że nie ma korzeni, że nie zna historii swojej rodziny (w rzeczywistości oczywiście zna). Dlaczego tyle miejsca poświęciłam kwestii narodowości pisarza? Otóż jej złożoność wydała mi się symbolicznym odbiciem skomplikowanej historii narodów dawnej Jugosławii. A sama powieść? To melancholijna historia niespełnionego pisarza utrzymującego się z handlu antykami. Jej akcja toczy się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku głównie w Belgradzie. Retrospekcje sięgają lat przedwojennych w Bośni i Hercegowinie, a epilog to lata osiemdziesiąte. Bardzo ciekawa książka o niespełnieniu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, także o tym, jak dobro miesza się w człowieku ze złem. A wszystko to zanurzone w bałkańskim tyglu.

A teraz jak zawsze garść subiektywnych refleksji o tym, co w powieści przykuło moją uwagę. To dziwny i mroczny świat.

Taki jest Belgrad lat sześćdziesiątych, po którym włóczy się bohater - narrator (znowu bezimienny, jak w kilku innych powieściach, o których tu pisałam). Wędruje po dzikich wzgórzach,  które otaczają miasto, plącze się po ruinach twierdzy, spotkamy go na mokradłach gdzieś nad brzegami Dunaju. W czasie swoich spacerów natknie się na opuszczoną cerkiewkę, której już nigdy potem nie odnajdzie. Często spaceruje nocnymi, opustoszałymi ulicami.

Dziwni są też ludzie i ich poplątane losy. Niektórzy pojawiają się nagle w jego życiu i znikają niczym meteory, z innymi łączy go przyjaźń, miłość lub prawie braterska więź. Dużo wśród nich artystów, przede wszystkim malarzy, mistycznych ekscentryków. Jednym z nich jest Gabriel, który spotkał diabła, twórca teorii krystalicznej sieci (stąd tytuł powieści). Ktoś inny pewnego wieczoru znalazł w swoim łóżku śmierć, ale udało mu się przekonać ją, aby sobie poszła. Jest Ana, też malarka, niespełniona miłość bohatera. No i Silva, młoda, zła, dzika dziewczyna wywodząca się z bogatej, przedwojennej, mieszczańskiej rodziny. W jej żyłach płynie krew serbska, żydowska i francuska. Łączy ich skomplikowana relacja. Miłość, fascynacja erotyczna, zazdrość, kumplostwo (celowo używam tego słowa, bo ono najlepiej oddaje jedną ze stron ich relacji). No i jest Kosma, który nagle pojawia się na kartach powieści, by obecnym być aż do końca. Ten bohater najlepiej oddaje ducha tej książki, skomplikowanie i niejednoznaczność opisywanego świata. Kosma jest starszy od narratora, wywodzi się z Hercegowiny, z rodu, który przed wojną trudnił się przemytem tytoniu, o czym dowiadujemy się z zabawnych i pięknych opowieści. Kiedy wkracza w życie narratora i jego rodziny, jeszcze w czasach, gdy ten był małym chłopcem mieszkającym gdzieś w Hercegowinie, jest już tajemniczym przedstawicielem nowej władzy, jej najgorszego wydania, czyli służby bezpieczeństwa. Paradoks polega na tym, że ten człowiek, za którym na pewno ciągnęła się mroczna działalność, wielokrotnie ratuje z politycznych tarapatów ojca narratora, niczego w zamian nie oczekując. Tak jest też potem, w Belgradzie. Z jednej strony bezwzględny udbek (odpowiednik naszego ubeka), gdzieś na bagnach przesłuchujący zatrzymanych, niecofający się przed żadnymi metodami śledczymi, z drugiej hojny i oddany przyjaciel. Jest okrutny, ale jednocześnie targają nim wyrzuty sumienia, które zatruwają mu życie i prowadzą w religijno-mistyczne rejony. Doprowadza do śmierci ojca Silvy, Bogu ducha winnego architekta, a potem opiekuje się osieroconą dziewczyną. Ciekawy jest też stosunek narratora do Kosmy. Gdy był dzieckiem, nie bardzo zdawał sobie sprawę z charakteru jego zajęcia, po dziecinnemu fascynował go jego pistolet, z którego, jak mu się wydaje, raz nawet strzelił. Kiedy po latach spotykają się w Belgradzie, doskonale już zna jego ciemną stronę, brzydzi się nią, a jednak korzysta z  gościnności. Łączy ich coś wiecej niż przyjaźń, to więź wręcz braterska. Podobnie jest z Silvą. Mimo że straciła przez Kosmę ojca, przyjmuje jego pomoc  i opiekę, bawi się jego fascynacją. Skomplikowane międzyludzkie relacje, jakie często wyciąga na wierzch literatura, a do jakich w życiu wolimy się nie przyznawać. Zło i dobro jako nieodłączne komponenty ludzkiego charakteru pojawiają się tu bardzo często. Nagle ktoś wyciąga nóż, ktoś inny zdradza. Narrator potrafi potraktować kogoś z wielkopańską wyższością, poniżyć, obrazić i natychmiast tego żałuje, zdając sobie sprawę ze swej podłości.

Przez karty tej powieści przewija się jeszcze wielu ciekawych, intrygujących bohaterów. Jesteśmy świadkami ich rozmów z narratorem albo śledzimy ich niezwykłą historię. Czasem jest to tylko jakiś epizod z życia, a czasem cała opowieść czy rodzinna historia. Taka jest właśnie konstrukcja tej książki. Linearna narracja co jakiś czas przerywana jest jedno- lub kilkurozdziałowymi dygresjami, gawędami. Na tym też polega jej urok. Dzięki takim fragmentom opuszczamy mroczny Belgrad, aby wędrować przez góry Hercegowiny, znaleźć się nagle w przedwojennym Dubrowniku, zatrzymać się w małych wioskach Czarnogóry czy Wojewodiny.

Ważny jest w tej książce przedmiot. Wszak narrator, pisząc swoją powieść, utrzymuje się z handlu antykami, po które wyrusza do wiosek czy miasteczek Wojewodiny czy Hercegowiny, a potem sprzedaje je nowym panom, którzy wyszli już z fazy proletariackiego, ideologicznego ubóstwa i próbują się zakorzenić, dodać sobie splendoru, kupując stare, piękne przedmioty. Często poznajemy  historię starych kielichów, komód czy zastawy, ich urodę. Narrator pisze o nich z prawdziwą miłością i czułością. Czasem jednak emanuje z nich jakaś tajemnicza groza, jak z pewnej amerykańskiej skrzyni, której nikt nie chce kupić.

Jest to jednocześnie książka smutna i melancholijna. Upadają stare, mieszczańskie rody, przychodzi nowy porządek. Czas nieubłaganie płynie, młodość mija, ludzie odchodzą, wyjeżdżają, układają sobie życie gdzieś daleko, inni umierają. Miłość się kończy, przyjaźń też, powieść wciąż powstaje. Co pozostaje? Niespełnienie? Rozczarowanie? Samotność? Wspomnienia? Tęsknota za młodością? A może ucieczka?

Kolejna bardzo dobra powieść, jaką udało mi się ostatnio przeczytać. Oczywiście, kto do niej zajrzy, znajdzie w niej dużo więcej.

Szwedzki "Burrowing", film nie dla każdego.

Wybrałam się na szwedzki "Burrowing" pokazywany latem na festiwalu Era Nowe Horyzonty. Muszę przyznać, że czuję się trochę rozczarowana, chyba nie tego się spodziewałam. Z materiałów na temat filmu można się dowiedzieć, że jest to obraz szwedzkiego osiedla domków jednorodzinnych, a właściwie jego mieszkańców, widziany oczyma kilkunastoletniego chłopca. Spodziewałam się filmu społecznego, tymczasem jest to obraz kontemplacyjny, zmierzający bardziej w stronę refleksji filozoficznej niż społecznej, chociaż i taka jest tu niewątpliwie. Obejrzałam bez przykrości, z zainteresowaniem, ale cały czas patrzyłam chłodnym okiem. Ten film to dla mnie bardziej matematyczne równanie do rozwiązania niż przeżycie i wzruszenie, a ja w sztuce wolę to drugie. Zakładam jednak, że wielu oglądających może mieć inne wrażenia. W każdym razie na pewno nie jest to film dla miłośników akcji. Zamiast niej oglądamy właściwie osobne obrazy, których bohaterami są dziwni mieszkańcy idealnego, pewnie dość przeciętnego, szwedzkiego osiedla domków jednorodzinnych. Niewiele tu słów, za to często towarzyszy nam muzyka stylizowana na chorały. Warto o tym wszystkim wiedzieć, wybierając się na "Burrowing". A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Osiedle jest idealne, po szwedzku porządne, każdy dom podobny, otoczony zadbanym ogródkiem. Pusto. Z rzadka przejedzie samochód, czasem ktoś pojawi się na swoim kawałku trawnika. Obserwujemy paru najbliższych sąsiadów kilkunastoletniego chłopca i jego matki. To on jest przewodnikiem po tym świecie. Snuje dość dorosłe refleksje o nich i o życiu. Oprócz tego pojawiają się cytaty z dziewiętnastowiecznego amerykańskiego poety, eseisty i myśliciela Henrego Davida Thoreau, zwolennika odejścia od cywilizacji i powrotu do natury. Kto je wypowiada? Chłopiec? Bezosobowy narrator? Jeszcze ktoś inny? Nie wiadomo. Nie poznamy historii tych kilku bohaterów filmu, wiemy o nich tylko tyle, ile zdradzi nam chłopiec i ile sami zobaczymy.

Ludzie są dziwni. Małomówni, zamknięci w sobie, żyją w swoich światach. Właściwie niewiele o sobie wiedzą, można powiedzieć, że nie zauważają siebie. Są  przeźroczyści, co najlepiej widać w scenie bójki(?) ojca z synem. Na tym samym trawniku przed domem siedzi kilkunastu młodych balangujących ludzi, którzy wydają się nie widzieć kotłujacych się mężczyzn. Tak jakby oddzielała ich jakaś niewidzialna przegroda. Sama scena też jest dziwna. Trudno się zorientować, czy ta młodzież to goście obu mężczyzn? Takich niedopowiedzeń, niejednoznaczności jest w tym filmie więcej. Być może reżyserzy (Henrik Hellstrom i Fredrik Wenzel) mówią widzowi: "Nie to jest ważne, chodzi o coś zupełnie innego, głębszego." Mnie jednak drażni w kinie takie manifestacyjne lekceważenie rzeczywistości, jeżeli jednocześnie stwarza się jej pozory. Inną dziwną postacią jest młody ojciec kilkunastomiesięcznego dziecka mieszkajacy ze swoimi rodzicami. Nie pracuje, opiekuje się chłopcem, nie ma kluczy do domu swoich rodziców, wydaje się trochę opóźniony w rozwoju. ale może to  mylne wrażenie? Z jednej strony czuły ojciec, dbający o dziecko (stale nosi je na rękach), chociaż czasem w dziwny sposób (zmienia pieluchę na asfalcie sklepowego parkingu, co wywołuje reakcję opiekunki społecznej; to w filmie jedyny moment, kiedy bohaterowie wchodzą ze sobą w jakiś bliższy, choć niemiły, kontakt, nawiązują relację), z drugiej drzemią w nim pokłady okrucieństwa. Nagle, z zaskoczenia i chyba pod wpływem impulsu, uderza swojego sąsiada w głowę wiosłem. Co dzieje sie z jego ofiarą? Przeżyje? Trafi do szpitala? Uderzenie jest niegroźne? Tego też się nie dowiemy. Dziwny jest też chłopiec - narrator. Unika rówieśników, jego kontakty z matką są raczej chłodne, stale gdzieś biega, znika, obserwuje sąsiadów. Zachowuje się nieracjonalnie. Wyrzuca do kanału zegarek matki, rodzinną pamiątkę. Dlaczego? Ze złośliwości? Przez przypadek?

Wszyscy ci wyobcowani ludzie uciekają od świata swoich wymuskanych domków, zimnych sąsiadów i rodzin do lasu otaczającego ich idealne osiedle. Błądzą po wertepach, zanurzają się w nurt ciemnej rzeki, wędrują przez gąszcz krzewów i drzew, brodzą w bagnie, jakby chcieli tu właśnie szukać schronienia (czasem dosłownie: starszy mężczyzna zwinięty w kłębek kładzie się w jakiejś jamie niczym płód w brzuchu matki), ukojenia czy spokoju. Ale pokazana w filmie natura wcale nie jest przyjemna. Las jest ciemny, tajemniczy, dziki, omszały, pełen wystających korzeni, groźny. Niewątpliwie symbolem tego jest  bagno, w które co chwilę ktoś się zapada. Mimo wszystko to tu szukają schronienia. Natura, nawet taka, jest lepsza od świata, który, pozornie idealny, jest pełen ludzkiej wrogości i chłodu. Świata, w którym każdy żyje sam.

Pewnie można by jeszcze długo snuć podobne rozważania i interpretacje. To wszystko oczywiście w tym filmie jest i pewnie wielu się zachwyci. Ja jednak pozostałam chłodna i nieporuszona.

I na koniec jeszcze jedno. Zaintrygowana tytułem sprawdziłam jego znaczenie (to oczywiście żadna sztuka). Burrow to: albo jama albo ryć w ziemi. Burrowing będzie więc ryciem w ziemi, aby znaleźć schronienie. Cóż, wszystko się zgadza.

Przereklamowana "Gorączka w Hawanie" Leonarda Padury.

Zanim wyjaśnię, dlaczego jednak rozczarowała mnie powieść kubańskiego pisarza,


kilkanaście zdań wstępu. Jestem miłośniczką dobrego kryminału. Jak każdy fan tego gatunku mam swoich ulubionych autorów. Moją przygodę z literaturą kryminalną zaczęłam od Agaty Christie, pewnie to nic oryginalnego. Potem czytałam angielską pisarkę P.D.James. Opasłe tomiska, skomplikowana zagadka i takież śledztwo, wielu bohaterów, rozbudowane tło obyczajowe i komendant Scotland Yardu Adam Dalgiesh w roli głównej to zalety jej książek. Po pobycie w Wenecji sięgnęłam po Donnę Leon i nadal kupuję jej kryminały, ale muszę z przykrością stwierdzić, że nowsze nie są już tak dobre jak na przykład "Śmierć w La Fenice"  czy "Strój na śmierć". Zawsze czytam je z planem Wenecji w ręce, przypominając sobie miejsca, w których toczy się akcja. Potem oszalałam dla mojego ukochanego komisarza Kurta Wallandera. Powieści Mankella to nie tylko skomplikowana zagadka, wymyślna zbrodnia, ale też ponury, przytłaczający świat Wallandera, jego żmudne zmagania z codziennością, powolne dochodzenie do prawdy. Poszukiwanie mordercy to znój, nic nie dzieje się ot tak sobie, śledztwo trwa często długo. Nie mogę przeboleć, że seria prawdopodobnie już się skończyła. Przeczytałam też trzy kryminały wrocławskie Marka Krajewskiego, ale w końcu znurzyla mnie wyszukana perwersyjność jego zbrodniarzy i po kolejne nie sięgnęłam. Gdzieś tak rok temu odkryłam świetne książki Szkotki Denise Miny. Jak dotąd ukazały sie dwie: "Pole krwi" i "Martwa godzina". Ich akcja rozgrywa sie w Glasgow na początku lat osiemdziesiątych zeszłego wieku, a bohaterką jest młoda dziewczyna, Paddy Meehan, która rozpoczyna pracę w dzienniku "Scottissh Daily News", początkowo jako goniec, potem awansuje na stażystkę w dziale miejskim. Książki są fascynujące nie tylko ze względu na zagadkę kryminalną (nawiasem mówiąc, za każdym razem jej rozwiązanie dokonuje się trochę na siłę, to jedyny minus), ale na super ciekawe tło obyczajowe (na przykład konflikt katolicko-protestancki, zderzenie ubogiego świata Paddy ze światem dziennikarskim) i świetnie nakreśloną postać głównej bohaterki, młodej dziewczyny, która za wszelką cenę usiłuje wyrwać się ze swojego środowiska: robotniczej, konserwatywnej, katolckej rodziny żyjącej na obrzeżach Glasgow. Mam nadzieję, że wydawnictwo WAB wyda kolejne tomy cyklu (ma być ich pięć). Od czasu do czasu zwabiona recenzją sięgam po kryminał z jakiegoś nowego cyklu, ale często kończy się tylko na jednym. Tak było z Andreą Camirellim, mimo że uwielbiam Sycylię, gdzie toczy się akcja jego powieści. Za to bardzo polubiłam wersję serialową jego książek (odwrotnie jest z ekranizacją powieści Mankella: denerwują mnie swoją powierzchownością). Nie przekonałam się też do  Karin Fossum czy Iana Rankina. Cóż, wszystko wskazuje na to, że podobny los spotka kryminały Leonarda Padury i ich bohatera porucznika Mario Conde.

Jego pierwsza powieść "Gorączka w Hawanie" ukazała się w Znaku w roku ubiegłym. Teraz wyszła trzecia z cyklu. Towarzyszą im świetne recenzje. Mnie, oprócz nich, skusiła Kuba i Hawana. Pomyślałam, że to ciekawe  zanurzyć się w zupełnie obcym, egzotycznym, owianym legendą świecie. Nie należy zapominać, że to jednocześnie kraj komunistycznej dyktatury, więźniów politycznych, biedy. Początkowo byłam zadowolona. Od razu zorientowałam się, że książka Padury to nie tylko kryminalna zagadka, ale też powieść obyczajowa i psychologiczna, a, jak wynika ze wstępu, dla mnie to niezbędna część kryminału. Stopniowo poznajemy historię trzydziestoczteroletniego, zgorzkniałego i rozczarowanego życiem porucznika Mario Conde. Jego mlodość, przyjaźnie, historie miłosne, dwa nieudane małżeństwa. Wiemy, że doskwiera mu samotność, ma jednego przyjaciela, Chudego, uwielbia dobrą kuchnię, rum (bywa, że go nadużywa), jest niespełnionym pisarzem, a jego literacki idol to Hemingway. Poznajemy też  innych policjantów, zawsze scharakteryzowanych zwięźle, ale tak, że dzięki kilkunastu zdaniom stają się ludźmi z krwi i kości. Podobnie jest ze szkolnymi kolegami, których wspomina Mario. Akcja toczy się na dwóch planach: współczesnym (rok 1988) i wspomnieniowym (głównie lata licealne i studenckie). Poznajemy też realia obyczajowe Hawany lat osiemdziesiątych. Rozwarstwienie społeczne, świat zwykłych mieszkańców i uprzywilejowanej władzy. Mówi się o ucieczkach do Stanów, o handlu walutą, ale oczywiście nie o więźniach politycznych. Porucznik Conde jest człowiekiem porządnym, ściga  przestępców, ale ja odebrałam go raczej jako obywatela prawomyślnego niż zbuntowanego. Cóż, skoro powieść ukazała się na Kubie, nie można niczego innego oczekiwać. A wszystko to zanurzone w różnorodnej narracji: a to trzecioosobowej, a to narratorem bywa sam Mario, czasem jeszcze ktoś inny.

Skąd w takim razie moje rozczarowanie? Otóż  mnie książka wydała się zdecydowanie za krótka, a ponieważ naprawdę sporo miejsca zajmuje historia Mario, na zagadkę kryminalną nie zostaje zbyt wiele miejsca. Nie jest to kryminał, od którego nie można się oderwać. Nie zagryzamy nerwowo palców, nie umieramy ze strachu, nie jesteśmy wodzeni za nos. Rozwiązanie zagadki jest dość banalne, a dojście do celu w gruncie rzeczy proste, nie wymaga od porucznika wielu starań. Historia miłosna mnie wydała się dość letnia, a nieudane życie porucznika jest niczym wobec bólu istnienia, jakiego doświadcza mój ukochany komisarz Wallander z depresyjnego Ystad. Czego mi jeszcze zabrakło? Opisów Hawany. Lubię widzieć miejsca wykreowane przez pisarza, a Padura nie opisał porządnie nawet mieszkania porucznika, że o mieście nie wspomnę! Świat jest tu raczej nazywany niż opisywany. Ale być może dla niektórych to zaleta. Tak więc zachwyty nad tą serią wydają mi się zdecydowanie przesadzone. Owszem, można przeczytać, ale ja nie odczułam przymusu następnego spotkania z porucznikiem Mario Conde. Za jakiś czas, kiedy znowu zatęsknię za powieścią kryminalną, spróbuję czegoś innego.

Woody Allen powraca do Nowego Jorku, na szczęście.

Wreszcie obejrzałam najnowszy film mojego ukochanego Woody Allena. (Celowo nie podaję tytułu, bo polskie tłumaczenie jest wyjątkowo idiotyczne. Szłam z lekkimi obawami, bo według mnie ostatni prawdziwy Allen to "Życie i cała reszta". Kolejne, te kręcone w Europie, to już nie to samo! Owszem, on nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jednak czegoś mi brakowało. Nawet "Vicki, Christina, Barcelona" pozostawiła po sobie niedosyt. Kto widział "Tajemnicę morderstwa na Manhatanie", nie mógł zachwycić się filmem "Scoop - Gorący temat", kto uwielbia, jak ja, "Zbrodnie i wykroczenia", temu marną kopią mogło wydać się "Wszystko gra". Na szczęście powrót do Nowego Jorku wpłynął korzystnie na jego twórczą formę i ten film to stary, dobry Allen, może nie z tych najwybitniejszych, ale bez wątpienia miłośnicy jego twórczości odnajdą tu wszystko, za co go kochają (a niech tam, trochę egzaltacji nie zaszkodzi). Szkoda tylko, że sam mistrz nie gra już w swoich filmach. Patrząc na Borisa (Larry David), cały czas przed oczyma miałam Woodego Allena.

Główny bohater najnowszego filmu Allena to postać dobrze nam znana z jego poprzednich obrazów. Hipochondryk, ogarnięty fobiami, zgryźliwy cynik, pesymista, wciąż rozmyślajacy o okropnościach świata, mistrz ciętej riposty i dowcipu. Najbardziej przypomina Davida Dobela z "Życia i całej reszty". Z tamtą postacią łączy go wiek i to, że staje się mentorem, tym razem, młodej dziewczyny Melody. Można powiedzieć, że stara się ją edukować niczym profesor Higgins Elizę Doolittle. Rezultat średni, bo Melody nie jest najmądrzejsza. Jak papuga powtarza po swoim mistrzu i ukochanym jego opinie i poglądy, starając się zaimponować nowym znajomym, potem matce i ojcu. Niestety, wypada to marnie, bo nie jest w stanie zapamiętać wiernie jego mądrości. Tu pojawia się nowy wątek, dotąd niespotykany w filmach Allena (przynajmniej ja sobie nie przypominam): zderzenie mentalności Północy (ścislej Nowego Jorku) z mentalnością Południa. Melody i jej rodzice to dla Borisa, profesora fizyki, który, jak twierdzi, otarł się o Nobla, reprezentanci zacofanego ciemnogrodu, buraki. Nowy Jork szybko jednak wydobywa z Marietty i Johna ich prawdziwe ja. Paradoks polega na tym, że w tym filmie starzy się buntują, przeobrażają, wywracają swój świat do góry nogami, a młodzi po początkowym zanegowaniu swojej przeszłości szybko wracają w utarte koleiny. Tylko Melody i Randy tworzą konwencjonalną parę.

Poza tym znajdziemy w tym filmie motywy znane nam z innych obrazów Allena. O konstrukcji głównego bohatera już wspominałam. Jest jeszcze relacja starszy mężczyzna - młoda dziewczyna (np. "Manhattan" czy "Mężowie i żony"). Pojawia się zwariowana matka, zupełnie jak w "Życiu i całej reszcie". Mamy wspomnienia poprzedniego, oczywiście nieudanego, związku - wątek obecny w wielu jego filmach. Jest też opowieść o porzuceniu, chociaż tu rozegrana zupełnie inaczej (ileż to razy allenowskiego bohatera porzucały kobiety!). Film jest nieodparcie śmieszny dzięki dialogom, ironii i przedziwnym zbiegom okoliczności. Jak na komedię przystało, wszystko znajduje swój szczęśliwy, chociaż przewrotny, finał. No i na dodatek rozważania o roli przypadku w życiu, miłości i podejściu do tego, co nas spotyka. Dawny, dobry Woody Allen.

Popularne posty