Mario Vargas Llosa "Rozmowa w Katedrze"
Sylwia Chwedorczuk "Kowalska. Ta od Dąbrowskiej"
Jak twierdzi Sylwia Chwedorczuk, Kowalska ma pecha. Raz, że zawsze postrzegana jest przez swoją partnerkę, Marię Dąbrowską, dwa, że dodatkowo myli się ją z Anką Kowalską, autorką "Pestki" i działaczką opozycyjną z czasów PRL-u. Przyznam, że i ja długo nie wiedziałam, która jest którą, aż w końcu kiedyś sprawdziłam. Dzięki tej biografii Kowalska wreszcie wyszła z cienia, stała się postacią z krwi i kości, żywą, barwną, silną osobowością, bardzo ciekawą, nie do końca spełnioną i pewnie nie do końca szczęśliwą. Nie jest już tylko tą Kowalską od Dąbrowskiej, co znakomicie wygrywa tytuł. A poza tym książka, która oczywiście przez przypadek wychodzi akurat teraz, jest znakomitym dowodem na to, że ludzie zawsze w rozmaity sposób układali sobie życie - zawsze byli tacy, którzy nie mieścili się w dobrze znanym schemacie - mąż, żona, dzieci - i wędrowali swoją pokrętną drogą. Uczucia wybierają rozmaite ścieżki. Pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję. Już kiedy pierwszy raz czytałam "Noce i dnie", moją ulubioną bohaterką była Agnieszka, najstarsza córka Barbary i Bogumiła. Fascynowały mnie jej miłosne wybory, zatracanie się w miłości. Wtedy jednak nie mogłam zrozumieć jednego - dlaczego, kiedy już w końcu po wielu perypetiach wyszła za mąż za swojego ukochanego Marcysia, rozstawali się na długie miesiące i dlaczego fascynowali ją inni mężczyźni. Dziś zupełnie inaczej na to patrzę.
Ale wracam do Anny Kowalskiej. Co jest intrygującego w jej biografii? To, że zawsze była inna - zdecydowana, wiedziała, czego chce. Już jako uczennica wywołała skandal, bo zakochała się w swojej nauczycielce. Nie była to niewinna fascynacja, jakiej często ulegały dziewczyny w jej wieku - tak było z koleżankami, z którymi odwiedzała nauczycielkę. Jej uczucie, nieodwzajemnione, miało jednoznacznie inny charakter. Kiedy sprawa wyszła na jaw i została do tego źle zinterpretowana - wyglądało to tak, jakby ta druga strona też była zaangażowana, a może nawet uwodziła niewinną uczennicę - Annę Kowalską przeniesiono do innej szkoły. Nauczycielka też zresztą musiała odejść. Potem, kiedy Anna w czasie studiów wyszła za mąż za swojego profesora, Jerzego Kowalskiego, doskonale wiedziała, że jej małżeństwo ma być inne. Nie planowała dzieci, nie lubiła domowych obowiązków, nudziła ją codzienność i rutyna. Chciała pracować, co w jej przypadku oznaczało - pisać. W tej dziedzinie nigdy jednak nie będzie spełniona, nie osiągnie wymarzonego sukcesu. Najpierw pisze wspólnie z mężem i nie dość, że pozostaje w jego cieniu, to ich książki przechodzą bez echa - recenzje są nieliczne, raczej chłodne albo wręcz krytyczne, a czytelników nie ma wielu. Rozczarowanie goni rozczarowanie. Zawsze dzięki tej kolejnej mieli wstąpić na literacki parnas, ale nic z tego. Anna rozczarowania przeżywała podwójnie - za siebie i za Jerzego. Ale on przynajmniej był spełnionym i docenionym naukowcem, uwielbianym przez studentów. Ona w dziedzinie zawodowej poza pisaniem nie miała nic. Dlatego tęskniła za Warszawą, myślała, że tam będzie łatwiej, bo wejdzie w środowisko literackie. Lwów, gdzie się urodziła i mieszkała, a potem wyszła za mąż, postrzegała jako miasto nieciekawe, prowincjonalne, w którym życie literackie zamierało. Inaczej jednak było z Jerzym - on Lwów wybrał świadomie, miał tu swój uniwersytet, swoje środowisko naukowe i swoich studentów. Konflikt interesów, który pogodziła Historia.
Po wojnie, kiedy Anna w końcu zacznie pisać samodzielnie, też nie osiągnie spektakularnego sukcesu, nie zawojuje czytelników. Zdarzały się przychylne recenzje, czasem nawet entuzjastyczne, ale były jednak w mniejszości. Sytuację dodatkowo skomplikował jej wieloletni związek z Marią Dąbrowską - nieuchronna stała się rywalizacja, którą Kowalska przegrywała. Kiedy w czasie wojny poznała swoją przyszłą partnerkę, ta była już bardzo znaną i poważaną literacką gwiazdą, wyrocznią. Tymczasem Anna stale aspirowała. Rywalizowały o czas na swoją twórczą pracę, szczególnie wtedy, kiedy po latach związku na odległość zamieszkały razem w Warszawie, o uwagę recenzentów i czytelników. I chociaż Dąbrowska nigdy nie skończyła swojej drugiej wielkiej powieści - w czasie dyskusji na Big Book Festivalu usłyszałam teorię, że jej powojenna niemoc twórcza wzięła się z tego, że tak bardzo emocjonalnie angażował ją związek z Anną Kowalską, po przeczytaniu książki mogę stwierdzić, że jest to dość prawdopodobne - to żyła tym, co już osiągnęła. Być może jednak największą tragedią dla Kowalskiej było to, że Dąbrowska traktowała jej twórczość z wyżyn swojej sławy. Nie dostrzegała, nie doceniała tego, co inni chwalili, udzielała protekcjonalnych rad, które bardziej raniły niż pomagały.
Pisząc o tej biografii, nie mogę oczywiście nie odnieść się do związku obu pisarek, który zaczął się w czasie wojny i trwał do końca życia Dąbrowskiej, czyli do roku 1965. Była to relacja niezwykła - intensywna, tragiczna i toksyczna. Taka, która daje dużo szczęścia, ale wyczerpuje emocjonalnie i chociaż przynosi wiele uczuciowej szarpaniny, okupiona jest rozmaitymi stratami i krzywdami, to nie sposób się od niej uwolnić. Kowalska nieraz zastanawiała się, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby w czasie wojny, kiedy przyjechała do Warszawy i stanęła przed drzwiami mieszkania Marii Dąbrowskiej i Stanisława Stempowskiego na Polnej, zdezerterowała. Na koniec jednak twierdziła, że nie żałuje.
Ich związek jest znakomicie udokumentowany - raz, że obie prowadziły dzienniki - są tacy, którzy twierdzą, że to właśnie w dziedzinie diarystyki osiągnęły największy sukces - dwa, że przez wszystkie te lata pisały do siebie listy, mnóstwo długich listów, niemal codziennie. Pełnych nie tylko miłosnych zwierzeń i tęsknoty, ale także wyrzutów, pretensji i zazdrości. Tak to się plotło - krótkie chwile szczęścia i emocjonalny rollercoaster. Obie ten związek męczył, a jednak nie potrafiły zerwać. Raz jedna tęskniła bardziej, raz druga, raz jedna była bardziej zazdrosna, raz druga, raz jedna bardziej raniła, raz druga. I tak przez całe lata.
Komplikacji w tej relacji było kilka. Najmniejszą wydaje się opinia innych. Ten temat właściwie nie istnieje. Nie ma ostracyzmu, przykrości, wytykania palcami czy tego, co dziś nazywamy hejtem. Co zatem było przeszkodą? Kiedy się spotkały, obie były w związkach. Anna miała męża, Jerzego Kowalskiego, Maria partnera - starszego od siebie o wiele lat Stanisława Stempowskiego. Zdradzała go już wcześniej, także z kobietą, mimo tego ta relacja była dla nich ważna. Obie pozostały z nimi do ich śmierci, którą zresztą bardzo przeżyły. Czy Jerzy i Stanisław wiedzieli, co łączy Annę i Marię? Tak. Czy się z tym godzili? Tak, co nie znaczy, że nie cierpieli. Drugim problemem była odległość. Po wojnie Kowalscy decydują się zamieszkać we Wrocławiu. Tam Jerzy zaczyna pracę na przeniesionym ze Lwowa uniwersytecie, tam małżonkowie dostają dom z ogrodem. Ale największą zadrą było macierzyństwo Anny. Zaszła w ciążę nieoczekiwanie już po wojnie (pierwszą, jeszcze przedwojenną, świadomie usunęła), co Maria Dąbrowska uznała za zdradę i nigdy nie potrafiła się z tym pogodzić. Tula odbierała jej Annę. Dąbrowska sama dzieci nie miała i ich nie lubiła. Kiedy w końcu kilka lat po śmierci Kowalskiego i Stempowskiego zamieszkały razem w Warszawie, nie umiała być dla dziewczynki ciocią (?), matką (?), macochą (?). Córka Kowalskiej wydaje się być najtragiczniejszą postacią tej układanki. Anna miotała się pomiędzy dzieckiem, które bardzo kochała, ale dla którego nie zawsze umiała być tradycyjną matką, a partnerką wiecznie zazdrosną o dziewczynkę - żywy dowód zdrady. A kiedy w końcu zamieszkały razem, pojawiła się jeszcze jedna komplikacja - rutyna codzienności z jej przyziemnymi obowiązkami. Rywalizacja o czas i spokój, aby pisać.
Świetna, ciekawa książka. A to przecież nie wszystko, bo jak w każdej porządnej biografii jest przecież cały kontekst historyczny i obyczajowy.
Siegfried Lenz "Dezerter"
Jeszcze tylko parę słów o Lenzu, bo to pisarz o ciekawej historii. Urodził się w latach dwudziestych zeszłego wieku w Prusach Wschodnich i to te tereny bywają miejscem akcji jego niektórych książek. Jest honorowym obywatelem Ełku. Równie interesująco brzmi historia "Dezertera" napisanego w latach pięćdziesiątych. Temat - dezercja z armii niemieckiej i przejście na stronę Rosjan - był wtedy w Niemczech na tyle bulwersujący, że książki mimo poprawek sugerowanych przez wydawcę, które pisarz wprowadził, nie wydano. Powieść miała swoją premierę w Niemczech w roku 2016.
Akcja "Dezertera" rozgrywa się na froncie wschodnim moim zdaniem gdzieś na Polesiu, trwa ostatnie lato drugiej wojny światowej. Główny bohater Walter Proska, Niemiec z Prus Wschodnich, trafia przez przypadek do kilkuosobowego oddziału stacjonującego gdzieś w lasach wśród bagien. Zadaniem tych paru żołnierzy jest ochrona linii kolejowej przed partyzantami, którzy wielokrotnie próbują ją wysadzić. To zadanie beznadziejne. Partyzantów jest znacznie więcej, świetnie znają teren i bez trudu mogą cały oddział wygarnąć. Trwa zabawa w kotka i myszkę. Odcięci od świata, umęczeni, skazani na marne racje żywnościowe doskonale zdają sobie sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji. Śmierć co jakiś czas zabiera któregoś z nich. Trudno się z nią oswoić, jeśli ginie najlepszy kompan. Lenz znakomicie oddaje cały kontekst zdarzeń. Pięknie i znakomicie opisuje przyrodę, która z jednej strony daje ochronę, ale z drugiej staje się pułapką. Jest przyjacielem i wrogiem jednocześnie. Dzięki temu czytelnik ma wrażenie klaustrofobii, zamknięcia i absurdalności tego, co się dzieje. Dawno nie czytałam tak antywojennej książki. I niemieccy żołnierze, i partyzanci wielokrotnie widzą siebie z bliska, niemal twarzą w twarz. Ukryci w gąszczu mogą swobodnie przyjrzeć się wrogowi. Z takiej perspektywy nieprzyjaciel staje się zwyczajnym człowiekiem. Takim jak oni, młodym, sympatycznym chłopakiem. Trudno do niego strzelić, ale trzeba to zrobić, chociaż tak bardzo się nie chce. Bo jeśli nie ja, to zrobi to on, kiedy mnie odkryje. Być może będzie myślał podobnie, być może wpadnie w taką samą pułapkę i też naciśnie spust, bo nie będzie miał wyboru. Żeby oddać tę beznadziejną sytuację pozwolę sobie na cytat.
... jestem tutaj i jest wojna, i my obaj, ty i ja, musimy się do tego stosować. Mamy być posłuszni wojnie, nawet jeśli nienawidzimy jej jak zarazy. W końcu obaj chcielibyśmy żyć, ty i ja, a kto na wojnie chce pozostać żywy, nie może myśleć o niczym innym, tylko o swojej krwi. Odejdź, idź w innym kierunku, zawróć albo kładź się spać. Ale nie waż się podejść bliżej. Wtedy ... wtedy będę musiał wystrzelić. Ty musiałbyś również tak zrobić, wiem to dokładnie!. Odejdź, przyjacielu, ja już nie wytrzymam.
Tak bezgłośnie błaga swojego wroga, który w innych warunkach mógłby być przyjacielem, Walter Proska schowany w leśnej gęstwinie. Bo wojna nie pozostawia wyboru. Nikomu nie można ufać, każdy jest podejrzany. Młoda, piękna dziewczyna może przenosić laski dynamitu, tak samo proboszcz, który zmierza do chorego. Jakby tego było mało, niemieccy żołnierze muszą zmagać się z sadystycznym, prymitywnym dowódcą ich niewielkiego oddziału, który nie ma skrupułów ani dla wroga, ani dla swoich. Czy taki był zawsze, czy takim uczyniła go ta beznadziejna sytuacja? Odpowiedzialność za ludzi, świadomość zbliżającego się końca, śmierci, która może nadejść w każdym momencie.
Tych kilku żołnierzy zostało bardzo dobrze sportretowanych, każdy jest inny, każdy ma za sobą inną historię. Niecierpliwie czekają na listy z domu, gdzie toczy się jakieś życie. Komuś ma urodzić się wytęsknione dziecko, ktoś czeka na wieści od matki. Wszystkie plany i marzenia mogą skończyć się w jednej chwili. Miotając się między chamowatym, bezwzględnym przywódcą, a wrogiem popadają w szaleństwo albo apatię. Nic dziwnego, że Walter Proska postawiony w takiej sytuacji wiele rozmyśla. Zastanawia się nad swoją rolą, nad bezsensem tego, co się dzieje, nad śmiercią. Prowadzi dysputy z młodym chłopakiem z oddziału, Bułeczką, inteligentnym studentem. Co jest ważniejsze - własne przekonania czy rozkazy? Kiedy można się im przeciwstawić? Co jest powinnością człowieka w takiej sytuacji? Czy zabicie wroga, młodego chłopaka, obciąża sumienie? Czy żołnierz musi tak postąpić?
W drugiej części powieść zmienia nieco charakter. Razem z armią radziecką przemy do przodu między innymi przez Prusy Wschodnie. Potem, już po wojnie, akcja rozgrywa się w Niemczech w radzieckiej strefie okupacyjnej. Ci, którzy wyzwolili Europę, stają się okupantami, zaprowadzają swoje bezwzględne, porządki. Liczy się komunistyczna ideologia, wierność partii. Jeden totalitaryzm został zastąpiony przez drugi. Z urzędu, w którym pracuje Walter Proska, bez ostrzeżenia znikają ludzie. Nie wiadomo ani dlaczego, ani kto będzie następny. Znowu nastrój staje się ciężki, klaustrofobiczny, a czytelnik ma wrażenie osaczenia. Tym razem nie ma leśnej gęstwiny i bagien, jest szare, biedne, powojenne miasto. Wróg, który wtedy był dobrze zdefiniowany, teraz jest nieuchwytny, niematerialny. Bohater, ale także jego koledzy z biura, zostają postawieni w sytuacji iście kafkowskiej. I znowu Walter Proska musi dokonać ważnego wyboru, znowu czyha na niego śmiertelne niebezpieczeństwo. To niejedyne dylematy, jakie musiał rozstrzygać, niejedyne pułapki, jakie zastawiła na niego wojna, ale więcej nie mogę zdradzić. Do końca życia będzie zmagał się z poczuciem winy i za kimś tęsknił. Wojenny romans okazał się miłością z gatunku niemożliwych.
Bardzo dobra powieść, głęboka, gęsta. Pięknie napisana - i jakkolwiek banalnie i egzaltowanie to brzmi, jest prawdziwe. Kto wie, czy gdybym wcześniej doczytała, że prawie cała akcja toczy się na froncie, to sięgnęłabym po nią? Dobrze, że tak się nie stało, bo wiele bym straciła.
"Szarlatan"
"Jak najdalej stąd"
Film świetnie się ogląda i naprawdę warto go zobaczyć. Jest dynamiczny, ma szybkie tempo, nie lukruje rzeczywistości i znajdziemy tu kilka znakomitych ról - na ekranie w mniejszych lub większych rolach pojawiają się Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik i Tomasz Ziętek. Mimo tych komplementów muszę szczerze napisać, że po seansie czułam niedosyt. Może dlatego, że Piotr Domalewski "Cichą nocą" wysoko ustawił sobie poprzeczkę. "Jak najdalej stąd" nie jest filmem tak subtelnym w pokazywaniu relacji rodzinnych. Poza tym miałam wrażenie, że to wszystko już gdzieś widziałam i wtedy zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie. O relacjach rodzinnych już wspominałam - znacznie głębiej i finezyjniej pokazał je Domalewski w swoim poprzednim filmie. Oglądając "Jak najdalej stąd", miałam jeszcze dwa skojarzenia. Pierwsze ze znakomitym dokumentem Anny Zameckiej "Komunia" poruszającym podobny problem - dziecka, które musi brać na siebie obowiązki dorosłych, bo im brakuje dojrzałości. Matka Oli wprawdzie nie jest beztroska i niedojrzała, opieka nad niepełnosprawnym synem to zadanie ponad siły, a każe córce jechać do Irlandii dlatego, bo sama nie zna języka i wie, że nie poradzi sobie w trudnej sytuacji, ale sprawia wrażenie, jakby nie do końca rozumiała, jakie zadanie zrzuciła na barki nastolatki. Drugie skojarzenie to "Ja, Daniel Blake" Kena Loacha, film pozornie odległy od obrazu Piotra Domalewskiego. A przywołuję go tutaj dlatego, bo w przejmujący sposób pokazuje bezradność człowieka, robotnika nie z własnej winy pozbawionego środków do życia, w zetknięciu z bezduszną machiną różnych instytucji teoretycznie powołanych do tego, aby pomagać takim ludziom jak Daniel Blake. Ola jest trochę w podobnej sytuacji. To właśnie te filmy przypomniały mi się w trakcie seansu i to one zrobiły na mnie znacznie większe wrażenie. Ale "Jak najdalej stąd" zdecydowanie warto zobaczyć. Choćby dla magnetycznej Zofii Stafiej.
"Tony Halik"
Film Marcina Borchardta składa się tylko z materiałów dokumentalnych - fragmentów rozmaitych filmów, wywiadów, ale przede wszystkim z tego, co kręcił samTony Halik, z jego programów telewizyjnych, tych amerykańskich robionych razem z pierwszą żoną, Francuzką Pierette, i wzorowanych na nich polskich, których współgospodynią była jego druga żona, Elżbieta Dzikowska. To dla niej porzucił Amerykę i zamieszkał w komunistycznej Polsce, co, jak się okazuje, miało swoją cenę. Nie ma tu gadających głów. Opowieści o Tonym Haliku słyszymy z offu. Opowiadają o nim syn z pierwszego małżeństwa, Elżbieta Dzikowska i kilku jego przyjaciół, ci, którzy znali go z Ameryki i ci, którzy zetknęli się z nim w Polsce.
Ogląda się ten film znakomicie. Nie wiem, kiedy minęło półtorej godziny spędzone w kinie. Szczególnie zainteresowały mnie materiały z amerykańskiego okresu życia Tonego Halika, zwłaszcza fragmenty filmów z podróży przez obie Ameryki, którą odbył razem z Pierette i małym synem. Wtedy dopiero próbował zaczepić się w dziennikarskim fachu, co udało mu się dopiero po latach. Podróże i przygody były jego pasją, to im podporządkował wszystko. Obie jego żony dzieliły te zainteresowania, ale małego syna nikt nie pytał, czy chce mieć takie dzieciństwo. Wielu pewnie mu zazdrości, też chcieliby przeżyć taką przygodę, mieć tak zwariowanych rodziców, a jednak takie życie wagabundy ma swoją cenę.
Oglądając film, uświadamiałam sobie, jak niewiele wiedziałam o Tonym Haliku. Ani jakie były jego polskie korzenie, ani o jego amerykańskiej karierze, ani o tym, dlaczego porzucił Amerykę i osiedlił się w siermiężnej, komunistycznej Polsce, ani tym bardziej o tym, że był korespondentem w stoczni gdańskiej w czasie strajków. A już w ogóle nie miałam pojęcia, jakie tajemnice skrywał.
Za takie życie, jakie prowadził Tony Halik, płaci się cenę. Cenę normalnego dzieciństwa syna, cenę kompromisów i ustępstw, wreszcie cenę zdrowia i krótszego życia. Czy warto, na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Jak mówi Elżbieta Dzikowska, on na pewno wolał żyć krócej, za to pełną piersią. Na ekranie oglądamy szczęśliwego, szeroko uśmiechniętego, spełniającego swoje marzenia człowieka. To, co go gryzło, skrywał głęboko.
Popularne posty
-
Zacznę od wyznania - literaturę latynoamerykańską znam bardzo słabo. A i to za dużo powiedziane, bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że właś...
-
Nobel dla Olgi Tokarczuk sprawił, że sięgnęłam w czeluście mojego czytnika i wydobyłam z nich jej dwie książki, które tam od dawna leżały ...
-
Kiedy ponad rok temu wreszcie zawarłam znajomość z prozą Myśliwskiego, wiedziałam, że nastąpi ciąg dalszy. Wtedy przeczytałam "Trakt...
-
Po lekturze "Kronik oporu i miłości" byłam pewna, że do książek Ingi Iwasiów jeszcze wrócę, żeby nadrobić zaległości, bo wcześni...
-
Kiedy tylko dowiedziałam się, że ArtRage zamierza wydać powieść niemieckiego pisarza Waltera Kempowskiego "Wszystko na darmo" (20...