"Wszyscy inni", czyli zwierciadło, w którym warto się przejrzeć.

Ten skromny film niemieckiej reżyserki Maren Ade jest niczym lustro, w którym widz musi, choć niekoniecznie chce, przeglądać się w czasie seansu. Obserwacja pary młodych, mniej więcej trzydziestoletnich, ludzi, Gitti i Chrisa, spędzających wakacje na Sardynii w letnim domu należącym do jego rodziców, dostarcza wiele niemiłej prawdy o nas, o naszych relacjach z innymi, o naszym konformizmie i wypieraniu się siebie. Jest to obraz do bólu prawdziwy, a wnioski płynące z niego smutne. Mniej wytrwałych odstręczyć może konstrukcja filmu. Kto spodziewa się oszałamiających sardyńskich pejzaży, ten się zawiedzie. Sardynia nie przypomina tu obrazków z turystycznych folderów. Niewiele się dzieje. Przez większość seansu na ekranie obserwujemy tylko dwoje głównych bohaterów toczących ze sobą rozmowy prowadzone najczęściej cichym, monotonnym głosem. Mimo że wspólnie spędzone wakacje będą dla ich związku przełomowe, niewiele tu wybuchów emocji i namiętności. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych widzów ten brak akcji zamieniony na dwugodzinne podglądanie bohaterów może być nudny. Jednak naprawdę warto ten film zobaczyć. To obraz, który porusza, potrząsa i każe się nad sobą zastanowić. Jeśli ktoś czytał "Lato przed zmierzchem" Doris Lessing, znajdzie tu podobnie stawiane pytania o to, czy można ocalić siebie w związku. Znakomite kino, chociaż lojalnie uprzedzam, że znam takich miłośników filmu, na których "Wszyscy inni" nie zrobili wrażenia. A tych, którzy widzieli, zachęcam do przeczytania dalszego ciągu.

Na początku winna jestem pewne wyjaśnienie. Otóż wyjątkowo obejrzałam ten film w towarzystwie. Potem długo dyskutowałyśmy, roztrząsając to, co zobaczyłyśmy. (Zwykle ten blog pełni dla mnie taką funkcję.) Jak to bywa w trakcie wymiany zdań, nasz odbiór uzupełniał się i wspólnie doszłysmy do wniosków, które poniżej. Wspominam o tym, bo chcę być uczciwa wobec przyjaciółki i ewentualnego czytelnika. Nie zapisłam jednak nic, z czym bym się nie zgodziła.

Początkowo film myli tropy i mnoży zagadki. Pierwsze sceny: młoda kobieta strofująca dziewczynkę, w pokoju obok młody mężczyzna czule wpatrujący się w niemowlę trzymane na ręku. Małżeństwo z dwojgiem dzieci, myślimy. Nagle pojawia się druga kobieta. Kim jest? Szczególnie zdezorientować może scena w sypialni, kiedy żegna się z mężczyzną. Kochanka? Chyba jednak nie. Więc kto? Dopiero później wyjaśni się, że to siostra głównego bohatera, a zarazem matka dzieci, którymi się opiekował wraz ze swoją przyjaciółką. Celowo wracam tak szczegółowo do pierwszych scen filmu, bo pokazują, jak mogłaby się potoczyć przyszłość Gitti i Chrisa. Czy tak będzie? Zakończenie jest otwarte: po wspólnie spędzonych wakacjach, które boleśnie zweryfikowały wzajemny obraz drugiej osoby, wszystko może się zdarzyć. Czy właśnie takiej przyszłości dla siebie chcą? On chyba jeszcze nie, ona  chyba już tak.

Ona, czyli Gitti. Bardziej wdzięczna niż ładna, chociaż nie można powiedzieć, żeby była brzydka. Szczupła. Ubiera się po swojemu: satynowe szorty, podkoszulek, pod spodem nieodłączna góra  kostiumu kąpielowego. Nic specjalnego, ale znać jakiś rys indywidualności. Wesoła i spontaniczna. Skora do zabawy, wygłupów i niekonwencjonalnych, gwałtownych zachowań (scena z siostrzenicą Chrisa; scena z nożem; skok przez okno). Umówi się na wieczorne pływanie łódką z nieznajomymi, których spotka w mieście. Dlaczego? A dlaczego nie, przecież byli fajni, mają własną łódkę, może być zabawnie. Tym bardziej zaskuje fakt, że jednoczesnie potrafi wnikliwie obserwować swojego ukochanego i być wobec niego krytyczna. W jednej z pierwszych dłuższych rozmów, których jesteśmy świadkami, zarzuca mu brak zdecydowania i to, że tak naprawdę nie wie, czego chce. Zła jest, że nie potrafi wziąć za siebie odpowiedzialności. Jednocześnie jego problemy zawodowe, niezrealizowane ambicje żywo ją obchodzą. Z napięciem czeka na ogłoszenie wyników architektonicznego konkursu, w którym brał udział. Namawia na wzięcie nowego zlecenia na wyspie. Zamieszkaj ze mną, nie odbiorę ci twojej wolności, mówi w trakcie tej rozmowy. A więc beztroska, trzpiotowata Gitti pragnie tego, czego wiele kobiet w jej sytuacji: zacieśnienia relacji, sformalizowania związku choćby tylko wspólnym zamieszkaniem. A może chce też dziecka? Przecież świadomie każe zrezygnować Chrisowi z użycia prezerwatywy. Tego nie wiemy. Potem zapewni go w złości, że nie musi się obawiać. Co jest prawdą?  Być może miota się między beztroską życia, jakie dotąd prowadziła, a budzącą się pod wpływem uczucia potrzebą stabilizacji.

On, czyli Chris. Trochę nijaki, niespecjalnie przystojny, nie można jednak powiedzieć, aby był szpetny. Taki evryman, którego twarz trudno zapamiętać. Architekt, podobno zdolny, a na pewno bezkompromisowy, stąd jego częste niepowodzenia. Projekty robione wspólnie z przyjacielem Philipem (ojcem rodziny) rzadko doczekują się realizacji, nawet jeżeli wygrywają konkursy. Chris jest artystą, nie chce ustąpić ani o milimetr.  Sam ze zdziwieniem przyznaje, że nie czuje się dojrzały, a powinien, bo lata lecą. Artystyczna bezkompromisowość może wydawać się chwalebna, tyle tylko, że najprawdopodobniej łatwo mu ona przychodzi, bo ma bogatych rodziców, którzy pewnie wspierają go, łagodząc skutki bujania w chmurach. To, co mogłoby wydawać się zaletą, jest prawdopodobnie także przejawem niedojrzałosci, do której się przyznaje. Na propozycję Gitti, aby zamieszkali razem, po prostu nie odpowiada. Jest skryty, nie o wszystkim mówi swojej dziewczynie, wstydząc się chyba  niepowodzeń. Ale może to też być dowodem braku zaufania. Początkowo wydaje się, że podobnie odbierają świat i podobnie się zachowują. On też potrafi żartować, wyglupiać się, śmieszą ich te same zabawy słowne. Okazuje się jednak, że nie do końca tak jest. Na propozycję wycieczki łodzią z nieznajomymi reaguje niechęcią, woli zostać w domu. W końcu to ona mu ulegnie i zrezygnuje, chociaż nie musi. I tu dochodzimy powoli do sedna: wzajemnego poznania, które prowadzi do rozczarowania, i rezygnacji z siebie dla ukochanego człowieka.

Nie wiemy, jak długo Gitti i Chris są ze sobą, jak dobrze się znają, ale te wspólnie spędzane wakacje w letnim domu jego rodziców, to wspólne tymczasowe zamieszkiwanie prowadzi do utraty złudzeń. Szczególnie Gitti stopniowo rozczarowuje się do Chrisa. Lepiej go poznaje i przekonuje się, że chyba nie takiego czlowieka pokochała, a może po prostu stworzyła sobie inny jego wizerunek. Raptem okazuje się, że Chris niektóre ważne sprawy przed nią ukrywa (przegrana w konkursie, rezygnacja z wygranej z powodu konieczności kompromisowej zmiany projektu; prawdopodobnie kłamie  w sprawie przyjętego zlecenia na modernizację willi, mówiąc, że właściciel dał mu wolną rękę). Przestaje się z nią liczyć. To że nie chce iść na dyskotekę i pływać łódką z nieznajomymi, to drobiazgi. Najbardziej widoczny staje się jego egoizm w czasie wycieczki w góry, kiedy gna do przodu, nie oglądając się na nią (przy okazji warto zauważyć, że nie potrafi się przyznać do błędu: prawdopodobnie zgubił drogę). Nie umie też docenić jej niespodzianki: pikniku, który dla niego przygotowała. Równie egoistyczne jest zostawienie jej samej na całą noc w domu rodziców. Gitti się boi, o czym wyraźnie mówi Chrisowi, ale on jej nie słucha. A strach nie jest wymyślony, o czym widz przekonuje się, obserwując jej nocne czuwanie. Ale najgorsze cechy wychodzą z niego w konfrontacji ze spotkanym przyjacielem Hansem i jego piękną żona Saną. Początkowo, kiedy Chris spostrzega Hansa na wyspie, usiłuje się przed nim ukryć, nie chce go spotkać. Wspólnie z Gitti robią z tego ukrywania niezłą zabawę, chowając się przed nim w sklepie. Takie wygłupy i żarty są typowe dla Gitti, ale on świetnie się do niej dopasowuje. Kiedy już jednak do spotkania dojdzie, Chris zmieni się zupełnie. Będzie udawał, że bardzo się cieszy, przyjmie zaproszenie na kolację, po paru dniach zaproponuje rewanż, mimo iż zdaje sobie sprawę, że protekcjonalny Hans nie przypadł jego dziewczynie do gustu. Najgorsze jest jednak to, że cały czas podczas tych dwóch spotkań dystansuje się wobec Gitti, lekceważąc ją, strofując, stając po stronie Hansa i jego żony. Być może nagle w konfrontacji z pewnymi siebie ludźmi sukcesu, dostrzega nijakość swoją i swojej dziewczyny? Chce się wydać inny, lepszy? Raptem Gitti wydaje mu się mniej atrakcyjna niż Sana? Jeśli spojrzeć obiektywnie na obie kobiety, musimy stwierdzić, że żona kolegi, znana projektantka drogich ciuchów, rzeczywiście jest ładniejsza i lepiej ubrana. Ale i Gitti czuje się chyba gorsza od niej. Raptem staje się niepewna, też gra kogoś innego: dobrą gospodynię, która cieszy się z wizyty gości. Z jej punktu widzenia Sana posiada wszystko, o czym być może ona sama marzy. Oprócz urody, ciuchów, interesującego zawodu ma męża i jest w ciąży.

I w tym momencie mogę przejść do ostatniego, ale jakże istotnego, problemu, który juz sygnalizowałam. Gitti już wcześniej zaczęła ulegać Chrisowi i, chcąc się mu przypodobać, postępować wbrew sobie. To ona, chociaż nie musiała, zrezygnowała z wycieczki łódką z nieznajomymi, kiedy on postanowił zostać w domu. To ona, mimo że nie polubiła Hansa i Sany, bez sprzeciwu godzi się na ich wizytę i krząta sie wokół nich jak najlepsza pani domu. Nie próbuje nawet wyrazić swojego zdania. Raptem staje się cicha i przygaszona.  Nic nie zrobi, kiedy Chris oprowadzając gości po domu rodziców, pokazuje im także kiczowaty pokój matki, kpiąc z jej upodobań. I chociaż Gitti wyraźnie źle się z tym czuje, nie przerwie jego kpin. A przecież jeszcze niedawno, w czasie pierwszego spotkania, potrafiła zdecydowanie i bezkompromisowo, nie zważając na konwenanse, bronić swojego zdania. Symbolem tego zapierania się siebie i wchodzenia w nie swoje buty jest sukienka, którą raptem kupuje. Po co, skoro, jak sama mówi, źle się w niej czuje i jest nie w jej guście? (O ile dobrze pamiętam, określa ją mianem burżujskiej) Chodzi chyba o to, że ona sama jest niepewna siebie w jego oczach. Bardzo jej na nim  zależy, mówi, że go kocha, chce z nim zamieszkać, ale nie wie, czy jest dla niego wystarczajaco atrakcyjna. a on nie daje jej jasnych sygnałów. Niby mówi kocham, nawet dwa razy, ale dla mnie brzmi to jak slogan, nieszczerze. Nie ma w tych słowach prawdy, namiętności i żaru. Tak trzeba, tak wypada w takiej sytuacji. W nowej sukience Gitti będzie pojawiać się coraz częściej. Pojedzie w niej do miasta, gdzie pozwoli sobie zrobić makijaż, w którym czuje się jak w masce. Kiedy natknie się na znajomych-nieznajomych od łódki, oni w pierwszym momencie jej nie poznają. Tym razem, ponieważ jest z nią Chris, zacznie ich zbywać i na ponowne zaproszenie odpowie konwencjonalnie. Już wiemy, że na pewno z pływania nici, bo Chris nie ma ochoty. Sukienkę włoży też podczas wizyty Hansa i Sany. Stopniowo Gitti zaczyna postępować wbrew sobie, konwencjonalnie. Ona, tak jak Chris, przestaje być szczera, chociaż szczerość była dla niej tak ważna. Nawet kiedy miara się już przebierze i postanowi odejść, nie powie tego wprost, a użyje wybiegu. Ostatecznie zaprzeczy sama sobie. Ona, która w jednej z pierwszych scen filmu, uczyła małą siostrzenicę Chrisa, że należy otwarcie mówić, co się czuje.

Te wakacje spędzane na Sardynii obnażyły Gitti i Chrisa. Niedojrzały okazał się nie tylko on, ale i ona. Oboje są chyba niepewni swojej wartości, tożsamości, nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą. Zachowują się konwencjonalnie i konformistycznie, chociaż temu zaprzeczają. (Druga para też zresztą grzęźnie w konwencjach i nieszczerościach, ale po nich od początku tego się właśnie spodziewamy, bo reprezentują w tym filmie burżujskie życie, przed którym bronią się Chris i Gitti, chyba podświadomie o nim marząc.) Gitti dla uczucia jest gotowa zrezygnować z siebie, Chris niewiele daje, myśli tylko o sobie. Czy jest dla nich nadzieja? Zakończenie otwiera różne możliwości. Wszystko może się zdarzyć. Nadzieją jest jego szczery płacz. Może dopiero teraz, kiedy ona chce odejść i udaje martwą czy śpiącą, zrozumiał, ile dla niego znaczy? Może teraz słowo kocham zabrzmiałoby szczerze? Wiele zależy od niej. Czy potrafi ocalić siebie w tym związku? Czy udobruchana znowu zacznie udawać kogoś innego? Na razie po swojemu wygłupia się i błaznuje.

Nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, kto w zachowaniach tej czwórki nie odnajdzie choćby cząstki swoich własnych postaw. Jedni pewnie w tych portretach odkryją siebie więcej, inni mniej, ale myślę, że każdy chociaż odrobinę. Tak czy inaczej będzie bolało. Czy możliwy jest związek, w którym nie zatracimy siebie? (Szczególnie my, kobiety, mamy taką łatwość.) Gdzie leży granica pomiędzy dobrym kompromisem, bez ktorego żyć się nie da, a zaprzeczeniem sobie, swoim ideałom? Gdzie w relacjach z innymi możemy mówić o dobrym wychowaniu, o dobrej szczerości, która nie rani, a gdzie o sztucznej, nieszczerej konwencji, która nas pęta i nakłada maskę? Te pytania zadaje reżyserka "Wszystkich innych". Pewnie, że stawiano je już w sztuce wiele razy, ale nigdy dosyć. A odpowiedzi na nie, jak nie było, tak nie ma!                       

Denise Mina: "Pole krwi", "Martwa godzina", "Ostatnie tchnienie".

Tym razem będzie o kryminale. Jestem wielką miłośniczką tego gatunku, o czym już wspominałam przy okazji wpisu o "Gorączce w Hawanie" Padury. Niestety odkąd skończyła się seria o moim ukochanym Wallanderze Mankela, a Donna Leon obniżyła swe loty, jakoś nie mogę natrafić na kolejny ulubiony cykl, z jednym wyjątkiem: to powieści szkockiej pisarki Denise Miny z Paddy Meehan w roki głównej. Właśnie wyszła trzecia książka "Ostatnie tchnienie" (W.A.B.2010). Poprzednie to "Pole krwi" i "Martwa godzina". Całość ma być zamknięta w pięciu częściach.

To, co najbardziej spodobało mi się w tych kryminałach, to świetnie naszkicowane tło obyczajowe. Akcja toczy się w Glasgow lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Glasgow w roku 1980 (wtedy rozgrywają się zdarzenia pierwszej części, potem mamy rok 1984 i wreszcie w najnowszej powieści przenosimy się do roku 1990) to miasto ponure, zaniedbane, pogrążone w ekonomicznym kryzysie spowodowanym zamykaniem stoczni. Plagą jest bezrobocie, cały czas tli się konflikt katolicko - protestancki.

Paddy, młoda dziewczyna bez wykształcenia, pochodząca z irlandzkiej, a więc katolickiej, robotniczej rodziny z ubogiego, brzydkiego przedmieścia marzy o zostaniu dziennikarką. To jednocześnie przepustka do innego świata. Ma szczęście, bo udaje jej się dostać pracę gońca w jednym z lokalnych dzienników. Jest ambitna, zawzięta i bystra, dlatego próbuje prowadzić na własną rękę dziennikarskie śledztwo: chce odkryć mordercę małego chłopca zamęczonego w brutalny sposób. Sprawa wstrząsnęła Glasgow, jeśli się uda, będzie mogła opublikować swój pierwszy tekst. Oczywiście drobnostką jest to, że nie ma pojęcia o rzemiośle dziennikarskim. Jakoś to będzie, byle był temat i materiał. To jej wielka szansa, nic dziwnego, że za wszelką cenę chce ją wykorzystać. Niestety oprócz zalet, o których wspomniałam, Paddy ma  wady typowe dla swego wieku: brak doświadczenia, lekkomyślność i naiwność. To one będą przyczyną poważnych kłopotów, w jakie wpędzi siebie i innych. W tym miejscu muszę wspomnieć o jednej ze słabości książki. Tragedia, do jakiej nieumyślnie doprowadza, powinna być przyczyną wielkiej traumy i wyrzutów sumienia takich, jakie przeżywali bohaterowie powieści Dostojewskiego czy Greena, tymczasem tak się nie dzieje. A przecież Paddy jest wrażliwa. To właśnie wrażliwość, obok ambicji, kieruje jej działaniem. Chce dociec prawdy, bo obawia się, że ktoś zostanie skrzywdzony. Tym bardziej dziwi tak powierzchowne potraktowanie winy niezawinionej, ponieważ autorka naprawdę świetnie charakteryzuje swoich bohaterów i środowiska, w których się obracają.

Co jeszcze można  powiedzieć o głównej bohaterce? Ma nadwagę, z którą bezustannie walczy, czuje się nieatrakcyjna, ale podoba się mężczyznom. Nie ma pieniędzy, bo niewielką pensją musi się dzielić z liczną rodziną. Klnie jak szewc i wydaje się gruboskórna, ale to tylko maska ochronna, którą przyjmuje w męskim, dziennikarskim świecie. Jest w konflikcie ze swoją rodziną, bo chce żyć inaczej, nie przywiązuje wagi do wartości, które dla nich są ważne: wiara, tradycyjna rodzina, dzieci. Inaczej postrzega rolę kobiety. Nie chce żyć jak jej matka zamknięta w klatce domu i kościoła. Paddy od dawna nie wierzy, ale nie chce martwić rodziców. Jest bardzo przywiązana do nich i do rodzeństwa, szczególnie do młodszej siostry Mary Ann, pomimo że neguje wartości, które wyznają. Oczywiście w ciągu tych dziesięciu lat, które dzielą część pierwszą od trzeciej, Paddy zmienia się. Przede wszystkim dorasta, nabiera doświadczenia, z żółtodzoba staje się młodą kobietą. Jesteśmy też świadkami perypetii osobistych (czytaj damsko - męskich), które doprowadzają ją do sytuacji, w jakiej znajduje się w roku 1990. Ale zasadniczy rys jej charakteru pozostaje niezmienny.

Jak wspomniałam, niezwykle ciekawe są portrety środowisk, w których obraca się Paddy. Z jednej strony ubogi dom, gdzie każdy powinien znać swoje miejsce. Niepracująca matka, która pokornie służy wszystkim domownikom. Nie znosi żadnych dyskusji, bo po prostu zwyczajnie nie rozumie, że można kwestionować taki, uświęcony tradycją, sposób życia. Ojciec i bracia, domowe autorytety i władcy. Wspólne, ciasne sypialnie, zapach wilgoci mieszajacy się z zapachami kuchennymi. Wspólne posiłki, telewizja, niedzielna msza. To wszystko Paddy kocha, kwestionując równocześnie. Z drugiej strony świat redakcji. Męski, szorstki, z pozoru brutalny, gdzie też każdy zna swoje miejsce w ustalonej hierarchii. Naczelny i kierownicy działów są jak bogowie, to od nich wszystko zależy. Najniżej są oczywiście gońcy, ludzie na posyłki, tacy jak Paddy. Ale w tym świecie można pójść w górę, można powoli wspinać się po szczeblach, jeśli tylko ma się dość determinacji, zdolności i szczęścia do tematu. Obserwujemy pracę w redakcji i życie w dziennikarskiej knajpie, w ktorej też toczy się praca. Bardzo ciekawa jest część druga, kiedy jesteśmy świadkiem pracy redakcji nocnej. Śledzimy pracę wozu reporterskiego, który towarzyszy policjantom w ich nocnych interwencjach. Wszystko po to, aby w porannym wydaniu w dziale miejskim zamieścić krótkie notki o brudach miasta.

Nie byłabym uczciwa, gdybym nie wspomniała o słabościach cyklu. O jednej już pisałam. Kolejną są zakończenia. Podczas gdy intryga prowadzona jest jak trzeba: jest napięcie, niebezpieczeństwo, zwroty akcji, mozolne dochodzenie do prawdy, zakończenia są jakby z innej bajki. Za mało w nich realizmu, za dużo nieprawdopodobnego szczęścia opartego na cudownych zbiegach okoliczności towarzyszących Paddy w tych najważniejszych momentach. Muszę też niestety stwierdzić, że trzecia część jest moim zdaniem najsłabsza. Od pewnego momentu zagadka przestaje być zagadką, bardziej chodzi o to, jak bohaterka wybrnie ze śmiertelnych tarapatów, w które się wpakowała, co oczywiście też trzyma w napięciu. Mimo wszystko nadal jest to kryminał wart przeczytania. Zachęcam jednak do sięgnięcia po te książki w kolejności ich wydawania. Po pierwsze dlatego, że jest to też opowieść o Paddy Meehan, więc lepiej sledzić jej losy po kolei. Po drugie w każdym tomie są nawiązania do spraw i postaci z poprzednich, a najnowsza część odwołuje się do trzech spraw sprzed lat dziesięciu. Oczywiście wszystko zostało objaśnione w takim stopniu, jak to konieczne dla zrozumienia intrygi, po co jednak odbierać sobie przyjemność lektury. Mimo tych paru uwag krytycznych polecam te mroczne opowieści o nietuzinkowej Paddy Meehan.    


"Oko świata. od Konstantynopola do Stambułu" Maxa Cegielskiego

Książka Maxa Cegielskiego (WAB 2009, seria Terra Incognita) leżała na mojej półce ponad rok, czekając na swoją kolej. Dziś bardzo tego żałuję, bo to pozycja obowiązkowa dla miłośników prozy Pamuka, Safak i innych tureckich autorów, i oczywiście dla tych, którzy nie przeoczą żadnego tureckiego filmu goszczącego na naszych ekranach. Dzięki reportażom Cegielskiego można lepiej zrozumieć wpółczesną Turcję, jej skomplikowanie i problemy, bo wbrew tytułowi nie jest to książka tylko o Stambule, mieście wielbionym przez Pamuka, a dużo wcześniej przez wielu europejskich podróżników i pisarzy. Niestety dzięki zdobytej wiedzy Turcja i Stambuł tracą swoją romantyczną otoczkę i legendę, za to zyskują prawdziwe oblicze. Cegielski snuje swoją opowieść wokół trzech wątków.

Wątek pierwszy to miasto (kiedyś Konstantynopol, od czasów Ataturka Stambuł) i świat Orientu widziane oczami pisarzy i podróżników, głównie europejskich, ale jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest Pamukowi. Pokazuje takich, którzy zafascynowani Wschodem, przebywając w mieście dłużej, stawali się bardziej orientalni i tureccy niż sami Turcy. To oni stworzyli legendę Konstantynopola. Ale byli też tacy, którzy, nie rozumiejąc odrębności tego świata, nie umieli pogodzić się z kolorytem lokalnym i drażnił ich na przyklad brud czy hordy psów wałęsajace się  po ulicach. Cegielski polemizuje też z Pamukiem, dla którego główną cechą miasta i jego mieszkańców jest melancholia, z turecka zwana hizin, wynikająca ze świadomości, że miasto utraciło swą dawną potęgę: z centrum świata stało się prowincją. Reporter zamiast melancholii dostrzega kipiące życie, rozrastające się niebotycznie miasto, do którego sciągają mieszkańcy z głębi kraju, bo tu dostrzegają swoja szansę.

W ten sposób przechodzimy do wątku drugiego, czyli opowieści o samym mieście: o jego historii i współczesnym obliczu oraz o jego mieszkańcach. Dowiadujemy się, kiedy i dlaczego Konstantynopol stał się Stambułem i zaczął tracić na znaczeniu, przestał być owym przywołanym w tytule "okiem świata", no i o tym, jak to znaczenie odzyskuje. Zafascynowani literaturą Pamuka czy Safak przywołujemy z pamięci takie nazwy jak: Nisantasi, Beyoglu, Most Galata, Topkapi, plac Taksim czy Złoty Róg, ale nic nam nie mówią: Gazi Mahallesi czy Kicik Armutlu. A to nowe dzielnice, w których mieszkają głównie  przybysze z głębi kraju ściągani tu przez swoich krewnych, którzy przyjechali wcześniej. Pokazuje problemy tych miejsc: od bezładnego, nielegalnego budownictwa tzw. gecekondu (to w Turcji rzecz zwyczajna, potem mieszkańcy starają się o legalizację swoich domów czy całych dzielnic, co nie zawsze wychodzi im na dobre) do różnic religijnych, politycznych i narodowościowych (nie ucieka od problemu kurdyjskiego), które są często ze sobą splecione. Stambuł współczesny to miasto ogromne i pod względem ilości mieszkańców, i obszaru. Obie wielkości stale się zresztą zmieniają, miasto rozrasta sie i rozrasta tak, że trudno sprecyzowac dokladnie, gdzie przebiega jego wschodnia granica. Dlaczego wschodnia? Proszę spojrzeć na mapę, a odpowiedź wyda się oczywista. Cegielski częściej przebywa właśnie w tych dzielnicach, do których turyści zafascynowani dawną i tą współczesną legendą miasta nie zaglądają. Rozmawia z ich mieszkańcami, starając się dzięki swoim miejscowym tłumaczom-przewodnikom zaskarbić sobie ich sympatię, aby sięgnąć do sedna tureckich problemów. Taki Stambuł  odarty został z romantycznej otoczki, za to stał się ciekawszy dzięki ukazaniu jego współczesnej różnorodności.

Z wątkiem miasta ściśle łączy się wątek trzeci, czyli państwa i polityki. Nie sposób pisać o Stambule bez tego tła. Cegielski cofa się do czasów osmańskich, powstania państwa tureckiego i reform wprowadzonych przez Ataturka, do dziś oficjalnego bohatera i ojca narodu. Pokazuje, co Turcja zyskała i co straciła. Stała się państwem świeckim, częściowo zeuropeizowanym, ale przepadła  etniczna i kulturowa różnorodność z czasów imperium osmańskiego. Skończył się ten tolerancyjny, barwny świat, gdzie obok siebie mieszkali Anatolijczycy, Ormianie, Grecy, sefardyjscy Żydzi i inni. Pisze o politycznych problemach Turcji lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i współczesnych. O prześladowaniach działaczy lewicowych, mniejszości narodowych (szczególnie Kurdów), przewrocie wojskowym z roku 1980. To o tych latach opowiadają w swoich książkach Pamuk i Ozdamar ("Most nad Złotym Rogiem"; pisałam na swoim blogu o tej powieści i jeszcze raz polecam!!!). Jakże różnie bohaterowie ich książek pzreżywają te wydarzenia. Nie będę się na ten temat rozpisywać w tym miejscu, a zainteresowanych odsyłam do moich poprzednich wpisów. Drąży różnice religijne pomiędzy różnymi odłamami islamu i wzajemną niechęć do siebie ich wyznawców. Pisze o świeckej części społeczeństwa i odradzaniu się państwa religijnego (Turcją rzadzi dziś AKP, partia, której zarzuca się chęć obalenia świeckiego ustroju, ale Cegielski podkreśla raczej jej cynizm i koniunkturalizm). Dostrzega różnice społeczne. Wreszcie usiłuje wydobyć od swoich rozmówców ich poglądy na temat rzezi Ormian, prześladowania Greków, torturowania lewicowych działaczy i innych trupach w tureckiej szafie, z którymi nie bardzo  mają ochotę się zmierzyć. O tym wszystkim rzadko wiedzą turyści licznie odwiedzający tureckie wybrzeże.

Książkę czyta się znakomicie. Podzielona na krótkie rozdziały skacze od wątku do wątku  i  nie pozwala się nudzić. Wykład jest przystępny i interesujący, rozmówcy reportera ciekawi i różnorodni. Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to do słowniczka zamieszczonego z tyłu książki. Sam pomysł znakomity, tylko dlaczego dość wybiórczy? Znajdziemy na przykład objaśnienie słowa alewici, ale sunnici czy szyici już nie. To jednak drobiazg wobec interesującej całości. Lektura obowiązkowa dla miłośników Turcji i wszystkiego, co tureckie.         

O "Muzeum niewinności" Orhana Pamuka.

Kto jest miłośnikiem Pamuka, tego nie zniechęci opasłość jego najnowszej powieści,


pierwszej, którą napisał już po otrzymaniu Nagrody Nobla (Wydawnictwo Literackie 2010). Jej akcja tym razem rozgrywa się prawie wyłącznie w Stambule na przestrzeni ponad dziesięciu lat
, początek to wiosna 1975 roku. W tym czasie Turcją wstrząsają niepokoje społeczne. Lewicowych opozycjonistów, studentów wtrąca się do więzień, gdzie są torturowani, często ślad po nich ginie (echa tych wydarzeń można odnaleźć w świetnej powieści Emine Sevgi Ozdamar "Most nad Złotym Rogiem", o której pisałam), w 1980 dochodzi do wojskowego przewrotu, ale tego w powieści nie znajdziemy. Dlaczego? Ponieważ narrator, zarazem główny bohater, trzydziestolatek Kemal pochodzi z bogatej, burżuazyjnej rodziny, mieszka w dobrej stambulskiej dzielnicy i te protesty dzieją się pewnie gdzieś poza nim, nie dotyczą go i nie interesują. Ale jest też drugi powód, być może ważniejszy: Kemal jest bez pamięci zakochany w swojej dalekiej, ubogiej, młodszej kuzynce, Fisun. Bo "Muzeum niewinności" to książka o wielkiej, romantycznej miłości, która trwa mimo przeszkód. Albo książka o wielkiej, miłosnej obsesji, której Kemal podporządkował całe swoje życie, można nawet zaryzykowac stwierdzenie, że z racjonalnego punktu widzenia je zmarnował. Nic więc dziwnego, że owładnięty miłosnym szaleństwem  ledwie zauważa wojskowy przewrót z roku 1980 i tylko wprowadzona przy okazji godzina policyjna komplikuje mu życie, bo zmusza  do wcześniejszego opuszczania domu Fisun i jej rodziców. Dla Kemala liczy się tylko jedno: możliwość codziennego widywania ukochanej. Nieważna jest śmieszność, na którą się naraża, nieważna dwuznaczna sytuacja, w jakiej się znalazł, nieważne plotki, izolacja towarzyska, osamotnienie, ambicje zawodowe, liczy sie tylko ona, Fisun. Śledzimy różne stadia tej miłości: od nagłego, niczym grom z jasnego nieba, zakochania, przez spełnienie, ból i cierpienie rozstania,  zadrość, wierne trwanie, po nadzieję.

Można zapytać, dlaczego Kemal znalazł się w tak dziwacznej i w gruncie rzeczy niepotrzebnej sytuacji? Przecież wszystko to mogło  się nie wydarzyć. Ale czy rzeczywiście? Jeżeli przyjmiemy naszą, europejską, perspektywę to odpowiedź brzmi: tak. Gdyby tylko Kemal okazał się bardziej stanowczy, potrafił dokonać wyboru, wówczas cała historia potoczyłaby się zupełnie inaczej (oczywiście wtedy byłaby to inna powieść albo nie byłoby jej wcale). Bo z naszego punktu widzenia narrator jest po prostu bezwolnym mięczakiem, który nie potrafi się zdecydować albo który po prostu chce mieć wszystko. Ale Kemal i Fisun żyją w Turcji i dlatego musimy oceniać ich, stosując turecką perspektywę. A z tamtego punktu widzenia, wtedy, w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, ich związek nie był możliwy z wielu powodów (jednym jest mezalians, innych nie chcę zdradzać, aby nie odbierać przyjemności lektury). W pewnym momencie Kemalowi wydaje się, że jest szczęściarzem, że ma wszystko i tak już zostanie. Będzie wiódł życie jak wielu tureckich mężczyzn z jego sfery: z jednej strony codzienność u boku pięknej, wykształconej, nowoczesnej żony, z drugiej miłość. Niestety ku zdziwieniu i rozpaczy Kemala taki układ nie zawsze okazuje się możliwy. Historię  miłosnej obsesji śledzimy z jego perspektywy, to on snuje swoją historię, opowiada o szczęściu, tęsknocie, rozpaczy, znięcheceniu i nadziei. Dopiero w ostatnim rozdziale perspektywa się zmienia i wtedy dowiadujemy się, co myśleli o nim jego dawni przyjaciele, znajomi i inni z jego środowiska. Po latach pamiętają skandal, jaki wywołał. Wielu uważa, że popełnił błąd, zachował sie nieracjonalnie i zmarnował życie, inni traktowali go jak dziwaka. Nikt nie mówi o wielkiej, romantycznej miłości. Może dlatego  chce zbudować jej muzeum?

Bo właśnie tym jest ta powieść (tytuł w tym wypadku należy traktować dosłownie): to muzeum miłości i muzeum  ukochanej stworzone przez Kemala dla ich upamiętnienia i zachowania dla potomności. Niczym pomnik ma unieśmiertelnić Fisun, stworzyć legendę wielkiego uczucia, o którym w przeciwnym wypadku nikt by przecież nie pamiętał. Ot dziwactwo, życiowa pomyłka i tyle. To muzeum jest jak indyjski Tadż Mahal, mauzoleum na cześć ukochanej. Czym jest miłość, zdaje się pytać Pamuk. Szaleństwem? Dziwactwem? Ważne jest to, co czujemy my czy to, co widzą inni? Nie istnieje bez swojej legendy? A więc byłaby tylko literacką ułudą?

Ale ta powieść to nie tylko muzeum miłości. Ja ten tytuł traktuję podwójnie. To także niezwykle ciekawe muzeum tureckiej codzienności lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Sam narrator, Kemal, często używa zwrotu "w latach siedemdziesiątych", jakby był przewodnikiem po tamtych czasach. Dzięki niemu poznajemy turecką burżuazję, jej obyczaje, sposób życia, rozrywki i rytuały. Z jednej strony jej przedstawiciele czują się Europejczykami, starają się żyć jak oni. Często mówi się o wizytach w Paryżu, gdzie jeżdżą panny z bogatych domów, niektóre tam studiują. Tak, Paryż wydaje się być dla nich magnesem i wzorcem. Z drugiej strony tkwią w okowach tureckich obyczajów. Szczególnie ciekawe jest podejście do seksu, przede wszystkim tego przedmałżeńskiego. Młodzi Turcy próbują żyć swobodnie jak zachodni Europejczycy w tamtych latach, ale  obyczajowa swoboda jest jednak ograniczona. Wielu jej ulega, ale  nikt się z nią nie obnosi. Dziewczyna turecka lat siedemdziesiatych decydowała się, jak pisze Kemal, "iść na całość" (cytat z pamięci) dopiero wtedy, kiedy pewna była małżeństwa. W przeciwnym razie skonsumowana, pozwolę tu sobie użyć tego trywialnego stwierdzenia, i porzucona okryłaby się hańbą. Stąd właśnie biorą się wszystkie problemy bohaterów. Oczywiście na taką swobodę pozwalali sobie zeświecczeni, młodzi ludzie z warstw burżuazyjnych czy studenci (o tym w powieści Ozdamar), mieszkańcy miast. Inaczej wyglądało życie prowincji czy innych grup społecznych. Kemal dlatego staje się outsaiderem, bo robi swoje, nie oglądajac się na innych. Tyle że nie jest to wybór świadomie dokonany, a wymuszony szaleństwem miłości. Dzięki tak ujętemu tematowi mamy w tej powiesci i los kobiety w społeczeństwie żyjącym w rozkroku między zeświecczoną, liberalną Europą a tradycyjną, niekoniecznie islamską, Azją, i obyczajową hipokryzję, co świetnie podkreśla Kemal, tłumacząc, dlaczego jego wizyty w domu Fisun i jej rodziców były w ogóle możliwe.

I na koniec jeszcze słów kilka o tym, o czym już tu nie napiszę, a co również interesujące, i o konstrukcji powieśći. Żeby nie rozwlekać nadmiernie moich refleksji, krótko wspomnę  o Fisun, która stanowi zagadkę. Poznajemy ją oczami Kemala i właściwie nie wiemy, co myśli, czuje, czym się kieruje w swoich zachowaniach. Raz wydaje się cichą, skromną,  zakochaną w swoim starszym kuzynie, skrzywdzoną dziewczyną, innym razem kapryśną panną, która sama nie wie, czego chce albo może stara się odegrać na ukochanym. Jeszcze kiedy indziej jawi się jako wyrachowana kobieta sprytnie wykorzystująca mężczyznę, który kocha ją do szaleństwa. Bardzo ciekawy jest obraz filmowego srodowiska, w którym przez pewien czas obracają się bohaterowie. Pełno tu dziwaków, nieudaczników, niespełnionych artystów, ale i gwiazdek filmowej, masowej produkcji. No i jest Stambuł, drobiazgowo opisywany. I ten bogaty, i ten biedniejszy.

A na koniec jeszcze słów kilka o konstrukcji. Początkowo, ale to początkowo to przy rozmiarach powieści, 750 stron, jakieś trzysta, akcja gna. Z zainteresowaniem śledzimy losy Kemala i jego milosne perypetie. Potem książka może wydać się dość nużąca i monotonna. Narrator szczegółowo opisuje trwające latami wizyty u Fisun i jej rodziców. Często porzuca chronologię i niczym badacz czy statystyk skupia się na takich aspektach jak: "Czas", "Nie móc wstać i wyjść", "Loteryjka" (to tytuły rozdziałów). Sądzę jednak, że jest to monotonia zamierzona przez autora, bo świetnie oddaje jednostajność i beznadziejność lat, które upływały Kemalowi na tych wizytach. Wreszcie wraz ze zmianą sytuacji akcja znowu przyspiesza, rusza z kopyta, by w finale zaskoczyć czytelnika (przesadzam; nie wszystko zaskakuje, bo pewnych zdarzeń od jakiegoś momentu po prostu się domyślamy).

Bardzo ciekawa, epicka powieść. Znajdziemy tu wszystko: ciekawą historię, barwne, obyczajowe tło, wzruszenie, wielkie uczuia i przewrotną grę z czytelnikiem. Miłośników Pamuka pewnie zachęcać nie trzeba. Innych namawiam.

Tragedia na miarę antycznej, czyli "Oczy szeroko otwarte".

O tym filmie pisze się, używając formułki "izraelskie Brokeback Mountain". Jest w tym sporo prawdy, bo film opowiada o zakazanej w społeczności ortodoksyjnych Żydów miłości homoseksualnej, która spada na jednego z bohaterów w sposób nagły i nieoczekiwany. Rzeźnik Aaron, ulegający skłonności do zatrudnionego w swoim sklepie Ezriego, za którym ciągnie się mroczna przeszłość, ma przecież rodzinę. Na tym te podobieństwa się kończą. Obraz debiutanta Haima Tabakmana to kameralna, pełna smutku opowieść stawiająca ważne pytania moralne. Ten film to nie szukająca sensacji błahostka. Polecam to niespieszne, melancholijne kino. A kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Kiedyś chyba Krzysztof Zanussi w jakiejś wypowiedzi prasowej powiedział o bohaterach zapomnianego już nieco Grahama Greene'a (a szkoda; "Sedno sprawy" to jedna z moich ulubionych powieści), że dylematy moralne, jakie przeżywali, miały swój ciężar gatunkowy. Współczesny, liberalny świat odarł nas z takiej wrażliwości etycznej. Przytaczam te słowa, bo świetnie pasują do sytuacji, w jakiej znalazł się Aaron, stateczny ojciec rodziny, przykładny mąż, ojciec, szanowany członek jerozolimskiej ortodoksyjnej społeczności. Nie wiemy, czy skłonności homoseksualne obudziły się w nim nagle pod wpływem spotkania z Ezrim, który przeżył właśnie zawód miłosny: został odrzucony przez Rafaela w imię religijnej wspólnoty. Czy też wychowując się i żyjąc w zamkniętym środowisku ortodoksyjnych Żydów, po prostu je tłumił. Zanim ulegnie, stoczy ze sobą cichą, wewnętrzną walkę, którą obserwujemy na jego smutnej twarzy, w gestach, w niezadanych pytaniach, przemilczeniach. W tym filmie bohaterowie nie mówią o swoich uczuciach, nie wykrzykują swojej miłości czy bólu. To dzieje się gdzieś między słowami. Podobnie jest z przeżywanym przez Aarona moralnym cierpieniem. On doskonale zdaje sobie sprawę, na co się poważył. Ta miłość grozi nie tylko bólem zadanym cichej, oddanej żonie i dzieciom, destrukcją rodziny. Ale także złamaniem zakazów religijnych (przypominam, że chodzi o ludzi, którzy religię traktują w sposób poważny) i ostracyzmem ze strony lokalnej społeczności, a nawet wykluczeniem z niej. Jednym słowem: hańba i proszę nie traktować tego słowa ironicznie. Ono brzmieć ma tu bardzo poważnie, z całym swoim pierwotnym ciężarem znaczeniowym. W pewnym momencie niczego już nie da się ukryć, nie można żyć podwójnym życiem (jeszcze raz podkreślam: dla Aarona to nie bułka z masłem), trzeba dokonać wyboru. Rodzina, religia i społeczność albo miłość i radość życia. Radość, którą obserwujemy na jego twarzy, radość, która objawia się żywiołowym śmiechem. Na zadane przez rabina pytanie: dlaczego? odpowie bez wahania "Byłem martwy, teraz żyję." (cytat z pamięci).

Mimo że film nie ma nic wspólnego z thrillerem doskonale stwarza ciche napięcie, które narasta wokół Aarona i jego kochanka. Najpierw to tylko jakieś aluzyjne ostrzeżenia przed Ezrim, którego zatrudnił w swoim sklepie. Nie mówi się wprost, o co chodzi, niczego nie nazywa się po imieniu (co ciekawe Ezri uczestniczy w spotkaniach w synagodze; może ma to jakieś uzasadnienie w religii żydowskiej?; nie sądzę, aby była to  scenariuszowa wpadka). Potem zwraca się mu uwagę na historię zakazanej miłości Sary, która toczy się równolegle. Po jakimś czasie pojawiają się plakaty ostrzegające pzred grzesznikiem, który zadomowił się w dzielnicy (grzesznik nie jest nazwany z imienia, być może jest nim Aaron, ale równie dobrze może chodzić o Ezriego), wreszcie ktoś rozbija szybę w sklepie. Kulminacją jest wizyta kilku członków społeczności, którzy grożą Aaronowi. Wspólnota jawi się w tym filmie z jednej strony jako wartość: jest ostoją silnych więzi międzyludzkich, tradycji, stabilności, spokoju, z drugiej jako pułapka. Jesteś nasz, jeżeli żyjesz według naszych reguł, w przeciwnym razie spotkasz się z ostracyzmem, wykluczeniem, nienawiścią, przemocą. Wspólnota tłumi tu wszelkie przejawy  indywidualności. Zamknięcie i osaczenie doskonale oddają zdjęcia. Oglądamy wąskie, ciasne uliczki Jerozolimy przypominjące kartonowe dekoracje. Stonowane, monochromatyczne barwy, jakimi malowana jest dzielnica, kontrastują z zielenią i błękitem źródła, w którym bohaterowie dokonują rytualnych ablucji. Ale wartość tego filmu polega na tym, że nic nie jest  czarno-białe. To nie liberalna agitka, która krzyczy: "Biedny Aaronie, zrzuć z siebie pęta opresyjnej religii. Pluń na rodzinę, fanatycznych sąsiadów, idź za miłością." Tu żaden wybór nie będzie dobry, niczym w antycznej tragedii. 

Tę nieoczywistość świetnie widać w postaci rabina. Z jednej strony nauki, które głosi w synagodze, wydają się bardzo liberalne. Bóg nie stworzył nas na to, abyśmy cierpieli, mamy czerpać z życia, cieszyć się nim. Sensowi tych słów początkowo sprzeciwia się nawet Aaron. Z drugiej strony ten sam rabin najpierw stanowczo stanie w obronie zastraszonego sklepikarza, wyrzuci ze sklepu tych, ktorzy mu grożą, ale potem, kiedy zostaną sami, kiedy wysłucha jego wyjaśnienia, da mu po prostu w twarz. Wymierzony policzek będzie tak samo silny i stanowczy jak krzyk skierowany do oprawców. Mamy więc społeczność, ale i stojący nad nią autorytet jednego człowieka. Nie fanatyka, nie wiecowego krzykacza, ale człowieka mądrego, który potrafi pokazać swoją stanowczość.

Warto by jeszcze wspomnieć o żonie Aarona i jego kochanku. I ci bohaterowie pokazywani są bardzo subtelnie. Wszystko wyczytujemy z ich twarzy, min, gestów, spojrzeń. Rywka, spokojna, cicha, subtelna kobieta o delikatnej urodzie, wierna żona, dobra matka zaczyna się domyślać, co się dzieje. Cierpi po cichu. Musi stawić czoła nie tylko osobistej tragedii, ale i cichej nagonce, która rozgrywa się wokół. I wreszcie Ezri. Tajemniczy przybysz, który pojawia sie nagle na ulicach ortodoksyjnej dzielnicy Jerozolimy. Nie wywiera presji na Aaronie, spokojnie czeka, gotów pogodzić się z tym, że on nie podda się uczuciu. Kim jest dla niego Aaron? Ukochanym czy pocieszeniem po utracie Rafaela? Jedna z końcowych scen filmu pozwala sugerować taką możliwość. A może i jednym i drugim, przecież uczucia nie chodzą prostymi drogami.

A ostatnia scena? Jak ją rozumieć? Aaron dokonuje rytualnej ablucji w źródle. Zanurza się i nie wypływa. Czy wypłynie? Czy to tylko rytualne zanurzenie? Walka wewnętrzna? Czy coś jeszcze? Zakończenie pozostaje otwarte.

Znakomity subtelny, melancholijny film o ludzkich uczuciach, zniewoleniu, wolności i sile autorytetu.

Dla miłośników Charlotte Gainsbourg i Romana Durisa, czyli "Zagubieni w miłości" Patrica Chereau.

Wróciłam z wakacji i nadrabiam kinowe zaległości. Na pierwszy ogień poszedł film "Zagubieni w miłości" Patrica Chereau, bo schodził z ekranu, bo uwielbiam Romana Durisa, bo bardzo lubię Charlotte Gainsbourg, bo kilka lat temu zachwyciłam się "Jego bratem" i z zainteresowaniem obejrzałam "Intymność" (dla niezorientowanych: to filmy Patrica Chereau). Dość powodów, aby nie oglądając się na przydzielane filmom gwiazdki, w ciemno pójść do kina. To współczesna historia dwojga kochanków, Sonii i Daniela, rozgrywająca się w Paryżu. Właściwie mniej tu historii, a więcej powikłanych, często niezrozumiałych, uczuć i relacji międzyludzkich. Mimo że doskonale zdaję sobie sprawę z wad tego filmu, a właściwie wad jego scenariusza, obejrzałam go w hipnotycznym transie i polecam tym, którzy lubią śledzić komplikacje ludzkiej natury, lub tym, którzy podzielają moją miłość do Romana Durisa, Charlotty Gainsbourg lub filmów Patrica Chereau. A kto już widział, powinien przeczytać ciąg dalszy.

Ten film można bardzo łatwo skrytykować i odrzucić, ale można też ulec jego hipnotycznemu rytmowi i zaakceptować mimo wad. Jakie to wady?

Przede wszystkim problemy uczuciowe dwojga bohaterów można uznać za wydumane lub niedostatecznie uzasadnione. Daniel i Sonia miotają się. Niby są razem, chociaż nie mieszkają ze sobą, ale bez przerwy swoje uczucia poddają analizie, uciekają przed sobą (dalczego?), wracają, traktują z dystansem, cierpią z tęsknoty, ze strachu przed rozstaniem, mają pretensje o nie dość uwagi, by za moment oddać się miłosnej ekstazie. Szczególnie zdystansowana jest Sonia. Patrzymy na nią oczami Daniela i nie wiemy, czy przeczucia, że chce go opuścić, sprawdzą się czy są wydumane. Czy to jego skłonność do duchowego cierpienia i wiwisekcji uczuć każą mu szukać problemu tam, gdzie go nie ma? Można wzruszyć ze złością ramionami i powiedzieć: dlaczego się tak dręczycie, dlaczego komplikujecie to, co proste? Poddane chłodnej analizie duchowe rozterki Daniela i Sonii wydają się po prostu niewiarygodne.

Druga wada niekoniecznie musi być uznana za słabość. Myślę o licznych w tym filmie niedopowiedzeniach, o tym, że właściwie niczego nie wiemy na pewno. Wiele tu zagadek, tajemnic, niedookreślonych ludzkich losów. To może drażnić, ale wcale nie musi, jeśli ten celowy reżyserski (a właściwie scenariuszowy) zabieg po prostu akceptujemy. Ja lubię takie kino, które zmusza do zadawania pytań, zastanawiania się, jaka jest prawda o bohaterach, choć z góry wiem, że to tylko moje domysły, a pewnosci żadnej. Jeśli coś mi tu przeszkadza, jeśli coś mogę uznać za przesadę, to historię nieznajomego mężczyzny, który nagle pojawia się w życiu Daniela i zaczyna go prześladować swoimi uczuciami. Oczywiście takie rzeczy się zdarzają, ostatnio się nawet sporo o tym pisze, ma to nawet swoją nazwę (stalking), ale w filmie Chereau ta historia wydaje się być zbyt abstrakcyjna. Tajemniczy mężczyzna pojawia się nagle (chociaż i tego nie możemy być pewni) i od razu wkracza w jego życie, gwałtownie i brutalnie. Dziwić może reakcja Daniela. Dlaczego nie zgłasza sprawy policji? Dlaczego próbuje radzić sobie z nią sam? Dlaczego tak spokojnie do tego podchodzi? Dlaczego wreszcie, mimo że ma dość tego człowieka, wchodzi z nim w relację, zaczyna mu się zwierzać, odpowiadać na pytania? Przecież wiadomo, że to spowoduje tylko nasilenie nękania, mężczyzna będzie chciał więcej i więcej. Czy to skłonność do duchowego cierpienia, o której już wspominałam, czy może ukryte biseksualne skłonności, które budzą się w Danielu, powodują takie jego reakcje? Ten wątek mógłby zapowiadać uczuciowy trójkąt i jeszcze większe rozterki, cierpienia i komplikacje, ale nie zostaje wykorzystany.

Zupełnie natomiast nie przeszkadzają mi inne niedopowiedzenia, których w tym filmie mnóstwo. O Sonii już wspominałam. Kolejna postacią, ktora pozostaje w sferze domysłów, to Daniel. Kim właściwie jest? Dlaczego pracuje, remontując mieszkania, chociaż wygląda na człowieka inteligentnego i wykształconego? A może to filmowy fizerunek Romana Durisa sprawia, że tak go odbieramy? Dlaczego pełno wokół niego duchowych popaprańców? Czym ich do siebie przyciąga? Czy wspiera ludzi i pomaga im, jak sam twierdzi, czy też bawi się ich historiami, opowiadając je innym, co zarzuca mu nieszczęśliwy księgowy Michel? Jest podglądaczem ludzkich losów? Ich kolekcjonerem? Chce być dzięki cudzemu życiu w centrum uwagi innych? Ma skłonność do teatralizacji rzeczywistości i stąd to otaczanie się dziwnymi typami i dramatyzowanie własnych przeżyć? Dlaczego jako wolontariusz chodzi do domu starców? Czy rzeczywiście z powodu, który w szczerej rozmowie zdradza nękajacemu go mężczyźnie, czy też po to, by kolekcjonować i podglądać ludzkie losy? A może po prostu z bezinteresownej dobroci serca? Jedynym trzeźwo stąpającym po świecie człowiekiem z jego otoczenia wydaje się być czarnoskóry Thomas, wykładowca uniwersytecki (?), który dla Daniela jest jak brat. Ale on właśnie tylko przemyka się po ekranie. Niby jest dla niego ważny, ale to jego w życiu głównego bohatera najmniej .

Mimo tych zastrzeżeń, które patrząc chłodnym okiem po seansie, dostrzegłam w obrazie Chereau, muszę napisać, że jest to film, o którym nie zapomnę i za jakiś czas na pewno do niego wrócę. Oglądałam go, jak wspomniałam we wstępie, z hipnotycznym zainteresowaniem. Nie wiem, kiedy minęły te, prawie, dwie godziny, które trwa. Może sprawił to urok Durisa, który tu trochę powiela swoja rolę z "Rytmu serca" Audiarda (co tam, nieważne), i Gainsbourg. Może to zasługa nerwowego rytmu opowieści, zbliżeń twarzy bohaterów, luźnych obrazów, uroku paryskich kawiarni, zaułków, ulic, metra i dziwnych remontowanych wnętrz, w których przebywa Daniel. Pewnie jednego i drugiego. W każdym razie ja ten film akceptuję ze wszystkimi jego wadami.

Pamiętać czy zapomnieć, czyli "Bękart ze Stambułu" Elif Safak.

Kto z pzryjemnością przeczytał pierwszą książkę Elif Safak "Pchli pałac", kto jest miłośnikiem

Pamuka, śledzi inne z rzadka wydawane u nas pozycje tureckie, ogląda filmy stamtąd, na pewno sięgnie po drugą powieść tej autorki wydaną w Polsce (Wydawnictwo Literackie 2010). To literatura, która łączy w sobie potoczystość narracji, intrygującą, zawikłaną akcję, gawędziarstwo i pewne ambicje. Książkę naprawdę świetnie się czyta, trudno się od niej oderwać, czytelnik jest ciekaw, jak też autorka zwiąże ze sobą misternie zawikłane wątki, jakie będzie zakończenie. Że równolegle prowadzone dwie opowieści: tureckiej rodziny Kazanci i osiadłego w Stanach ormiańskiego rodu Czachmaczianów muszą jakoś się spotkać, jest dla przeciętnie rozgarniętego czytelnika oczywiste. Pozostaje tylko pytanie: jak. I choć od pewnego momentu zaczęłam się domyślać rozwiązania zagadki (właściwie jest tu ich kilka), nie odebrało mi to przyjemności lektury.

Jak już wspomniałam, powieść oparta jest na historii dwóch rodzin zamieszkujących różne kontynenty. Wątki przeplatają się: kiedy w jednym rozdziale śledzimy losy tureckiej rodziny, w następnym jesteśmy już w Arizonie lub w San Francisco. Tak dzieje się do momentu, kiedy najmłodsza przedstawicielka rodu Czachmaczianów, dziewiętnastoletnia Armanusz, w tajemnicy przed wszystkimi, poleci do Stambułu i zatrzyma się w gościnnym domu pań Kazanci. Konstrukcja tej powieści została oparta na wielu symetriach. Są więc dwa rody, a każdy ma swoje tajemnice. Główne bohaterki to dziewiętnastolatki: Armanusz o ormiańskich korzeniach (jej matka jest Amerykanką, która szczerze nienawidzi rodziny swojego byłego męża) i Asya, najmłodsza latorośl rodu Kazanci. Obie dziewczyny są stałymi bywalczyniami knajp, w których prowadzi się zajadłe dyskusje. Asya spotyka się z towarzystwem niespełnionych artystów w stambulskiej Cafe Kundera (ulubione zajęcie stałych gości to zgadywanie, skąd wzięła się nazwa kawiarni), a Armanusz zagląda do wirtualnej Cafe Constantinopolis gromadzącej amerykańskich Ormian. W obu rodzinach ważną rolę odgrywają seniorki rodów: pogrążona w starczej demencji Mateńka i całkiem krzepka babcia Szuszan. Jedna przechowuje w pamięci rodzinne tajemnice, druga woli nie pamiętać (stąd demencja, którą można potraktować symbolicznie). Ważną rolę w opowiadanej historii odgrywają matki obu dziewczyn: Turczynka Zeliha i Amerykanka Rose. I tak dalej, i tak dalej, tych symetrii dałoby się znaleźć dużo więcej.

Tak jak w poprzedniej powieści Elif Safak również i w tej spotkamy galerię niezwykle barwnych postaci o poplątanych losach. Życie żadnego z bohaterów nie jest proste, zwyczajne. Każdy niesie za sobą barwną przeszłość, skomplikowaną codzienność. Wielu tu dziwaków, nieudaczników, ludzi poranionych, ale dzielnie radzących sobie z życiem. Główni bohaterowie scharakteryzowani zostają dokładnie, poznajemy ich losy, słabostki, fobie, lęki, wnikamy w ich myśli. Szczególnie dokładnie przygląda się autorka kobietom z rodziny Kazanci: Mateńce, ciotkom i najmłodszej Asyi. Każda jest inna i każda niezwykle ciekawa. Postacie opisywane są z poczuciem humoru i sympatią. Nikt nie zostanie tu do końca potępiony, nawet jeżeli w przeszłości, którą skrywa, popełnił coś naprawdę strasznego.

Druga ważna cecha tej powieści, która sprawia, że tak dobrze się ją czyta, to żywioł gawędziarski. Co jakiś czas narrator odkrywa przed nami przeszłość bohaterów, snując barwne, niezwykłe historie pełne niesamowitych zbiegów okoliczności i przypadków, które zmieniają ich życie. Z tym wiążą się oczywiście liczne retrospekcje: cofamy się w czasie a to o dwadzieścia lat, a to na początek dwudziestego wieku. Kto czytał "Pchli pałac", odnajdzie tu takie właśnie podobieństwa do tamtej powieści. Chociaż powiedzieć trzeba, że w "Bękarcie ze Stambułu" żywioł powieściowy został przez symetryczność konstrukcji, o której wspomniałam, okiełznany. Tamta lektura wydała mi się o wiele bardziej rozwichrzona. Ten porządek można uznać za zaletę lub wadę, zależy co kto lubi.

Czas na najważniejsze: wspomniałam, że jest to powieść z ambicjami. Otóż zasadniczym tematem tej książki jest konflikt turecko-ormiański mający swój początek w prześladowaniach Ormian w imperium osmańskim zakończonych rzezią na początku dwudziestego wieku (dziś oficjalnie uznawaną za ludobójstwo). Ormiańscy przodkowie Armanusz uciekli z Turcji z powodu prześladowań. Jak inni Ormianie żyjący w diasporze pielęgnują pamięć o tragedii, która spotkała ich naród. Z nienawiścią wobec Turków spotyka się Armanusz także w Cafe Constantinopolis. Jedzie do Turcji, bo chce poznać miejsca związane ze swoją rodziną, chce zrozumieć. Na miejscu musi skonfrontować się z Turkami, paniami Kazanci, u których się zatrzymała. To spotkanie wypada niezwykle ciekawie. Panie Kazanci są bardzo miłe, sympatyczne, serdeczne i trudno pałać do nich nienawiścią. Trudno też uniknąć rozmowy o przeszłości. I co się okazuje? Słuchając historii babci Szuszan, wzruszają się, są przerażone bestialstwem, które ją i jej rodzinę spotkało, ale w pewnym momencie zadają naiwne pytania: kto im to zrobił? dlaczego wędrowali w marszu śmierci? gdzie oni zniknęli? One naprawdę nie wiedzą! Niewygodna przeszłość została wyrzucona ze zbiorowej pamięci. Lepiej nie wiedzieć. Działa mechanizm zbiorowego wyparcia typowy w podobnych sytuacjach. Jak trudny to dla Turków problem, niech świadczy fakt, że autorce wytoczono proces o obrazę tureckości. Jest to więc powieść o niepamięci zbiorowej i osobistej. Nie chce pamiętać nie tylko naród, ale i w rodzinie Kazanci nie chce się pamiętać o pewnym strasznym wydarzeniu sprzed lat. To kolejna konstrukcyjna symetria w tej powieści. O ile jednak Turcy nie zostają zmuszeni do przyjrzenia się trupom w szafie swojej przeszłości, o tyle w rodzinie Kazanci na skutek przypadkowego zbiegu okoliczności do takiej konfrontacji dojdzie. Czy winny będzie gotowy przyjąć na siebie zasłużoną karę? Czy kara wymierzona po latach ma sens? Czy można uciec od swojej przeszłości? Czy można wybaczyć? To pytania, które padają w powieści.

Co jeszcze znajdziemy w tej książce? Problemy poruszane i w innych powieściach tureckich autorów. Mamy więc konfrontację Wschodu z Zachodem, pragnienie, aby do tego zmitologizowanego Zachodu przynależeć. Odrzucanie tego, co tureckie, wtapianie się w Europę, naśladowanie jej. Armanusz, którą wychowano w kulcie ormiańskości (rodzina ojca) i amerykańskości (rodzina matki), nie umie zrozumieć postawy Asyi, która czuje się człowiekiem Zachodu.

Dostajemy powieść, od której trudno się oderwać, a w potoczystą narrację autorka wrzuciła ważne tureckie problemy, pisząc o nich klarownie, może nawet nazbyt łopatologicznie. Dyskusje Asyi i Armanusz chwilami przypominają wykład. Turkom Safak przystawia do twarzy lustro, w którym muszą się przejrzeć, zagranicznemu czytelnikowi zdaje się mówić: patrzcie, tacy jesteśmy.

Turecka "Puszka pandory" w Ale Kino!

W czwartkowym cyklu "Kino mówi" pokazano niedawno turecki film Yesim Ustaoglu "Puszka Pandory" (2008). A ponieważ od czasu lektury "Śniegu" Pamuka staram się czytać i oglądać to, co z Turcją się wiąże, więc i tego filmu nie przegapiłam (kto jednak przegapił, nic straconego, każdy film pokazywany jest w Ale Kino! kilka razy). To historia turecka i uniwersalna zarazem.

Pewnego dnia Nesrin, mieszkająca w Stambule gospodyni domowa, zostaje zawiadomiona przez policję, że zaginęła jej matka staruszka. Natychmiast porzuca swoje codzienne troski, informuje siostrę, Guzin, i brata, Mehmeta, też mieszkańców Stambułu, i wspólnie z nimi wyrusza gdzieś w głąb Turcji do odległej, zagubionej w górach wioski. Matki nie widzieli od dawna, mieszka sama w swoim drewnianym domu. Jak nikłe są ich więzi, niech świadczy fakt, że syn Nusret, Murat, nigdy swojej babci nie widział. Ucieczka ludzi z głębi Turcji, z małych, biednych wiosek i miast do Stambułu, który stale się rozrasta, to problem turecki.

Stambuł w tym filmie nie przypomina wcale romantycznego miasta owianego legendą przez literatów i podróżników. Tu pokazany jest zimno i nieprzyjaźnie: wieżowce, drogi szybkiego ruchu, wiadukty, betonowe nabrzeża, zapuszczona dzielnica, w której mieszka Mehmet. i tylko w jednym momencie, gdzieś w tle, kamera pokazuje niewyraźnie znaną panoramę miasta widzianą znad Zlotego Rogu. Ale to tylko chwila. Nic dziwnego: ktoś, kto na codzień mieszka w miejscu pełnym zabytkow i turystów, niekoniecznie zwraca na nie uwagę. Pochłonięty trudami życia nie zauważa ich piękna, dostrzega raczej te ciemne strony. Jakże inaczej pokazywana jest wioska w górach! Już droga do niej staje się drogą do raju. Kiedy samochód porzuci autostrady, minie jakieś ohydne fabryki i zjedzie na boczne szosy, robi się pięknie. Jest pusto, cicho, nic nie mąci urody gór pokrytych liściastymi lasami. Tu babcia Nusret jest u siebie, żyje w symbiozie z przyrodą i górami, po których mimo podeszłego wieku chodzi. Kiedy dzieci postanowią ją zabrać do Stambułu, podda sie temu, ale nie będzie szczęśliwa.

I tu wkracza problem uniwersalny: opieki nad starym człowiekiem. Nusret nie jest niedołężna, nie jest schorowana, ale ze wzgledu na wiek ma początki demencji. W dawnym świecie mogłaby dożyć swoich dni we własnym domu z dorosłym dzieckiem, które zostałoby w rodzinnej wiosce. Ale świat się zmienił, Turcja też, nie ma już wielopokoleniowych rodzin, gdzie opieka nad starszymi była czymś naturalnym i nie wymagała reorganizacji całego życia. A tak jest tutaj. Trudno nazwać dzieci Nusret wyrodnymi. one naprawdę się przejmują i starają, szczególnie najstarsza Nesrin. Ale matka wkracza nagle w ich zabiegane lub beztroskie życie (Mehmet) i je dezorganizuje. Nie bardzo można ją zostawić samą, nie wiadomo, jak sprawić, by się nie nudziła (najprostsze wydaje się włączenie telewizora), problem sprawia też przyzwyczajenie jej do cywilizacyjnych wygód. Poza tym opieka nad staruszką wymaga też fizycznej siły. Trudno się dziwić, że najbardziej odpowiedzialna z rodzeństwa Nesrin po jakimś czasie ma dość i oczekuje pomocy brata i siostry. Ale to nie jest takie proste.

I tu wkraczamy w kolejny uniwersalny obszar tego filmu ( pokazany jakby mimochodem): nieporozumienia między rodzeństwem, wzajemne pretensje, konflikty, ich problemy osobiste. Każde z nich jest inne, każde dźwiga swój ciężar. Mehmet to niebieski ptak, który nie bierze życia serio, żyje z dnia na dzień, nie przejmując sie niczym. Guzin pracuje w wydawnictwie i ma rozwichrzone życie osobiste. Jej rozterki miłosne są ważniejsze niż opieka nad matką. Najstarsza Nesrin wydaje się prowadzić życie najbardziej odpowiedzialne i poukladane, ale to tylko pozory. Napiszę tylko tyle, że wszyscy zarzucają jej apodyktyczność. Znamy z kina? Oczywiście, ale, jak wspomniałam wcześniej, tu rodzinne nieporozumienia i konflikty są tylko tłem, pewnym naddatekiem.

A teraz to, co, moim zdaniem, najciekawsze. Osobą, która opiekę nad staruszką przyjmuje całkiem naturalnie, robiąć to jakby od niechcenia, po swojemu, jest wnuk Murat, który o istnieniu swojej babci nie miał dotąd pojęcia. Zbuntowany chłopak, który przysparza trosk swoim rodzicom próbującym ułożyć mu życie na własną modłę. On zdaje się najlepiej porozumiewać z bratem matki, Mehmetem. Babcia trafia mu się trochę przypadkowo, nikt przecież nie wymagałby od niego, aby się nią zajmował. Opiekuje się nią serdecznie, niczemu się nie dziwiąc, nie złości się, nie krzyczy, przyjmuje ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie wstydzi się swojej babci, wiejskiej staruszki, która do Stambułu zupełnie nie pasuje. Nie sadza jej przed telewizorem, tylko wędrują po mieście. Stopniowo rozume ją coraz lepiej i zdaje sobie sprawę, że staruszka tęskni do swoich gór. To właśnie on stanie przed najważniejszym pytaniem: zostawić ją w Stambule pod fachową opieką, w sterylnych, ale bezdusznych warunkach, przedłużając być może życie, czy zabrać w jej ukochane góry. Zabierz mnie w góry, bo je też zapomnę, prosi Nusret, zdając sobie sprawę z powolnej utraty pamięci. A góry to jej życie. Co zrobić? Odpowiedzialność kontra serce. Jakie życie lepsze?

To film niespieszny, mało w nim słów, więcej obrazów, raz bezdusznych i ponurych, raz pięknych, oddychających wolnością, melancholijnych. Bardzo ciekawy, ładny film, pozwalający się zadumać i obcować z Turcją i ze światem.

Julia Franck "Południca"

Warto sięgnąć po mroczną powieść Julii Franck "Południca" (W.A.B. 2010). To historia Heleny i jej siostry Marty rozpięta pomiędzy rokiem 1914 a 1945. Na burzliwą historię Niemiec pomiędzy dwiema wojnami nakłada się historia dwóch córek budziszyńskiego właściciela małej drukarni. Może gdyby na ich osobisty los nie nałożyła się HISTORIA, ich życie potoczyłoby się zupełnie inaczej? Może wiodłyby spokojną egzystencję, spełniając swoje marzenia o studiach i samodzielności? Tymczasem splot rodzinnego naznaczenia, które można traktować jak klatwę czy przekleństwo, i burzliwych dziejów Europy pomiędzy wojnami spowodował, że życie obu sióstr (szczególnie młodszej Heleny, bo to ona jest główną bohaterką powieści) jest życiem przegranym. Swoje naznaczenie zawdzięczają matce, a jest to naznaczenie podwójne: Selma Wursich to chora psychicznie dziwaczka na domiar złego obdarzona niepewnym pochodzeniem, jest Żydówką. Jak łatwo się domyślić, początkowo ten drugi czynnik nie ma wielkiego znaczenia, za to choroba psychiczna wywiera zdecydowany wpływ na dzieciństwo Heleny i młodość Marty (jest dziewięć lat starsza od siostry). Los Heleny od początku jest gorszy, bo matka zupełnie jej nie akceptuje, po śmierci dwóch synów nie chciała dzieci, a na pewno nie kolejnej dziewczynki. Utrata chłopców i urodzenie młodszej córki pogłębiły szaleństwo Selmy. Siostry oparcie znajdowały w ojcu, a potem, kiedy poszedł na wojnę, w sobie. Kataklizm wojenny zmienia wszystko: odtąd utrzymanie domu, walka o byt spadną całkowicie na barki Heleny i Marty. Kiedy ojciec wyrusza z domu, młodsza siostra ma zaledwie siedem lat, ale szybko zaczynają spadać na nią obowiązki. Jest bardzo zdolna, szybko się uczy, kiedy wojna się kończy, to ona zajmuje się rodzinną drukarnią, umie obsługiwać maszyny i prowadzić księgowość. Koniec apokalipsy wcale nie oznacza wyjścia na prostą. Szaleje powojenny kryzys, inflacja, sytuacja rodzinna nie poprawia się. Zanużona w swoim świecie Selma nie chce widzieć męża, który wreszcie okaleczony wraca do domu. Dziewczynom przybywa kolejny obowiązek: pielęgnowanie umierającego ojca. Latami tkwią w beznadziei: codzienna troska o utrzymanie domu, pogrążona w szaleństwie matka i praca, która pozwala nie zatonąć. Pozostają marzenia: o studiach, o wyjeździe. Wydaje się, że nigdy się nie spełnią, bo na to trzeba pieniędzy, a one nie mają ich nawet na bilet do Berlina. To, co mogą osiągnąć, tkwiąc w Budziszynie, to praca pielęgniarki. Co pozwala im zachować pogodę ducha? Wzajemna miłość i przyjaźń Leontyny. Dla Marty Leontyna jest nie tylko przyjaciółką. Początkowo czytelnik tylko domyśla się prawdziwego charakteru ich związku, W prowincjonalnym Budziszynie muszą się ukrywać, po latach w Berlinie, w środowisku artystów i ludzi wykształconych będą mogły żyć ze sobą jawnie. Matnia, w jakiej tkwią siostry Wursich, staje się jeszcze bardziej beznadziejna, kiedy Leontyna mimo zapewnień, że ich nie opuści, wyjeżdza do Berlina, aby wyjść za mąż i studiować. Dlaczego zdradza? Nie ma wyjścia: jeśli chce zostać studentką medycyny, o czym marzy, musi ulec woli ojca. Pozostaną namiętne listy pisane w ukryciu. Helena domyśla się tylko, jaką tragedią dla Marty jest rozstanie z Leontyną.

Kiedy wreszcie zdarzy się cud i będą mogły wyjechać do Berlina do bogatej krewnej matki, Fanny, prowadzącej beztroskie życie wśród berlińskiej cyganerii, skorzystają z okazji. Można oczywiście zadać pytanie, czy postąpiły słusznie, zostawiając chorą matkę pod opieką wiernej służącej Maryjki? Jakie obowiązki wobec matki ma córka przez tę matkę odrzucana, poniżana, niekochana? Dla Heleny ten wyjazd łączy się z podjęciem jeszcze jednej ważnej decyzji: na miejscu osiągnęła już pozycję pomocnicy profesora. Asystuje przy operacjach, jest jego prawą ręką, ma pozycję. Ona jednak stale marzy o czymś więcej: chce być lekarką. Marzenia nie zawsze się spełniają. Początkowo pobyt w Berlinie daje jej tylko materialny spokój, wygodne życie w domu Fanny, możliwość korzystania z jej biblioteki. Jest jeszcze za młoda, aby uczestniczyć w bogatym życiu towarzyskim, nie na tyle jednak, aby nie stać się obiektem pożądania ze strony kochanka Fanny. Pobyt w jej domu to z jednej strony beztroska egzystencji, z drugiej ciągłe lawirowanie, aby nie wpaść w łapy przyjaciela ciotki. Okazuje się, że Berlin nie staje się wymarzonym rajem: o pracę wcale nie jest łatwo, studia też nie są na wyciągnięcie ręki. Ale szczęście wreszcie się do niej uśmiecha. Tym szczęściem jest miłość do Carla, studenta filozofii pochodzacego z zamożnej rodziny. Wydaje się, że z czasem i ona bedzie mogła spełnić swoje marzenia zawodowe, tym bardziej, że Carl jest człowiekiem otwartym, światłym, zdolnym, mającym perspektywy. Pochłonięta miłością, pracą w aptece, szkołą, której skończenie da jej w przyszłości możlwość studiowania, nie zauważa, że sytuacja powoli zaczyna się zmieniać. Szaleje kryzys, radykalizują się nastroje, nieoczekiwanie niepewne pochodzenie Heleny, Marty, Fanny i licznych jej znajomych zaczyna mieć znaczenie.

Narracja w powieści pisana z punktu widzenia Heleny zwykłej-niezwykłej kobiety sprawia, że polityka jest gdzieś w tle. Nikt się nią nie interesuje, jest ważna, o ile zaczyna wpływać na losy jednostki. W książce nie pada nazwisko Hitlera, nie mówi się o NSDAP, o ich dojściu do władzy, o nocy kryształowej, o wybuchu kolejnej wojny, o jej okropnościach. To się po prostu dzieje, gdzieś w tle, bez wielkich słów. Nagle niepewne pochodzenie Heleny zaczyna mieć znaczenie, być groźne. Pracę tracą Żydówki, bo nie ma jej dość dla swoich. Na świat patrzymy oczami udręczonej życiem kobiety, której los ofiarował tylko krótką przerwę w paśmie codziennej udręki. Osobiste nieszczęście, które na nią spada, powoduje, że skupia się tylko na pracy, której fizyczny trud zagłusza myśli. Duchowy ból i kierat szpitalnej harówy, z tego teraz składa się jej życie. Dochodzi zmartwienie narkotykowym uzależnieniem siostry ciągnące się jeszcze od trudnych czasów budziszyńskich. To wszystko sprawia, że Helena, a czytelnik z nią, nie uświadamia sobie nadciągającego nieszczęścia. Wyjazd do Szczecina, powoduje, że traci z oczu berlińską perspektywę, z której być może widać lepiej. I tak już będzie do końca. Jej się uda: dzięki mężczyźnie, który się w niej zakocha, dostanie fałszywe papiery i nową tożsamość. Nie będzie już Heleną z Budziszyna, ale Alicją z Drezna. Wojna to dla niej długo (tylko lub aż) rozstanie z mężem, które przyjmuje z ulgą, praca w szpitalu połączona z opieką nad synem, któremu udręczona codziennością nie potrafi zapewnić ciepła, pogarszające się warunki życia, kłopoty ze zdobyciem jedzenia, brak wiadomości od siostry, Fanny i Leontyny. Nagle ich telefony milkną, listy nie docierają, mowa jest o obozach pracy. Do jednego z nich trafia prawdopodobnie Marta i Helenie wydaje się, że to ją może uratować, że tam uda się jej lepiej przetrwać. Jak naiwna jest (przecież nie tylko ona, inni też), pokazuje niedzielna wycieczka do lasu na grzyby. Ma być przyjemnością sprawioną synkowi. Nagle na ich drodze staje pociąg z bydlęcymi wagonami. Helenę dziwią żołnierze z groźnymi psami pilnujący transportu zwierząt. Okropny fetor każe uciekać jak najdalej. Jest przekonana, że pociąg z jakiegoś powodu długo stoi na torach i stąd ten smród zwierząt. Jaka jest prawda, zrozumie dopiero przez przypadek i wtedy sama poczuje się jak zaszczute zwierzę.

Chciałabym się jeszcze na chwilę zatrzymać na małżeństwie Heleny z Wilhelmem. Z jednej strony związek z nim być może ją ocalił, bo zyskała dzięki niemu fałszywe, dobre papiery, z drugiej stał się pułapką. Z samodzielnej, wyzwolonej kobiety, jaką była, żyjąc bez ślubu z Carlem, co jej środowisko akceptowało, stała się kobietą całkowicie zależną od męża despoty. Wilhelm początkowo miły, stanowiący oparcie w jej trudnej sytuacji osobistej, człowiek wykształcony, z pasją, co Helenie się nawet podoba, po ślubie okazuje się typowym panem domu. Helena ma sprzątać, gotować, spełniać jego prymitywne i proste oczekiwania seksualne (przecież to jeden z jej małżeńskich obowiązków), trzymać się z dala od jego przyjaciół, nie mieć pretensji, tolerować wszystko, a kiedyś wychowywać jego dzieci. Jaka była sytuacja kobiety, najlepiej pokazuje opisana dość drobiazgowo noc poślubna Heleny i Wilhelma. To doświadczenie wyjątkowo obrzydliwe. Prymitywny Wilhelm jest przekonany o swoich umiejętnościach w tej dziedzinie, stawia się w roli przewodnika po świecie seksu, bo, jak wiadomo, on ma za sobą takie doświadczenia, a Helena, jak sądzi, nie. Tymczasem to ona mogłaby go wiele nauczyć. Kiedy się przekonuje, że nie jest jej pierwszym mężczyzną, nie potrafi się z tym pogodzić, ona z kolei jest zdumiona jego reakcją. Życie z Carlem, środowisko berlińskiej cyganerii, w którym się obracała, dały jej inną perspektywę. Czy ta kobieta w tamtych czasach, w sytuacji, w jakiej się znalazła, miała jakiś wybór? Czy była skazana na męża tyrana (pewnie dość typowego), który nią pogardzał za jej pochodzenie i przeszłość? Czy alternatywą była śmierć w obozie?

Książka Julii Franck to opowieść o życiu Heleny, które przegrała, bo urodziła się w złym miejscu, w złym czasie, a swoje dołożył jeszcze wszechobecny przypadek. Czy kilka lat po wojnie, kiedy ją znowu spotykamy, jest szczęśliwa? Domyślamy się, że nie. Zagłusza swoje nieudane życie trudem codziennej egzystencji. Czy jest dla niej jakaś nadzieja? Czy będzie umiała uporać się ze swoją przeszłością? Z winą wobec syna? Może przypadek sprawi, że kiedyś osiągnie harmonię, ale równie dobrze może być odwrotnie i życie Heleny do końca już będzie nieudane.

"Boso, ale na rowerze"

To dobry, przejmujący film, ale trzeba mieć świadomość, na co się idzie do kina. Belgijsko-holenderski obraz Felixa van Groeningena jest reklamowany przez dystrybutora jako "podchmielona czarna komedia", ale tylko pierwszy wyraz tego marketingowego hasła jest prawdziwy. Trudno ten film nazwać komedią, nawet czarną. Owszem, jest kilka scen wywołujących uśmiech na twarzy, ale o wiele więcej takich, które trudno znieść. Jestem odporna, niejedno w kinie widziałam, lubię przykre, dotykające kino, ale pijackie sceny pełne prymitywnych, wulgarnych dialogów i piosenek ledwo wytrzymałam. Dawno nie widziałam na ekranie takiej dawki ohydy. Ale do rzeczy. Jest to opowieść o dzieciństwie trzynastoletniego Gunthera, który wychowuje się w domu owdowiałej babki. Właściwie słowo wychowanie jest tu nie na miejscu, gdyż ojciec i wujowie, którzy mają to robić, zajmują się przede wszystkim chlaniem na umór, i, zapewniam, nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Bezradna, łagodna, kochająca babcia niewiele jest w stanie zrobić. Historię tej patologicznej rodziny poznajemy ze wspomnień dorosłego Gunthera i ta perspektywa nadaje jej głęboki sens. Kto idąc do kina, ma świadomość tego, co go czeka i gotów jest na takie wyzwanie, nie pożałuje. Dalszy ciąg rozważań dla tych, którzy temu wyzwaniu sprostali.

Oglądając ten film, miałam w pamięci dwa inne "Billy Eliota" i, widziany w lutym, "Fish tank". W każdym z tych obrazów mamy podobny temat: dojrzewanie wrażliwych dzieci z niepełnych rodzin w trudnych warunkach małego miasteczka lub proletariackiego przedmieścia Londynu. W tych nastoletnuch bohaterach budzi się pasja artystyczna. Billy marzy o balecie, co w górniczym środowisku, w którym dorasta, wywołuje tylko zdziwienie, złość i śmiech. Bohaterka "Fish tank" też tańczy, ale hip-hop, natomiast Gunther powoli, może trochę przez pzrypadek, odkrywa w sobie pasję pisarską. W jego przypadku pisanie to azyl, ucieczka od świata, w jakim dorasta. O ile w tych dwóch filmach rodziny, w jakich wzrastają dzieci, są wychowawczo zupełnie niewydolne, choć każda z innego powodu, o tyle zupełnie inaczej jest w przypadku "Billy Eliota". Ojciec i starszy brat otaczają chłopca miłością, chociaż ukrywają ją pod maską chłodu i szorstkości, ale przekonujemy się, że są gotowi wiele dla niego zrobić i poświęcić. Billy wychowuje się w ubogiej, górniczej rodzinie w czasach, kiedy Margaret Tacher zamyka kopalnie, ale ojciec i brat robią wszystko, by jego dzieciństwo było szczęśliwe. To on i jego potrzeby są tu najważniejsze. Billy ma jeszcze jedno szczęście: spotyka nauczycielkę baletu, która odkrywa i docenia jego talent. Jakże inaczej jest w przypadku Gunthera!

Ojciec i jego bracia to dorośli chłopcy, dla których sensem życia jest czas spędzany w okolicznych barach, pijackie wybryki, panienki (ale raczej jako dodatek) i muzyka Roya Orbisona. Nie tylko piją do upadłego, ale są przy tym niebywale wulgarni, a od czasu do czasu przytrafiają się im alkoholowe napady szału. Cóż z tego, że pracują, skoro wszystkie pieniądze tracą w knajpach. Podobnie sportretowani są ich sąsiedzi, mieszkańcy dzielnicy. Trzynastoletni Gunther jest świadkiem ich pijackich wybryków. Właściwie dorośli traktują go jak kompana, pozwalają pić, palić, a jedyne lekcje, jakich mu udzielają, w niezwykle prymitywny sposób, dotyczą seksu. Właściwie współczują mu, że jeszcze nie ma za sobą doświadczeń w tej dziedzinie. Ojca nie interesują potrzeby chłopca. Kiedy zepsuje mu się rower, którym dojeżdża do szkoły, usłyszy, że przecież te pięć kilometrów może przebyć piechotą. Tylko od czasu do czasu przypomina sobie o swoich rodzicielskich obowiązkach. Jedyną osobą, która martwi się losem Gunthera, jest babcia. Ale to osoba wątłej postury, cicha, skromna, zahukana przez synów (wcześniej pewnie przez męża), cóż z tego,że o gołębim sercu. Nie umie przeciwstawić się synom, potrafi jedynie na miarę swoich skromnych możliwości dbać o dom, zapewnić jedzenie. Gunther nie może też liczyć na szkołę. Nikt nie próbuje podjąć zdecydowanej interwencji, wyrwać chłopca z tego patologicznego środowiska, a przecież wszyscy wiedzą, jaka jest rodzina Strobbów.

I tu pojawia się kolejny problem. Otóż sytuacja pokazana w filmie wcale nie jest czarno-biała. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, Gunther kocha swojego ojca, jest do niego i do swoich stryjów bardzo przywiązany. Kiedy dyrektor szkoły proponuje mu pobyt w internacie, zdecydowanie odmawia. Ma silne poczucie przynależności do klanu Strobbów, czuje się jego częścią, jest dumny ze swoich stryjów i ojca, i z ich idiotycznych wyczynów. Są oczywiście momenty, kiedy się ich boi, nieraz płacze poniżany lub ze strachu, kiedy wpadają w alkoholowy szał. I nawet kiedy w końcu zostanie zabrany do internatu na wniosek opieki społecznej (nie jest jasne, kto ich zawiadomił: on sam czy babcia), nie zapomni o ojcu. Spotkanie z nim sprawi mu wielką radość. Ta ambiwalencja uczuć jest bardzo prawdziwa. Dorastanie w takich warunkach nie pozostaje oczywiście bez wpływu na jego charakter i osobowość. Jest zamknięty w sobie, ma niewielki kontakt z rówieśnikami, niczym nie może im zaimponować, otacza go zła sława braci Strobbów. W internacie też jest samotny, najchętniej spędza czas w swoim pokoju nad maszyną do pisania. I nagle okazuje się, że te opowiadania, które tworzy, często za karę, zaczynają się podobać kolegom i nauczycielom.

Dorosły Gunther też nie radzi sobie w kontaktach z ludźmi. Jest samotnikiem, dla którego liczy się tylko pisarska pasja. Szybko zostaje ojcem z przypadku, ale matki dziecka nie potrafi pokochać. Widzimy, że walczy, że próbuje, ale same chęci nie wystarczą. Sytuacja go przerasta. I dopiero kiedy wreszcie osiągnie sukces, nieoczekiwanie, chyba nawet dla siebie, zostanie doceniony jako pisarz i zaczną go nie tylko wydawać, ale i pisać o nim w gazetach, pogodzi się ze swoim życiem i jakoś spróbuje naprawić błędy. Teraz okaże się, jak ważną osobą była dla niego babcia. Chociaż rzadko odwiedza stryjów w rodzinnej miejscowości, troskliwie zajmuje się staruszką pogrążoną w demencji. To tej prostej kobiecie, jej miłości zawdzięcza wszystko.

I jeszcze chciałabym zwrócić uwagę na wątek poboczny: to historia ciotki Rosie, siostry braci Strobbów. Długo nie wiemy o jej istnieniu, zjawia się nagle z córką, kiedy ucieka od męża, damskiego boksera. Mąż ma pieniądze, cóż z tego, kiedy bije, jest chamem, tyle że w garniturze i samochodzie. Przed laty uciekła z domu, zerwała ze swoim środowiskiem, teraz wraca. Ale do czego? Nie umie tak żyć. Szybko okaże się, że bracia w swojej beztrosce zdeprawują jej córkę. Pijacka scena w barze, do którego zabierają dziwczynkę, aby mógł ją poznać jej biologiczny ojciec, jest przerażajaca. Czy Rosie nie ma wyboru? Czy jej jedyną alternatywą jest powrót do męża brutala? Nie może, czy nie potrafi zacząć żyć na własny rachunek? Przed laty uwolniła się od pijackiej rodziny, ale teraz nie umie zrobić kolejnego kroku.

Niełatwo się ten film ogląda, na pewno trudno spędzić przy nim beztroskie dwie godziny, czułam się sponiewierana, ale na pewno nie pozostawił mnie obojętną.

W drodze, czyli "Chinka" Xiaolu Guo.

Lubię obyczajowe kino azjatyckie. Staram się nie omijać filmów z tego kręgu kulturowego pojawiających się w naszych kinach lub w telewizji. Dlatego wybrałam się na "Chinkę" Xiaolu Guo, produkcję chińsko-europejską (współprodukowało ją kilka państw europejskich). Polecam. To niespiesznie opowiedziana historia młodej dziewczyny Lu Mei. Opowieść o jej spotkaniach z mężczyznami i podróży. Nie chodzi tu oczywiście o podróż turystyczną, ale podróż od i do. Od beznadziejnego miejsca, w którym mieszka i do miejsca, które wydaje jej się lepszym światem. Podróż ucieczka, podróż doświadczenie. Tyle dla tych, którzy nie widzieli, reszta dla tych, którzy już obejrzeli.

Lu Mei mieszka wraz z rodzicami gdzieś na chińskiej prowincji. Miejsce jest szare, brzydkie, przygnębiające. Symbolem tej szarości i beznadziei jest wszechobecne błoto zalegające drogę prowadzącą do miasta. Wokół księżycowy krajobraz: drogi rozjeżdżone przez ciężarówki, szare bloki, fabryka, wysypisko śmieci, na którym pracuje ojciec dziewczyny. Nawet zieleń to jakieś odstręczające krzaki przy zabłoconej drodze i zakurzona trawa. Kolorowo jest w klubach, które wieczorami odwiedza z chłopakiem, posiadaczem motoru. Czy można się dziwić, że marzy o innym życiu? O miłości? Obsługując bilard w przydrożnej knajpie, w wolnych chwilach czyta, maluje paznokcie i poznaje mężczyzn. Ale te spotkania od początku nie są szczęśliwe: jeden porzuci ją, bo Mei nie zgodzi się na seks gdzieś w trawie przy drodze, drugi zgwałci. Dziewczyna nie będzie rozpaczać, nie zwierzy się matce, z którą nie ma serdecznych kontaktów. Pozbiera się i pójdzie do domu. Dopiero, gdy ponownie spotka swego gwałciciela, który jakby nigdy nic wróci do przydrożnego baru, rzuci sie na niego z pięściami. Jakże odległe są te spotkania od naiwnej wiary w miłość wyrażonej w piosence, którą śpiewa wraz z właścicielem motoru w klubie karaoke. Ten wspólny śpiew, pochylone głowy to iluzja. Rzeczywistość jest inna, o czym wkrótce się przekona.

Mei jest małomówna, tłumi w sobie emocje, rzadko je ujawnia, jednak z czasem będzie się to zdarzało coraz częściej. Właściwie nie zawsze wiemy, co myśli. Wydaje się być oschła i chłodna. Czasami bezwolnie zdaje się na los, by zaraz potem podjąć decyzję brzemienną w skutki. Co czuje do rodziców? Na pewno chce żyć inaczej niż oni, odrzuca mężczyznę, którego znalazła dla niej matka, mimo że jest z miasta i pracuje jako urzędnik państwowy w ośrodku kultury. Czy tęskni za nimi, kiedy wyrusza w swoją podróż do lepszego życia? Czy utrzymuje z nimi jakiekolwiek kontakty? Czy jest zadowolona z pracy szwaczki w fabryce? Nie wydaje się zbyt przejęta, kiedy ją straci. A praca w salonie fryzjerskim, który jest jednocześnie nędznym burdelem, to wybór czy konieczność? A może pogodzenie się z tym, co życie przyniosło? Ale już za chwilę, wie czego chce. Gdy pokocha Spikey'a, smutnego, tajemniczego gangstera, będzie stanowcza i nie pozwoli się upokarzać pieniędzmi wręczonymi po wspólnie spędzonej nocy. Jest w ich krótkim, namiętnym związku coś ładnego i czystego mimo profesji, jakimi się parają i przygnębiającego otoczenia: cienistej ulicy i ciemnego pokoju, w którym mieszka on. Ta miłość naznaczona jest chwilą i tragedią. Kiedy ukochany zginie, właściwie na jej oczach, wybuchnie niepohamowaną rozpaczą, nie będzie tłumić uczuć. Znowu jest wolna i znowu wyrusza w podróż, tym razem do Londynu. To spełnienie ich marzenia o tym, aby tam wyjechać. Ale Londyn wcale nie okaże się wymarzonym rajem.

Czekają tam na nią dorywcze prace (pewnie na czarno, bo nikt nie może jej legalnie zapłacić, ponieważ nie ma konta bankowego) i jakaś ciemna noclegownia, gdzie stłoczone na piętrowych łóżkach nocują chińskie dziewczyny. Żeby uzyskać namiastkę intymności, trzeba nałożyć słuchawki na uszy i słuchać muzyki. Takich jak Mei poszukujących raju jest tu pełno. Jej się jednak udaje: nieoczekiwane małżeństwo z emerytowanym nauczycielem matematyki, wdowcem jest dla niej wybawieniem. I znowu niewiele wiemy. Jakie są ich motywacje? On robi to dla kaprysu czy chce pomóc? A może szuka kogoś, kto osłodzi mu samotność? Na pewno nie domaga się seksu. Rezygnuje, bo orientuje się, że ona zrobiłaby to z przymusu. A Mei? Czy wyszła za niego za mąż, bo dostrzegła w tym małżeństwie jedyną szansę dla siebie? Czy może przynajmniej go polubiła, bo na pewno nie pokochała. Kiedy się na nich patrzy, wydaje się, że osiągnęli jakiś rodzaj kompromisu, porozumienia. Ale Mei, początkowo cicha i bezwolna, z czasem coraz częściej wyraża swoje zdanie i niezadowolenie. On pokornie i z wyrozumiałością znosi jej wybuchy gniewu. Może przewidział, że taki układ możliwy jest tylko przez chwilę? Szybko dochodzą do głosu różnice kulturowe. Ona nie rozumie, że chociaż jego zmarła żona jest ważną częścią jego przeszłości, to kultywowana pamięć o niej w niczym jej nie zagraża. Dla Mei liczy się tylko to, co teraz. Może dlatego tak łatwo zapomniała o swoim kraju i rodzicach? Ale czy na pewno? Kiedy po jakimś czasie rozmawia ze swoją nową miłością, Hindusem, właścicielem niewielkiego lokaliku z hinduskim jedzeniem, pyta go, ile leci się do jego kraju. Jakże bezbronni, samotni i zagubieni wydają się w tym momencie! Ukryci w klitce na zapleczu jego lokalu, klitce, która jest równocześnie magazynem i jego, potem ich, mieszkaniem. Kiedy młody Hindus odstępuje jej swoje wąskie łóżko, sam będzie musiał spać na podłodze. Ten obrazek ma dwie strony. Kiedy ogląda się go od frontu, widać emigranta z Indii, który świetnie sobie radzi: wszak jest właścicielem hinduskiego baru. Kiedy zajrzy się od podwórka, można się przekonać, że jego ciężka praca niewiele mu daje: łóżko w schowku na szczotki. Czy o tym marzył, opuszczając swoją ojczyznę?

Ale Mei bardzo świadomie podejmie decyzję: porzuci wygodne, mieszczańskie życie z emerytowanym nauczycielem matematyki i pójdzie za miłością: młodym Hindusem na dorobku. On ją lojalnie ostrzega, próbuje pokazać zalety tamtego życia. Czy ją kocha? Czy to tylko namiętność fizyczna? I kolejny raz sielanka szybko się kończy. Znowu dają o sobie znać różnice kulturowe: on jest muzułmaninem i wydaje się, że religia ma dla niego coraz większe znaczenie. Zastanawia sie nad powrotem do kraju. Widocznie Lu Mei nie jest dla niego aż tak ważna. I kolejny raz ona decyduje się na radykalny krok: odchodzi mimo ciąży. Co z nią będzie? Nie wiemy. Znowu jest w drodze, emigrantka, wieczny wędrowca.

Warto obejrzeć ten film, którego melancholia od czasu do czasu przerywana jest punk-rockowymi piosenkami w wykonaniu chińskich zespołów.

Popularne posty