Magdalena Grochowska "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu"

Ostatnio pisałam o powieści Manueli Gretkowskiej "Poetka i książę", której bohaterami byli Agnieszka Osiecka i Jerzy Giedroyc, założyciel i redaktor paryskiej Kultury. Nie ma sensu w tym miejscu pisać o tej pozycji więcej, kto ciekaw, a nie słyszał, może przeczytać mój poprzedni wpis, który jej właśnie dotyczy. Lektura książki Gretkowskiej miała taki dobry skutek, że wstyd mi się zrobiło, iż właściwie niewiele wiem o Giedroyciu i jego środowisku. Na szczęście gdzieś w zakamarkach pamięci kołatała się myśl, że chyba kilka lat temu ukazała się biografia Redaktora. Poszukałam i okazało się, że miałam rację. A że szczęście, tak jak pech, lubi chodzić parami, kupiłam ebook po bardzo korzystnej cenie i natychmiast po odłożeniu "Poetki i księcia" zabrałam się za książkę Magdaleny Grochowskiej "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" (Wielka Litera 2014).

Od razu złożę dwa oświadczenia. Pierwsze - mimo niesprzyjających warunków (sporo pracy, dwa towarzysko zarwane weekendy), czytałam kiedy i gdzie się dało, bo tak ciekawa to lektura. Drugie - nie jest to oczywiście rzecz dla każdego. Książka Grochowskiej to coś więcej niż tylko biografia jednego człowieka. To również portret całego środowiska związanego z paryską Kulturą, kawał polskiej i nieco europejskiej historii, ale przede wszystkim prezentacja poglądów i sporów politycznych oraz światopoglądowych, jakie Jerzy Giedroyc i jego współpracownicy toczyli z emigracją londyńską, z różnymi środowiskami w kraju, a wreszcie pomiędzy sobą. Kilka przykładów - stosunek do pisarzy i ludzi kultury w kraju na przykład do Iwaszkiewicza, do polskiego kościoła, do kolejnych polskich przełomów, rola emigracji. Rozumiem doskonale, że kogoś może to zwyczajnie nie interesować albo znużyć. 

Kim są bohaterowie tej książki? To oprócz postaci najważniejszej, Jerzego Giedroycia, pozostali mieszkańcy Maison-Lafitte potocznie zwanego w książce Lafitem, czyli Zofia i Zygmunt Hertzowie, Józef Czapski i jego siostra Maria oraz najważniejsi współpracownicy - Juliusz Mieroszewski, Jerzy Stempowski, Konstanty Jeleński, Andrzej Bobkowski i Gustaw Herling-Grudziński. A poza tym przewijają się Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Marek Hłasko, Leszek Kołakowski, Aleksander Smolar, Adam Michnik, żeby wymienić tylko najbardziej znanych, bo przecież pisarzy, publicystów, naukowców i polityków, którzy otarli się o to środowisko, jest u Grochowskiej znacznie więcej. Książka zaopatrzona jest w notki biograficzne najważniejszych z nich, szkoda, że nie ma indeksu, przynajmniej w wersji elektronicznej, oraz w dokładne kalendarium. Każdy mieszkaniec Lafitu i każdy z najważniejszych współpracowników Kultury doczekał się w tej książce osobnej opowieści. Już tylko te historie są ciekawe i dla takiego czytelnika jak ja, który coś tam wiedział, ale w sumie niewiele, odkrywcze.

Życie jak w zakonie - praca, praca, praca. Czapski, który czuł się wykorzystywany i niedoceniany. Zygmunt Hertz tęskniący od czasu do czasu za inną egzystencją. W pewnym sensie poświęcił się dla żony, która nie wyobrażała sobie, jak Giedroyc poradzi sobie bez niej. Mroki życia w kołchozie, jakim dla jego stałych mieszkańców było Maison-Laffit. Henryk Giedroyc, młodszy brat Redaktora, uciekł stamtąd do Paryża. Smutne życie Stempowskiego, barwne Jeleńskiego, Mieroszewski, no i Herling-Grudziński. Byli w różnym wieku, ale Grochowska pokazuje, jak ocierali się o siebie, jak się mijali, przypadkiem spotykali w przedwojennej Warszawie, aż w końcu losy większości z nich splotły się w czasie wojny w Armii Andersa, chociaż nie wszyscy przeszli cały jej szlak. Giedroyc zaczął od Bukaresztu, gdzie pracował w polskiej ambasadzie u boku Rogera Raczyńskiego, potem, kiedy na Bliskim Wschodzie wstąpił już do wojska, zajmował się głównie pracą oświatową i kulturalną.

Nie sposób w takiej notce opowiedzieć o wszystkim, bo, jak pisze Grochowska, Maison-Laffite i paryska Kultura jest jak labirynt - każda kolejna odnoga to nowy, fascynujący temat zasługujący na osobną rozprawę. Na koniec autorka wymienia zagadnienia, których nie poruszyła. Wobec ogromu materiału i wrażeń krótko wspomnę o tym, co poruszyło mnie i zainteresowało w szczególny sposób, co było odkrywcze i ciekawe. Nastroje w przedwojennej Europie, dość powszechne przyzwolenie dla ruchów faszystowskich - Nałkowska w czasie swojej podróży do Włoch zachwycała się porządkami zaprowadzonymi przez Mussoliniego. Nawet Giedroyc i jego warszawskie środowisko uważało, że najlepszym rozwiązaniem kwestii żydowskiej byłaby emigracja Żydów do Palestyny. Niechęć, a nawet wrogość, francuskich lewicowych elit do polskiej emigracji i Lafitu. Sprawa Miłosza - jego decyzja pozostania na Zachodzie, strach i ostracyzm, jaki jej towarzyszył. Konflikt ideowy między środowiskiem paryskiej Kultury, a emigracją londyńską. Ci drudzy odsądzali tych pierwszych od czci i wiary. Z wzajemnością. Wreszcie zawikłana historia i konflikt między Giedroyciem, a Herlingiem-Grudzińskim, który ostatecznie doprowadził do ich zerwania. Ale może najbardziej uderza trafność wielu sądów, bo nie wszystkich, z niektórych po jakimś czasie się wycofywał, Giedroycia o polskim społeczeństwie i kościele. O tym, że w dużej części jest endeckie, nacjonalistyczne, a kościół zaściankowy, zamknięty, antysemicki, koniunkturalny, dbający o swój interes. Książka została wydana w roku 2014, dziś ta diagnoza, z konieczności sprowadzona przeze mnie do minimum, jest jeszcze bardziej aktualna. Niestety. No i profetyzm (?) Redaktora, wiara w wolną Polskę, Ukrainę, Litwę i Białoruś. Przez wszystkie długie lata. Jego wizja polityki wschodniej.

I na sam koniec jeszcze coś - przemijanie, starość, śmierć. Odchodzili po kolei, niekoniecznie według starszeństwa, chorowali i cierpieli, nielicznym dane było umrzeć we śnie ze starości, zostawiali po sobie pustkę, niezabliźnione miejsce. Niby taka kolej rzeczy, niby można te wszystkie fakty sprawdzić, ale zrobiło mi się jakoś smutno i melancholijnie. Może dlatego, że listopad, może dlatego, że byłam na uroczystości rodzinnej, na której też coraz więcej pustych miejsc.

Manuela Gretkowska "Poetka i książę"

Nie, nie sięgnęłam po tę książkę dla Manueli Gretkowskiej. Nie czytałam niczego, co napisała, znam ją tylko z wywiadów. Dlaczego? Nie sposób czytać wszystkiego, powtarzam to do znudzenia. To po pierwsze. A po drugie widocznie nie przekonała mnie tym, co mówi, nie zachęciły mnie informacje na skrzydełkach książek, dziś raczej w internecie, nie spotkałam nikogo, kto by mnie namawiał, abym sięgnęła po coś, co Manuela Gretkowska  napisała. Może to błąd, trudno. "Poetka i książę" (Znak 2018) to jednorazowy incydent. Co sprawiło, że, niemal natychmiast po wysłuchaniu dwóch wywiadów z autorką, kupiłam książkę i prawie od razu przeczytałam? Temat. Ciekawość. Nie będę ukrywać, taka, hmm, trochę spod znaku tabloidu. Na swoje usprawiedliwienie dodam - tabloidu z wysokiej półki. Literackiej, inteligenckiej, intelektualnej. Cokolwiek to znaczy. Bo bohaterowie powieści Manueli Gretkowskiej to nie postacie wymyślone. To ludzie z krwi i kości. Ikony - polskiej kultury wysokiej i myśli politycznej, to Jerzy Giedroyc, założyciel Instytutu Literackiego, paryskiej Kultury i niezliczonej liczby książek, które w czasach Polski peerelowskiej nie mogły się w kraju ukazać. To między innymi jemu zawdzięczamy, nie tylko my, także światowa kultura, Gombrowicza. I  bohaterka druga - ikona polskiego tekściarstwa (?), polskiej piosenki, polskiej kultury popularnej, ale tej wysokiej  (na chybcika tworzę jakieś nieistniejące kategorie), STS-u, owiana legendą femme fatale - Agnieszka Osiecka. Co mają ze sobą wspólnego? Okazuje się, że całkiem sporo.

Ona młoda, on prawie trzydzieści lat starszy. Wtedy w 1957 roku! Ona studentka, jeden z filarów STS-u, rozwichrzona, spontaniczna, imprezowiczka, łamaczka męskich serc, on intelektualista, wielki Redaktor, melancholijny, poważny, poślubiony pracy, swojej misji, bez życia osobistego. Ona z Warszawy, on emigrant. Tak różni spotkali się w Paryżu, kiedy Agnieszka Osiecka przyjechała tam na chwilę, przemycając przy okazji rękopis powieści Marka Hłaski, swojego ówczesnego narzeczonego. Coś podobno zaiskrzyło. Czy można mówić o miłości? Może o wzajemnej fascynacji? Fakty są takie, że kiedy Agnieszka Osiecka z Paryża pojechała na jakiś czas do ciotki do Londynu, Giedroyc, który nieczęsto ruszał się z miejsca, pojechał tam również. Spotkali się. Potem, gdy ona wróciła do Polski i przez siedem kolejnych lat nie mogła dostać paszportu, pisali do siebie listy, tak, listy, papierowe, o poczcie elektronicznej, o sms-ach, nikt jeszcze nie śnił. Znajomość podtrzymywali całe życie. A w ostatnim numerze Kultury, który wyszedł już po śmierci Giedroycia, zgodnie z wydaną przez niego dyspozycją ukazał się jej wiersz dedykowany jemu, napisany i podarowany mu wtedy, kiedy się spotkali. Przez te wszystkie lata spoczywał w jego szufladzie. Jak najdroższa pamiątka? Na tej podstawie, po dogłębnych studiach, między innymi w archiwum Osieckiej, Manuela Gretkowska napisała "Poetkę i księcia".

Drugi raz zdarzyło mi się czytać powieść, której bohaterami są znane postacie, a tematem fakty z ich życia. Całkiem niedawno pisałam tu o fabularyzowanej biografii Karen Blixen. I wtedy, i teraz towarzyszyły mi podobne odczucia - jakbym czytała wypracowanie bardzo zdolnej uczennicy. Nie mogłam się pozbyć wrażenia pewnej sztuczności. Nie wiem, czy życie tak dosłownie przepisane na powieść zawsze będzie trącić papierem? Brzmieć fałszywie? Czy sprawia to konieczność wykładania wszystkiego czytelnikom, którzy niekoniecznie wiedzą cokolwiek o bohaterach, szczególnie o Giedroyciu i jego środowisku? Jednak najbardziej drażniły mnie dialogi. Wymyślone przez Gretkowską, bo przecież ich zapis się nie zachował. Egzaltowane, trochę o niczym. Miały pewnie oddać atmosferę flirtu. Czy ludzie tak ze sobą rozmawiają? Może, ale na papierze brzmi to wszystko nienaturalnie.

Czy wobec tego nie warto sięgać po "Poetkę i księcia"? Przeciwnie. Po pierwsze powieść świetnie się czyta, a po drugie, ważniejsze, to znakomity wstęp, aby pójść dalej tropem paryskiej Kultury i tropem Osieckiej, którą Gretkowska stara się odczarować, pokazać jako postać tragiczną, skomplikowaną, targaną rozmaitymi uczuciami, sprzecznościami, pełną kompleksów wywiedzionych z zawodów doznanych w dzieciństwie. W jednym z dwóch wywiadów, jakich wysłuchałam, autorka powiedziała, że przywykliśmy traktować Osiecką dość płytko, raczej w tonie sensacji, w aurze towarzyszących jej skandali, jako tekściarę. Że gdyby była mężczyzną, miałaby inny wizerunek, interesowano by się nią poważne. Pewnie ma rację, nie mnie oceniać. Nie czytałam dzienników, które ukazują się co jakiś czas,  systematycznie, podobno są świetne, dojrzałe nad wiek. Nie czytałam nic innego. Znam ją z piosenek, z opowieści o niej, z artykułów. Powinnam to zmienić. Jednak póki co ruszyłam tropem paryskiej Kultury i Jerzego Giedroycia. Zrobiło mi się zwyczajnie wstyd, że tak mało na ten temat wiem. Moi oczytani, kiedyś, bo dziś niestety niekoniecznie, znajomi spojrzeliby na mnie ze zdziwieniem. Nie wiesz?  Naprawdę? Dlatego czym prędzej sięgnęłam po biografię Giedroycia pióra Magdaleny Grochowskiej wydaną kilka lat temu, nominowaną w roku 2010 do Nike. Nawet jeżeli ktoś po przeczytaniu "Poetki i księcia" nie pójdzie dalej, poprzestanie na powieści Gretkowskiej, to i tak trochę się dowie, jakoś liźnie temat. Bo ta książka jest czymś więcej niż tylko romansem, historią miłości niemożliwej, nieważne - prawdziwej czy wyobrażonej. To oprócz wnikliwych portretów dwojga bohaterów, szczególnie Osieckiej, świadectwo tamtych lat, historia środowiska paryskiej Kultury. Na kartach powieści pojawiają się Czapski, Hertzowie, Miłosz i wielu innych. Wreszcie jest to świadectwo dylematu - zostać na emigracji czy wracać do kraju? Nie muszę chyba dodawać, że wybór emigracji i związanie się z tym środowiskiem oznaczał w tamtych czasach zatrzaśnięcie drzwi do Polski. To był bilet w jedną stronę.
PS 1. Wiosną ma się ukazać tom dzienników Osieckiej obejmujący ten okres jej życia. Wszyscy sarkający na egzaltowane dialogi czytelnicy mają się po ich lekturze przekonać, że ona w taki sposób pisała, tak relacjonowała swój afekt. Tako rzecze Magdalena Felberg-Sendecka redaktorka dzienników. Wie, co mówi, przecież już je czytała, bardzo jestem ciekawa.
PS 2. Jestem już po lekturze książki Magdaleny Grochowskiej. Zastanawiałam się, czy w ogóle wspomni o tej znajomości. Otóż poświeciła jej nawet sporo miejsca, nie spodziewałam się, że aż tyle. I muszę wyznać, że ta historia opowiedziana piórem biografistki Giedroycia zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie. Dotknął mnie jej tragizm. Po prostu wzruszyła, czego nie mogę powiedzieć o powieści Gretkowskiej.

Filmowe remanenty - wokół "53-ech wojen" i "Dziedziczki"

Dawno nie byłam w kinie. To efekt dwóch towarzysko zarwanych weekendów i intensywnego czasu w pracy. Wiele chyba nie straciłam, może obejrzałabym "Jeszcze dzień życia", ale ponieważ recenzje były różne, postanowiłam się w tej sytuacji jakoś specjalnie nie spinać i przeznaczyć wolne chwile na lekturę.

Najbardziej żałuję, że z wyżej wymienionych powodów nie udało mi się napisać o "53-ech wojnach" Ewy Bukowskiej, które obejrzałam już jakiś czas temu. Dlatego dziś kilka refleksji bardziej wokół niż o filmie inspirowanym historią Grażyny i Wojciecha Jagielskich, opartym ne jej książce "Miłość z kamienia". Przejmujący, poruszający, mroczny, bardzo intensywny obraz popadania w depresję spowodowaną panicznym strachem o męża, reportera wojennego, i destrukcji rodziny. Opowieść o cenie, jaką płaci się za miłość i pasję. I ważne pytania. Czego możemy wymagać od partnera? Czy jest możliwy kompromis? Czy człowiek z taką pasją powinien zakładać rodzinę? Bohater filmu wielokrotnie podkreśla, że najbliżsi są dla niego biletem powrotnym. Nic mu się stać nie może, bo oni czekają. To jego perspektywa. A jej? Ona umiera z niepokoju. Strach narasta, aż w końcu nie radzi sobie z rzeczywistością. Obsesyjnie czeka na telefon, nie zajmuje się dziećmi, które też płacą cenę, szczególnie starszy syn, bo przejmuje rolę głowy rodziny, na ile oczywiście jest w stanie. Poruszającym dopełnieniem filmu był dla mnie wywiad z Grażyną Jagielską, jaki przy okazji ukazał się w Wysokich Obcasach (chyba w wersji Ekstra, ja czytałam go w internecie). Cenę za pracę męża płaci do dziś, być może już nigdy nie będzie całkiem zdrowa. To po pierwsze. A po drugie wyraźnie mówi, że ratunkiem dla niej byłoby postawienie wyraźnego zakazu zaraz na początku jego drogi dziennikarskiej. tymczasem ona w geście protestu rozbiła tylko talerz. Wtedy mógł się jeszcze zająć inną działką, nie musiał jeździć na wojny, był początkującym dziennikarzem, bakcyl reportera dopiero zaczął w nim kiełkować. I tu rodzą się refleksje. Bo rzeczywiście to uratowałoby Grażynę Jagielską przed syndromem stresu bojowego, którego się nabawiła z powodu pracy męża, ale nas, czytelników, pozbawiłoby znakomitych książek Wojciecha Jagielskiego. Nie powstałaby "Modlitwa o deszcz" czy "Wszystkie wojny Lary". Ale może napisałby inne książki? Diabelskie dylematy. Warto poszukać tego wywiadu, tak jak warto obejrzeć film Ewy Bukowskiej. Także dla znakomitej roli Magdaleny Popławskiej. Tyle wokół "53-ech wojen".

A teraz o "Dziedziczkach", które obejrzałam z poślizgiem z powodu zawirowań z czasem (wolnym oczywiście). Warto zobaczyć ten paragwajski film, którego reżyser, debiutant, Marcelo Martinessi zdobył w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię i nagrodę FIPRESCI. Na tym samym festiwalu nagrodzona została także Ana Brun grająca główną rolę, Cheli. Od razu zaznaczę, że na pewno nie jest to film dla masowej widowni. Niewiele się dzieje, wszystko toczy się niespiesznie, gdzieś pomiędzy słowami, w gestach, spojrzeniach. Kamera skupia się na szczegółach wydobywanych z cieni i półcieni, a nawet z mroku. Nie ma tu szerokich planów, wszystko rozgrywane jest w zbliżeniach, a dodatkową trudnością jest półmrok często panujący w pomieszczeniach. Widzimy tyle, ile widzą bohaterki, kiedy wątłe światło wydobywa z cienia jakieś szczegóły - tacę z filiżankami i napojami, obraz na sztalugach, jakiś cenny mebel, pomarszczone twarze bohaterek, odłażącą ze ściany tapetę. Przyznam, że początkowo taki sposób filmowania bardzo utrudniał mi oglądanie filmu. Więcej, irytował. Dawało to mniej więcej taki efekt jak widziane na marnej jakości telewizorze sceny dziejące się nocą czy w ciemnym pomieszczeniu. Ale z czasem przyzwyczaiłam się chyba albo mroku było mniej. "Dziedziczki" to opowieść o dwóch starzejących się, mieszkających razem kobietach, Cheli i Chiquicie, które z powodu problemów finansowych zmuszone są sprzedawać cenne rodzinne meble, naczynia, obrazy i pamiątki. Stare, zaniedbane, niegdyś zamożne mieszkanie, powoli pustoszeje. Chela przypłaca tę sytuację depresją, energiczna i bardzo praktyczna Chiquita radzi sobie znacznie lepiej. Nawet kiedy za długi trafia do więzienia, przyjmuje ten fakt jak kolejne zadanie do wykonania. Ale jest to też film o, może nie tyle toksycznym, ile nadopiekuńczym związku i o budzeniu się z letargu. Uwaga! Teraz będzie spojler, w kwadratowym nawiasie i mniejszą czcionką! [Chiquita z troski o swoją partnerkę usuwa jej spod nóg wszelkie przeszkody. Dba o wszystkie wygody, wie, kiedy podać lekarstwa, jakie napoje lubi pić, sama prowadzi negocjacje z potencjalnymi kupcami, sama decyduje, co sprzedać, nie chce narażać na jeszcze większy stres. Chela jest jak dziecko albo może jak rozkapryszona dziedziczka? Nie wiemy, co jest przyczyną, a co skutkiem. Czy stała się taka bezwolna, bo zdominowała ją Chiqiuta? Czy może jest odwrotnie? Od dzieciństwa przyzwyczajona do wygód, pozwala układać sobie życie. Dopiero kiedy zabraknie Chiquity, powoli budzi się do życia. Na oczach widza rozgrywa się dramat. Starzejąca się kobieta stopniowo zaczyna interesować się sporo młodszą od siebie Angy. Wysłuchuje jej opowieści i zwierzeń, chce być jak najbliżej, zaczyna zwracać uwagę na swój wygląd, jest zazdrosna o jej dość powikłane życie osobiste. Pewnie zdaje sobie sprawę, że nie ma szans na związek między nimi, tym bardziej, iż wszystko wskazuje na to, że Angy jest heteroseksualna. Ale na uczucie nie ma mocnych. Być może też ta sytuacja pozwala jej uwolnić się od nadopiekuńczej Chiquity. Dlatego jej powrót z więzienia zamiast radością jest dla Cheli katastrofą. Jeszcze większą planowana sprzedaż samochodu, który stał się dla niej synonimem wolności. Przejmujący jest ten dramat starzejącej się kobiety nieszczęśliwie zakochanej w innej, dużo młodszej od siebie.] Wszystko rozegrane zostało bardzo subtelnie. Widz musi się domyślać, spekulować, śledzić grymasy twarzy, gesty, drobiazgi. Ciekawa jest jest też warstwa społeczna filmu, dla widza z Ameryki Południowej pewnie oczywista, dla widza z Europy niekoniecznie. Różnice społeczne - bogate kobiety, upadłe dziedziczki starych fortun i służące, dziewczyny z prowincji, analfabetki. Przestępczość - to dlatego Chela może dorabiać, wożąc samochodem swoje bogate znajome, które boją się korzystać z usług taksówkarzy. I wszechobecny strach, z którym wszyscy nauczyli się jakoś żyć. Bardzo ciekawy film.

Almudena Grandes "Pocałunki składane na chlebie"

Książka Almudeny Grandes "Pocałunki składane na chlebie" (Sonia Draga 2017; przełożyła

Katarzyna Okrasko) zmaterializowała się dla mnie z książkowego niebytu dzięki radiowej audycji. Szybko też okazało się, że autorka będzie gościła na festiwalu Literacki Sopot. Chodzi oczywiście o jego zeszłoroczną edycję poświęconą literaturze hiszpańskiej. W tym roku zaproszeni zostali Francuzi. Zainteresowałam się książką ze względu na temat - hiszpański kryzys. Ileż ja się na nią napolowałam, ileż się naczekałam na sensowną cenę. W końcu mniej więcej po roku udało się, kupiłam, no i wreszcie przeczytałam. Czy było warto? Uczucia mam mieszane. To taka powieść, którą pochłania się jednym tchem, po skończeniu lektury może niekoniecznie ma się poczucie zmarnowanego czasu, ale gdybym nie przeczytała, dziury w niebie by nie było. Jednym słowem nie jest to must read mola książkowego.

Początkowo lekturze towarzyszyła irytacja. Nie opuszczało mnie  wrażenie, że czytam szkolną czytankę. Dlaczego? Autorka postanowiła potraktować swoich bohaterów jak przykłady. Zdaje się mówić - Opowiem wam o hiszpańskim kryzysie z punktu widzenia szarego człowieka. O tym, jak sobie radzi albo jak nie radzi z nagłą utratą pracy, mieszkania, z obniżeniem pensji. O tym, jakie zmiany zachodzą w jego najbliższym otoczeniu. W tym celu przez rok będę obserwować życie mieszkańców jednej z madryckich dzielnic. Jest to przeciętna dzielnica w centrum stolicy,  mieszkają tu różni ludzie, często zasiedziali od lat. Ma swój bar, swój zakład fryzjerski, swój ośrodek zdrowia. Mieszkańcy się znają, jedni lepiej, inni tylko z widzenia, ale są u siebie. Gdyby to był film, zobaczylibyśmy, jak kamera zmniejsza kąt widzenia, jak z panoramy miasta wybiera jedną dzielnicę, wyławia konkretne miejsca i konkretnych bohaterów. Podobny zabieg stosuje narrator. Problem w tym, że używa czasu teraźniejszego. I właśnie ten nieznośny, w tym kontekście i w tej ilości, czas teraźniejszy plus czasami sztuczne, deklaratywne dialogi, jakby bohaterowie wygłaszali jakieś tezy, powodowały, że miałam wrażenie, jakbym czytała szkolną czytankę i to raczej z podręcznika dla klas młodszych. Czasem pojawia się też nieznośnie dydaktyczny ton w komentarzach narratora. No ale potem przywykłam, przestałam zwracać na to uwagę i wkręciłam się w losy bohaterów. Na szczęście, kiedy na końcu narratorka żegna się z nimi (w filmie kamera poszerza kąt widzenia, znowu mamy panoramę miasta) i krótko opowiada, jakie były dalsze losy najważniejszych z nich, okazuje się, że nie wszystkim się udało. Nie wszyscy poradzili sobie w czasach kryzysu,  nie wszyscy odnaleźli się w trudnej sytuacji.

Książka ma bardzo wielu bohaterów, tak wielu, że wcale nierzadko musiałam dobrze się zastanowić, o kim mowa. Myliły mi się imiona i postacie, szczególnie na początku. Tym bardziej, że powieść w swojej konstrukcji przypomina mozaikę. Za każdym bohaterem idzie jego historia, a narrator skacze od wątku do wątku. Niektórym bohaterom poświęca więcej miejsca, inni pojawiają się rzadziej. Jak to w takiej konwencji bywa, jedni są przyjaciółmi, inni znają się z baru czy z fryzjerskiego salonu Amalii, ktoś zetknie się z kimś przez chwilę w jakiejś sytuacji, na przykład na manifestacji w obronie likwidowanego ośrodka zdrowia. I tak to się plecie. Polubiłam bohaterów, ale konwencja powoduje, że trudno się z nimi bliżej zżyć. Niektóre wątki są dość przewidywalne, ale czasem zostajemy zaskoczeni.

Tematem książki Almudeny Grandes jest opowieść o tym, jak hiszpański kryzys dotyka zwykłych ludzi i jak próbują sobie radzić w tej sytuacji. Kto czytał znakomity reportaż Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca", temu problemy, jakie dotykają bohaterów, i ich przyczyny, nie są obce. Brak pracy, bezrobocie, zmniejszenie pensji, strata mieszkania, bo bank wszedł na hipotekę, borykanie się z obciążeniem, jakim jest domek nad morzem kupiony w czasach prosperity, praca poniżej kwalifikacji, abdykacja państwa albo władz miasta, które likwidują ośrodek zdrowia w dzielnicy, bo prawdopodobnie chcą sprzedać teren deweloperowi, bezduszność banków, korupcja, nieuczciwa chińska konkurencja. Amalia, właścicielka zakładu fryzjerskiego, naprzeciwko którego powstał chiński salon oferujący bardzo tanio manicure hybrydowy, co spowodowało, że musiała zwolnić dziewczynę zajmującą się u niej tym samym, początkowo jest wściekła i przerażona. Szybko jednak przekonuje się, że inni mają gorzej. Dlaczego właściciel konkurencyjnego zakładu może oferować usługi po tak dumpingowej cenie? Bo Chinki, które u niego pracują, harują po kilkanaście godzin dziennie. Ale kryzys uruchamia w mieszkańcach dzielnicy niezwykłe pokłady życzliwości. Ludzie pomagają sobie nie tylko w drobnych sprawach, ale organizują się w rozmaitych stowarzyszeniach samopomocowych czy inicjatywach. Jedni udzielają pomocy prawnej eksmitowanym mieszkańcom, prowadzą za darmo ich sprawy w sądzie, Amalia zbiera w swoim salonie żywność dla potrzebujących, Paskual, właściciel baru, zgodzi się, aby w czasie wakacji dożywiano w nim dzieci z ubogich rodzin, a Sofia, nauczycielka stojąca za tym pomysłem, już wcześniej rozdawała w swojej szkole drugie śniadania właśnie tym dzieciom. A kiedy władze miasta chcą zlikwidować ośrodek zdrowia, w jego obronie manifestować będą zgodnie lekarze i mieszkańcy dzielnicy. Brzmi jak bajka? Jak piękna utopia? Też bym tak myślała, gdybym wcześniej nie czytała wspomnianego reportażu Aleksandry Lipczak, która pisze w swojej książce o podobnych inicjatywach. Być może Almudena Grandes na użytek swojej powieści nieco podkręciła temat i zebrała w jednej dzielnicy wiele różnych inicjatyw i ruchów, które działają w większym rozproszeniu. Tego nie wiem. Jak by nie było, nie da się ukryć, że książka krzepi, a to, że nie wszystkim się jednak udało, sprawia, że całość postrzegamy jako bardziej prawdopodobną.

Jeśli, czytelniku tej notki, lubisz dobrze napisane czytadła traktujące jednak o poważnych problemach, możesz śmiało sięgnąć po powieść Almudeny Grandes.

Adam Leszczyński "No dno po prostu jest Polska"

Nie mam zwyczaju myśleć rocznicowo, ale tak mi przyszło do głowy, aby właśnie teraz, tuż przed okrągłą ROCZNICĄ wstawić właśnie ten wpis. Jeśli nie teraz, to kiedy będzie bardziej odpowiedni moment dla jego publikacji? A chodzi o najnowszą książkę Adama Leszczyńskiego "No dno po prostu jest Polska" (W.A.B. 2017). Jeśli, czytelniku tej notki, czujesz się zgorszony takim wyborem, to spieszę donieść, że tytuł jest cytatem z wypowiedzi anonimowego internauty z jakiegoś forum, a w książce niczego obrazoburczego nie ma. Autor, historyk i publicysta, którego głos bardzo sobie cenię, postanowił przyjrzeć się naszym polskim autostereotypom, czyli zdać sprawę z tego, co myślimy o Polakach i Polsce. W tym celu przedarł się przez tysiące źródeł, które w swojej książce obficie cytuje i relacjonuje. Przestudiował rzeczy rozmaite - literaturę piękną, publicystykę, wypowiedzi polityków, dzienniki, listy, badania oraz wnioski socjologów i oczywiście internet. Lektura jest bardzo ciekawa, pouczająca, chociaż pewnie lepiej ją sobie dawkować, bo czytana na raz robi się trochę nużąca. Ja niestety nie potrafię skupić się na kilku tytułach jednocześnie, takie próby zawsze kończą się porażką, czyli odłożeniem jednego na wieczne nieprzeczytanie niestety, dlatego książkę Leszczyńskiego przeczytałam po bożemu, w ciągu kilku dni.

Zaraz po wstępie autor postanowił oddać głos Prusowi, tak, tak, Prusowi, który w swoich felietonach chłostał Polaków niemiłosiernie. Temu, co pisarz myślał o rodakach, poświęcił cały rozdział. Znacie? To poczytajcie. Otóż nie znajdziemy tu niczego, czego byśmy na swój temat nie myśleli i dziś. Pisał między innymi o ciemnocie ludu i głupocie elit, narzekał na niską jakość tych ostatnich, na to, że gardzą ludem, że są słabo wykształcone. Ludowi też się dostawało między innymi za demoralizację. Piętnował pazerność i wyzysk, brak skrupułów na przykład właścicieli kamienic, którzy nie mają litości dla lokatorów. Fatalną jakość budownictwa i brak jakiegokolwiek planu, aby problem mieszkaniowy rozwiązać. Mniej więcej to samo na ten temat pisze dziś Filip Springer w swoich "Trzynastu piętrach". Leszczyński oczywiście to zauważa. Mogłabym tak długo jeszcze wymieniać to, co Prus myślał o Polakach, ale czas na najważniejszy wniosek, jaki płynie z dociekań Leszczyńskiego - otóż nasze myślenie o sobie niemal nie zmieniło się od XIX wieku! Może jest jeden wyjątek - ostatnio przestaliśmy postrzegać siebie jako  leniwych. Przeciwnie - uważamy siebie za bardzo pracowitych, harujemy najwięcej w Europie, ale od razu lubimy dodawać, że często mało wydajnie i byle jak. I tu wniosek drugi - Polacy o sobie i o Polsce myślą jak najgorzej! Że państwo źle urządzone i zarządzane (kamieni kupa, że zacytuję Bartłomieja Sienkiewicza, którego Leszczyński akurat nie cytuje, ale pasuje jak ulał), że nic się nie da, że jakoś to będzie, zamiast systematycznego działania, że bezhołowie, że z Polakami nic się nie da zbudować (stąd ciągoty do autorytaryzmu, tak myśleli o nas i Piłsudski, i Dmowski), że chamstwo, brak kultury, że nie czytamy (tak lamentowano i dawniej), że gdzie indziej jest lepiej, że ludzie lepsi (taka opinia w rozmaitych dziennikach, listach, a dziś wypowiedziach na forach wśród emigrantów była i jest powszechna - emigrantom poświęca autor cały rozdział). Zewsząd słychać krzyk - tu się żyć nie da, trzeba wyjeżdżać! Iluż bliższych lub dalszych znajomych tak mówi, iluż wprowadziło te słowa w czyn. Ale na emigracji od rodaków trzymaj się z daleka. Bo będziesz się ich tylko wstydził, bo oszukają, zamiast pomóc. I to nie nowość! Już w XIX wieku w rozmaitych emigranckich świadectwach powtarza się taka opinia. Uderzmy się w piersi - czy tak właśnie o sobie nie myślimy? Kiedy czytałam książkę Leszczyńskiego, stale powtarzałam sobie - jaki autostereotyp, przecież tak właśnie jest, przecież to prawda najczystsza. Tu ważna uwaga - autor zastrzega we wstępie, że nie jest jego celem rozstrzygnięcie, co jest prawdą, a co rzeczywiście tylko powielanym od lat stereotypem.

Jak uleczyć ten straszny naród? Co zrobić, żeby nasz kraj był tak dobrze zorganizowany jak te, które podziwiamy, często bezkrytycznie? I ta recepta jest stała. A właściwie dwie recepty w zależności od poglądów. Jedna głosi - wrócić do korzeni, do tradycji. Druga przeciwnie - otworzyć się na innych, brać od nich to, co dobre, naśladować. Jednym słowem - zaścianek albo oświecenie.

W dwóch ostatnich rozdziałach szuka Leszczyński odpowiedzi na pytanie, skąd taki negatywny autostereotyp się wziął i ... proponuje wielką narodową psychoterapię, aby ten stan rzeczy zmienić. Abyśmy nauczyli się dostrzegać w sobie nie tylko to, co złe, ale też to, co dobre. Przecież Polska i Polacy to nie tylko dno. Coś dobrego też przecież moglibyśmy o sobie, o swojej ojczyźnie powiedzieć. Chodzi zatem o krytyczne myślenie, a nie bezrefleksyjne powielanie tego, co mówią wszyscy. Jak to zrobić? Leszczyński proponuje dwa rozwiązania. Sam zdaje sobie sprawę, że może naiwne, że może zostanie wyśmiany lub zbyty wzruszeniem ramion. Jedno proste do wdrożenia od razu przez każdego - mówmy sobie miłe rzeczy. Niech każdy przynajmniej raz dziennie powie komuś, z kim się zetknie, coś sympatycznego. Drugie, trudniejsze, praca u podstaw obliczona na lata. Pokazywanie tego, co w nas dobre, wzmacnianie dobrych cech i zachowań, dobrego myślenia o sobie. Wpajanie takiego sposobu myślenia od najmłodszych lat. To zadanie dla szkoły i mediów. Leszczyński powołuje się tu na przykład Singapuru, który takie działania wdrożył w latach pięćdziesiątych, co przeorało tamtejsze społeczeństwo. Że takie działania nie mają sensu? Otóż mają. Choćby jeden przykład. Jeszcze piętnaście, dwadzieścia lat temu nikt nie sprzątał po swoim psie. Dziś może nie robią jeszcze tego wszyscy, ale znacznie się w tej dziedzinie poprawiło! Chciałam napisać, że postępuje tak większość, ale tu ugryzłam się w palce biegające po klawiaturze, bo żadnych badań ilościowych na ten temat nie znam, dysponuję tylko własnymi obserwacjami, a więc tworzyłabym kolejny stereotyp.

PS I. Że bezinteresowne mówienie miłych rzeczy się nie sprawdza? Wczoraj (tekst powstał w sierpniu) świeżo po lekturze książki Leszczyńskiego, kiedy maszerowałam przez miasto, nagle od dwóch sympatycznych młodych kobiet, które mijałam, ni z gruszki, ni z pietruszki usłyszałam - jaką ma pani ładną sukienkę. Boże, jak mi się dobrze zrobiło, jak mi się humor poprawił!

PS II. A co dobrego o sobie myśleliśmy i myślimy? Jaki jest ten pozytywny autostereotyp? Otóż uważamy, że jesteśmy odważni, pobożni i szlachetni. Tylko tyle. Reszta to owo tytułowe dno. Jednocześnie jednak rozpiera nas  duma, że jesteśmy Polakami. Dlatego Leszczyński pisze, że żyjemy w wiecznej schizofrenii i dlatego proponuje narodową psychoterapię.

Amanda Michalopoulou "Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę"

Już od dawna miałam ochotę sięgnąć po jedną z greckich książek wydawanych przez Książkowe Klimaty. Po pierwsze, bo dzięki  książkom Roberta D. Kaplana i Dionisiosa Sturisa ("Gorzkie pomarańcze" i "Nowe życie") poznałam trochę tragiczną historię Grecji, a po drugie to literatura w Polsce egzotyczna. Pewności nie mam, no bo jak sprawdzić, ale wydaje mi się, że to właśnie Książkowym Klimatom zawdzięczamy fakt, iż literatura grecka zaistniała w naszym kraju. No ale jakoś się nie składało, nie natrafiłam nigdy na rekomendację czy recenzję żadnej z greckich książek, co nie znaczy, że ich nie było. Aż tu nagle okazuje się, że Amanda Michalopoulou, której powieść "Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę" ukazała się w Książkowych Klimatach (2016; przełożyła Alicja Kotecka), będzie gościem tegorocznego Festiwalu Conrada. Lepszej rekomendacji być nie mogło, na ten festiwal nie zaprasza się pierwszych lepszych. Nie było na co czekać, no może tylko na sprzyjającą cenę, która szczęśliwie pojawiła się dość szybko, należało skorzystać z okazji i przeczytać jedyną wydaną w Polsce powieść greckiej pisarki. Właśnie skończyłam, połknęłam ją jednym tchem. (Notkę pisałam w sierpniu. Festiwal właśnie się skończył. Spotkanie było niestety średnio ciekawe, bo prowadząca zadawała mocno wydumane pytania. Bez porównania lepsza jest rozmowa w radiu TOK FM prowadzona przez Karolinę Głowacką.)

Lubię takie książki, bo lubię takie bohaterki. Bezkompromisowe, idealistki oddające się jakiejś sprawie, poplątane, zagubione, szukające swojej drogi. Może dlatego, że sama chciałabym taka być, a nie potrafię, bo zbyt cenię sobie moje wygodne życie, no i pochłania mnie czytanie. (Przyznajmy, namiętne czytanie bywa zgubne, bo nie zostawia czasu już na nic innego poza pracą.) A bohaterki są dwie - Maria (narratorka) i Anna, jej przyjaciółka. Poznają się w dzieciństwie w latach siedemdziesiątych w szkole podstawowej. Obie właśnie wróciły do Grecji. Maria spędziła dzieciństwo w Afryce, w Nigerii, gdzie jej ojciec pracował w przemyśle naftowym. Nie umie pogodzić się z wyjazdem, tęskni za Afryką, za eleganckim, wielkim domem, za służącą Gwendolyn. Nie lubi ciasnego ateńskiego mieszkania, w którym słychać szum samochodów dochodzący z ruchliwej ulicy, nie lubi szkoły, w której wszyscy się z niej śmieją, bo nie potrafi się odnaleźć i popełnia gafę za gafą. Tam była kimś, tu jest nikim. Czuje się samotna i nieszczęśliwa, może tylko towarzystwo ciotki Amalii stanowi dla niej jakąś pociechę. Nawet u matki nie znajduje wsparcia, bo i ona jest nieszczęśliwa w nowej sytuacji. W Afryce była białą panią, tu nic nie znaczy. Aż pojawia się Anna, ona również jest nowa. Dotąd mieszkała w Paryżu, jej ojciec to znany  filozof o lewicowych poglądach, matka zajmuje się baletem. Wyjechali pewnie z przyczyn politycznych w czasie rządów czarnych pułkowników. Teraz, kiedy sytuacja się zmieniła, Anna wróciła z matką, ojciec został we Francji. Anna to przeciwieństwo Marii - pewna siebie, narzuca wszystkim swoją wolę i swoje poglądy, pożądana przez dzieci. Każdy zabiega o jej towarzystwo. Tak będzie już zawsze. I staje się cud - Anna wybiera Marię. Odtąd zostają przyjaciółkami.

Piszę tyle o początkach ich przyjaźni, bo tamte zdarzenia wywrą ogromny wpływ na życie Marii, zdeterminują jej drogę. Anna, silna, kapryśna osobowość, kształtuje swoją przyjaciółkę. Narzuca sposób myślenia, postępowania, ubierania. Otwiera jej świat na sprawy, o których wcześniej nie miała pojęcia, bo wywodzi się z zupełnie innego środowiska. Anna jest córką ludzi o lewicowych poglądach, pod silnym wpływem ojca, i sama, początkowo nieświadomie, bez większego zrozumienia, je powiela. Rodzice Marii stoją na przeciwnym biegunie, są beneficjentami poprzedniego systemu. Maria przejmie poglądy przyjaciółki, początkowo też niewiele z nich rozumiejąc. Ale o ile Anna zawsze pozostanie kapryśna, będzie zmieniała pole swoich zainteresowań trochę pod wpływem kolejnych miłości, chociaż na długo zwiąże się z lewicą, o tyle Maria zatrzyma się i będzie bardziej stała w swoich działaniach i poglądach. Na zawsze pozostanie outsiderką, na marginesie mieszczańskiego społeczeństwa, będzie walczyć o prawa pokrzywdzonych, biednych, nieuprzywilejowanych. Kiedy przyjaciółki, które rozstały się pod wpływem pewnego traumatycznego zdarzenia, spotkają się  nieoczekiwanie jako dorosłe kobiety, ich życie będzie diametralnie różne. Marii nadal nieustabilizowane, uczuciowo i materialnie, ale za to oddane sprawie, za to Anna będzie żoną bogatego greckiego architekta. Przyjaciółka zarzuci jej zdradę ideałów, ona i jej mąż będą się bronić w sposób, który wyda się jej bałamutny i pokrętny.

Przyjaźń obu bohaterek nie jest łatwa. Anna zawsze skupia na sobie uwagę, zagarnia wszystkich, podporządkowuje. Maria poznaje dzięki niej mężczyzn, ale często też ich traci, bo zakochują się w jej przyjaciółce albo pozostają pod jej urokiem. Czuje się też kilkakrotnie zdradzona przez Annę i jej rodzinę, co staje się przyczyną jej życiowych kryzysów. A że dręczą ją dwa traumatyczne wydarzenia - jedno z dzieciństwa, drugie, o którym już wspominałam - pogrąża się w marazmie i walczy z demonami przeszłości. Ale to ostatecznie Anna pomoże jej zamknąć dawne sprawy.

Książkę czyta się świetnie, dzięki konstrukcji. Losy obu bohaterek poznajemy naprzemiennie - rozdziały opowiadające o współczesnych losach przyjaciółek (o ile dobrze obliczyłam rok mniej więcej dwutysięczny) przeplatają się z tymi, które opowiadają o przeszłości. Stopniowo poznajemy tajemnicę Marii. Autorka umiejętnie rzuca tropy, na które początkowo nie zwracałam żadnej uwagi. Dopiero potem, po złożeniu puzzli, wszystko staje się jasne. Jest i druga zagadka, o której już dwukrotnie wspominałam - co traumatycznego przydarzyło się Annie i Marii. Pojawia się w pewnym momencie w formie zapowiedzi i oczywiście od tego momentu czytelnik umiera z ciekawości.

Powieść Amandy Michalopoulou łączy w sobie cechy literatury popularnej i ambitnej. Dopuszczam myśl, że mniej wytrwałego czytelnika może czasem znudzić czy zniecierpliwić. Potoczysty styl, umiejętnie dawkowane napięcie, a jednocześnie ważne pytania. Co nas kształtuje? Jak pozostać sobą? Albo jak stać się sobą? Co jest zdradą? Ile można wybaczyć? Czym jest przyjaźń? No a w tle polityka. Grekom rozszyfrowanie tego tła nie sprawi problemów, polski czytelnik musi pogrzebać, aby wiedzieć, jaką rocznicę czczą akurat manifestujący na ulicach albo przeciwko czemu demonstrują. I tu ostatnia uwaga. Może przydałyby się przypisy dotyczące ważniejszych wydarzeń politycznych, o których mowa w  powieści. Z tym łączy się łyżka dziegciu, którą muszę dodać do tej laurki. Przyjemność lektury psują błędy językowe, a nie jest ich niestety mało. W pewnym momencie zaczęłam je nawet notować. Oto przykłady dają mi do odczucia zamiast dają mi odczuć, pozostało mi z dziecięcej upartości zamiast z uporu, siedzimy na niewygodnych szpitalnych ławkach w wąskim korytarzu z brutalnym oświetleniem sklepu mięsnego, no chyba jednak powinno być jak w sklepie mięsnym. A takich kwiatków jest więcej, łącznie z błędami ortograficznymi, które pewnie wzięłabym za literówki, ale w tej sytuacji nie wiem, czy to rzeczywiście tylko zwykłe przeoczenie. Szkoda. Przykro, kiedy takie dobre wydawnictwo wydaje książkę tak niechlujnie.

Marcin Wicha "Rzeczy, których nie wyrzuciłem"

Nie czytałam poprzedniej książki Marcina Wichy, nie planowałam też lektury ostatniej - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" (Karakter 2017), ale kiedy tyle się o niej mówiło, że zaczęła wyglądać z przysłowiowej lodówki, uległam i w końcu kupiłam. A gdy wreszcie już się za nią zabierałam, Marcin Wicha dostał Nike. Muszę wyznać, że teraz, kiedy już ją znam, uczucia mam mieszane. Nastawiłam się na coś niezwykłego, mocnego, tymczasem nic z tego. Chciałoby się powiedzieć - jak zachwyca, kiedy nie zachwyca. Oczywiście nieco przesadzam, bo to nie jest tak, że się męczyłam, przeciwnie - połknęłam książkę Marcina Wichy w ciągu kilku zaledwie wieczorów, mogę nawet powiedzieć, że chwilami nie potrafiłam się od niej oderwać. Bardzo doceniam językową wirtuozerię, na którą jestem wyczulona. Rzecz w tym, że całość nie wywarła na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. A chyba powinna, bo dotyka tematu, który znam z własnego doświadczenia.

Punktem wyjścia jest zmierzenie się z likwidacją mieszkania po zmarłej matce. Przedmioty, głównie książki, z którymi trzeba coś zrobić, stają się pretekstem do wspomnień o rodzicach, a przede wszystkim o mamie. To ona jest bohaterką tej niewielkiej książeczki. I trzeba przyznać, że dzięki opowieściom syna-autora staje się dla czytelnika kimś żywym, kimś z krwi i kości, dobrą znajomą niemal. Jest w tych wspomnieniach nieco melancholii i smutku, ale jednak znacznie więcej pogody, jakby autor wyszedł już ze stanu najgłębszej żałoby i przeszedł do fazy, kiedy myślenie o zmarłym sprawia przyjemność, wywołuje czułość. Mocnym akcentem jest wątek żydowski, bo matka Marcina Wichy była Żydówką. Autor wspomina, w jaki sposób w dzieciństwie poznawał swoje korzenie. Od razu przypomniałam sobie dwie wielbione przeze mnie książki Magdaleny Tulli - "Włoskie szpilki" i "Szum", które również dotykają podobnych problemów. Może nie powinnam porównywać książki Marcina Wichy z nimi, bo to przecież i inna liga, i powieści, chociaż silnie zanurzone w doświadczeniu autorki. Ale jakoś porównania nasuwają się same i tym bardziej "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" wypadają na ich tle blado. Nie ma w nich mocy tamtych książek.

A poza tym spodziewałam się, że ten zbiór krótkich raczej esejów niż opowiadań poruszy we mnie najczulsze struny, przywoła wspomnienia, bo, jak pisałam, doświadczenie śmierci rodziców i zmierzenia się z opróżnieniem ich mieszkania jest mi niestety znane. Jak wejść do pustego mieszkania pełnego rzeczy, książek, pamiątek, pełnego wspomnień? Jak zacząć? Co zrobić z tym wszystkim? Nikt tego przecież nie chce. Gromadzimy, gromadzimy i po co? W końcu i tak nie rzeczy okazują się ważne, a wspomnienia. Ale książkę Marcina Wichy przeczytałam na chłodno, bez wzruszeń, nie poruszyła we mnie żadnej struny, nie wywołała łez. Jakoś okazałam się niewrażliwa. Zawsze w podobnej sytuacji mam kłopot -dlaczego innych zachwyca, a mnie nie? Przyznawać się do tego czy udawać i dostosować się do chóralnych zachwytów? To ostatnie pytanie zadaję z przekory, bo oczywiście nigdy nie udaję, piszę szczerze, natomiast mimo że doskonale wiem, iż każdy ma prawo do własnego odbioru, pozostaje gdzieś w głębi, skrzętnie ukryta nutka niepokoju, że może nie dorastam jako czytelniczka, że może po prostu za głupia jestem. Trochę w tych stwierdzeniach kokieterii, ale jednak nie do końca. No cóż, trudno, niech będzie - przeczytałam z przyjemnością, ale bez zachwytu.

"Jak pies z kotem"

Kolejny film z mojej listy będącej pokłosiem gdyńskiego festiwalu i kolejny reżyser, którego bardziej nie oglądałam niż oglądałam. "Jak pies z kotem" Janusza Kondratiuka. Historia niezwykła - bardzo intymna opowieść o relacji z bratem, też reżyserem, Andrzejem Kondratiukiem. Niezwykłość, a jednocześnie kontrowersja, polega na tym, że nikt tu niczego  nie udaje, bohaterowie występują pod prawdziwymi imionami, ba, w filmie samych siebie zagrały dzieci reżysera, a początkowo w rolę samej siebie miała się też wcielić Iga Cembrzyńska. Jest to historia ostatnich miesięcy życia częściowo sparaliżowanego po udarze Andrzeja Kondratiuka i opiekujących się nim brata Janusza oraz jego żony Beaty. Film był kręcony w domu reżysera, nie wiem, czy również w mieszkaniu Igi Cembrzyńskiej i jej męża, ale jest to bardzo prawdopodobne. Być może Janusz Kondratiuk zastosował jakąś cenzurę, ale i tak nie oszczędza nikogo, a szczególnie Igi Cembrzyńskiej, jej siostry i szwagra. Skandalu jednak chyba nie było, Cembrzyńska pojawiła się na gali gdyńskiego festiwalu i razem z innymi widzami oklaskiwała nagrodzonych aktorów - Aleksandrę Konieczną, która ją zagrała, i Olgierda Łukaszewicza wcielającego się w jej męża, Andrzeja. Nagrody jak najbardziej zasłużone, ale przecież i Bożena Stachura w roli Beaty, i Robert Więckiewicz grający Janusza Kondratiuka, są rewelacyjni. Już tylko dla tej czwórki warto wybrać się do kina.

Warto to zrobić także dla tematu - mierzenia się z chorobą i opieką nad obłożnie chorym. Prędzej czy później ten problem dotknie większość z nas. Jakoś trzeba będzie stawić czoła chorobie i opiece nad niedołężnymi rodzicami. Dla mnie to temat bardzo osobisty - stety czy niestety mam to już za sobą. Dobrze wiem, co to znaczy, kiedy nagle w piątkowe popołudnie dowiadujesz się od rzeczowego pana ordynatora, że w poniedziałek wypisują twojego rodzica ze szpitala i nie poradzi sobie pani sama z opieką nad nim, niech pani szuka jakiegoś domu opieki. Te słowa pamiętam do dziś. I jedyne, co jest w stanie dla ciebie zrobić uprzejmy i służbowo współczujący pan ordynator, to pozwolić odebrać ojca w poniedziałkowe popołudnie, a nie w godzinach twojej pracy. Zyskujesz parę godzin. Co dalej? A to już nikogo nie obchodzi. Tamte kilka miesięcy tkwią we mnie do dziś, do dziś się z tamtymi przeżyciami i emocjami nie uporałam, dlatego kończę już te osobiste wycieczki i wracam do filmu.

A znalazłam tu wiele z tego, co sama przeszłam. Szok, bezradność, zmęczenie, rozpacz, poczucie beznadziei, złość, wyrzuty sumienia. Ale jest to nie tylko opowieść o rodzinie, która musi brać się za bary z problemami spadającymi na nią nagle pewnego pięknego dnia. Jej równoprawnym bohaterem jest sparaliżowany brat reżysera, Andrzej. I ta warstwa filmu przygnębia, albo wręcz przeraża, jeszcze bardziej. Dramat człowieka uwięzionego w swoim ciele, upokarzanego przez to ciało, przez jego fizjologię, zdanego na pomoc osób trzecich, co z tego, że najbliższych. Tabu, o którym wolimy nie myśleć. A jeśli już, to chowamy je w najskrytszych, najodleglejszych zakątkach naszego mózgu. Kolejnym dramatem jest historia Igi Cembrzyńskiej. Kobiety zniszczonej przez alkohol, niezdolnej do opieki nad mężem, którego kocha. Niezaradnej życiowo, bujającej w obłokach, żyjącej w swoim świecie, cynicznie wykorzystanej przez siostrę i jej męża. Chociaż czasami irytuje, to mimo wszystko pokazana jest ciepło.

Jeśli po tym wszystkim, co napisałam, ktoś obawia się filmu Kondratiuka, to niepotrzebnie. Bo chociaż reżyser nie upiększa rzeczywistości, nie lukruje jej, jak to potrafią robić Amerykanie w swoich filmach na podobne tematy, to jednak jakoś łagodzi kanty. Może dlatego, że akcja rozgrywa się w ładnym domu otoczonym ładnym ogrodem. Przez szerokie okna widać zieleń i korony rozłożystych drzew pięknie fotografowane przez Witolda Płóciennika. A może dzięki onirycznym wizjom chorego, które rozbijają realistyczną warstwę opowieści. A może dzięki humorowi. Bo chociaż historia jest smutna, to nie brakuje w niej scen śmiesznych i wywołujących uśmiech ironicznych, sarkastycznych dialogów. A to za sprawą chorego Andrzeja Kondratiuka, który wyrywa się do życia. A może wreszcie dlatego jest to film słodki i gorzki zarazem, bo opowiada także o miłości. Tej braterskiej, która sprawdza się w sytuacji granicznej. Chociaż bracia nie kontaktowali się ze sobą przez lata, byli skonfliktowani, to teraz stają się sobie bliscy jak w dzieciństwie spędzonym na zesłaniu w Kazachstanie, do czego w krótkich migawkach odwołuje się film. I tej  małżeńskiej. Na dobre i złe. Bo taka jest miłość Beaty i Janusza. Inne oblicze, bardziej skomplikowane, ma uczucie drugiej pary. Ale to też miłość. Chociaż pisanie o uczuciach, nazywanie ich brzmi sentymentalnie (brrr!!!), to w film na szczęście ckliwy nie jest.

Z tych wszystkich powodów nie należy obawiać się filmu Janusza Kondratiuka, trzeba się z nim zmierzyć, chociaż to słowo jest tu mocno na wyrost. O wiele bardziej przygnębiający i brudny był polski film "Mur" w reżyserii szerzej nieznanego Janusza Glazera z Martą Nieradkiewicz, Tomaszem Schuchardtem i przede wszystkim  ze znakomitą, przejmującą ... Aleksandrą Konieczną. Kilka lat temu przemknął niezauważony przez nasze ekrany, a częściowo opowiadał o tym samym co film Kondratiuka. Ale bohaterowie "Muru" postawieni zostali w jeszcze trudniejszej sytuacji z tej prostej przyczyny, że nie byli ludźmi zamożnymi i nie mieszkali w pięknym domu otoczonym pięknym ogrodem. To oczywiście nie jest żaden zarzut pod adresem Janusza Kondratiuka, tylko proste stwierdzenie faktu. Nie jego wina, że miał trochę lepiej.

Wiesław Myśliwski "Ucho igielne"

Prozę Wiesława Myśliwskiego pokochałam miłością późną, ale wielką. Kiedy dostawał

nagrody, wstyd przyznać, jakoś nie byłam zainteresowana, bo kojarzył mi się z nurtem literatury wiejskiej. Jeśli nawet, to co w tym złego? Ale tak myślę dziś, kiedyś byłam głupia, że zacytuję profesora Marcina Króla.  Potem trochę przez przypadek sięgnęłam po "Traktat o łuskaniu fasoli". Poleciła mi ją koleżanka, po której jakoś nie spodziewałam się takiej lektury. No i wpadłam. Szybko przeczytałam "Widnokrąg", a później "Kamień na kamieniu". I tak trwam w zachwycie do dziś. I cieszę się, że kilka lektur jeszcze przede mną. A przypisanie Myśliwskiemu łatki prozy wiejskiej jest sporym uproszczeniem. To raczej powieści o prowincji. Czasem oglądamy ją oczyma bohatera, który wyjechał do dużego miasta na studia, czasem oczyma kogoś, kto na prowincji spędził całe swoje życie. Prawdziwie wiejski jest "Kamień na kamieniu". Piszę tu oczywiście o tym, co znam.

W obliczu takich deklaracji nie ma się w takim razie co dziwić, że bardzo ucieszyła mnie wiadomość sprzed kilku miesięcy, że jesienią wychodzi najnowsza powieść Myśliwskiego "Ucho igielne" (Znak 2018), tym bardziej, że autor, o ile mnie pamięć nie myli, zapowiadał, że już więcej nic nie napisze. A jednak jest. Kiedy tylko zobaczyłam ebook w przedsprzedaży, i to po jakże atrakcyjnej cenie, natychmiast kupiłam. I tak oto udało mi się przeczytać powieść jeszcze przed jej oficjalną premierą, która przypada jutro! (17 października, piszę te słowa 16) Tak na bieżąco chyba jeszcze nigdy nie byłam!

"Ucho igielne" połknęłam jednym tchem, przeczytałam powieść w niecały tydzień i bardzo nie chciałam się z nią rozstawać. Znalazłam tu wszystko, co tak u Myśliwskiego lubię, typowy dla niego, niepodrabialny charakter pisma. Żywioł opowieści, obraz prowincjonalnego świata, zmienność języka w zależności od tego, kto akurat opowiada. Inaczej mówi narrator -profesor historii pochodzący z małego miasta, inaczej jego rodzice, kiedy oddaje im głos, jeszcze inaczej pozostali bohaterowie. Znowu mogłam rozkoszować się charakterystycznymi dla Myśliwskiego frazami, które wciąż brzmią mi w uszach po lekturze  jego wcześniejszych powieści. Znalazłam też znaną mi już z poprzednich książek pisarza konstrukcję całości. Nie ma w jego prozie linearnie rozwijającej się historii. Każdy rozdział stanowi odrębną opowieść, która pączkuje, przekształcając się w kolejną. Nie ma chronologii. Wszystko podporządkowane zostaje wspomnieniom i rządzącej nimi chaotycznie pamięci. Mam wrażenie, że w "Uchu igielnym" jest to jeszcze silniejsze niż w tym, co czytałam dotąd. Ale mimo wszystko historia posuwa się do przodu, łączy się w całość. No i wreszcie jest w tej powieści, tak jak w poprzednich, coś więcej niż tylko ciekawa story.

O czym jest najnowsza książka Myśliwskiego? Jeden z jej tematów to pamięć. Jak pamiętamy? Czy możliwe jest ustalenie jednej wersji przeszłości, skoro każdy pamięta ją inaczej? I nie są to różnice tylko drobne. Jak w takim razie pamiętać o wspólnej przeszłości, skoro mamy problemy z naszą własną? Czy wobec tego wspólna przeszłość istnieje, jeśli każdy zapamiętał ją inaczej? Myśliwski pisze o przypisaniu się do cudzej pamięci, o wciągnięciu się w czyjąś pamięć, a dalej w przeżywanie czyjegoś życia, jakby był naszym dobrym znajomym. Stąd bogactwo historii, mnogość bohaterów, także epizodycznych. Każdy z nich podzielił się z narratorem fragmentem swojego życia, a on opowiada je nam. Opowiada też o swoim dzieciństwie, młodości, o rodzicach, kolegach. Historie, jak już pisałam, pączkują, tworząc barwną mozaikę. Każdy z nas nosi w sobie inne życia, cudze opowieści i historie, cudzą przeszłość i pamięć. Nieliczni potrafią przelać je na papier i wpuścić do pamięci zbiorowej. Ale z pamięci można też wiele wyrzucić. Tak się stało z żydowską przeszłością. Kto chodząc po miasteczku, do którego co jakiś czas wraca narrator, pamięta, że w miejscu, w którym właśnie stoi, była w czasie wojny granica getta? Kto pamięta o jego żydowskich mieszkańcach? Kto wie, co się z nimi stało? Gdzie zniknęli? Wątek żydowski nie jest w powieści nachalny, nawet nie jakoś mocno obecny, a jednak ważny. Nieprzypadkowe jest przecież takie a nie inne, dość zaskakujące zakończenie "Ucha igielnego". Niepamięć dotyczy też spraw o wiele mniej dramatycznych. Zapominamy ludzi, zapominamy miejsca, zapominamy wiele epizodów z naszego życia. Skoro z dzieciństwa pamiętamy podobno tylko około czterysta godzin? Odwołuję się tu do całkiem świeżych "7 uczuć" Koterskiego, o których ostatnio pisałam.

Ale "Ucho igielne" to także powieść o starości. Jak w filmowym "Dniu świstaka" wraca jedna scena - spotkanie starca podpierającego się laską z młodym człowiekiem. Spotkanie na schodach w owym tytułowym uchu igielnym, wąskim przejściu w miejskich murach. Towarzyszą temu spotkaniu te same sceny, te same wspomnienia. O przepowiedni Cyganki, o niespełnionej miłości, o zielonej dolinie, której już nie ma. Kto się z kim spotyka? Podobne pytanie zadawałam sobie, kiedy czytałam "Traktat o łuskaniu fasoli". Tam brzmiało ono trochę inaczej - kto jest tajemniczym gościem narratora? W obu powieściach odnaleźć można metafizyczny ton. Bo tu spotyka się młodość ze starością, narrator stary z sobą młodym. Czy może zmienić bieg jego (swojego) życia? Innymi słowy, czy gdybyśmy w młodości mieli takie doświadczenie jak teraz, czy gdybyśmy wiedzieli wtedy to, co wiemy dziś, postąpilibyśmy inaczej? Uniknęli błędów? Czy stary człowiek jest tym samym człowiekiem, jakim był w młodości? Perspektywa schyłku życia jest w powieści bardzo mocna, może dlatego tyle w niej melancholii.

Jeśli, czytelniku tej notki, przestraszyłeś się, że jest to powieść trudna, na poły filozoficzna, spieszę uspokoić, że nic bardziej błędnego. Myśliwski to przecież, o czym już wspominałam, przede wszystkim wspaniały gawędziarz. Historia goni historię. Jeden z moich ulubionych pisarzy. Koniecznie trzeba go czytać. I "Ucho igielne", i inne powieści. Kolejność nie ma znaczenia.

"7 uczuć"

Marek Koterski należy do tych kilku polskich reżyserów, za których niekoniecznie dałabym się pokroić. Nie czekałam z niecierpliwością na jego kolejne filmy, widziałam zaledwie kilka, a najsłynniejszy, "Dzień świra", po kilku latach od premiery u znajomych na ekranie telewizora. Jakoś nam nie po drodze. Ale w czasie gdyńskiego festiwalu tak dużo mówiło się o jego najnowszym obrazie, "7 uczuć", że wpisałam go na listę polskich filmów pokazywanych w Gdyni, które koniecznie muszę zobaczyć. Kiedy ucichł festiwalowy szum, kiedy "7 uczuć" pojawiło się na ekranach, recenzje niekoniecznie są entuzjastyczne. Podobnie było z "Niną". Z tym większą ciekawością poszłam do kina.

Bohater Koterskiego, Adaś Miauczyński, próbuje leczyć swoje nieudane życie na kozetce terapeutki, a ta każe cofnąć mu się do dzieciństwa, z którego pamiętamy podobno zaledwie czterysta godzin. Niczego tu nie zdradzę, bo prawdopodobnie wszyscy zainteresowani i tak wiedzą, jeśli napiszę, że w role dzieci wcielili się dorośli aktorzy, między innymi Gabriela Muskała, Katarzyna Figura, Maria Ciunelis, Joanna Bogdańska, Marcin Dorociński, Robert Więckiewicz, Andrzej Mastalerz, Andrzej Chyra, Tomasz Karolak i Michał Koterski, który gra główną rolę. Pomysł bardzo ciekawy, myślę, że z dziecięcymi aktorami nie udałoby się reżyserowi osiągnąć takich efektów. Sceny szkolne utrzymane są najczęściej w poetyce groteski, niektóre przypominają swoim rytmem raczej spektakl teatralny niż film, co nie jest w tym wypadku zarzutem. Przeciwnie, rozegrane w takiej formie wydały mi się bardzo ciekawe, często zostały brawurowo przeprowadzone. Takie są zabawy na szkolnym boisku, gromadny powrót do domu czy dwie kluczowe dla filmu sceny rozgrywające się w pustej po południu szkole. Piszę dookoła, aby nie spojlerować. Kto film widział, domyśli się, o czym myślę. W podobnym rytmie rozegrane są też świetne, krótkie niczym błysk flesza sceny w domach kolegów Adasia. Rodzice walą w swoje dzieci jak w worek treningowy.

To w dzieciństwie terapeutka każe się Adasiowi doszukiwać przyczyny jego życiowych niepowodzeń. Dzieciństwo zostało tu odarte z wszelkiego powabu. Zupełnie nie przypomina mitu, który każe nam wierzyć, że to najszczęśliwszy okres w życiu. Jest pełne lęków, traum, konfliktów, zawiedzionych uczuć, samotności i niezrozumienia. Świat rówieśników to dżungla, szkoła to ostoja głupoty, nauczyciele zamiast uczyć przeżywania tych tytułowych siedmiu uczuć (radość, złość, smutek, strach, samotność, wstyd, poczucie winy), każą klepać na pamięć dopływy Nilu, a rodzice zamiast wspierać, wysłuchać i pocieszyć, wrzeszczą i wymagają. To ring, na którym toczy się pojedynek. Każdy tu walczy z każdym - dzieci pomiędzy sobą, uczniowie z nauczycielami i wreszcie z rodzicami. Znikąd pomocy. Życie od początku jest do kitu, bo przecież później nie będzie wcale lepiej, co w końcu z rezygnacją przyznaje szkolna woźna grana przez Sonię Bohosiewicz. Chociaż nie jest to wszystko jakoś szczególnie odkrywcze, to jednak śmiech więźnie w gardle i robi się smutno. Kontrapunktem dla tego potwornego świata są sielskie dekoracje, w jakich ten dziecięcy koszmar się rozgrywa. Willowa dzielnica, stary dom z ogrodem. Ale to tylko pozory, nie dajmy się zwieść.

Ogląda się "7 uczuć" bardzo dobrze, także dzięki świetnemu aktorstwu. Wymieniłabym jeszcze Maję Ostaszewską i Adama Woronowicza w rolach rodziców Adasia oraz Joannę Kulig jako jedną z matek. To wszystko nie oznacza, że nie mam żadnych zastrzeżeń. Nie wiem, dlaczego Koterski nie jest konsekwentny i rezygnuje z pewnych pomysłów, które wprowadza na początku filmu. Z czasem gdzieś się ulatniają. Nie wiem też, czy intencją reżysera było przypisanie jednego z tytułowych siedmiu uczuć do konkretnego dziecka. Jeśli tak, to nie wybrzmiało to zbyt klarownie. A może nie dość uważnie śledziłam film? Ale najbardziej drażni łopatologiczne zakończenie, kiedy to szkolna woźna poucza z ekranu, jak należy wychowywać dzieci. Mimo tych wątpliwości "7 uczuć" obejrzeć na pewno warto.

"Nina"

O "Ninie" Olgi Chajdas głośno zrobiło się kilka miesięcy temu. Nie pamiętam już, na których festiwalach była pokazywano, w każdym razie szła fama, że film ciekawy, wart obejrzenia. W Gdyni pokazywano go w sekcji Inne Spojrzenie, właściwie nie wiadomo dlaczego, bo jest to kino zrobione jak najbardziej po bożemu. Może chodziło o temat - miłość lesbijską? Jeśli tak, to pokazuje, gdzie jesteśmy. Sama reżyserka odżegnuje się od takiego zawężania, uparcie twierdzi, że to film o miłości. Bardzo mocno podkreśla słowa, które wypowiada w pewnym momencie Nina na sugestię siostry, że jest biseksualna. Zakochałam się w osobie, mówi, jestem magdoseksualna, dodaje. Takie spojrzenie łączy, wszak miłość jest miłością. Tylko my szufladkując, dzielimy. Trudno się z tym nie zgodzić. "Ninę" niełatwo zobaczyć, wyświetlana jest w niewielu kinach, raczej tych małych, ale nawet tam wypiera ją na razie "Kler". Dlatego obejrzałam ją z opóźnieniem, w tygodniu, bo w weekend grana jest w porach nieludzkich, czytaj późno wieczornych. I było tak, jak często w podobnych sytuacjach, kiedy film poprzedza fama świetności. Widziany z bliska nie wydaje się aż tak znakomity. Na pewno warto "Ninę" obejrzeć, choćby dla znakomitego aktorstwa, szczególnie dla Julii Kijowskiej i Elizy Rycembel, ale i Andrzej Konopka w roli zdradzanego męża budził moją sympatię. Oszczędny, wycofany, wściekły i nieszczęśliwy. Także dla tematu, bo jakby się Olga Chajdas nie zapierała, trudno zignorować fakt, że to kobiece love story. No ale kiedy już się ogląda, niestety widać szwy. Przede wszystkim w scenariuszu. Ale o tym za chwilę, w drugiej części. Mimo zastrzeżeń "Ninę" bardzo dobrze się ogląda. Kto nie widział, niech się do kina wybierze, kto już był, może czytać dalej. Zapraszam.

Gdzie są mielizny "Niny"? Moim zdaniem problem polega na tym, że filmowa historia została oparta na zgranym schemacie - spotkanie dwóch zupełnie różnych kobiet. Jedna, Nina, poważna, stateczna, lękliwa, aż chciałoby się powiedzieć, zapięta pod szyję, druga, Magda, młodsza, jej przeciwieństwo. Spontaniczna, żyjąca trochę z dnia na dzień, otwarta, szalona, nieuporządkowana. Może najlepiej ten kontrast oddaje rozmowa o kradzieży. Nina pod wpływem impulsu i emocji zabiera z kwiaciarni kwiat, który daje ukochanej w prezencie. Magda jest zdziwiona. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłaś? - pyta. Nie ukradłaś nawet cukierka? A przecież jej zdarza się to bardzo często! Ot tak, dla sportu. Rozumiem, że mają być różne, ale aż tak? Od razu wiadomo, jaki będzie ciąg dalszy - Nina stopniowo będzie się otwierać nie tylko na Magdę, nie tylko na uczucie, które spada na nią jak grom z jasnego nieba, wywracając jej bezpieczny,  nudny świat, ale i na jej styl życia. Tym bardziej, że jakieś zadatki na niesztampowe zachowanie w niej tkwią. Z licealistami, których uczy francuskiego, rozmawia z o filmowej adaptacji "Pogardy" w reżyserii Godarda, poleca im wystawy sztuki współczesnej. Swoją drogą, nie dowiadujemy się, czy po interwencji rodziców i dyrektorki, prywatnie  jej matki, wycofała się z tego. A gdyby tak zrobiła, to byłby to objaw rozsądku czy konformizmu?

Świat, z którego wywodzi się  Nina, zamożny dom, apodyktyczna, wszystkowiedząca matka, milczący ojciec, wielodzietna rodzina, chyba religijna, a przynajmniej religijność kultywująca, też mocno schematem trąci. To konserwatywne, mieszczańskie środowisko pokazane zostało tak, że nie budzi sympatii. Szczególnie matka. Może tylko siostra, która właśnie wychodzi za mąż da się lubić. Oczywiście mąż Niny, mechanik samochodowy, jej licealna miłość, prawdopodobnie wywodzi się z całkiem innej społecznej sfery. Aż dziwne, że matka nie zrobiła wszystkiego, aby do tego mezaliansu nie dopuścić. Stać było Ninę na bunt? Na dopięcie swego? Przy jej osobowości to jednak nieprawdopodobne. No ale może Nina potrafi walczyć o miłość? Trochę się wyzłośliwiam.

Nie mogę też powiedzieć, aby szczególnie poruszyły mnie dylematy Niny, cierpienia jej męża i Magdy. Doskonale znam smak szaleństwa z miłości, rozumiem, co czują bohaterowie, ale wzruszyć się tym razem jakoś nie potrafię. A bywa, że film o miłości trudnej, albo wręcz niemożliwej, porusza we mnie najczulsze struny. Najciekawsze jest chyba odkrywanie nieznanego Ninie świata kobiet - kobiecych związków, miłości, wspólnego przebywania, imprezowania. Świata, jakiego wcześniej nie znała, bo i skąd. I nieznanych wcześniej emocji. Co będzie dalej? Film kończy się happyendem, ale w prawdziwym życiu byłby to dopiero początek kłopotów. Jak zareaguje rodzina Niny? Bo ukrywać się tego związku przecież nie da. Co z pracą? Co z wychowywaniem dziecka? Jak odnajdzie się w tej sytuacji jej mąż? Jak ułożą się ich relacje? No ale nie o tym jest ten film.

Jak wspominałam we wstępie, mimo tych zastrzeżeń "Ninę" ogląda się świetnie. Film wibruje energią. Wiele w tym zasługi aktorów, szczególnie Julii Kijowskiej i Elizy Rycembel. To one tchnęły życie w swoje bohaterki, to one magnetyzują widza i wreszcie to dzięki nim filmowa historia ożywa, śledzimy ją z zapartym tchem, tym bardziej, że nie ma pewności, jak się skończy. Spodziewałam się różnych rozwiązań. Wszystkie opierałyby się na schemacie, więc nie mam pretensji o to najbardziej konwencjonalne.

Popularne posty