"Elena" Andrieja Zwiagincewa

"Ostatnią miłość na ziemi" obejrzałam tak przy okazji, ale film, na który niecierpliwie czekałam, to "Elena" Andrieja Zwiagincewa, reżysera słynnego "Powrotu". Poszłam i wszystkich namawiam. To świetne kino, chociaż świat wykreowany na ekranie jest potworny. Być może dojmujące wrażenie przerażenia tym, co zobaczyłam, pogłębia fakt, że bohaterami są ludzie całkiem zwyczajni. Tym razem nie jest to wędrówka po koszmarnej rosyjskiej prowincji, jak to było w obrazie Łoźnicy "Szczęście ty moje". Akcja filmu toczy się współcześnie, prawdopodobnie w Moskwie. Tytułowa Elena to sześćdziesięcioletnia emerytowana pielęgniarka, która wyszła po raz drugi za mąż za bardzo bogatego mężczyznę. I za nią, i za nim ciągnie się rodzinna przeszłość, a przede wszystkim ciągną się dzieci z poprzednich związków. Więź Eleny z synem i jego rodziną jest szczególnie silna. Więcej nie zdradzę. Wystarczy, jeśli napiszę, że akcja ma zaskakujący przebieg. Nie, proszę nie obawiać się wizualnych potworności. Najczęściej oglądamy świat zamożnych Rosjan: eleganckie mieszkanie w strzeżonym apartamentowcu, drogi samochód, fitness klub. Dlatego to, co się wydarzy, będzie niczym uderzenie obuchem w głowę. Ale zobaczyć trzeba koniecznie, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Od pierwszych ujęć małżeństwo Eleny i bogatego Władimira wydaje się dziwne. Ona powie, że go kocha. Ale czy możemy jej wierzyć? Dziwna to miłość. Raczej układ ludzi świadczących sobie wzajemne usługi. Elena zachowuje się jak służąca, nawet śpią w oddzielnych sypialniach: on na wielkim, wygodnym łożu, ona znacznie skromniej na rozkładanej kanapie, co nie znaczy biednie. Mimo wszystko nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to pokój dobrze traktowanej przez oświeconych państwa służącej. Wstaje pierwsza, ogarnia się, szykuje śniadanie, wchodzi do jego sypialni, rozsuwa zasłony i budzi. Potem usługuje przy śniadaniu. A może jest jak matka? niańka? opiekunka? Siedzą naprzeciwko siebie, są uprzejmi i grzeczni, ale tylko tyle. Chłód i dystans, żadnego serdecznego gestu, żadnego uśmiechu, ani śladu uczucia. Jakie masz plany na dzisiaj?, pytają siebie wzajemnie. Jej dzień upływa na sprzątaniu, zakupach, gotowaniu. Nie wydaje się zresztą, aby ta krzątanina jakoś specjalnie ją męczyła. Kiedy czegoś od niego chce, zachowuje się jak petentka, próbuje go cierpliwie i sprytnie podejść. On spędza czas w klubie fitness. Co robi poza tym? Czym się zajmował? Skąd ma majątek? Być może jest byłym wojskowym? Na pogrzebie obok Eleny będzie siedział jego przyjaciel w mundurze. Dlaczego są razem? Naprawdę trudno uwierzyć, że z miłości. Ona najprawdopodobniej z powodu pieniędzy. Jest jego służącą, na żądanie świadczy mu usługi seksualne (jak inaczej nazwać to, co widzimy?), ale w zamian ma wygodne życie, a całą swoją emeryturę może przeznaczać dla dorosłego syna i jego rodziny. I myślę, że to jest dla niej najważniejsze. A może przyczyną ponownego zamążpójścia była potrzeba matkowania, opiekowania się kimś? Pytanie, na które nie potrafię sobie odpowiedzieć, brzmi: dlaczego Władimir ożenił się z Eleną. Usługi, które mu świadczy, mógłby po prostu kupić. Czyżby ten zimny, zdystansowany mężczyzna tęsknił jednak za kimś bliskim? Może istotna jest dla niego świadomość, że za ścianą jest ktoś życzliwy? A może początkowo połączyło ich uczucie? Poznali się dziesięć lat wcześniej, małżeństwem są od dwóch.

Elena i Władimir to jedna część układanki. Druga to ich dzieci, jedyny, ale ważny powód sporów między nimi. On ma córkę, hedonistkę i egoistkę, jak sam powie. Nie ma złudzeń, dostrzega jej wady, ale to Katierina jest jego oczkiem w głowie. To ona potrafi wywołać uśmiech na jego twarzy, rozbawić go, sprawić, że stanie się bardziej ludzki. Czym się zajmuje? Czy pracuje, czy żyje sobie wygodnie dzięki pieniądzom ojca, a czas upływa jej na imprezowaniu? Jest cyniczna i niesympatyczna. Taki obraz pogłębia jeszcze jej powierzchowność. Kiedy widzimy ją po raz pierwszy na ekranie, nie robi miłego wrażenia: przychodzi na spotkanie z Eleną zgarbiona, ze spuszczoną głową ukrytą w kapturze kurtki. Jakby się chowała i odgradzała od świata. Jakby chciała zakomunikować wszystkim: dajcie mi spokój. I tylko w czasie spotkania z ojcem, kiedy odwiedzi go w szpitalu, nagle będzie inna: serdeczna, wesoła, czuła, chociaż ironiczna. Taka jest Katerina. Przedstawicielka złotej młodzieży, chciałoby się powiedzieć. Nie lepszy jest Siergiej, syn Eleny, jej oczko w głowie.

Wraz z nim wkraczamy do innej Rosji. Rosji ohydnych, szarych blokowisk, obok których dymią kominy elektrociepłowni. Elena kursuje pomiędzy tymi światami: światem bogactwa i luksusu, i światem bylejakości, brzydoty. Jadąc do syna, odbywa długą podróż: najpierw autobus, potem pociąg. Jakby musiała za każdym razem przebyć symboliczną drogę dzielącą te dwa światy. Odrapane bloki, odrapana klatka schodowa, rachityczne drzewka, nudzący się i szukający zwady agresywni młodzieńcy, wśród nich jej ukochany wnuk, przesiadujący z puszką piwa przed blokiem. Nawet dojście od przystanku kolejki do bloku prowadzi ścieżką wśród chaszczy. Syn, dla którego jest gotowa zrobić wszystko, to typ odrażający. Kiedy zobaczymy go po raz pierwszy, stoi na balkonie z puszką piwa w dłoni, spogląda bezmyślnie w dół i spluwa. Nie pracuje, ale po co ma pracować, po co szukać zajęcia, skoro matka da pieniądze. Nie opływa w luksusy, ale przecież nie zginie. W jego rodzinie też panuje dominacja mężczyzn. I on, i jego syn spędzają czas najczęściej przed telewizorem, nie muszą nic robić. Po co? Mają przecież dwie służące. W tym domu również nie widać oznak miłości, serdeczności czy czułości. Tu też każdy, kto może, najchętniej skryłby się przed innymi. Chłodny, uprzejmy dystans bogatego świata Władimira w świecie Siergieja zastępują połajanki, krzyki, poszturchiwania. Wnuk Eleny, z powodu którego rozegra się tragedia, jest typem równie, a może jeszcze bardziej, odrażającym. Nie dość że się nie uczy, nie robi nic wartościowego, to jeszcze kipi bezmyślną, zwierzęcą agresją. Scena, kiedy wraz z kolegami atakuje innych, jest przerażająca. I to dla niego Elena jest gotowa zamordować męża?

Zło jest tu przerażająco zwyczajne. Elena, sympatyczna, troskliwa, prosta kobieta zabija nie w afekcie, ale z premedytacją, dla pieniędzy, aby ratować wnuka, który nie jest wart tej pomocy. Zaplanuje morderstwo starannie. Tylko przez moment, kiedy ma wejść do sypialni martwego męża, poczuje strach i może wyrzuty sumienia. Ale szybko się otrząśnie. Jakby  nic się nie stało! A przecież jeszcze niedawno weszła do cerkwi, aby zapalić świeczkę za zdrowie Władimira! Podobnie zareagują jej syn, synowa i wnuk. Żadnego żalu, żadnej symbolicznej chociażby żałoby. Przeciwnie: przecież dzięki jego śmierci zyskują nie tylko pieniądze, które pozwolą opłacić prywatne studia, ale mogą też przeprowadzić się do apartamentu zmarłego. Są jak barbarzyńcy, którzy wkraczają do pałacu. Ostatnia scena, kiedy, jakby nic się nie stało, rozwalają się wygodnie przed telewizorem z puszkami piwa w dłoniach, a zadowolona matka skacze wokół nich, jest przerażająca. Zaniemówiłam. Teraz Elena jest naprawdę szczęśliwa. Czy nie o to jej szło? Czy nie to było jej celem? Zapewnienie wygodnego życia synowi i wnukom? Jakże ironicznie brzmi wiadomość, że wkrótce na świat przyjdzie kolejne dziecko. Zza grobu sprawdza się przepowiednia Władimira: oni potrafią tylko robić dzieci, nie zastanawiają się zupełnie, jak je utrzymają.

Nie wiem, na ile to, co oglądamy, jest obrazem współczesnej Rosji. Pewnie Zwiagincew portretuje rosyjskie społeczeństwo, pokazując moralną degrengoladę. Zawsze obawiam się takich uogólnień. Może sobie pozwolić na nie znawca tematu. Mnie wystarczy odbiór uniwersalny.

I na koniec jeszcze słów parę o kompozycji. Bardzo podobało mi się budowanie napięcia umiejętnym myleniem tropów. Od momentu zbrodni kilkakrotnie miałam wrażenie, że za chwilę coś się wydarzy. Albo Elena zostanie zdemaskowana, albo napadną ją i okradną ( pociąg nieoczekiwanie staje w polu, samotnie idzie drogą od stacji do mieszkania syna, ściskając pod pachą torebkę z pieniędzmi), albo wnuk, dla którego zabiła, zginie w czasie bójki. Ale nie, nic się nie dzieje, życie toczy się dalej. Była zbrodnia, nie ma kary, gorzej, że nie ma też poczucia winy, skruchy. Wiele razy kino pokazywało zbrodnie popełnione z zimną krwią przez zdesperowanych ludzi. Można powiedzieć, że i Elena jest zdesperowana: decyduje się zabić, kiedy mąż odmawia pomocy i chce spisać testament niezbyt dla niej korzystny (co oczywiście jej nie usprawiedliwia). Ale tamci bohaterowie (a myślę tu o bohaterze "Długu" Krauzego i "Zbrodni i wykroczeń" Woody Allena) odczuwali wyrzuty sumienia (bohater filmu Krauzego z tego powodu zgłasza się na policję). Zbrodnia nie pozostała bez wpływu na to, co się z nimi działo. Elena wydaje się być nieporuszona. Więcej: mam wrażenie, że odczuwa ulgę. Jakby nic się nie stało. Czy ostatnia scena, kiedy zajęta sobą rodzina, nie zwraca uwagi na niemowlaka pozostawionego samotnie na ogromnym łożu zabitego Władimira, jest zapowiedzią nieszczęścia? Czy dziecko spadnie? A może nic się nie stanie? Tak jak dotąd. Życie potoczy się dalej?

"Ostatnia miłość na ziemi"

Czasem jest tak, że nie potrafię się zdecydować: iść do kina czy zrezygnować. Dotyczy to zwykle filmów nieznanych, które wkraczają na ekrany znienacka, niepoprzedzone niecierpliwym wyczekiwaniem. Wtedy łamię swoją żelazną zasadę im mniej, tym lepiej i słucham dyskusji w Tygodniku Kulturalnym (nieraz już wspominałam o moim ulubionym programie w TVP Kultura; polecam). Jeśli krytykują, rezygnuję, jeśli mnie zaciekawią, ryzykuję. Tak było i tym razem. Głosy były podzielone, a ponieważ  miałam ochotę na coś niezobowiązującego, więc poszłam. Nie żałuję, ale gdybym sobie darowała, dziury w niebie by nie było. Historia romansowa nie ma w sobie krztyny oryginalności, ale przyjemnie popatrzeć na Ewana McGregora i Evę Green. Tyle o tytułowej miłości. Jeżeli film robi wrażenie, to dzięki dużo ciekawszej, drugiej warstwie: opowieści o tajemniczej epidemii, która błyskawicznie rozprzestrzenia się po świecie. Zagrożenie pojawia się nagle, nie wiadomo, skąd pochodzi, a atakuje falami w sposób przemyślny i wyrafinowany. Wcale nie taki, jak można by sobie wyobrażać. Nie jest to bowiem hollywoodzki film katastroficzny (na szczęście), a melancholijny europejski. Ważny jest tu nastrój i pytania, jakie  sobie stawiamy. Wprawdzie wielokrotnie w ciągu ostatnich lat straszono nas rozmaitymi wirusami, ale zagrożenia za każdym razem okazywały się raczej dęte niż prawdziwe. Nie jest jednak wykluczone, że kiedyś coś zdarzy się naprawdę. I właśnie taką sytuację w sposób prawdopodobny przedstawia ten film. Jest tu kilka efektownych (ale nie po amerykańsku) scen zagrożenia i paniki, jest przygnębiający obraz miasta po katastrofie. Najciekawsze wydało mi się pokazanie, jak ludzie zachowują się w obliczu kataklizmu. No ale ani tego, ani zakończenia oczywiście nie zdradzę. I na koniec o czymś, co potwornie drażni i psuje film. To patetyczne komentarze spoza kadru. Znacznie lepiej by było, gdyby reżyser ograniczył się tylko do obrazów, które im towarzyszą. A na deser Glasgow, gdzie toczy się akcja. I ten cmentarz na wzgórzu, który tak mnie zafascynował w jednym z moich ulubionych filmów ("Wilbur chce się zabić"). Jeśli, czytelniku tej notki, zainteresowałeś się, możesz pójść. Prawdopodobnie nie będziesz żałował, chociaż nie nastawiaj się na nic wielkiego.

Wojciech Górecki "Planeta Kaukaz". Podróż w nieznane.

Wznowiona w 2010 roku reporterska książka Wojciecha Góreckiego "Planeta Kaukaz" (Czarne 2010; wydanie II uzupełnione) jest jak odkrycie nieznanego lądu. No bo cóż wie o Kaukazie taki ktoś jak ja, kto jakoś specjalnie nie interesuje się tym rejonem świata? Niewiele. Góry, Elbrus, Gruzja, Czeczenia, Osetia, konflikty, wojny, burzliwa historia, przesiedlenia całych narodów w czasach stalinowskich. Raczej hasła niż prawdziwa wiedza. I oto za sprawą książki Góreckiego dane mi było odbyć podróż ze wschodu na zachód, od Morza Kaspijskiego po Morze Czarne, od Kałmucji i Dagestanu do Adygeji i Abchazji, a po drodze odwiedziłam inne kraje o równie wdzięcznych nazwach wchodzące w skład Federacji Rosyjskiej. Takie nazwy jak Dagestan czy Abchazja nie były mi obce (podkreślam: nazwy), ale Adygeja albo Karaczajo-Czerkiesja? Bądźmy szczerzy, o ich istnieniu  dowiedziałam się z tego bardzo ciekawego zbioru reportaży. Bo Górecki nie pisze o Gruzji, Armenii czy Azerbejdżanie (o tym jest "Toast za przodków" - finalista Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za rok 2010, który czeka na półce na swoją kolejkę), ale o Kaukazie Północnym, gdzie na obszarze równym mniej więcej obszarowi Szwecji znajdziemy "zagmatwaną mozaikę ludów, kultur, języków i religii." A ludów tu jeszcze więcej niż państw! Są Karaczaje, Bałkarzy, Kałmucy, Lezgini, Ingusze, Czeczeni, Osetyjczycy, Kabardyjczycy, Adygowie, Czerkiesi, Szapsugowie i inni. Kto słyszał o Lezginach czy Karaczajach? A każde z tych plemion(?), narodów(?) w mniejszym czy większym stopniu odczuwa swoją odrębność. Jak pisze Górecki, narody kaukaskie w osiemdziesięciu procentach są do siebie podobne pod względem obyczajowym czy kulturowym, ale pozostaje te odrębne dwadzieścia procent. To powoduje, że z jednej strony odczuwają pankaukaską wspólnotę, z drugiej mają swoje ambicje. Często ten narodowy duch, to dążenie, aby stworzyć własne państwo, odrodziły się po latach uśpienia. Aby pokazać, że nasze na wierzchu, aby podbudować własne narodowe ego, aby udowodnić swoją wyższość nad sąsiadami, korzeni szuka się aż w starożytności albo nawet w przeszłości mitycznej czy legendarnej, tworząc pseudonaukową historię (tak jest na przykład w przypadku Osetyjczyków z północy skonfliktowanych z Gruzją i ze swoimi krajanami z południa). To musi rodzić konflikty, szczególnie, że w tym tyglu od lat trzydziestych dziewiętnastego wieku stale miesza Rosja, stosując starą zasadę dziel i rządź. Takie republiki jak Karaczajo-Czerkiesja czy Kabardyno-Bałkaria to twory całkowicie sztuczne, które łączą w jeden organizm wrogie sobie narody. Konflikty i waśnie były tu od zawsze, szczególnie, że wina i pamięć o niej przechodzą  zwykle z pokolenia na pokolenie, ale wojny (jak ta gruzińsko-osetyjska czy ingusko-osetyjska) zaczęły się dopiero w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku. Górecki w sposób prosty, zwięzły i ciekawy tłumaczy przyczyny tych konfliktów, sięgając często aż do wieku dziewiętnastego albo i dalej. Pokazuje, jaki wpływ na to, co się tutaj działo, miała polityka nie tylko rosyjska, ale i europejska. Chociaż to odległy zakątek, był często kartą przetargową w grze wielkich mocarstw. Nie wpłynęło to jednak na prawdziwe zainteresowanie tym obszarem świata. Rosjanie niewiele wiedzą o mieszkańcach Kaukazu, ten rejon jest dla nich równie odległy i obcy jak jakieś afrykańskie państwo.

Ale nie tylko o historii i polityce pisze w swoich reportażach autor. To także opowieść o podróżach, które przez lata odbywał, o spotkaniach z ludźmi, często oryginałach o barwnych życiorysach. Raz będzie to ktoś przypadkowo spotkany gdzieś po drodze, innym razem przyjaciel, miejscowy polityk czy profesor. Zawód decyduje o charakterze rozmowy. Górecki jest stale obecny w swoich tekstach jako wędrowiec, komentator kaukaskiego świata, rozmówca, przyjaciel swoich starych znajomych. Odwiedza spore miasta, ale najlepiej czuje się w górskich zagubionych wioskach, aułach. Może dlatego, że jak pisze, miasta to na Kaukazie twory sztuczne, na ogół brzydkie, chaotyczne, bezładne. Prawdziwe centra to owe auły, wsie, często bardzo duże. To tu od wieków toczyło się prawdziwe życie. To tu można spotkać się z niezwykłą gościnnością i serdecznością, to tu przetrwał dawny świat. Ale zmiany postępują niezwykle szybko. Wkracza telewizja, komórki, nawet internet, wszystko się globalizuje, wsie pustoszeją. Hinalug, górski auł, jeszcze na początku naszego stulecia od listopada do wiosny odcinany od świata przez śnieg (odcinany w sposób dosłowny) dziś połączony jest z najbliższym miastem asfaltową szosą. Każdy może teraz dotrzeć tu niezależnie od pory roku. Dobrze to czy źle? A ileż trudu kosztowało Góreckiego i jego towarzysza podróży zdobycie tego miejsca, a potem powrót, w ostatnim momencie, tuż przed śniegiem, który uwięziłby ich tam na kilka miesięcy. Wraz z dostępnością giną języki, giną obyczaje, czasem zatraca się tożsamość plemienna czy narodowa. Młodzi Lezgini nie znają już lezgińskiego. Ale nie tylko ich te zmiany dotykają. Świat małych plemion, małych narodów ginie na naszych oczach. Ale wspominałam też o procesie odwrotnym: mozolnym odbudowywaniu narodowej świadomości. Ciekawym zjawiskiem jest też powrót z wielowiekowego wygnania. Tak powstała Adygeja, republika zanurzona w Kraju Krasnodarskim, którą zamieszkuje tylko dwadzieścia procent rdzennej ludności, pozostali to Słowianie (głównie Rosjanie). Niezwykle ciekawa jest historia tego narodu, który przetrwał przede wszystkim w Turcji i na Bliskim Wschodzie, a zdecydował się powrócić w momencie, kiedy zdał sobie sprawę, że dalsze trwanie na wygnaniu grozi albo asymilacją albo degeneracją.

Wszystko jest w tej książce bardzo interesujące, nowe, odkrywcze, fascynujące. Opowieści o Kozakach, starowiercach i staroobrzędowcach, nieznanych wioskach, plemionach czy klanach, obyczajach i religiach: prawosławiu, islamie, chrześcijaństwie, które od zawsze współistniały na tych terenach, a od końca zeszłego wieku powoli się odradzają. To, co pragmatyczne, realne, miesza się z zabobonami i magią, czego Górecki na własnej skórze niejednokrotnie doświadczył.

Ileż jest takich nieodkrytych miejsc! Zawsze, kiedy dzięki literaturze poznaję jedno z nich, ogarnia mnie żal, że czasu nie starczy, aby poznać inne. Cóż, tak już jest, trzeba się z tym pogodzić. Póki co, namawiam cię, czytelniku tej notki, na książkową podróż na Północny Kaukaz. Nie pożałujesz, zapewniam.

"Pewnego razu w Anatolii"

To trzeci film Ceylana, jaki obejrzałam. Poprzednie to "Klimaty" i "Trzy małpy". Kto widział i zasmakował, wie, o czym piszę. Niezorientowanym wyjaśniam, że to jeden z najbardziej znanych, cenionych i nagradzanych tureckich reżyserów. Mistrz filmów klimatycznych. Za "Pewnego razu w Anatolii" dostał nagrodę na ostatnim festiwalu w Cannes. Na pewno nie jest to kino dla każdego. Film trwa prawie trzy godziny, a niewiele się dzieje. Noc gdzieś na anatolijskiej prowincji. Po drodze, która wije się w pustce pomiędzy wzgórzami, suną trzy policyjne samochody. Dwaj mężczyźni z pobliskiego miasteczka podejrzani o morderstwo mają wskazać miejsce, gdzie zakopali zwłoki. Czy nie pamiętają, czy zwodzą policjantów i prokuratora, nie wiadomo. Ekipa jedzie od miejsca do miejsca, wszyscy zmęczeni, trochę znudzeni, chcieliby już znaleźć się w domach. Jakieś rozmowy, milczenie,, nic specjalnego. Najważniejsze w tym filmie jest to, co pomiędzy: drobne obserwacje, napomknienia, domysły, niedopowiedziane ludzkie losy, które wyłaniają się z rozmów, klimat, piękne obrazy. I Turcja. Tylko tyle? Dla mnie aż tyle! Z wielką przyjemnością zanurzyłam się w melancholijnym świecie anatoliskiej, zagubionej prowincji. Miłośników Ceylana zachęcać na pewno nie muszę, a innych namawiam, aby spróbowali. Może złapią haczyk. A kto widział, niech przeczyta ciąg dalszy.

Zacznę od nudy i znużenia. Oczywiście nie chodzi mi tu o moje odczucia, bo ani się nie nudziłam, ani nie byłam znużona, przeciwnie, oczu od ekranu nie mogłam oderwać. Myślę o tym, co dzieje się z bohaterami. Jest noc, wieje i grzmi, pewnie zimno, bo wszyscy w płaszczach, wokół ciemno, mrok rozświetlają tylko reflektory samochodów, a policjanci, prokurator i lekarz muszą pracować. Sprawa wydaje się coraz bardziej beznadziejna, przestępcy nie chcą wskazać, lub naprawdę nie pamiętają, gdzie zakopali zwłoki. Może rzeczywiście nie potrafią odnaleźć miejsca? Okolica przecież dość podobna, niewiele tu charakterystycznych punktów. Wszyscy marzą, aby to się wreszcie skończyło. Każdy ma jakieś swoje sprawy, każdy chciałby już znaleźć się u siebie, a tu nic. Czas wlecze się niemiłosiernie. Co robić, kiedy samochody zatrzymują się po raz kolejny? Mężczyźni siedzą, palą, trochę rozmawiają, czasem odejdą na stronę. Nuda i beznadzieja. Może dlatego niektórym zbiera się na metafizyczne refleksje o czasie i przemijaniu?

I niby nic niezwykłego na ekranie i w życiu bohaterów się nie dzieje, ale stopniowo z rozmów, którymi zabijają nudę, niczym z mroku nocy, zaczynają wyłaniać się, ledwie naszkicowane, ich historie. Za każdym coś się ciągnie, każdego coś gniecie. Swoje problemy skrywają za żarcikami i pogaduszkami o niczym. Policjant ma chorego syna. Prawdopodobnie praca jest dla niego nie tylko koniecznością, ale i ucieczką od dręczących kłopotów z dzieckiem. Jego żona nie ma takiej możliwości. Jeszcze bardziej dojmująca jest historia prokuratora, której raczej się domyślamy niż naprawdę poznajemy. Czy to o sobie opowiada dociekliwemu, racjonalnemu lekarzowi? Czy to jego żona popełniła samobójstwo zaraz po urodzeniu dziecka, bo nie mogła pogodzić się z jego zdradą? Zresztą, cóż to za zdrada, no zdarzyło się, za dużo wypił, to, co się stało, nie miało żadnego znaczenia. Dla niego nie, dla niej ogromne. Czy domyślał się, że się zabiła, czy naprawdę wierzył w tajemniczą, nagłą, ale zapowiedzianą śmierć? Czy chciała go w ten sposób ukarać? Czy za maską, którą nosi na twarzy, kryją się ból i wyrzuty sumienia? On, który na co dzień styka się ze zbrodnią i podłością, sam nie jest bez winy. Jeszcze mniej pewnych informacji mamy o lekarzu. O sobie powie tylko jedno, że rozwiódł się i jest bezdzietny. Ma nieprzeniknioną, ale przykuwającą uwagę twarz. Co robi w tym miejscu? Dlaczego tu przyjechał? Czy to ucieczka, czy świadomy wybór? W końcu ktoś i w takim miasteczku musi pracować. Ktoś musi szczepić dzieci, leczyć ludzi, przeprowadzać sekcje zwłok. Niech pan stąd ucieka, powie prokurator, nie wytrzyma pan tutaj. Jaka historia wyłania się zza zdjęć, które zdobią ściany jego pokoju? Co go doprowadziło w to miejsce? Nie wiemy, ale czujemy jakiś ciężar, który go przygniata. Prokurator i lekarz nieoczekiwanie wyrastają na główne persony dramatu. Jeden próbuje zwierzyć się drugiemu, zwierzyć się z własnej winy, drugi coś mu uświadamia. Czy inspirowany własnym doświadczeniem? Są jak Rogożyn i Porfiry z Dostojewskiego. Nie wiem, czy to tylko moje skojarzenie, czy świadome nawiązanie. Zza półsłówek, westchnień, zdań  wyłania się ludzka tragedia. Być może i jeden z morderców skrywa jakąś tajemnicę. Czy to zwyczajne zabójstwo, czy kryje się za nim ludzki dramat? Czy to on jest ojcem osieroconego chłopca? Dlaczego zamordował? Bo nie mógł patrzeć, jak traktuje swoją żonę i dziecko? Bo był zazdrosny? Któryś z policjantów w pewnym momencie przyznaje, że zamordowany był wyjątkowym draniem. Wdowa, młoda, piękna kobieta, i jej syn nie wydają się bardzo zmartwieni. Wprawdzie chłopiec rzuca w mordercę ziemią, ale może robi to, bo tego oczekuje od niego tłumek, który omal go nie linczuje. Może to sprawa honoru? W jednej z ostatnich scen, widzimy, jak chłopiec bawi się piłką. Jest tak, jakby wracał z matką na przykład ze spaceru. Ale przecież to tylko dziecko, które nie do końca rozumie, co się stało. Może lekarz rozumie, jaka tragedia się rozegrała i dlatego okazuje mordercy swoją litość? To on poczęstuje go papierosem, a na koniec pominie w sekcyjnym protokole szczegóły, które jeszcze bardziej mogłyby go pogrążyć. A może wie, jak łatwo zbłądzić? Czy prokurator jest lepszy od mężczyzny, który zamordował? A sam lekarz, czy ma czyste sumienie? Mrok nocy skrywa wstydliwe tajemnice, dzień przyniesie rozwiązanie, ale tylko częściowe, bo ludzie milczą.

Oprócz tych dramatów, które bardziej przeczuwamy niż poznajemy, film niesie też sporo problemów tureckich. Kto czytał turecką literaturę, kto oglądał tureckie filmy, odnajdzie tu echa tego, co już poznał. Prowincja, z której uciekają młodzi. Wsie, w których zostają tylko starcy. Co się stanie z piękną córką gospodarza, który gości policyjną ekipę? Wyjdzie za mąż i też wyjedzie jak jej rodzeństwo? Czy może zmarnuje w tej zapomnianej wiosce swoją urodę? Zacofanie i nowoczesność. Kontrasty. Z jednej strony chaty z gliny, przerwy w dostawie prądu, brak kostnicy i odpowiednich narzędzi do przeprowadzania sekcji zwłok, z drugiej policyjny laptop, na którym sporządza się protokoły. Narzekania na biurokrację i urzędników i wiara w to, że są wszechwładni. Wystarczy, że szepną słówko, komu trzeba, a w wiosce powstanie tak potrzebna kostnica. Dlatego warto ich ugościć choćby w środku nocy. Z jednej strony aspiracje, aby stać się członkiem Unii, z drugiej stare przyzwyczajenia i kompleksy. Jak wszystko w tym filmie i te problemy zostały tylko dyskretnie zasugerowane gdzieś pomiędzy słowami i obrazami.

Ale może najważniejszą cechą "Pewnego razu w Anatolii" jest nastrój, poetycki, melancholijny klimat wykreowany przez trwanie, powolne dzianie się, obserwację. Kamera śledzi samotne postacie zagubione gdzieś pośród łysych wzgórz, wyciąga z mroku samotne samochody poruszające się po krętych drogach, na których łatwo się zgubić. Podąża za jabłkiem, które toczy się w dół strumienia, aż wreszcie zatrzyma się gdzieś na kamieniu. Wieje wiatr, od czasu do czasu przetacza się grzmot. Kapitalna jest scena w wiosce. Gliniane zabudowania, mrok rozjaśniany naftowymi lampami, bo wiatr spowodował awarię prądu. Gościnność, rozmowy, żarty, drobne złośliwości, zdumienie na twarzach każdego z mężczyzn olśnionych urodą córki gospodarza, która podaje im herbatę. I jeszcze humor, śmieszne obserwacje. Tragizm miesza się z zabawnymi sytuacjami, jak w życiu. Co dla jednych jest tragedią, dla innych rutynowym, nudnym zajęciem, po prostu pracą. Dlaczego więc nie zerwać znalezionych w polu, obok miejsca zbrodni melonów? I co szkodzi, jeśli położy się je w bagażniku obok ofiary?

Świetny film. Widziałam go na przeglądzie ostatnich Nowych Horyzontów, który w styczniu jeździł po Polsce. Pisałam te słowa zaraz po obejrzeniu obrazu Ceylana. Teraz, w marcu, kiedy ponownie czytam tę notkę, aby ją wyszlifować, mam ogromną ochotę wybrać się do kina jeszcze raz. Tak bardzo podobało mi się "Pewnego razu w Anatolii"!

"Zapiski z Toskanii" Abbasa Kiarostamiego

Obejrzałam właśnie "Zapiski z Toskanii" cenionego irańskiego reżysera Abbasa Kiarostamiego. W Polsce nie mieliśmy wielu okazji, aby poznać  jego bogaty dorobek, ja widziałam tylko "Bilety", które, jak sobie przypominam, dość mi się podobały, nie będę więc się wymądrzać i udawać znawczyni. Dystrybutor zupełnie zmienił tytuł oryginału, który brzmi "Copie conforme" i nie trzeba znać włoskiego, aby wiedzieć, że Toskanii tam nie ma. Zapewne ten zabieg oraz Juliette Binoche w roli głównej mają zmylić potencjalnych widzów i przyciągnąć ich do kin. Kto zwiedziony Toskanią wyobrazi sobie, że dostanie coś na kształt masowo ostatnio wydawanych książek, których akcja rozgrywa się w tym pocztówkowo pięknym regionie Włoch, zawiedzie się srodze. Gorzej, że zawieść się może również taki widz jak ja. Wprawdzie hołdując wymyślonej przeze mnie zasadzie im mniej tym lepiej, co należy tłumaczyć im mniej wiesz o treści filmu, zanim go obejrzysz, tym większą przyjemność może ci sprawić, nie przeczytałam nic, ale byłam świadoma, że idę na film irańskiego reżysera. Nie o to więc chodzi, że nie dostałam pięknych widoczków i o tym, że akcja częściowo rozgrywa się w jednym z moich ulubionych toskańskich miast, Arezzo, dowiedziałam się z dialogu. Nie w tym rzecz, że dwoje bohaterów, kobieta i mężczyzna, włóczą się cały dzień i gadają. Nie, przyczyna mojego rozczarowania jest prozaiczna: po prostu film wydał mi się pretensjonalny i banalny. Pretensjonalne są spekulacje wokół tematu, czy kopia może być równie wartościowa co oryginał, a banalne rozważania na temat związków: że z czasem uczucie powszednieje, a człowiek jednak potrzebuje bliskości, zainteresowania i oparcia, że gdzieś tracimy dawne ideały i tak dalej, i tak dalej. A wszystko to podlane artystycznym sosem, ściślej artystyczną zagadką nie do rozwiązania, której z oczywistych względów nie zdradzę. Nie da się uciec od porównania "Zapisków z Toskanii" z dwoma moimi ulubionymi gadano-chodzonymi filmami: "Przed wschodem słońca" i "Przed zachodem słońca" Richarda Linklatera (szczególnie ten drugi jest mi bardzo bliski) tym bardziej, że temat podobny. W tamtych była prawda, w tym jest artystyczna sztuczność i może dlatego prawda zamienia się w banał. Nie mogę powiedzieć, żebym się nudziła. Na pewno przyjemność stanowi obserwowanie świetnej Juliette Binoche. Jest też kilka kapitalnych scen, takich drobnych obserwacji. Myślę tu o odczycie czy pięknie sfotografowanej scenie jazdy samochodem, kiedy w szybie odbijają się jednocześnie twarze gadających bohaterów i mijane krajobrazy. To wszystko jednak za mało. Szkoda. Jednym słowem można sobie darować.

Peter Englund "Piękno i smutek wojny"

Gdyby nie audycja radiowa pewnie nie trafiłabym na tę książkę! A byłaby to duża strata. To nie pierwsza świetna lektura, którą zawdzięczam przypadkowi. Żal mnie ogarnia, kiedy myślę, że gdzieś tam napisano  i wydano inne znakomite książki, o których pewnie nigdy się nie dowiem. No ale nie sposób przeczytać wszystko. Po tych w gruncie rzeczy banalnych uwagach przejdę do sedna.
Pewnie zgadujesz, czytelniku tej notki, że "Piękno i smutek wojny" szwedzkiego historyka Petera Englunda (Znak 2011; przełożyła Emilia Fabisiak) to książka o wojnie. Rzeczywiście, rzecz dotyczy, i tu niespodzianka, pierwszej wojny światowej. Wojny, która jakoś nie zajmuje polskiej zbiorowej pamięci, bo dla nas traumą była druga. Kiedy taki laik jak ja myśli o pierwszej, to ma w pamięci przede wszystkim to, że jednym z jej skutków była nasza niepodległość. Kiedy my 11 listopada świętujemy rocznicę tego szczęśliwego wydarzenia, niekoniecznie zdajemy sobie sprawę, że w innych krajach europejskich, czci się tego dnia zakończenie pierwszej wojny, która dla wielu narodów, miedzy innymi dla Francuzów i Anglików, była równie wielką traumą co druga. Coś tam na ten temat wiedziałam z lekcji historii, trochę z literatury i filmu. Somma, Marna, Verdun - te nazwy nie były mi obce, ale niewiele więcej. Jeśli myślałam o wojnie, to o drugiej, którą byliśmy i nadal jesteśmy bombardowani, albo o tych współczesnych, na przykład bałkańskich. Świetnie wymyślona i napisana książka szwedzkiego historyka pozwoliła mi zdobyć sporą dawkę wiedzy, zrozumieć, zdziwić się i przeżyć.
Przede wszystkim "Piękno i smutek wojny" jest znakomicie skonstruowane. Autor odnalazł w archiwach dzienniki dwudziestu osób, które żyły w tamtym czasie, i na ich zapiskach oparł swoją opowieść. Są to ludzie w różnym wieku, różnych narodowości, kobiety i mężczyźni. Najmłodsza, niemiecka uczennica, w chwili rozpoczęcia wojny ma czternaście lat, najstarsi to dwaj czterdziestopięcioletni mężczyźni: amerykański chirurg i francuski urzędnik jednego z ministerstw. Ten ostatni, zdeklarowany pacyfista, w wojnie nie weźmie udziału, ale jej doświadczy w czasie bombardowań Paryża. Elfriede, niemiecka uczennica, to jedyna osoba spośród tej dwudziestki, która szczęśliwie nie usłyszy nawet jednego wystrzału. Co nie oznacza, że wojna jej nie dotknie. Będzie świadkiem rozstań, pogrzebów poległych żołnierzy, zostanie pielęgniarką w szpitalu, zazna głodu, braku podstawowych artykułów, nędzy. Jej początkowy patriotyczny entuzjazm stopniowo przemieni się w znużenie, strach i świadomość tego, czym naprawdę jest wojna. Pozostali z teatrem wojny zetkną się na własnej skórze jako żołnierze, sanitariuszki a jedna z bohaterek, Laura de Turczynowicz (Amerykanka, żona bogatego, polskiego szlachcica mieszkającego w Suwałkach) doświadczy tego, co wielu mieszkańców Europy,  których rodzinne miejscowości staną w ogniu. Znajdą się na różnych frontach (także w Afryce i w Imperium Osmańskim), w różnych armiach. Autor śledzi ich losy krok po kroku: rok po roku, chciałoby się powiedzieć dzień po dniu, ale tak  oczywiście nie jest (wówczas książka musiałaby liczyć kilka tomów, no i stałaby się po prostu nudna). Opowieści o nich przeplatają się  w krótkich, najczęściej, rozdziałach i w ten sposób poznajemy ich wojenne losy, a dzięki nim historię pierwszej wojny z perspektywy człowieka. Każdy rok rozpoczyna zwięzłe kalendarium, oprócz tego nieocenionym źródłem informacji, także ciekawostek, są liczne, bardzo ciekawe, przypisy (na szczęście bezpośrednio pod tekstem). Oto przykład: zaskoczyło mnie, że oficerowie mieli o wiele mniejszą szansę na przeżycie niż zwykli żołnierze. Inna informacja pochodząca z przypisu to bardzo racjonalne objaśnienie, dlaczego grypa zwana hiszpanką, którą straszy się nas do dziś, zebrała takie żniwo. Wartość książki podnoszą też archiwalne, czarno-białe zdjęcia.
Nie sposób napisać o wszystkim, książkę naprawdę należy przeczytać (ma jedną wadę: wysoką cenę, no ale jest bardzo gruba), trudno się od niej oderwać (ale można też smakować, czytając krok po kroczku, czyli rozdział po rozdziale), dlatego  teraz wspomnę o tym, co mnie zaskoczyło, zdziwiło i poruszyło. Przede wszystkim większość bohaterów tej opowieści, a należy pamiętać, że są to ludzie typowi, przeciętni (poza jedną nietuzinkową kobietą, Australijką Olive King, która już wcześniej była niespokojnym duchem zachowującym się niekonwencjonalnie, a na froncie prowadziła ufundowany za pieniądze ojca ambulans) powitała wojnę entuzjastycznie, niekoniecznie z pobudek patriotycznych. To dla nich przygoda, niezwykła zmiana w monotonnym życiu, możliwość awansu, zyskania sławy bohatera, o której w głębi duszy marzyli. A ponieważ wiara w to, że wojna nie potrwa długo, była powszechna, martwili się, że nie zdążą dotrzeć na front, zanim się skończy. Jeden z nich to Rafael de Nogales, który przybył aż z Ameryki Południowej, aby walczyć jako ochotnik i było mu obojętne, po której stronie. Przypadek sprawił, że trafił do armii osmańskiej i był świadkiem pogromów dokonywanych na Ormianach. Większość z nich (ale nie wszyscy) szybciej lub wolniej wyleczyła się z tego naiwnego entuzjazmu. Im wojna dłużej trwała, tym dotkliwszy stawał się brak nadziei na jej zakończenie. Wreszcie wielu miało poczucie, że nigdy się nie skończy. Beznadziejność sytuacji stała się nie do zniesienia. Na frontach zachodnich walki miały przede wszystkim charakter pozycyjny, miesiącami niewiele się działo, żołnierze przebywali w okopach, często walczono zaciekle tylko po to, aby odbić z rąk niemieckich trzystumetrowy, nic nieznaczący pas ziemi za cenę ogromnych strat.  Ale najskuteczniejszym lekarstwem był znój walki, strach przed cierpieniem i śmiercią, potworne zmęczenie, głód. Niezwykłe wrażenie zrobiły na mnie losy trzech żołnierzy. Francuza, Rene Arnauda, walczącego w wojskach piechoty pod Verdun, Włocha, Paolo Monellego, strzelca alpejskiego. Obaj mają świadomość, czego dają wyraz w swych dziennikach, że ich szanse na przeżycie są niewielkie. Przejmujący jest opis, jak Arnaud na czele swego oddziału wyrusza na pierwszą linię frontu pod Verdun, gdzie mają bronić jakiegoś wzgórza. Jakże zazdrości tym, których zmieniają! Ma świadomość, że ocalenie będzie cudem. Monelli takich beznadziejnych szturmów w skrajnie trudnych górskich warunkach przeżył wiele. I trzeci z nich: Angus Buchanan, walczący w wojskach piechoty brytyjskiej na froncie afrykańskim. Jego zapiski to nie tylko opis walki, ale także trudu wędrówki w morderczym klimacie, skrajnego zmęczenia, brudu, głodu, choroby. Kolejną ciekawą sprawą są wojenne losy kobiet, które głównie pracowały w polowych szpitalach. Ale nie chcę tu pisać o tym, na co się napatrzyły. Pragnę zwrócić uwagę, że dla nich wojna była szansą na emancypację. Englund poświęca wiele miejsca na opisy przemian obyczajowych, jakie dokonały się w wyniku wojny. Zdrady, aborcje, prostytucja, choroby weneryczne, pozamałżeńskie dzieci, masturbacja, homoseksualizm, maskulinizacja kobiet wykonujących zajęcia uznawane dotąd za męskie - z tym wszystkim należało się oswoić.  Świat, nie tylko świat kobiet, już nigdy nie będzie taki, jak wcześniej. Nie ma powrotu do przedwojennego porządku. No i na koniec jeszcze o jednym. Ta wojna jawi się jako chaos, nad którym nikt nie panuje. Frontowi żołnierze wielokrotnie mają świadomość, że cele, jakie się im wyznacza, są idiotyczne i często z góry skazane na niepowodzenie. Działo się tak dlatego, że taktyka  niewiele zmieniła się od ostatniej dużej wojny (francusko-pruskiej 1870-1871), a technika wojenna zrobiła nieprawdopodobne postępy. Jedno nie przystawało do drugiego. Wielką logistyczną trudność stanowił  transport armii. Wojska z powodu braku dróg i ogromnej liczebności przemieszczały się niezwykle wolno. To kolejna z przyczyn, dlaczego ta wojna trwała i trwała. Właśnie dlatego szary żołnierz czuje się jak marionetka w rękach polityków i wojskowych strategów. Nie rozumie celowości wydawanych rozkazów, które musi wypełniać. Być może po raz pierwszy w takim stopniu wpływ na zdarzenia ma opinia publiczna: żołnierze i zwykli ludzie, którzy mają już dość tej bezsensownej, ciągnącej się beznadziejnie wojny, domagają się jej zakończenia. Przez armię przetacza się fala buntów.
I na koniec pytanie, które towarzyszyło mi podczas lektury: jak to się stało, jak to było możliwe, że po traumatycznym doświadczeniu pierwszej wojny, której pamięć była świeża, w dwadzieścia lat później wybuchła następna, jeszcze straszniejsza i trwająca równie długo.
Kończę ze świadomością, że to zaledwie ułamek moich wrażeń, refleksji i zdobytej wiedzy. "Piękno i smutek wojny" Petera Englunda to lektura obowiązkowa (albo nakazana - takie zgrabne określenie wymyślili twórcy pewnego całkiem świeżego portalu czytelniczego).

"Wstyd" Steva McQueena. Przejmujący.

Dziś będzie o "Wstydzie". Nie wiem, czy to przypadek, czy celowa polityka dystrybutora, ale tydzień po tygodniu zbiegły się premiery dwóch filmów o podobnej tematyce. Oczywiście myślę o "Sponsoringu" Szumowskiej i wspomnianym "Wstydzie" McQueena. Łączy je podjęcie tematu ludzkiej seksualności. Na tym podobieństwa się kończą. Tamta historia dotyczy kobiet, ta mężczyzny. Tamta pozostawiła mnie obojętną, ta przejęła. Niezwykle smutny, melancholijny film (bardziej smutny), chwilami przykry. Na szczęście obejrzałam "Wstyd" w moim ulubionym kinie, bez dresiarzy i bez popcornu, więc obyło się bez chichotów i głupich komentarzy. A okazji ku temu pewnie by nie brakowało, bo wiele tu bardzo mocnych i trudnych do zniesienia scen erotycznych. Wszystkie jednak są konieczne. Tylko tak możemy poznać i zrozumieć głównego bohatera, Brandona. Więcej zdradzać nie zamierzam. Niech niezdecydowanym wystarczy to, co napisałam plus deklaracja, że przyłączam się do tych, którzy uważają, że jest to kino bardzo dobre. Więcej refleksji w ciągu dalszym, jak zwykle dla tych, którzy "Wstyd" już widzieli. Zapraszam.

Tym razem konsekwentnie unikałam czytania i słuchania wywiadów z reżyserem, komentarzy, dyskusji i recenzji (do tych ostatnich w zasadzie nie zaglądam nie tylko przed obejrzeniem filmu, ale aż do momentu opublikowania notki w blogu). Wobec tego udało mi się zachować świeżość spojrzenia i z zainteresowaniem śledzić losy nieszczęsnego Brandona.

Dawno już nie widziałam tak smutnego filmu! Główny bohater to singiel, egoista i seksoholik. Trudno powiedzieć, co tu jest skutkiem, a co przyczyną. Nie znamy jego historii. Śledzimy kilka zwykłych, a potem dramatycznych dni z jego życia. W każdym razie, kiedy go spotykamy na ekranie, widzimy dobrze sytuowanego nowojorczyka, pracującego w jakiejś korporacji gdzieś w jednym z drapaczy chmur na Manhatanie, który po pracy, w swoim minimalistycznym, eleganckim, ale zimnym mieszkaniu oddaje się nieustającej seksualnej orgii: dziwki, przypadkowe dziewczyny, seks wirtualny, pornografia, a kiedy i to nie wystarcza, masturbacja. Nie odbiera telefonów, a jedynymi gośćmi w jego mieszkaniu są wspomniane przed chwilą panienki. Wydaje się, że poza pracą interesuje go tylko jedno: seks. Seks, który stał się obsesją, uzależnieniem, nałogiem. Kiedy zauważy w metrze dziewczynę, która go zainteresuje, nie potrafi się oprzeć. Wybiegnie za nią, a gdy straci z oczu, będzie niepocieszony. To znakomita scena: od spojrzeń, najpierw przypadkowych, potem coraz bardziej natarczywych, do nerwowych poszukiwań. Gra toczy się między obojgiem. Dziewczyna też zerka, czuje, że jest obserwowana, zakłada nogę na nogę, odsłaniając zgrabne udo. Czujemy jej skrępowanie, kokieterię i jego obsesyjną nerwowość naznaczoną pożądaniem, kiedy rzuca się w pogoń za nieznajomą z obskurnego wagonu metra i nerwowo rozgląda wokół siebie. Brandon ma spokojną, sympatyczną, ale nieprzeniknioną twarz świetnego Michaela Fassbendera. Ot, przystojny, dobrze ubrany, zadbany mężczyzna. Może dlatego nikt nie zna jego sekretu, którego on się wstydzi i skrzętnie ukrywa. Czym innym, w jego pojęciu, jest zwykły podryw w knajpie, nawet jeśli robi to jego żonaty i dzieciaty kolega, czy przypadkowy numerek, a czym innym seksoholizm, z którego Brandon doskonale zdaje sobie sprawę. Tamto dla ludzi, wśród których się obraca, jest normą, to czymś odrażającym i dlatego wstydliwym. Czy właśnie z powodu tej przypadłości chce mieć święty spokój i nie wpuszcza nikogo poza dziwkami do swego mieszkania, z którego uczynił jaskinię rozkoszy, chciałoby się napisać, ale ostatecznie trudno ten rodzaj seksu rozkoszą nazwać? Nie wiem, czy seksoholizm tak degraduje, na ten temat musiałby zabrać głos specjalista. A może samotniczy tryb życia to także efekt tego, że jest singlem i egoistą? (Chcę być dobrze zrozumiana: nie uważam, aby każdy singiel był wygodnym egoistą.)

Kiedy już z lekka zaczynałam się niecierpliwić monotonią tego, co na ekranie, i zastanawiać, czy coś się tu jeszcze zdarzy, nieoczekiwanie w życie Brandona wkroczyła jego poturbowana uczuciowo siostra, Sissy. Nie od razu orientujemy się, kim jest blondynka pod prysznicem, która tak bardzo go przestraszyła. Kiedy wcześniej kilkakrotnie nękała go telefonami, a on konsekwentnie ją ignorował, raczej przypuszczałam (bądźmy szczerzy, byłam pewna), że to jakaś stęskniona dziewczyna, od której on się opędza. Sissy też jest singielką. Tak jak on uzależniony jest od seksu, tak ona od  uczuć. On seks może kupić, ona łkając, błaga o uczucie. Najpierw kogoś, kto ją najprawdopodobniej porzucił, potem żonatego kolegę brata, który ją poderwał. Sissy burzy tryb życia Brandona. Ma jej dość, początkowo ją toleruje, potem chce się jak najprędzej pozbyć. Tym bardziej, że siostra przypadkowo (nietrudno o to, kiedy mieszka się razem na tak małej powierzchni) odkrywa jego tajemnicę. Oczywiście nie poznaje całej prawdy, ale to, co widzi zaczyna ją przerażać. A jego drażni jej postępowanie: to, że narzuca się wspomnianemu przed chwilą koledze. A tak na marginesie warto zauważyć, że to do niej Brandon ma pretensje, jemu żadnych wyrzutów nie czyni. Czy tylko dlatego, że to jego szef?

Wizyta Sissy staje się katalizatorem. Brandon próbuje się zmienić. W rozpaczliwym amoku wyrzuca z domu wszystkie ukryte pisemka, kasety, płyty, nawet laptop. Jest tego kilka foliowych worów! Może od dawna tego chciał, a obecność siostry była doskonałym pretekstem? Umawia się na randkę z atrakcyjną koleżanką z pracy. Oboje czują się skrępowani. On pewnie dlatego, że to dla niego sytuacja niezwykła. Od razu widać różnicę oczekiwań: on stanowczo oświadcza, że związki go nie interesują, ona jest zdziwiona i chyba rozczarowana. Mimo wszystko Brandon próbuje, ale okazuje się, że nie potrafi zbliżyć się do dziewczyny, która oczekuje odrobiny więcej niż przygodny, ostry seks. To przejmująca scena. Oboje nieszczęśliwi i samotni. Ona odtrącona, on wściekły(?), rozczarowany(?), zrezygnowany(?), zrozpaczony(?). Na pewno przegrany. Nie udało się, poniósł porażkę.

Mimo że Brandon to skupiony tylko na sobie, nieczuły na problemy innych egoista i seksoholik, budzi moje współczucie. Kiedy widzę, jak bardzo się męczy, jak próbuje zerwać z nałogiem, może nie po raz pierwszy, jak się wstydzi, jak wreszcie upada, żałuję go, nieszczęśliwego i przeraźliwie samotnego. Seksualna orgia, jakiej odda się po awanturze z siostrą i nieudanej randce, będzie jak droga do zatracenia. Najpierw buńczuczny i wulgarny podryw jakiejś dziewczyny spotkanej w barze, potem, poturbowany przez jej zdumionego i wściekłego chłopaka, zstępuje niczym do piekieł do podziemi, w których mieści się klub gejowski, prawdziwy lupanar, wreszcie seks w jakimś burdelu(?). Rozpaczliwy, ostry, męczący, jakby chciał się zatracić na śmierć, do granicy bólu, który ma wypisany na twarzy. Coraz szybciej, coraz mocniej, w coraz bardziej wyszukanych pozycjach, a i tak nasycić się nie sposób. Kiedy jedzie tym co zawsze brudnym wagonem metra, nie jest już eleganckim, budzącym zainteresowanie mężczyzną. W dresie, złachany, pokrwawiony, wykończony może budzić tylko współczucie, litość (to w nas, widzach) i ewentualnie odrazę (we współpasażerach).

Smutek i rozpacz bijące z ekranu podkreślają chłodne kolory, takież wnętrza, pobazgrany wagon metra, także muzyka. Nawet Nowy Jork nie ma tu uroku znanego z filmów Woody Allena, miłośnika tego miasta. Czy Brandonowi się uda? Czy zmieni go samobójcza próba siostry? Czy znowu poniesie klęskę? Nie wiemy (pewnie specjalista powiedziałby, że bez terapii sobie nie poradzi). Ostatnia scena, kiedy przemoknięty, zrozpaczony Brandon szlocha w strugach deszczu na pustym, brzydkim placu (parkingu?), może być równie dobrze sceną katharsis, co sceną rozpaczy i bezsilności.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to ewentualnie do samobójstwa Sissy, które było rozwiązaniem przewidywalnym i trochę banalnym (ale przecież nie nieprawdopodobnym). To jednak drobiazg. Świetny, smutny, poruszający film, obraz upadku i męki człowieka pogrążonego w duchowej pustce. Dlatego musiał być tak dojmująco przykry.

"Sponsoring" Małgośki Szumowskiej

To kolejny film, na który niecierpliwie czekałam, ale tym razem spełnienia nie było. Nie wiem, czy to wina poprzedzającej go ostrej kampanii promocyjnej, od której uciec nie sposób, czy też może słabość tkwi w samym obrazie. Już nigdy się nie dowiem, na ile świeżość spojrzenia spowodowałaby emocjonalny odbiór tego, co na ekranie. Owszem, oglądałam z zainteresowaniem, które w pewnym momencie przerodziło się niestety w lekkie znużenie, aby pod koniec znowu powrócić, ale cały czas patrzyłam chłodnym okiem, bez emocji, a chyba nie o to chodziło Szumowskiej. Nic mnie nie zaskoczyło, nie zobaczyłam niczego, czego bym się nie spodziewała. A szkoda, bo od "33 scen z życia" bardzo kibicuję reżyserce. Powiem więcej: wiele jej poglądów i doświadczeń jest mi bliskich. Tym bardziej mi żal. Film jest dobry, ale tylko dobry. Raczej nie z tych, które pozostają w pamięci na dłużej. To, co napisałam, nie oznacza, że odwodzę kogokolwiek od wybrania się do kina na "Sponsoring". Pójść warto, choćby dla trzech aktorek: Juliette Binoche, Anais Demoustier i Joanny Kulig. No i jeszcze jedno: uważam, że francuski tytuł o wiele lepiej oddaje istotę filmu. Polski jest trochę mylący, zawęża problematykę, sprowadzając ją do kina społecznego. Ale o tym w dalszej części.

A francuski tytuł brzmi "One" i to on jest kluczem do odczytania filmu Szumowskiej. Bo dostajemy tu portrety trzech kobiet: dwóch studentek, Charlotty vel Loli i Alicji, oraz Anne, kobiety w średnim wieku, dziennikarki. Wszystkie konfrontują się ze swoją seksualnością.

Najmniej skomplikowana wydaje mi się Polka, Alicja. Spontaniczna, trochę prymitywna, pewna siebie. Zdaje się zupełnie nie żałować dokonanego wyboru. Być może pewność siebie, którą wręcz prowokuje Anne, daje jej materialna pozycja, jaką osiągnęła. To ona narzuca ton ich rozmowie, od początku dominuje i prowadzi grę. Bawi ją niepewność dziennikarki, zawodowa uprzejmość, ogłada, widoczne skrępowanie. W gruncie rzeczy chyba nią gardzi: od czasu do czasu złośliwie, po polsku komentuje jej zachowanie. Alicja nie widzi nic złego w tym, co robi. Lubi niczym nieskrępowany seks. Nie wstydzi się swojego zajęcia, a w rozmowie z Anne wręcz chełpi. Miałam wrażenie, że swoboda, z jaką podchodzi do swoich seksualnych doświadczeń, daje jej przewagę, poczucie wyższości. Mimo że młodsza, czuje, że w tej dziedzinie mogłaby swoją rozmówczynię niejednego nauczyć. Na pewno burzy jej spokój.

Zupełnie inna jest Lola. Niby też pewna siebie, ale w głębi duszy subtelna, nieśmiała, wrażliwa. Nawet jej powierzchowność jest odmienna: piegowata twarz czyni z niej bardziej niewinną dziewczynkę (nie lolitkę) niż kobietę. Ma chłopaka, który oczywiście nie wie, jak dorabia jego dziewczyna. Początkowo bagatelizuje swoją sytuację. Ona też twierdzi, że lubi to, co robi. Z czasem okazuje się, że w jej przypadku nie jest to wcale takie proste. Przeszkadzają jej ciągłe kłamstwa, do których musi się uciekać przed rodzicami i chłopakiem. Lawirowanie, kluczenie, aby niczego się nie dowiedzieli. Ma też za sobą przykre i niebezpieczne doświadczenie: seks z sadystycznym klientem (Andrzej Chyra). I chyba nie zawsze to, co robi sprawia jej przyjemność. Czasem wyraźnie się zmusza i odbębnia pańszczyznę. Przeżyje też rozczarowanie: wydaje się jej, że z jednym z mężczyzn może połączyć ją coś więcej, ale on szybko sprowadzi ją na ziemię. Dla niego Lola jest tylko dziewczyną, której płaci za seks. Jego namiętność jest tylko fizyczną namiętnością. Łajdaczy się z nią (to jego określenie) w przerwie na lunch. A ona ponosi koszty tej relacji: już nie potrafi jak dawniej być ze swoim chłopakiem, coś się zaczyna psuć. Inne są też jej spotkania z Anne. Z czasem stają się bardziej szczere i przyjazne. Obdarza ją zaufaniem, a na końcu zdradzi jej swoje prawdziwe imię, Charlotte.

Dlaczego to robią? Odpowiedź jest dość oczywista i wcale nie odkrywcza: dla pieniędzy. Wydaje im się, że to przyjemniejszy i bezbolesny sposób na zapewnienie sobie lepszego statusu materialnego. Wolą sponsoring niż harówkę w knajpie. Chcą mieć wszystko od razu. Można zapytać: czy Alicja musi studiować w Paryżu, skoro jej na to nie stać? A Charlotte koniecznie chce zmyć z siebie zapach blokowiska, z którego się wywodzi. Czy uważają, że się prostytuują? Chyba nie. Być może jednak prowokatorka Alicja wcale nie obraziłaby się, gdyby nazwać ją dziwką. W każdym razie nie robią wrażenia ofiar.

No i wreszcie najważniejsza z całej trójki, główna bohaterka, Anne. Spotkania z Alicją i Lolą burzą jej spokój. Nie potrafi tak jak jej mąż traktować ich z pogardą. Czuje się wobec nich winna. Ona nigdy o nic nie musiała walczyć, pewnie pochodzi z zamożnej francuskiej rodziny. Jej synowie też nie będą musieli o nic walczyć. Starszy, licealista, buntuje się przeciwko mieszczańskiemu stylowi życia rodziców. On gardzi tym, za czym tęskni Lola. Przynajmniej tak mu się wydaje. Jego bunt sprowadza się do opuszczania szkoły i słownych deklaracji. Nic więcej za nim nie idzie. Czy potrafiłby się wyrzec wygodnego życia? Ale to nie o nim mam pisać, wracam zatem do głównej bohaterki. Anne drażni codzienność: przewidywalna, nudna, pełna dokuczliwych drobiazgów. Świetne są sceny, kiedy poirytowana walczy ze złośliwą lodówką czy wózkiem na zakupy. Czuje się zamknięta w konwencjonalnej codzienności. Obserwujemy ją w ciągu jednego dnia, kiedy musi skończyć artykuł i jednocześnie przygotować elegancką kolację dla znajomych męża, z którymi nic jej nie łączy. A pomiędzy jednym i drugim utarczki z synami, pretensje do męża, jakieś porządki. Można powiedzieć: czego chcesz kobieto, przecież żyjesz sobie wygodnie, nie musisz martwić się o nic, szukasz dziury w całym. Ale dostatek rodzi pustkę. Czy sens jej życiu ma nadawać patroszenie ostryg na wykwintną kolację dla mężowskiego szefa, z którym nie czuje żadnego powinowactwa dusz? Nie przypadkiem tej scenie towarzyszy muzyczne gloria jak ironiczny komentarz. Czy o to tylko chodzi? Pod wpływem spotkań z dziewczynami  Anne uświadamia sobie rutynę swojej relacji z mężem, uczuciowe wychłodzenie. Nagle czuje się niespełniona i niezaspokojona seksualnie. Tym boleśniej to ją dotyka, że w komputerze męża (i syna) znajdzie filmy pornograficzne. A może i jej mąż korzysta z usług takich dziewczyn jak Alicja i Lola? Przecież Charlotta opowiada jej, że jej klienci są żonatymi mężczyznami i od niej wracają potulnie do swoich żon. Skoro Anne i jej mąż chcą tego samego, dlaczego nie mogą się spotkać? Czy rutyna codzienności zabija namiętność? Czy tak to się musi skończyć? Czy Anne jest niezaspokojoną przez obojętnego męża ofiarą, czy może to ona nie potrafi go zaspokoić, dotąd obojętna na tę sferę życia?  A może wystarczy szczera rozmowa? Film nie udziela odpowiedzi. A próba ratowania związku, jaką podejmuje Anne, wypada żałośnie. Jest rozpaczliwym błaganiem o bliskość, namiętność, a może chęcią wyzwolenia namiętności w sobie. Jak, wobec tego, rozumieć ostatnią scenę filmu? Radosne śniadanie w rodzinnym gronie, a w tle wzniosła muzyka. Ironia? Pogodzenie? Po chwilowym szaleństwie i buncie wszystko wraca na stare, dobre, wygodne tory? Tak jest dobrze? Nie wiem, mam problem z interpretacją.

Film ma  tytuł "One" (ten francuski), ale gdzieś w tle, wcale nie tak niewyraźnym i nieważnym, pozostają oni, mężczyźni: klienci, mężowie ochoczo korzystający z usług dziewczyn, które sponsorują, co nie przeszkadza im wyrażać się o nich pogardliwie. W czym są od nich lepsi? Tacy zwyczajni, porządni mieszczanie. Tak jak Alicja i Lola są zwyczajnymi studentkami. Każdy może być takim mężczyzną, co świetnie pokazuje scena kolacji, kiedy to wyobraźnia Anne gromadzi wokół stołu wszystkich klientów obu dziewczyn i sadza ich pomiędzy zaproszonymi gośćmi, nagimi jak tamci.

To tyle. Sporo refleksji po obejrzeniu, ale w czasie seansu emocjonalny chłód, a ja lubię, kiedy film mnie porusza.

Eileen Chang "Gorzkie spotkanie"

Mam z tą książką kłopot. To pierwsza chińska powieść, jaką przeczytałam. Bardzo lubię chińskie kino obyczajowe i jeśli tylko jest okazja, idę do kina, ale z chińską literaturą jakoś do tej pory się nie zetknęłam. A Eileen Chang, pisarka od 1955 roku do śmierci mieszkająca w Stanach, jest autorką opowiadania, na podstawie którego powstał scenariusz do znakomitego filmu Anga Lee "Ostrożnie, pożądanie". W Polsce wyszły dotąd dwa tomy jej opowiadań (w jednym z nich znajduje się  to, o którym wspomniałam), ale, jako że nie przepadam za krótkimi formami, to po nie nie sięgnęłam. Skusiła mnie dopiero powieść "Gorzkie spotkanie" (W.A.B. 2011; przełożyła Katarzyna Kulpa). No i mam z nią problem, a nawet kilka, a tak wiele sobie obiecywałam!

Pierwszy to rozczarowanie. Być może odpowiada za nie film Anga Lee, który tak bardzo mi się podobał, że obejrzałam go dwa razy i pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę. Kto widział, ten wie, że ta opowieść miłosna z historią w tle, aż kipi od namiętności i uczuć. A ponieważ temat książki jest nieco podobny, spodziewałam się równie intensywnej dawki emocji. Nic bardziej mylnego. Powieść jest raczej chłodna, a emocje ukryte gdzieś między wierszami. "W swojej rozpaczliwej samotności matka potrzebowała choć jednego ciepłego wspomnienia." - podobne zdania należą do rzadkości.  Nie wiem, czy taki jest styl autorki, czy też wpływ na to miało to, że "Gorzkie spotkanie" wyszło dopiero po jej śmierci. Nigdy nie zdecydowała się go wydać ze względu na liczne wątki autobiograficzne. Jej wydawca obawiał się, że pierwowzór jednego z bohaterów powieści, dawny kochanek i mąż pisarki, przypuści na nią atak. Jest wielce prawdopodobne, że czytelnik dostaje do rąk powieść niedoszlifowaną. Być może pisarka dopracowałaby ją jeszcze, gdyby zdecydowała się na wydanie. Jej wydawca miał do tej książki poważne uwagi, o czym czytelnik dowiaduje się z urywków korespondencji zamieszczonych w posłowiu. Ale może odpowiedź jest jeszcze inna. Eileen Chang była też autorką scenariuszy filmowych, a "Gorzkie spotkanie" ma w sobie coś ze scenariusza. I nie chodzi tylko o  emocje, których czytelnik musi się domyślać. Mam trochę wrażenie, że dostajemy tu zarys bardzo bogatej w liczne wątki, rozbudowanej opowieści, ale właśnie tylko zarys. Bo jest to historia nie tylko głównej bohaterki, młodej dziewczyny, Julii Sheng, ale i jej licznej rodziny: matki, ojca, jego drugiej żony, brata i wreszcie ciotki. Na kartach powieści znajdziemy też mnóstwo innych postaci: znajomych, przyjaciół, dalszych krewnych. A za każdym ciągnie się jakaś historia. Kondensacja sprawia, że dość łatwo zagubić się w licznych wątkach. Brakuje narracyjnego mięsa. Autorka swobodnie przerzuca się od miejsca do miejsca, od wątku do wątku, za nic ma upływ czasu. Bywa że między jednym wersem a następnym mija na przykład miesiąc. A może Chang była po prostu mistrzynią krótkiej formy, a gorzej radziła sobie z powieścią? Rozwodzę się tak nad tym, bo mnie ta kondensacja przeszkadza. Jestem miłośniczką rozbudowanej narracji, długaśnych opisów, opasłych powieści. Sześćset stron mi nie straszne, tu dostałam zaledwie trzysta, a materiału było na więcej.

Kolejny kłopot to background, a właściwie jego brak. Niewiele wiem o Chinach, wiedzę o tym kraju mam powierzchowną i bardzo przeszkadzało mi to w odbiorze powieści. Obawiam się, że moja interpretacja tej powieści jest skażona europejskim punktem widzenia. Nie wiem, co jest kwestią chińskich obyczajów, a co kwestią indywidualną. A to kluczowa sprawa dla zrozumienia głównej bohaterki, Julii. Czy jej dzieciństwo i młodość spędzone w domu rodzinnym uznać za nieszczęśliwe? Tak nakazuje mi mój europejski punkt widzenia. Ale może jest niewłaściwy? Może takie zimne, chłodne, pozbawione ciepła wychowanie dzieci było w Chinach w latach trzydziestych i czterdziestych zeszłego wieku czymś zwyczajnym? Na ile matka Julii, Rachel, jest kobietą ekscentryczną, nowoczesną i nieszczęśliwą w swym wiecznym poszukiwaniu szczęścia, a na ile to znowu kwestia innej obyczajowości? Czy to, że po rozstaniu z mężem zostawia swoje dzieci na łasce jego i jego drugiej żony, a sama udaje się w latami trwającą podróż po świecie, przy okazji zmieniając mężczyzn jak rękawiczki, było czymś zwyczajnym wśród zamożnych warstw chińskiego społeczeństwa? Oszczędna narracja nie ułatwia niestety orientacji w tych kwestiach. Kolejne pytanie: na ile dość swobodne obyczaje panujące w środowisku głównej bohaterki nie budziły w Chinach w tamtym czasie zdziwienia? Czy normy moralne rozluźniła trwająca wojna japońsko-chińska a potem światowa? Czy zawsze takie były? Liczne żony, konkubiny egzystujące obok siebie, wiedzące o swoim istnieniu, niejednokrotnie mieszkające pod jednym dachem to norma w tamtym okresie? Wbrew pozorom to nie są pytania bez znaczenia. Bo gdybym miała spojrzeć na Julię z mojej europejskiej perspektywy, to powiem, że jest to zamknięta w sobie, nieśmiała, niepewna siebie młoda dziewczyna, a potem kobieta, a źródeł jej osobowości trzeba szukać w jej dzieciństwie i młodości, w relacjach z rodzicami. Odtrącona przez wiecznie podróżująca matkę, maltretowana psychicznie przez uzależnionego od opium ojca i jego drugą żonę, przystań znajduje w domu ciotki, Trudy, kobiety samodzielnej, singielki, jeśli przyłożyć dzisiejszą miarę (a nie wiem, czy wolno). Potem wdaje się w romans ze starszym od niej krytykiem (Julia próbuje swoich sił jako pisarka), ale nie jest jedyną kobietą w jego życiu. Pomijam żony, które jej nie przeszkadzają, ale są i inne, więc Julia cierpi, ale długo nie umie się od niego uwolnić. A ryzykuje tym bardziej, że jej ukochany współpracuje z kolaborującym z Japończykami rządem, więc po wojnie zostaje uznany za zdrajcę. Nie jestem jednak pewna, czy tak powinnam na nią patrzeć. Może jej dzieciństwo nie było wcale takie nadzwyczajne? A jak traktować te liczne kobiety w życiu jej kochanka? O żony nie jest zazdrosna, o pozostałe tak. Czy Shao Zhiyong jest draniem żerującym na jej uczuciu, a ona zaślepioną miłością, nieszczęśliwą, wykorzystywaną kobietą? Ja ich tak odbieram, ale czy słusznie?

To wszystko sprawia, że chociaż powieść przeczytałam ze sporym zainteresowaniem, emocjonalnie pozostałam obojętna. Nie wzruszyłam się jakoś szczególnie losem Julii Sheng. A szkoda, bo jej historia ma potencjał frapującej, kipiącej emocjami opowieści. Tym bardziej, że osadzona jest w trudnych, wojennych i tuż powojennych czasach, a bohaterowie muszą się zmagać z biedą, głodem i politycznymi wyborami. Mimo rozczarowania, jakiemu dałam wyraz, dam Eileen Chang jeszcze jedną szansę, jeśli tylko wyjdzie jej kolejna powieść.

"Róża" Wojciecha Smarzowskiego. Film nie tylko o miłości.

To jeden z tych filmów, na które z niecierpliwością czekałam. Raz, że należę do licznego grona miłośników twórczości Smarzowskiego. Dwa, że bardzo interesował mnie temat. I wreszcie trzy, że od festiwalu w Gdyni wszyscy się "Różą" zachwycają. Oczywiście bywa, że oczekiwania, szczególnie tak bardzo wyśrubowane, nie zostają spełnione. Wiele razy przyszło mi się rozczarować chwaloną powieścią czy filmem. Na szczęście dobra passa polskiego kina trwa. Po "Wymyku" i "W ciemności" to kolejny poruszający, mocny film, który trzeba zobaczyć. Muszę przyznać, że chociaż znałam temat, kilkakrotnie widziałam w kinie zwiastun i nie do końca udało mi się uniknąć medialnego szumu wokół "Róży" (tak zwykle bywa, kiedy film jest tak bardzo zapowiadany), przebieg akcji zaskoczył mnie kompletnie. To jeszcze jedna zaleta obrazu Smarzowskiego. Odbieram ten film nie tylko jako romans, ale może przede wszystkim jako opowieść o tym, co działo się na Mazurach przyłączonych do Polski po drugiej wojnie światowej. Historia w czasach PRL-u zakłamana i przemilczana, a i dziś słabo znana. I jakoś nie wierzę w zapewnienia reżysera, że chciał nakręcić opowieść o miłości, a kontekst był nieistotny. Dla mnie kontekst jest tu najważniejszy, a i miłość pokazana jest też w sposób daleki od schematów, nie jak w romansie. Tyle tytułem wstępu. Jeszcze raz podkreślam, że film zobaczyć trzeba koniecznie, mimo że nie jest to kino weekendowe. Miłośnicy Smarzowskiego wiedzą na pewno doskonale, czego się spodziewać. A kto już "Różę" widział, może przeczytać ciąg dalszy. Jak zwykle zapraszam.

Odkąd zachwyciłam się powieścią Lenza "Muzeum ziemi ojczystej", która opowiada o historii Mazur i Mazurów, a pisana jest z ich perspektywy, temat ten niezwykle mnie zainteresował. Chociaż wcześniej ze względu na koligacje rodzinne troszeczkę o tym wiedziałam, to jednak dopiero ten niemiecki pisarz otworzył mi oczy i nie tylko jego literatura, ale i skomplikowana historia tamtych terenów stały się dla mnie odkryciem. Czytajcie Lenza!!!, muszę jeszcze raz zaapelować (o jego dwóch powieściach pisałam). A najbardziej przejmującym momentem w książce, którą tu przywołuję, jest ucieczka Mazurów przed armią sowiecką. I właśnie to najmocniej łączy powieść z filmem Smarzowskiego. Reżyser pokazuje tych, którzy zdecydowali się zostać. Bohaterowie Lenza, którzy uciekli, tęsknią za Mazurami, ale okazuje się, że pozostanie tam było równie niebezpieczne jak ucieczka. A exodus był też częścią historii Róży. I ona w pierwszym momencie wraz z córką, a może ze względu na nią, decyduje się szukać ratunku na statkach, które stanowiły wtedy jedyną drogę ewakuacji. Po drodze czeka ją strach i brutalne gwałty dokonywane masowo na niemieckich kobietach przez sowieckich żołnierzy. O problemie, który jeszcze do niedawna był tabu, troszeczkę się od jakiegoś czasu mówi. Zainteresowanych odsyłam do bardzo ciekawego wywiadu z profesorem historii z Uniwersytetu Gdańskiego, Józefem Włodarskim, który ukazał się w sobotnim wydaniu Gazety Wyborczej ("Czas kobiet"). Po raz kolejny zadaję sobie pytanie, jak można żyć, kiedy wycierpiało się tyle: strata męża, strach, poniewierka, nędza, wielokrotne gwałty i jeszcze troska o córkę, która jest niemym świadkiem tego, co dzieje się z matką. Ale po powrocie wcale nie jest lepiej. Głód, harówa w gospodarstwie, wieczny strach przed Rosjanami i Polakami, napady rabunkowe i samotność. Bo jakby tego było mało, Róża zostaje odtrącona także przez swoich. O tym mechanizmie także opowiada profesor Włodarski we wspomnianym wywiadzie. Nic dziwnego, że jest zamknięta w sobie, ponura, milcząca i nieufna. Bliskość jej i Tadeusza rodzi się stopniowo i niepostrzeżenie. Żaden to gwałtowny, namiętny romans. Nie ma westchnień, miłosnych wyznań ani seksu. Być może Róża wielokrotnie gwałcona boi się miłosnych zbliżeń. Pewnie przeżywa traumę, oczywiście wtedy nie tak o tym mówiono. Mamy za to codzienność: rozminowywanie pola, sadzenie ziemniaków, sprzątanie domu, cerowanie rozerwanych portek, zdobywanie tego, co do przeżycia konieczne. I troskę, coraz większą troskę Tadeusza o Różę i strach o nią. Bo nadal szerzą się napady, zdemoralizowani Sowieci za cichym przyzwoleniem polskich władz pozwalają sobie na wszystko, szczególnie wobec rdzennych mieszkańców tych ziem. Róży grozi deportacja, więc Tadeusz stara się zrobić wszystko, aby uniknęła tego losu. Wreszcie najgorsze: lęk o jej zdrowie, a w końcu walka nie tyle o życie, ile o uśmierzenie bólu. Dni Róży i Tadeusza upływają w wiecznym napięciu i strachu. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, spodziewać się można najgorszego. Pełno tu przemocy i zwierzęcych krzyków. Kiedyś gwałcona Róża milczała, teraz broni się i wyje. Może przelała się czara goryczy, a może wreszcie próbuje zakosztować zwyczajnego życia, więc gwałt jest gwałtem podwójnym: na niej i na codzienności. W tym nienormalnym, niespokojnym czasie, najeżonym strachem, sceny miłosne naznaczone są zwyczajnością. To jazda na rowerze, wspólna rozmowa na ławce pod domem (o mazurskich zwyczajach związanych ze śmiercią), śpiewana piosenka i pocałunek. Tyle. Więcej nie będzie im dane, bo Róża umrze. Muszę przyznać, że takiego obrotu sprawy zupełnie się nie spodziewałam. Czułam, że ta historia, szczególnie opowiadana przez Smarzowskiego, nie może mieć happy endu, ale raczej spodziewałam się rozstania bohaterów wymuszonego deportacją Róży albo uwięzienia, ewentualnie śmierci w wyniku napadu. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie decyzja umierającej Róży, która ratując córkę, wymusza na niej i na Tadeuszu małżeństwo. To zresztą historię jeszcze bardziej komplikuje i czyni  wieloznaczną.

Smarzowski nikogo nie oszczędza. Pokazuje małość i nikczemność każdej ze stron. Miejscowych, którzy odwracają się od Róży i dopiero śmierć sprawi, że zgromadzą się wokół jej trumny. Polaków, którzy traktują Mazurów jak śmiecie, a swoich, stojących w czasie wojny po drugiej stronie barykady, jak zdrajców i wrogów. Ale nie chodzi tylko o komunistyczne władze i panoszącą się służbę bezpieczeństwa. Także rola przesiedleńców z Wileńszczyzny jest dwuznaczna. Czy Władek wsypał Tadeusza, czy po prostu skorzystał z okazji i zajął gospodarstwo po Róży? Wszak wielokrotnie zarzucał mu nieostrożne postępowanie, a być może w jakiś irracjonalny sposób obwiniał o zgwałcenie  żony. I wreszcie Rosjanie. Tym dostaje się najbardziej.

Świat pokazany przez Smarzowskiego jak zwykle jest okrutny i beznadziejny. Pełen dzikich, zwierzęcych, pierwotnych zachowań i emocji. Zewsząd czyha niebezpieczeństwo, wszędzie czai się zło. Jednak coś różni ten film od "Wesela" i "Domu złego". To ci wszyscy niezłomni i zwyczajnie dobrzy bohaterowie: przede wszystkim Róża i Tadeusz, ale też dwaj lekarze: Polak i Rosjanin, niemiecki pastor, córka Róży, Jadwiga, początkowo nieufna i zagniewana, ale potem pogodzona z wyborem matki. No i zakończenie: z jednej strony mroczne i tragiczne, z drugiej podszyte nadzieją. Bo w tym strasznym świecie jest przynajmniej dwoje takich, którzy mogą się na sobie wesprzeć (trochę egzaltowanie to brzmi, ale innych słów nie znajduję). W każdym razie ja tak odebrałam finałowe sceny filmu. Zgadzam się jednak, że tego optymizmu i nadziei można nie dostrzec. "Róża" wstrząsnęła mną i poruszyła. Nie mogę o niej zapomnieć, wciąż mam w głowie obrazy z tego filmu: spokojną twarz Marcina Dorocińskiego i wyjącą z bólu Agatę Kuleszę (właściwiej byłoby oczywiście napisać: Różę). A świetne aktorstwo to jeszcze jedna zaleta filmu Smarzowskiego.

Hans Fallada "W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944"

Proszę się nie obawiać. Wbrew tytułowi ta książka to nie zapiski więzienne, a notatki robione w więzieniu. Jaka to różnica? Otóż zasadnicza: jest to spisana w celi, z narażeniem życia, opowieść o życiu w III Rzeszy w latach 1933-1944, a bohaterem tej historii jest sam Fallada, niemiecki pisarz stosunkowo mało u nas znany. Tak się dziwnie złożyło, że, oprócz książki, o której piszę: "W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944" (Czytelnik 2011; przełożył Bogdan Baran), wyszła właśnie jedna z jego powieści wydana przez całkiem inne wydawnictwo ("Każdy umiera w samotności" Sonia Draga). Na razie czeka grzecznie na swoją kolej na półce. Ale do rzeczy.

Kiedy spojrzymy na tytuł i skojarzymy go z datą, możemy łatwo ulec kolejnemu złudzeniu. III Rzesza, wojna, więzienie, a więc pewnie sprawa polityczna. Otóż nic bardziej błędnego. Fallada odbywa karę w więzieniu dla umysłowo chorych, gdzie trafił z zarzutem usiłowania zabójstwa swojej żony. Nie pierwszy to zresztą wyrok w awanturniczym życiu artysty. To właśnie w takich warunkach powstaje dziennik, a właściwie pamiętnik czy wspomnienia. Ma być świadectwem prawdy o tamtych czarnych czasach. Autor daje upust swojej nienawiści do nazistów, ale też tłumaczy, dlaczego nie wyemigrował jak wielu innych artystów. A pozostanie w kraju z konieczności wymuszało wiele kompromisów. Ponieważ szczerość mogła kosztować go życie, Fallada pisze swoje wspomnienia drobnym maczkiem, używa wielu skrótów na przykład n. oznacza nazistów. W ten sposób minimalizuje ryzyko w razie wpadki. W końcu korzystając z przepustki, wynosi swój dziennik poza więzienie i skrzętnie ukrywa. Dlatego zapisków nie doprowadza do końca.

Wspomnienia Fallady to obraz życia w III Rzeszy. Pierwsza notatka zaczyna się od dnia, kiedy spłonął Reichstag, ostatnia to  lata wojny. Oczywiście, jak już wspomniałam, bohaterem tej książki jest sam pisarz i jego najbliżsi: rodzina, przyjaciele. Ale oprócz tego dostajemy obraz degeneracji społeczeństwa niemieckiego w czasach nazizmu. Wspomnienia są odpowiedzią na pytanie, jak udawało się żyć w III Rzeszy, jeśli nie podzielało się powszechnie panujących poglądów.

To historia artysty, pisarza, człowieka, który nie interesuje się polityką, ale żyje w takim miejscu i w takim okresie, że od polityki uciec nie sposób. W tych momentach historia dogania każdego i zmusza do zajęcia jakiegoś stanowiska. Można mówić, że polityka nas nie obchodzi, ale zawsze ma wpływ na nasze życie, czy sobie tego życzymy czy nie. A w burzliwych czasach,  w jakich przyszło żyć Falladzie, ten wpływ był większy niż zwykle. Cenzura, zakazy wydawania pisarzy znajdujących się na liście artystów niepożądanych, palenie książek uznanych za nieprawomyślne. Co ma zrobić artysta, kiedy jego twórcza wolność zostaje ograniczona? Wielu decyduje się na emigrację, on zostaje. Wyjazd za granicę to niepewność, poniewierka, często ucieczka, bieda, zaczynanie wszystkiego od nowa. Ale pozostanie w kraju to albo decyzja o współpracy z nazistami, albo borykanie się z kłopotami finansowymi i polityczne represje, albo wieczne lawirowanie pomiędzy władzą a wiernością swoim poglądom. To szukanie tej cienkiej granicy po przekroczeniu której traci się twarz. Fallada stale lawiruje. Z jednej strony pisze o swojej nienawiści do nazistów, pomstuje na to, co zrobili z niemieckim narodem, z drugiej stara się pisać i wydawać. Martwi się, że trafi na listę artystów niepożądanych, bo to grozi utratą dochodów. Jak daleko musi się posunąć, niech świadczy fakt, że w pewnym okresie pisze scenariusz filmowy i zgodnie z instrukcją Goebelsa idzie na daleko idące ustępstwa, dopisując zakończenie w duchu nazistowskim. Po cichu liczy na to, że zanim film będzie gotowy, władza upadnie. Może po to, aby usprawiedliwić siebie, a może po to, aby oddać prawdę o tamtych czasach, pisze też o innych. Na przykład o swoim znajomym, znanym rysowniku, który regularnie publikował  karykatury w jednym z nazistowskich pism. Jak się tłumaczył? Była wojna, wrogami III Rzeszy byli Churchill, Roosevelt i Stalin, więc z nimi walczył swoimi rysunkami. A za zasługę poczytywał sobie, że nie rysuje karykatur antysemickich. A jego żona usprawiedliwiała go przymusem rysowania. Pewnie dlatego, zdając sobie sprawę z dwuznaczności swojej sytuacji, kilkakrotnie gwałtownie krytykuje emigrantów. Pisze, że nie mają prawa się wypowiadać o czymś, o czym nie mają pojęcia. Szydzi z emigracyjnych apeli o stawianie aktywnego oporu  nazistom. Twierdzi, że łatwo wzywać z bezpiecznego portu. Mówi, że nie wiedzą, ilu trudów i wyrzeczeń wymagało zabieganie o zwykłe, codzienne sprawy: zdobywanie pieniędzy, opału, żywności. Jak tłumaczy swoją decyzje o pozostaniu? Zwyczajnie: apolitycznością i miłością do kraju. Przyznaję, że trudno mi zrozumieć podobne postawy. A jeszcze trudniej zachowanie wielu po wybuchu wojny. Wydawca Fallady, kiedy się o tym dowiaduje, wraca z emigracji i mimo swoich antynazistowskich poglądów zaciąga się do wojska.

Druga warstwa tych wspomnień to obraz degeneracji stosunków międzyludzkich. Przede wszystkim wieczna nieufność spowodowana powszechnym donosicielstwem. Ostrożność należy zachować nawet wobec dawnych przyjaciół. Jak pisze Fallada:

"...gdy wówczas zeszło się w Niemczech trzech ludzi, jeden na pewno był donosicielem."

Pisarz też padł ofiarą takiego donosu, czego omal nie przypłacił życiem. Szczęśliwie skończyło się tylko na kilkunastodniowym areszcie, skąd dzięki staraniom żony i znajomych udało mu się wyjść. A pobudki kierujące donosicielami były nie tylko ideowe, ale przede wszystkim materialne. Zwykła, ludzka chciwość przykryta dla niepoznaki nazistowską ideologią wtrącała ludzi do więzień, a często prowadziła na śmierć. Kolejna sprawa to robienie karier przez rozmaite miernoty wierne nazistom. Fallada długo rozpisuje się o dwóch wójtach po kolei sprawujących władzę w wiosce, w której mieszka. Byli bezkarni, bo cieszyli się całkowitym zaufaniem partii. A układać się z nimi jakoś było trzeba, bo to od takich ludzi zależał na przykład przydział opału na zimę. Pisarz obserwując życie małej, spokojnej miejscowości, w której mieszka, pokazuje, jak zmieniają się stosunki sąsiedzkie. W miejsce wzajemnej życzliwości, uczynności, sympatii i zaufania wkrada się podejrzliwość, nieufność, donosicielstwo i zwierzęca walka o zapewnienie materialnej egzystencji. Ciekawy jest też obraz czasu wojny. Z perspektywy Fallady wojna to przede wszystkim codzienna udręka, kombinowanie, skąd zdobyć opał czy dodatkowy przydział żywności. I wreszcie antysemityzm. Dziennik jest dowodem na to, jak antysemicka propaganda przesiąka ludzkie umysły. Fallada wielokrotnie twierdzi, że nie jest antysemitą, ale też wielokrotnie daje dowody, jak antysemickie stereotypy zadomowiły się w jego sposobie myślenia. Powiela na przykład stereotyp o żydowskiej chciwości, w innym miejscu użyje pogardliwego epitetu drobny, wynaturzony Żydek, na kolejnych stronach z ubolewaniem pisze o zmianie swoich poglądów na temat Żydów.

Kupiłam i przeczytałam tę książkę ze względu na tematykę i entuzjastyczną notkę, jaką o niej przeczytałam na łamach książkowej rubryki w jednym z tygodników. Muszę przyznać, że po przeczytaniu poczułam się trochę rozczarowana. Pewnie miałam zbyt wielkie oczekiwania i stąd ten niedosyt. Owszem, książka jest ciekawa, ale jakoś szczególnie mnie nie poruszyła. A może to kwestia rozgadania tak charakterystycznego dla wspomnień czy dzienników. Groza gdzieś rozmywa się pośród żywiołu opowieści o znajomych i zdarzeniach czy pośród dygresji. Znacznie bardziej przeżyłam inne lektury na ten sam temat: "Południcę" Julii Franck, "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrida Lenza (o obu pisałam) i "Aimee i Jaguar" Erici Fischer (lektura jeszcze z czasów przedblogowych). Te książki naprawdę polecam. A po Falladę też sięgnąć na pewno warto. Może dla kogoś, kto jest miłośnikiem dzienników, takie świadectwo będzie bardziej interesujące? A ja jestem ciekawa powieści Fallady, która czeka cierpliwie na półce.

Popularne posty