Indyjskie lektury (II) - Wojciech Jagielski "Na wschód od zachodu"

Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego "Na wschód od zachodu" (Znak 2018) pojawiła się w znakomitym dla mnie momencie. Byłam akurat po jednej książce Arundhati Roy a przed drugą, więc korespondując z nimi tematem, stała się znakomitym przerywnikiem. Już poprzedniej wiosny słyszałam, że Jagielski pisze rzecz o hipisach wędrujących w latach sześćdziesiątych z owego tytułowego Zachodu na wschód, czyli do Indii. Były to podróże drogą lądową przez Turcję, Iran, koniecznie Afganistan. Powiedziałabym, że przeczytałam "Na wschód od zachodu" jednym tchem, ale to nieprawda, bo okoliczności nie sprzyjały. Pochłaniałam ją kawałkami, ale za to intensywnie.

Książka składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy, najkrótszy, trochę osobny, jest czymś w rodzaju wprowadzenia w temat i sposób opowiadania. To zabawna historia kilku współczesnych obieżyświatów, naśladowców dzieci kwiatów,  na których Jagielski natknął się gdzieś w indyjskim Radżastanie. Właśnie wrócił z Afganistanu, odpoczywa i czeka na wiadomość od kogoś, aby z kimś innym się spotkać. Czas zabija między innymi rozmowami z nimi, a oni tak mu zazdroszczą tego Afganistanu, tak by chcieli tam pojechać. Afganistan, Jagielskiemu kojarzący się z wojnami, im jawi się jako fascynująca, niemal mityczna kraina. Jakby nie znali jego tragicznej historii. Dla ich poprzedników, prawdziwych dzieci kwiatów, był ważnym przystankiem w drodze do Indii. Ale ci, których pisarz spotkał w Radżastanie, są naiwni naiwnością ludzi Zachodu bezkrytycznie zafascynowanych Wschodem. Mnie wydają się nieco groteskowi, ale Jagielski traktuje ich z pobłażliwością i sympatią.

Już w tej części autor miesza czasy i opowieści. Historia spotkania przeplata się ze wspomnieniami reportera z miejsc, o których mówią jego młodzi znajomi, i z historiami miejscowych, właścicieli hotelików, sklepików, stad wielbłądów. Tak będzie i w części drugiej, najdłuższej, której bohaterem jest Święty. Hipis - weteran, dziś już siedemdziesięcioletni, który razem z poznanymi w Amsterdamie dziećmi kwiatami wyruszył niegdyś w długą podróż do Indii. Teraz obaj tkwią w Delhi odciętym od świata z powodu zamieszek w sąsiednim stanie, a zabijając czas, rozmawiają ze sobą. Święty został w Indiach na zawsze, uciekł od świata i ludzi odtąd dotąd, jak ich nazywali hipisi, ale czy znalazł to, czego szukał? Czy jest szczęśliwy? Czy uciekając, zyskał coś w zamian? Jakie znaczenie, jaką wartość ma to, co robił, jak żył? Właśnie znalazł się na zakręcie, uciekł z Goa, gdzie najczęściej mieszkał, bo zaszły tam za duże zmiany. Dawna portugalska kolonia stała się mekką zachodnich turystów pełną zgiełku, głośnej muzyki, śmieci, alkoholu i narkotyków. Zamiast rybackich wiosek, w których mieszkał, pojawiły się hotele i rzędy nadmorskich knajp. Historia Świętego to także opowieść o jego niespełnionej miłości do poznanej jeszcze w Amsterdamie Nancy, z którą razem wyruszył w drogę. On z miłości gotów był gdzieś osiąść, zostać z nią, ale ona była prawdziwym dzieckiem kwiatem, hołdowała wolnej miłości.

Czytałam "Na wschód od zachodu" z wielkim zainteresowaniem. Wszystko mnie w tej książce ciekawiło. I opowieści o hipisowskim ruchu, i wspomnienia Jagielskiego z jego podróży, czasem pamiętałam je już z jego książek, czasem nie, i historie jego hinduskich znajomych stanowiące często kontrapunkt dla historii hipisów, wreszcie same Indie, które też, trochę pośrednio, trochę przy okazji, są bohaterem tej książki. Jak zwykle pięknie to wszystko Jagielski opowiada, literacko podkręca. Świetna lektura, gatunkowo lżejsza od jego poprzednich reportaży.

Aż nastąpił rozdział trzeci. Opowieść o Kamal, Polce, córce dalekiej znajomej reportera, dziewczynie z tak zwanego dobrego domu, a nawet bardzo dobrego, która w latach dziewięćdziesiątych wyruszyła do Indii, zahaczyła nawet o ten mityczny Afganistan, zaginęła w nim, aby się odnaleźć, a potem została w Indiach. Została to mało powiedziane. Ona uciekła naprawdę - od Europy, od rodziny, od kariery, od dawnego życia, od przyszłości, zapewne odtąd dotąd. Uciekła i przeszła prawdziwe przeobrażenie, stała się hinduistką, ciągle w drodze z południa na północ, a potem z północy na południe, od aśramu do aśramu, od jednego bramina do drugiego, od jednego guru do drugiego. Ciągle w drodze niczym sadu. Pragnęła przejść wielką przemianę, doznać oświecenia, stać się wolna. Od trzynastu lat przemierza tę drogę z synem. To na nią czekał w Delhi Jagielski, to z nią chciał się spotkać. Jej historia jest i fascynująca, i zdumiewająca zarazem. To opowieść o kimś, kto całkowicie odrzucił swoją dawną tożsamość, zerwał wszystkie więzi, odszedł od cywilizacji, wyrzekł się wszelkich wygód, odstał od zdobyczy cywilizacji, skazał się na życie na marginesie, uwierzył, jak Hindusi, że Ganges, a właściwie Ganga, to bogini, której wody uzdrawiają, oczyszczają, przynoszą ukojenie. Ta historia skłania do postawienia istotnych pytań. Tym bardziej, że syn Kamal, wychowywany jak Hindus i nim w istocie będący, zaczyna dorastać i wybijać się na niepodległość. Chociaż matka chroni go przed tym, od czego sama uciekła, on coraz chętniej zerka w tamtą stronę. Zadaje pytania, ma żyłkę do interesów i świetnie radzi sobie ze smartfonem czy komputerem. Czy w imię wyznawanych ideałów Kamal pozwoli mu iść własną drogą, w stronę przeciwną niż ona? Przyznam, że mnie, podobnie jak Jagielskiemu, jej wybór trudno zrozumieć i zaakceptować. Czytałam ten rozdział z fascynacją i zdumieniem, chciałam wiedzieć, co będzie dalej i nadziwić się nie mogłam takiej życiowej drodze.

Ta historia napisana jest zupełnie inaczej. Bez dygresji, innym językiem, z punktu widzenia Kamal i jej syna. Przypomina opowiadanie bardziej niż część reportażu. Zaczęłam zastanawiać się nawet, czy Kamal istnieje naprawdę, czy nie została wymyślona. Dziennikarz staje się tu kimś z zewnątrz, obcym ciałem, natrętem, który mąci spokój, przeszkadza, niepokoi, jak niepokoją zmiany zachodzące w synu. I na koniec zaskoczenie, a jednocześnie rozwiązanie zagadki, skąd odmienność ostatniego rozdziału. Kto nie chce wiedzieć, niech w tym momencie przerwie czytanie. Zdradzam je, bo sam Jagielski o tym mówił w wywiadach udzielanych  przy okazji premiery książki, tłumaczył, skąd taki zabieg. Dlatego niby nie jest to już żadna niespodzianka, że autorką ostatniej części jest żona reportera, Grażyna Jagielska. Zastanawiam się tylko, dlaczego nie została wymieniona jako współautorka na okładce, ale dopiero na końcu książki. To pewnie ich wspólna decyzja, dla mnie jednak niezrozumiała. To tak na marginesie.

Indyjskie lektury (I) - Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia"

Tak się złożyło, że ostatnio moje lektury krążyły wokół Indii i nie był to przypadek. Dzisiaj


o pierwszej z nich - kolejnej wydanej w Polsce powieści Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia" (Zysk i S-ka 2017; przełożył Jerzy Łoziński). Niedawno zachwycałam się tu jej "Bogiem rzeczy małych", który z niewiadomych dla mnie przyczyn umknął mi, kiedy wydano go po raz pierwszy, ale szczęśliwie w ubiegłym roku ukazało się wznowienie. Niestety ponieważ  od zakończenia lektury "Ministerstwa niezrównanego szczęścia" upłynęły już ponad dwa tygodnie, a ja nie mogłam o książce napisać od razu, z konieczności ta notka nie będzie pewnie mniej wnikliwa niż zazwyczaj, bo wrażenia już nie tak świeże. A więc zaczynajmy.

Od razu wyłożę swoje credo. Po pierwsze literacko znacznie wyżej oceniam "Boga rzeczy małych". Ale natychmiast dodaję po drugie -  najnowszą powieść Arundhati Roy oczywiście też należy przeczytać. Szczególnie jeśli ktoś ciekawy jest świata, a Indii przede wszystkim. Dla tych czytelników to lektura obowiązkowa.

Najpierw krócej odniosę się do pierwszego spostrzeżenia. Otóż "Ministerstwu niezrównanego szczęścia" brakuje takiego literackiego kunsztu jak poprzedniej powieści indyjskiej autorki. Nie będę się tu szczegółowo rozwodziła, na czym rzecz polegała, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Bogu rzeczy małych". W "Ministerstwie niezrównanego szczęścia" styl jest przejrzysty, prosty, zwyczajny. Musiałam nawet upewnić się, czy aby na pewno obie książki przetłumaczył Jerzy Łoziński. Oczywiście tak, więc to nie kwestia przekładu, ale autorki. Konsekwencja takiego wyboru jest taka, że lektura powieści nie nastręcza specjalnych trudności. Nie ma tu bariery, która mogła zniechęcać wielu czytelników do "Boga rzeczy małych". Natomiast tak jak poprzednio i tę historię poznajemy niechronologicznie. Narrator opowiadając dzieje bohaterów, cofa się w czasie, pozornie zbacza z tematu, snuje opowieści i dzieli się anegdotami, tworząc w ten sposób barwną mozaikę ludzkich historii.

Jak łatwo się domyślić, bohaterów jest tu wielu. Losy niektórych w pewnym momencie splatają się ze sobą, inni związani są bliskimi więzami - przyjacielskimi, a nawet miłosnymi. Początkowo wydaje się, że główną bohaterką będzie Andżun, hidźra. Hidźry są w Indiach uznawane za trzecią płeć, uważają się za kobiety. Nie zawsze są transseksualistami, czasem obojnakami albo eunuchami. Mają swoje miejsce w religii i kulturze. Żyją wspólnie, tworząc coś w rodzaju komun. Andżun też mieszka razem z innymi hidźrami w domu gdzieś w zaułkach starego Delhi, aż pod wpływem pewnych dramatycznych zdarzeń przenosi się na stary przyszpitalny cmentarz, gdzie początkowo żyje w byle jak skleconej budce, a z czasem między starymi grobowcami powstaje cały pałac będący przytuliskiem dla wszelkiej maści odmieńców i ludzi poturbowanych przez los. Jego mieszkańcem i przyjacielem Andżun staje się też młody mężczyzna, który przybrał sobie ksywkę Saddam Husajn. Potem jednak na pierwszy plan zaczyna wybijać się historia czworga przyjaciół - trzech mężczyzn i kobiety. Ich przyjaźń sięga czasów studenckich. Pochodzą z różnych środowisk i z różnych rejonów kraju, różnie też układają się ich losy. Dwaj robią karierę - jeden dziennikarską, drugi w tajnych służbach. Trzeci jest Kaszmirczykiem, co zdeterminowało jego los. A pomiędzy nimi ona, kobieta, nietuzinkowa, niezależna, o skomplikowanej biografii, trochę femme fatale, trochę kobieta dzielnie czekająca na swojego ukochanego, który daleko i oddany sprawie. Jak to wszystko razem się skleja, nie będę oczywiście opowiadać, na tym przecież polega przyjemność lektury.

A teraz czas wyjaśnić, dlaczego jest to książka dla ciekawych świata, a Indii w szczególności. Otóż czytając powieść Arundhati Roy, miałam wrażenie, że ta splątana mozaika ludzkich losów jest tylko pretekstem dla opowieści o kraju. O kraju wielu konfliktów -  religijnych, narodowych i ekonomicznych. I nie jest to opowieść wesoła. Już książka Rany Dasgupty "Delhi. Stolica ze złota i snów", którą przeczytałam kilka miesięcy temu, dała mi wiele do myślenia i jeszcze bardziej odarła Indie z romantycznej pozłotki, w jaką je opakowałam za sprawą młodzieńczych lektur. Arundhati Roy jeszcze wzmacnia ten czarny obraz. Dlaczego? Bo tłem swojej opowieści, a w gruncie rzeczy jej sednem, czyni konflikty, o których wspomniałam. Na pierwszy plan wysuwa się tu skazana pewnie na przegraną walka Kaszmirczyków o wolność, od Pakistanu i od Indii. Autorka szczególnie skupiła się na latach dziewięćdziesiątych, kiedy konflikt między Indiami i Kaszmirem eskalował przez długie lata. Wiedziałam oczywiście o nim, ale co innego coś tam wiedzieć, a co innego czytać o beznadziejnej, nierównej walce Kaszmirczyków, o najprzemyślniejszych torturach i szykanach stosowanych przez Hindusów. Ale Arundhati Roy pisze też o pogromach muzułmanów, do jakich doszło w roku 2002 w stanie Gudżarat, o maoistowskiej partyzantce działającej w lasach środkowych Indii i o rosnącym w siłę hinduskim nacjonalizmie. A o tym wszystkim nie wiedziałam albo tylko coś niecoś. Powieść pisana jest z pasją i trudno się nie zorientować, po której stronie opowiada się pisarka, co ją boli i przeraża. To wrażenie wzmacnia jeszcze moja trzecia indyjska lektura, którą teraz właśnie czytam, czyli trzy eseje (?), reportaże (?) zatytułowane "Indie rozdarte" oczywiście tej samej autorki. Gdyby powstała w Polsce podobna książka o naszych problemach, niektórzy natychmiast obwołaliby ją antypolską. A przecież nie tylko my mamy swoje trupy w szafie i nie tylko my o nich chcemy mówić.

Miało być krótko, a wyszło jak zazwyczaj. To tylko dowód na siłę tej powieści, która mimo upływu czasu tkwi we mnie tak mocno.

PS. Wszystkie książki Arundhati Roy to lektury sprzed paru miesięcy, ta notka powstała w lutym. Teraz czytam coś zupełnie innego.

 

 

 

Krzysztof Varga "Langosz w jurcie"

Kiedy skończyłam czytać ostatnią powieść Krzysztofa Vargi "Sonnenberg", o której pisałam w ostatniej notce, zapragnęłam koniecznie choćby na jakiś czas zanurzyć się w klimacie tej lektury, tak bardzo byłam pod jej wpływem. I wtedy przypomniałam sobie, że w głębinach mojego ukochanego czytnika spoczywa sobie, czekając cierpliwie na swoją kolej, "Langosz w jurcie" (Czarne 2016), trzecia część eseistyczno-reporterskiej trylogii Krzysztofa Vargi poświęconej Węgrom. Nie było na co czekać, pora na lekturę  tego zbioru bardziej esejów niż reportaży była idealna. W "Gulaszu z turula", pierwszej znakomitej części owej węgierskiej trylogii, Varga pisał po prostu o Węgrach i Węgrzech, swojej drugiej ojczyźnie (ojciec pisarza był Węgrem). Dla takiego laika jak ja było to odkrycie. Mnóstwo się z tamtej książki dowiedziałam, a przyjemność z czytania miałam ogromną. Nie tylko ja tak uważałam, recenzje były znakomite, książka znalazła się w finale Nike. Druga część, "Czardasz z mangalicą", to zapis licznych podróży po węgierskiej prowincji. Nastrojowy, klimatyczny, trochę jak u Stasiuka, ale jednak przecież inny. Chociaż ciekawy, to już nie tak fascynujący ani nie tak świeży jak "Gulasz z turula", momentami nawet nużył.

Piszę o tym wszystkim nie tylko po to, aby przypomnieć tym, którzy też czytali, albo poinformować tych, którzy nigdy się z tymi książkami nie zetknęli, ale także dlatego, że przed napisaniem tej notki postanowiłam odświeżyć swoje wrażenia z tamtych lektur. Aby to zrobić, sięgnęłam do moich zapisków zamieszczonych na  blogu, a rzadko mi się to zdarza. Skąd ta potrzeba? Otóż "Langosz w jurcie" po prostu mnie rozczarował, a nawet znużył. Chciałam się przekonać, czy to ja się zmieniłam, czy po prostu ostatnia część węgierskiej trylogii Vargi jest najsłabsza. No i chyba właśnie w tym tkwi problem. Już druga, co przypomniałam sobie z mojej notki, zdradzała podobne symptomy, w trzeciej chyba jeszcze się pogłębiły. Bo "Langosz w jurcie" to kontynuacja "Czardasza z mangalicą". Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć i polecić przeczytanie mojego wpisu o tamtej książce z zastrzeżeniem, że "Langosz" jest po prostu nudniejszy i bardziej monotonny. Varga znowu włóczy się po węgierskiej prowincji. Tym razem jednak wędruje wzdłuż granic, czasem nawet je przekracza, aby zobaczyć coś, co do Węgier już nie należy. Tu trzeba wspomnieć o traktacie z Trianon, który okroił kraj naszych południowych bratanków do rozmiarów kraiku.

Jest tu po trochu wszystkiego - wspomnień, impresji, wrażeń, historii, zabytków, innych miejsc, spotkań z ludźmi, obserwacji, refleksji, no i oczywiście jedzenia. Można nieco złośliwie napisać, że Varga stale szuka albo knajpy, gdzie może zaspokoić głód jakimś ulubionym daniem, albo noclegu. Szukając, odkrywa czasem coś, na co w swoich licznych peregrynacjach dotąd się nie natknął. Króluje oczywiście melancholia, której źródłem jest beznadzieja i nuda węgierskiej prowincji, wymieszana z fascynacją. I tak przez dwieście osiemdziesiąt stron. Im dłużej czytałam, tym bardziej mnie to nużyło. Ta powtarzalność, przewidywalność. Niewiele konkretów z "Langosza w jurcie" zostało mi w pamięci. Opowieść o "Szkole na granicy" Gezy Ottlika, podobno znakomitej węgierskiej powieści, piszę podobno, bo jej nie czytałam. Fragmenty opisujące opuszczone wsie, które co jakiś czas Varga mija, czy spotkania z Polakami przyjeżdżającymi do termalnych źródeł. Jakieś impresje, jakieś obrazy. Początkowo miałam wrażenie, że autor postawił sobie tezę, iż stopień porządności i poziom cywilizacyjny nadgranicznych terenów w dużej mierze zależy od sąsiada, z którym te tereny graniczą. Jeśli tak rzeczywiście było, to wybrzmiała ona słabo.

Być może pisarz sam doszedł do wniosku, że temat się wyczerpał, że będzie już tylko się powtarzać, bo w jednym z wywiadów udzielonych przy okazji wydania swojej najnowszej powieści wspomniał, że wzięła się właśnie stąd. Z fascynacji tematem i niemożności kontynuowania książek, o których dziś pisałam. Polecać? Nie polecać? Kto czytał "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą", może domknąć całość. Kto nie zna tamtych książek, niech najpierw koniecznie po nie sięgnie, szczególnie po pierwszą, najbardziej odkrywczą, najciekawszą, po prostu najlepszą. A potem sam zdecyduje.

 

Krzysztof Varga "Sonnenberg"

Moja literacka znajomość z Krzysztofem Vargą ogranicza się do jego felietonów, które lubię, ale  z powodu braku czasu (dylemat - książki czy gazety, skoro nie da się wszystkiego, rozstrzygam na korzyść tych pierwszych oczywiście) czytam raczej z doskoku, oraz do słynnego zbioru esejów  "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą". Za trzecią książkę z tego węgierskiego cyklu, "Langosz w jurcie", właśnie się zabieram. Natomiast nie czytałam wcześniej żadnej powieści Vargi. Dlaczego? Po pierwsze, bo kiedyś byłam na bakier z polską współczesną beletrystyką i została mi z tamtego okresu wielka czarna dziura. Po drugie, bo kiedy wreszcie przeprosiłam się z nią, jakoś nie ciągnęło mnie do męskiej prozy Vargi. Co zatem spowodowało, że sięgnęłam po jego najnowszą powieść "Sonnenberg" (Czarne 2018)? Dyskusja  w Tygodniku Kulturalnym i ... "Pamięć" Petera Nadasa. Mam w sobie dotąd atmosferę tamtej książki, której akcja w dużej części rozgrywała się w Budapeszcie, więc kiedy okazało się, że Krzysztof Varga postanowił napisać węgierską powieść, co pozwoli mi znowu zanurzyć się w podobnych klimatach, odbyć ponownie literacką podróż po mieście, które niespecjalnie znam i nawet w realu niespecjalnie lubię, nie zastanawiałam się ani chwili. Literackie pożądanie było tak ogromne, że natychmiast, mimo późnej pory i nie najniższej ceny, kupiłam "Sonnenberg" i jeszcze tego samego wieczoru, a właściwie nocy, rozpoczęłam lekturę. Jaki werdykt? Nie żałuję, że dałam się namówić. Książkę pochłonęłam jednym tchem i przynajmniej na razie wydaje mi się, że to taka powieść, która zostanie we mnie na dłużej. Ponieważ, jak już wspominałam, nie znam wcześniejszych powieści Vargi, nie obchodzi mnie, na ile autor się powtarza, pisząc w gruncie rzeczy jedną i tę samą książkę. Dla mnie liczy się ta i tylko ta.

"Sonnenberg" to dygresyjny monolog bohatera - Andrasa, literaturoznawcy zajmującego się prozą austriackich pisarzy, między innymi Brocha i Musila, powieściopisarza przed wiecznym debiutem. Jego powieść, o której zdążył już wszystkim opowiedzieć, jest ciągle na etapie wymyślania koncepcji. Trwa wiosna i lato 2016, a może 2015 roku, czas płynie Andrasowi na czekaniu. Od spotkania do spotkania z kochanką. Ich głęboko skrywany romans, który, jak się niespodziewanie okaże, kryje w sobie zaskakującą tajemnicę, trwa od lat, a on stale boi się, że pewnego dnia Agnes go porzuci. Czas pomiędzy spotkaniami upływa mu na wspominaniu, rozmyślaniach, spacerach po mieście, jedzeniu, no i piciu z przyjaciółmi. Andras w gruncie rzeczy jest bardzo samotny i ma świadomość, że znalazł się na jałowym torze. Poza miłością do kobiety i literatury nic się nie dzieje. Ale i tym miłościom wyraźnie brak już świeżości, popadły w powtarzalność i rutynę. Jakby coś się w życiu Andrasa zatrzymało, zacięło, a może nigdy nie rozpędziło na dobre? Może zawsze tylko żył z dnia na dzień, rozpamiętując przeszłość - dzieciństwo w nijakiej budapesztańskiej dzielnicy Zuglo, kolegów, rodzinny dom, babcię kalwinkę, ulubione potrawy, nagłe zniknięcie ojca. Dobrym pretekstem dla takiego dryfowania jest pewnie sytuacja polityczna na Węgrzech. Polityka stanowi tylko tło, ale jednak dość istotne. W Budapeszcie odbywają się akurat burzliwe demonstracje, ale Andras stoi z boku. Nie popiera ani Fideszu, ani Jobbiku, ale nie angażuje się, nie chodzi demonstrować, nawet narzekać nie ma już ochoty i siły, zrezygnowany udał się na wewnętrzną emigrację. Ma też świadomość upływającego czasu, przemijania, tego, że życie nieuchronnie zmierza do kresu, który może nadejść zupełnie nieoczekiwanie. Z tych wszystkich powodów powieść Vargi jest bardzo melancholijna, ale nie nazwałabym jej smutną. Pewnie dlatego, że przesyca ją ironia. Andras nie tylko na innych potrafi patrzeć ironicznie, złośliwie, z dystansem, podobnie spogląda na siebie, na swoje życie.

Drugim bohaterem tej książki jest Budapeszt. Bohater stale wędruje przez miasto, które jest mu bardzo bliskie. Żyć by bez niego nie umiał. Zrealizowane marzenie o wyjeździe do Portugalii okazało się niewypałem. Czytelnik wędruje po węgierskiej stolicy  razem z nim, poznając jej historię i topografię. Dzielnice brzydkie i piękne wzgórza Budy, centrum Pesztu oddane bezmyślnie we władanie hordom turystów, którzy jawią się tu jak współcześni barbarzyńcy. Varga drobiazgowo i pięknie opisuje miasto, jego zakamarki i zaułki, główne ulice, cmentarze, knajpy, a w nich jedzenie, sklepy, zieleń budańskich wzgórz, mosty i Dunaj. Nawet transport publiczny, bo Andras porusza się po mieście autobusami, tramwajami ewentualnie trolejbusami, tylko z rzadka metrem. Jestem pewna, że można by zwiedzać Budapeszt, wędrując śladami bohatera powieści.

Jeśli ktoś nie lubi takiej prozy, długie opisy go nużą, pożąda wartkiej akcji, niech po "Sonnenberg" nie sięga. Jest jeszcze drugi powód, dla którego  to nie powieść dla każdego. Nazwałam ją  dygresyjnym monologiem. Andras snując opowieść o swoim życiu, bez przerwy ucieka w dygresje. Wspomina, rozmyśla, rwie wątki, za nic ma chronologię. Chwilami, całkiem długimi chwilami, miałam wrażenie, że czytam kolejny węgierski esej Vargi. Mnie to nie przeszkadzało, przeciwnie, było wartością dodaną, sprawiało, że "Sonnenberg" to nie kolejny błahy romans, ale coś znacznie więcej. Myślę też, że znawcy Brocha i Musila znajdą w powieści kolejną warstwę, która mnie jest niestety niedostępna. Kiedyś czytałam wprawdzie "Lunatyków" Brocha, ale pozostało mi po nich mgliste wspomnienie, a po "Człowieka bez właściwości" Musila nigdy niestety nie sięgnęłam. Ale i bez znajomości austriackiej literatury "Sonnenberg" dostarcza wiele przyjemności podszytej melancholią. Teraz, kiedy zamknęłam już książkę, zastanawiam się, czy zachęcona lekturą najnowszej powieści Krzysztofa Vargi sięgnę po poprzednie? Gdyby nie morze innych literackich propozycji, pewnie tak bym uczyniła. Ale nie wykluczam, że przeczytam jedną dla porównania.

"120 uderzeń serca"

"120 uderzeń serca", film Robina Campillo, pokazywany na zeszłorocznym festiwalu w Cannes w konkursie głównym, obsypany Cezarami, cieszył się we Francji ogromną popularnością. Na nasze ekrany trafia z rocznym opóźnieniem i chyba nic nie zapowiada dobrej frekwencji. Już dawno nie siedziałam w tak pustej sali, co prawda wybrałam się do kina w piękne, ciepłe sobotnie bardzo wczesne popołudnie, ale widzów było wyjątkowo niewielu. A szkoda, bo to film i świetnie zrobiony, i ze wszech miar wart zobaczenia. Przyznam, że i ja też, wiedząc mniej więcej, o czym jest "120 uderzeń serca", szłam do kina z lekkim ociąganiem, trochę z ciekawości, trochę z obowiązku, no bo w końcu cóż mnie obchodzi AIDS, do którego dziś już przywykliśmy. Są inne choroby, które mają znacznie gorszy piar, że nie wspomnę o wzbudzających medialną panikę ptasich grypach, ebolach czy innych takich dość egzotycznych zarazach. Zapomnieliśmy, a może nigdy nie dość sobie uświadamialiśmy, czym był AIDS we wczesnych latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. To właśnie wtedy w Paryżu toczy się akcja filmu.

Na świecie śmiertelne żniwo zbiera epidemia AIDS, a politycy i opinia publiczna stale jeszcze uważają, że ten problem dotyczy tylko trzech zamkniętych środowisk - gejów, prostytutek i narkomanów, a wszyscy oni oczywiście sami sobie są winni. "120 uderzeń serca" opowiada o działaniach, jakie prowadzi francuski oddział powstałej w Stanach organizacji ACT UP, która zrzeszała osoby głównie z grup ryzyka, seropozytywne, chore i zdrowe. Wspólnie próbują zwrócić uwagę opinii publicznej i rządzących na problem, który wbrew powszechnemu mniemaniu dotknąć może każdego, walczą też z koncernami farmaceutycznymi, oskarżając je o opieszałość w pracach nad skutecznym lekiem i zatajanie informacji o skutkach ubocznych stosowanych medykamentów. Są wściekli, więc nie przebierają w środkach. Wpadają na konferencje naukowe, do siedziby koncernu farmaceutycznego, ich ulubioną metodą jest rozpryskiwanie sztucznej krwi, co budzi panikę, bo nikt nie wie, że to tylko na czerwono zabarwiony płyn. Organizują manifestacje, odwiedzają szkoły, aby mówić, a właściwie krzyczeć, o problemie i, co najważniejsze, o profilaktyce. Starają się bezskutecznie przyciągnąć uwagę mediów. 

Chociaż to film fabularny, w dużej części przypomina dokument. Obserwujemy cotygodniowe spotkania aktywistów, dyskusje, omawianie strategii, planowanie akcji, wreszcie same akcje. Cóż w tym ciekawego? Wszystko. Podziw budzi sam sposób prowadzenia zebrań, sposób udzielania głosu, wyrażania aplauzu, no i poziom samej dyskusji. Rzeczowej, merytorycznej, często emocjonalnej, prowadzącej do konkluzji. Ileż się można z tych rozmów dowiedzieć. Godna podziwu jest też znajomość przedmiotu. Aktywiści, chociaż są studentami, uczniami, ludźmi różnych zawodów, stali się przez lata działalności ekspertami od AIDS,  dzięki czemu są partnerami w rozmowach na przykład z przedstawicielami koncernów farmaceutycznych. Nie da się ich zbyć i zagiąć. Działacze są przygotowani na wszystko. Ponieważ to akcje nielegalne, każdy z uczestników dostaje dokładną instrukcję, jak ma się zachować w starciu z policją, co zabrać ze sobą, aby w razie zatrzymania przetrwać noc na komisariacie.

Film jest bardzo żywiołowy i świetnie zmontowany. Wszystko rozgrywa się w szybkim tempie, nie ma czasu na nudę i aż kipi od emocji i energii. Mimo powagi problemu na ekranie widać radość, bo jest ona w bohaterach. Chociaż są wściekli, często bezsilni, czasem zrezygnowani, chociaż doskonale zdają sobie sprawę z konsekwencji, jakie ponoszą za swoją działalność, chociaż żyją w cieniu śmierci, przecież co jakiś czas ktoś z nich umiera, to jednak są razem. Wspólnota, jaką tworzą, jest podporą, pociechą w trudnych chwilach. Nikt tu nie jest sam. Poza tym potrafią się bawić, może dlatego, że wielu z nich ma tak mało czasu. Kilkakrotnie w filmie obserwujemy energetyczny, transowy taniec, bohaterowie skaczą w rytm muzyki, wiją się w blasku stroboskopowych, onirycznych świateł. Te sceny powracają niczym refren.

Ale film ma też drugą warstwę, która stopniowo dochodzi do głosu, szczególnie w drugiej części. To historia prywatna - romans dwojga bohaterów, Nathana, który w pierwszej scenie filmu przystępuje do ACT UP, i Seana, długoletniego działacza. Jeden z nich jest zdrowy, drugi choruje. Wiadomo, jak wszystko się skończy. Ta osobista perspektywa wprawdzie w filmie nie dominuje, jest jednak ważna. Sprowadza całą sprawę do konkretu. U źródła działalności jest mnóstwo takich tragedii, ktoś umiera, ktoś choruje, ktoś cierpi po stracie ukochanej osoby. To nie słodka love story, przeciwnie, gorzka, smutna i brudna, bo skażona chorobą. Twórcy filmu nie epatują, ale też nie uciekają od pokazywania fizjologii choroby i umierania.

Naprawdę warto zobaczyć ten film, bo przedstawia historię w polskiej  społecznej świadomości słabo znaną albo zapomnianą. Przywraca też wiarę w sens wspólnotowego działania.

Mikołaj Grynberg "Księga wyjścia"

Są książki, które przeczytać po prostu trzeba. Tak jest z wydaną przez Czarne (2018)


"Księgą wyjścia" Mikołaja Grynberga. Moje osobiste powody są przynajmniej dwa. Raz, że do dziś tkwi we mnie jego "Oskarżam Auschwitz", dwa, że "Księga wyjścia" to rzecz o Marcu, którego okrągłą, pięćdziesiątą, rocznicę właśnie obchodziliśmy. Dla Mikołaja Grynberga,  autor w swoich fotografiach, a od jakiegoś czasu przede wszystkim w książkach zajmuje się ocalonymi z Holokaustu oraz ich dziećmi i wnukami, antysemicka nagonka 68 roku, której skutkiem była masowa emigracja polskich Żydów albo Polaków pochodzenia żydowskiego (jak trudno zdefiniować ich tożsamość, można przekonać się w książce), była tematem naturalnym. Nic dziwnego, że się nim zajął.

"Księga wyjścia", podobnie jak "Oskarżam Auschwitz", składa się z samych rozmów. Rozmów z ludźmi, których wydarzenia marcowe  dotknęły osobiście, wywracając ich życie do góry nogami, pozbawiając złudzeń. Bohaterowie tej książki byli wtedy uczniami, studentami albo właśnie podjęli pracę. Ich rodzice, także ofiary antysemickiej nagonki, dziś już nie żyją. Tym dramatyczniejsze i smutniejsze to świadectwo. Dlaczego? Bo niektórzy z nich o tym, że są Żydami, usłyszeli właśnie w marcu 68 roku. Nie mieli dotąd pojęcia o pochodzeniu swoich rodziców. Co ciekawe, najczęściej okazywało się w takiej sytuacji, że inni doskonale wiedzieli. Możemy tylko spróbować sobie wyobrazić, co dla nich znaczyła świadomość, że są w Polsce piątą kolumną (tak nazwał ich Gomułka w swoim haniebnym przemówieniu, na wspomnienie którego do dziś cierpnie niektórym skóra).

Ale losy rozmówców Grynberga toczyły się oczywiście bardzo różnie. Różne były drogi dojścia do Marca i różne drogi wyjścia. Niektórzy od początku mieli świadomość swojego pochodzenia, rodzice niczego przed nimi nie ukrywali. Oni najczęściej żyli w swoim środowisku - chodzili do żydowskich szkół, jeździli na kolonie dla żydowskich dzieci organizowane przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów, uczęszczali na spotkania do klubów wspomnianego Towarzystwa. Tylko obracanie się w swoim kręgu dawało im poczucie bezpieczeństwa. Często towarzyszyła im świadomość, że na pewno z Polski wyjadą. Mieli już krewnych albo znajomych za granicą, nie tylko w Izraelu, udzielało im się przeświadczenie rodziców, że Żydzi nigdy w Polsce nie będą bezpieczni. Byli też jeszcze inni, tacy pomiędzy. Dowiadywali się od obcych lub kolegów, że są Żydami, najczęściej była to oczywiście inwektywa, przezywano ich, rzucano w nich kamieniami, spluwano na ich widok, bito. Nie rozumieli, co to znaczy. Pytali rodziców, nieraz otrzymywali tylko krótkie potwierdzenie bez dalszych wyjaśnień, innym razem poznawali rodzinną historię. Ilu ludzi, tyle opowieści, jednak bardzo powszechne jest doświadczenie prześladowania jeszcze na długo przed Marcem. Do wyjątków należą ci, którzy żadnego nękania nie zaznali. Nie potrafię zrozumieć, skąd w ludziach brała się ta pasja tropienia żydowskich korzeni, jeszcze mniej gotowość do prześladowania.

Każda rozmowa oparta jest na podobnym schemacie. Najpierw Grynberg pyta o rodzinną historię, o życie przed, potem przychodzi kolej na wydarzenia marcowe, których przygrywką był czerwiec 1967 roku - wygrana wojna Izraela z Egiptem (do historii przeszła pod nazwą sześciodniowej). To jądro każdej rozmowy. Nie muszę pisać, jak przykre, smutne i tragiczne są te świadectwa. Najczęściej wszystko wyglądało dość podobnie - rodzice tracili pracę, a przynajmniej jedno z nich, studenci byli relegowani z uczelni, nowego zajęcia nie sposób było znaleźć ze względu na odgórne naciski, aby takich ludzi nie zatrudniać, zaczynało się nękanie, na przykład pojawiały się obelżywe napisy na drzwiach mieszkania, niektórzy lądowali w więzieniu, coraz mniej znajomych, bo polscy się odwracali, żydowscy powoli wyjeżdżali i rozterka - co robić. Zostać czy wyjechać? Decyzja na ogół nie była prosta. Często łączyła się z rozstaniem z rodzicami, którzy wyjeżdżać nie chcieli, z rodzeństwem, z kimś ukochanym. Bywało, że najpierw jechała część rodziny, po miesiącach lub latach dobijali pozostali. Czasem władza nie chciała dać komuś pozwolenia na wyjazd. To też bywał element nękania, szczególnie, jeśli ktoś z bliskich już wyjechał. A potem udręka likwidowania mieszkania. Towarzyszyła temu cała logistyka. I nadal drobne lub większe szykany, do samego końca. Jak wyjeżdżać ze świadomością, że to nie tylko na zawsze, ale że nie będzie można do Polski przyjechać nawet na chwilę? Jak zaczynać wszystko od nowa? O tym też są te rozmowy. I o dalszych losach, o tym, co im zabrał Marzec i kim się dziś czują. Odpowiedź na to ostatnie pytanie nie zawsze bywa prosta. Poszczególne rozdziały przeplatane są rozmową Mikołaja Grynberga z jego nieżyjącym już dzisiaj ojcem, Marianem. Autor chce wiedzieć między innymi, dlaczego jego rodzice nie zdecydowali się wyjechać.

Warto też dodać, że autor zachował indywidualny język i styl swoich rozmówców. Ten zabieg sprawia, że każdy jest tu kimś innym mimo wspólnoty doświadczeń.

Książkę kończy znakomite posłowie Polowanie na piątą kolumnę historyka profesora Piotra Osęki, który w skondensowanej formie daje jasny i zrozumiały wykład o Marcu, ale także o tym, jaka była jego geneza, a sięga do czasów tuż powojennych, i jakie były skutki tamtych wydarzeń. Statystyka, którą na końcu przytacza, jest przerażająca. Czytałam, i słuchałam, trochę na temat 68 roku w Polsce, szczególnie ostatnio, kiedy mamy okrągłą rocznicę, ale nie spotkałam się z tak klarownym przedstawieniem tego zagadnienia. Lektura całości obowiązkowa.

PS. Świetnym literackim uzupełnieniem książki Mikołaja Grynberga jest powieść "Tylko Lola" Jarosława Kamińskiego. W kontekście tych rozmów jeszcze bardziej ją doceniłam. To przejmujące literackie świadectwo tamtych ponurych czasów. Kto jeszcze nie czytał, musi to zrobić koniecznie.

Magdalena Tulli "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską"

Twórczość Magdaleny Tulli odkryłam dla siebie stosunkowo niedawno. Zaczęło się od "Szumu", którym zachwyciłam się ogromnie, dlatego nic dziwnego, że natychmiast rzuciłam się na "Włoskie szpilki". Taki sam zachwyt! Od tamtej pory czekam na nową książkę pisarki, no i bardzo chciałabym przeczytać poprzednie, co nie jest takie proste, bo nakłady już dawno się wyczerpały. A jeśli normalną drogą, czytaj w księgarni, nie można czegoś kupić, tylko trzeba zadać sobie trochę więcej trudu, to niestety czyta się to, co dostępne natychmiast. Mam całą listę książek, które chciałabym poznać, ale szukać ich trzeba w internecie albo w antykwariatach, a to już zawsze więcej zachodu. Najprostszym wyjściem byłaby biblioteka, ale należę do tych, którzy lubią książki mieć, mieć je zawsze pod ręką. Jednym słowem bardzo żałuję, że wcześniej nie sięgnęłam po twórczość Magdaleny Tulli. A powody były dwa. Po pierwsze to przez niezrozumiałą niechęć do polskiej literatury współczesnej, zmądrzałam - to już nieaktualne, a po drugie książki Magdaleny Tulli wydawały mi się niszowe i nie dla mnie. Proza pisarki funkcjonowała pod hasłem lingwistycznej, hermetycznej. Teraz wiem, że to nie tak. A jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu po lekturze jej rozmów z Justyną Dąbrowską opublikowanych w książce "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską" (Znak 2017).

Nie jest to ani wywiad-rzeka, ani żaden inny wywiad, tylko rzeczywiście rozmowy, w których główną rolę pełni oczywiście Magdalena Tulli. Całość podzielona została na rozdziały poświęcone sprawom dla pisarki istotnym. Zaczyna się od wychowania dzieci, potem jest o dźwiganiu ciężarów (zesłanych przez los oczywiście), szukaniu zawodu, o pisaniu, o muzyce, o książkach, jest rozdział o emocjach - smutku i gniewie, o wolności, przemocy, uchodźcach, wreszcie o miłości i na koniec o upływie czasu i śmierci. W jakimś sensie są te rozmowy tym samym, czym jest jej proza. Dają możliwość wejścia w głąb duszy pisarki (wiem, brzmi bardzo egzaltowanie, ale nadal nie znajduję lepszego sformułowania).  Odkrywa się w nich, dzieli swoimi poglądami, refleksjami, słabościami, uczuciami, lękami, ale przecież to samo robi pisarz w swoich powieściach, też się odsłania i wystawia na osąd.

Magdalena Tulli jawi się dzięki tym rozmowom jako postać nietuzinkowa, fascynująca i osobna. Skomplikowana i niepospolita, refleksyjna, zadająca sobie pytania i szukająca odpowiedzi. Naznaczona trudnym dzieciństwem, którego efektem były kłopoty w kontaktach z ludźmi i problemy szkolne, takie zupełnie podstawowe z pisaniem, czytaniem, liczeniem. Przebyła długą i żmudną drogę, aby to zmienić. Żeby kontakty z ludźmi stały się możliwe, żeby, jak mówi, ręka nadążała za umysłem. Bardzo ciekawe są jej opowieści o tym, jak sobie radziła w dzieciństwie, nie tylko w szkole, jakie strategie przetrwania obierała. Równie ciekawie mówi  o drodze pisarskiej pełnej wahań, nieporozumień, porażek i sukcesów. Najbardziej boli ją niezrozumienie jej wczesnych książek przez krytyków, nadanie im etykietek, które według autorki były niesprawiedliwe, bo nie dotykały tego, o czym rzeczywiście była jej proza. Mocno dostaje się recenzentom i ludziom zawodowo zajmującym się literaturą. Tulli mówi o tym, jak w gruncie rzeczy boją się o swoją pozycję, o to, że się wychylą i narażą na śmieszność i krytykę ze strony środowiska. I rzeczywiście, kiedy zastanowić się nad tym, kiedy przyjrzeć się, jak ocenia się pisarzy i książki, jak najczęściej podobne są oceny, jak często unika się w recenzjach tego, co trudne, trudno nie przyznać racji pisarce. To samo, zauważyłam, dotyczy filmu, a zwłaszcza teatru. Ileż razy jako widz szukałam w recenzjach teatralnych objaśnienia czegoś trudnego, niejasnego, na ogół nadaremnie.

Magdalena Tulli mówi też o swoich lękach egzystencjalnych wynikających z kondycji świata i Polski. Nie jest optymistką. I tu w pełni się z nią zgadzam. Jej obawy, niepokój, przekonanie, że wszystko raczej zmierza w złą niż w dobrą stronę, jej przekonanie, że nie ma łatwych rozwiązań, jeśli w ogóle, są mi bardzo bliskie. Dlatego pewnie mówi wprost i bardzo mocno o sytuacji w kraju, nie robi uników, nie kryje się ze swoimi poglądami. Zwierza się, jak bardzo przeżywa stopniowe ograniczanie wolności, jak bardzo nie zgadza się z takim urządzaniem świata, gdzie wszyscy mają być tacy sami, identycznie myśleć, podporządkować się karnie rozmaitym instytucjom. Tego właśnie nie mogła znieść w czasach swojej młodości, dlatego przeraża ją to, co dzieje się teraz. Bardzo ciekawy jest rozdział poświęcony uchodźcom. Chociaż Magdalena Tulli jednoznacznie opowiada się za ich przyjmowaniem, to mówi też o swoich obawach i trudnościach. Tak bardzo po ludzku. Na przykład zastanawia się, czy potrafiłaby podzielić się swoim mieszkaniem. No bo skoro powiedziało się a, to może konsekwencją tego powinno być powiedzenie b. Przyznam, że i tym razem bardzo bliskie mi są jej przemyślenia na ten temat. Równie ciekawy jest rozdział o roli, jaką odgrywa muzyka w jej życiu i wcale nie jest to tylko opowieść o ulubionych kompozytorach czy o tym, czego słucha. Nie, to znacznie więcej. To również próby nauczenia się gry na instrumencie, śpiewanie w chórze mimo braku warunków, a przynajmniej tak o sobie myślała.

Czytając rozmowy z pisarką, nabrałam przekonania, że może w pewnym sensie jej ograniczenia stały się dla niej błogosławieństwem, bo nauczyły ją uważności, wytrwałości i poświęcania się czemuś całkowicie i dogłębnie. Skupiania się na jednej sprawie. Raz będzie to muzyka, innym razem czytana książka, pisanie, zabawa z dziećmi albo naprawianie jakiegoś przedmiotu.

Na koniec łyżeczka dziegciu. Nie wszystko zainteresowało mnie w równym stopniu. Niektóre rozdziały lekko nudziły, a nawet irytowały. To te, w których Magdalena Tulli za bardzo zmierza w stronę psychologii, w dodatku robi to w taki poradnikowy sposób. Tego nie lubię, ale to na szczęście (dla mnie) drobny ułamek tych rozmów. Dla kogo wobec tego jest ta książka? W pierwszym rzędzie oczywiście dla miłośników jej twórczości. Dla nich to lektura obowiązkowa. Ale śmiało mogą sięgnąć po te rozmowy wszyscy ci, którzy chcą spotkać ciekawego, fascynującego człowieka. Jeśli takiego czytelnika znudzi rozdział o pisaniu, może go przecież pominąć. A jeśli jednak przeczyta, być może sięgnie po książki pisarki.

 

 

 

 

Joanna Czeczott "Petersburg. Miasto snu"

Książkę "Petersburg. Miasto snu" Joanny Czeczott (Czarne 2017) kupiłam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zmobilizowana faktem, że znalazła się w ścisłym finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, przeczytałam. Kto przynajmniej od czasu do czasu sięga po literaturę rosyjską, temu temat - opowieść o Petersburgu, podobnie jak autorce, musi wydać się interesujący. Już w samym wyobrażeniu miasta nad Newą jest coś ekscytującego, a jeśli kiedyś było się w dawnej stolicy Rosji i pamięta się choćby mglisty obraz, tym bardziej chce się, przynajmniej dzięki lekturze, odbyć kolejną, tym razem wirtualną, podróż. Byłam w Petersburgu w dzieciństwie, jeszcze z rodzicami. Wygrzebuję z pamięci obrazy długich ulic, pałaców, kanałów, ogrodów, Aurory, ruchomych schodów zwożących pasażerów w czeluście najgłębszego metra (zapamiętałam ludzi czytających książki), białych nocy, bo odwiedziliśmy Petersburg na przełomie czerwca i lipca. Czy rzeczywiście pamiętam? Czy tylko sobie wyobrażam?

Myślałam, że "Petersburg. Miasto snu" to po prostu jeszcze jeden zbiór reportaży, jakich wiele czytałam. Tymczasem, jaka miła niespodzianka, ta książka jest czymś więcej. To połączenie literatury faktu z esejem, szczególnie w części pierwszej. Może dlatego, że wzięła się z młodzieńczej fascynacji miastem założonym przez Piotra I. Ta fascynacja wzmocniona szkolną wycieczką zaprowadziła autorkę na studia do Petersburga. Oczywiście nie każdy, kto w jakimś mieście mieszka, nawet długo, jest w stanie coś ciekawego o nim napisać, ale Joannie Czeczott ta sztuka się udała. Co w takim razie sprawia, że nie jest to zwyczajny zbiór reportaży drukowanych wcześniej w prasie? (Tylko ostatni ukazał się przed kilku laty  w jednym z kolejnych wcieleń Przekroju) Autorka wybiera to, co z Petersburgiem się kojarzy i zajmuje się tym w kolejnych rozdziałach. Czasem są to skojarzenia oczywiste, których oczekujemy - powstanie miasta założonego na bagnach przez Piotra I, rewolucja październikowa, blokada Leningradu w czasie drugiej wojny. Innym razem czytając kolejny reportaż, miałam ochotę krzyknąć - no tak, jasne, dlaczego sama na to nie wpadłam. Tak było na przykład w wypadku opowieści o wielkim stalinowskim terrorze i czystkach lat trzydziestych, balecie, ludziach handlujących w metrze (no jasne, metro, pomyślałam sobie) czy potomkach arystokracji. Są wreszcie tematy, którymi czytelnik zostaje całkowicie zaskoczony. Chyba największym odkryciem jest rozdział pierwszy, w którym autorka opowiada o tym, co było na tych ziemiach przed założeniem Petersburga. Legenda głosi, że Piotr I zbudował miasto na bagnach, w pustce. A to nieprawda! Kto słyszał o Ingrii, o jej rdzennych mieszkańcach - Wodach i Iżorach, o twierdzy Nienszanc? Kto pamięta z lekcji historii, że te tereny należały niegdyś do Szwecji? Jeszcze wtedy, kiedy car zakładał tam nową stolicę? Takich zaskoczeń jest więcej. Ale nawet rozdziały, których spodziewamy się w książce o Petersburgu, zaskakują i czyta się je z wypiekami na twarzy. Choćby niezwykle fascynująca historia powstawania miasta albo rozdział o powodziach. Niby wiadomo, że zalewały miasto, ale aż tyle? 308 powodzi przez 308 lat? Niektóre katastrofalne w skutkach. A jakie były ich przyczyny? Jak wreszcie okiełznano żywioł? I kiedy? Nie miałam pojęcia, albo sobie nie uświadamiałam, że Petersburg od początku zawsze żył w cieniu katastrofy. Autorka, podpierając się znawcami tematu, pisze o tym, że w mieście od zawsze toczyła się swoista walka kultury z naturą, nazywa to wręcz, chyba za kimś,  konfliktem kulturalno-eschatologicznym, który z jednej strony odbiera radość, z drugiej staje się napędem dla twórców. To dlatego żyło tu tylu pisarzy. Takich erudycyjnych wstawek jest w książce więcej, zwłaszcza w pierwszej części. Choćby zderzenie opowieści o powstaniu miasta z tekstem scenariusza spektaklu Krystiana Lupy "Miasto snu" wystawionego kilka lat temu w TRWarszawa. Innym ciekawym zabiegiem jest mieszanie opowieści o dzisiejszym obliczu miasta z jego przeszłością. Kiedy Joanna Czeczott pisze o rewolucji lutowej i październikowej, zaczyna rozdział zatytułowany Czekając na rewolucję od portretu współczesnych komunistów, przede wszystkim od dość groteskowej partii Komuniści Petersburga i Obwodu Leningradzkiego, która jako jedyna ze sporą regularnością gości w mediach zachodnich. Dlaczego? Tego już nie zdradzę.

Książka jest swoistym przewodnikiem po mieście i jego historii. Dlatego autorka opowiada chronologicznie - zaczyna od reportażu o Wodach i Iżorach, potem pisze o pomyśle Piotra I, aby tam właśnie u ujścia Newy założyć miasto, o jego powstawaniu, a kończy całość portretem młodego pokolenia, rocznikiem 80-tym. Jak to w przewodniku każdy rozdział zaczyna się od spisu miejsc związanych z tematem. Joanna Czeczott przekonuje w swojej książce, że Petersburg to miejsce szczególne, niezwykłe, tacy sami są jego mieszkańcy. Gdyby dla opisu miasta można  użyć przymiotnika charyzmatyczne, to właśnie tak należałoby o Petersburgu powiedzieć. Lektura obowiązkowa.

Wiesław Łuka "Nie oświadczam się"

Pewnie nigdy nie sięgnęłabym po reportaż Wiesława Łuki "Nie oświadczam się" (Dowody na Istnienie 2014), gdybym nie obejrzała spektaklu Agaty Dudy-Gracz "Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk" z poznańskiego Teatru Nowego. Inspiracją dla przedstawienia była właśnie wspomniana książka. Chciałam się przekonać, ile w teatralnej opowieści było z reportażu, co zmieniono i jak rzecz miała się naprawdę. Reporterska książka Wiesława Łuki przed kilku laty zainaugurowała działalność wydawnictwa Dowody na Istnienie założonego przez uznanych reporterów Wojciecha Tochmana i Mariusza Szczygła. Wydana została w jednej z trzech serii - Faktyczny Dom Kultury, w której ukazują się reportaże sprzed lat, polskie i zagraniczne, klasyki gatunku, głośne, czasem zapomniane, a wszystkie warte przypomnienia. I taką zapomnianą książką jest właśnie "Nie oświadczam się".

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, pod tym tytułem nie kryje się żadna historia miłosna. Przeciwnie. To cykl kilkunastu reportaży sądowych relacjonujących głośną wtedy sprawę morderstwa, do jakiego doszło w wigilijną noc na drodze między wsią Zrębin a Połańcem. Wtedy, czyli w roku 1976. Zamordowane zostały trzy osoby, młode małżeństwo Łukaszków, kobieta była w ciąży, i brat żony, kilkunastoletni chłopak. Powodem był drobny zatarg - oskarżenie o kradzież wędlin i mięsa w czasie wesela Łukaszków, które odbyło się kilka miesięcy wcześniej. Długo uważano, że to wypadek, dopiero potem zmieniono kwalifikację czynu. Zbrodnia była przerażająca nie tylko dlatego, że powód tak nieistotny, tak nieadekwatny do zemsty, jakiej dokonano, ale także dlatego, że okrutna i przeprowadzona z zimną krwią, z rozmysłem, drobiazgowo zaplanowana. Ale jeszcze straszniejsze było to, co zdarzyło się w trakcie morderstwa, bezpośrednio po nim  i to, co działo się potem. Otóż świadkiem zbrodni byli pasażerowie autobusu, którym rozjechano ofiary. Nikt nie protestował, nikt nie próbował powstrzymać zbrodniarzy. Jeden z morderców, mózg całej operacji, sterroryzował nie tylko ich,  pieniędzmi i przysięgą przypieczętowaną własną krwią zmuszając do milczenia, ale i całą wieś. Długo wszyscy poza jedną, najbiedniejszą rodziną, która nie dała się przekupić, milczeli, mataczyli, składali fałszywe zeznania.

Wiesław Łuka  przez pięć lat dla jednej z gazet, chyba dla Prawa i Życia, w pewnym momencie pada ta nazwa, relacjonował proces, jeździł do Zrębina i do Połańca, rozmawiał ze świadkami, krewnymi ofiar, z oskarżonymi o zbrodnię i ich rodzinami. Książka składa się z materiałów procesowych, między innymi ze stenogramów fragmentów kilku rozpraw, ale przede wszystkim z rozmów. Reporter kryje się w cieniu, oddaje głos swoim rozmówcom i dokumentom. Zachowuje ich język, co pozwala się przenieść w tamten czas i tamto miejsce.

Obraz, jaki wyłania się z tej książki, jest tyleż nieprawdopodobny, co wstrząsający. To portret zamkniętej, wiejskiej społeczności zdominowanej i zastraszonej przez morderców. Jeden z nich, mózg całej operacji, cieszył się w Zrębinie wielkim autorytetem, chociaż nie był, to uchodził za człowieka wykształconego, który zna się niemal na wszystkim i zna wszystkich ważnych w okolicy, a może nawet w samej Warszawie. Nieprzypadkowo nazywano go królem Zrębina. To społeczność targana podskórnymi konfliktami sięgającymi w przeszłość, gdzie niczego się nie zapomina. Strach, ale i umniejszanie zbrodni, przejście nad nią do porządku dziennego, brak rozeznania, co dobre, co złe powodowały, że niemal wszyscy mieszkańcy zgodnie milczeli i mataczyli. Do tego alkohol, religijność, ale co to za religijność. Tłem zbrodni jest pasterka, niektórzy mordercy i świadkowie  po złożeniu przysięgi milczenia wracają do kościoła, aby mieć alibi. Modlą się, śpiewają, przekazują sobie znak pokoju, jakby nic się nie stało. Może idą do komunii. Przysięga złożona zostaje na krzyż, a druga na medaliki przywiezione przez głównego sprawcę z Częstochowy. Potem, kiedy powoli pęka zmowa milczenia i świadkowie jeden po drugim zaczynają mówić, jak było, rodzi się strach, że krewni zbrodniarzy będą się mścić. Przecież rodziny zamordowanych i morderców, świadkowie muszą nadal mieszkać razem w jednej wsi. Przypomina to liczne sytuacje z tych wszystkich obszarów świata, w których doszło do wielkich konfliktów, rzezi czy ludobójstwa. Kiedy, jak to po każdej wojnie, ktoś musi posprzątać, wszyscy jakoś próbują posklejać rzeczywistość i żyć razem, bo inaczej się nie da. Pisząc to, myślę choćby o Irlandii Północnej, Ruandzie czy Bałkanach. W Zrębinie mamy apokalipsę w skali mikro. Mechanizmy trochę podobne. A oprócz tego polski bałagan. Nieudolnie prowadzone śledztwo, błędy procesowe i relikt tamtych czasów - orzeczona i wykonana kara śmierci, która mimo przerażającego czynu budzi grozę i mój sprzeciw.

Po trzydziestu pięciu latach Wiesław Łuka wraca do Zrębina i nie jest to powrót budujący. Zbrodnia sprzed lat nadal jest tu żywa, podziały również, nikt nikogo nie próbował przeprosić, do pojednania nie doszło, a alkohol leje się szerokim strumieniem.

"Twarz"

Na "Twarz" Małgorzaty Szumowskiej początkowo czekałam bardzo niecierpliwie. Po znakomitym "Body/Ciało" poprzeczka postawiona została niezwykle wysoko, a znakomite przyjęcie na Berlinale uwieńczone Srebrnym Niedźwiedziem obiecywało bardzo dużo. Tymczasem kiedy przyszło do premiery, oprócz dobrych recenzji pojawiły się głosy rozczarowania i krytyki. Że Szumowska wali cepem, że brak filmowi subtelności, że nie zna polskiej prowincji, że to jednak krok wstecz. Piszę to ze smutkiem, bo od znakomitego filmu "33 sceny z życia" na każdy jej nowy obraz czekam z ciekawością. Z tych wszystkich powodów, do których doszedł brak czasu, do kina wybrałam się ponad tydzień po premierze. Szłam, jak zwykle w podobnych przypadkach, z zaciekawieniem, ale i nie obiecując sobie zbyt wiele.

Teraz mogę już napisać, jaki jest mój odbiór "Twarzy". Nie było aż tak źle, jak mogłam się spodziewać, ale też trudno powiedzieć, abym ten film jakoś przeżyła, aby mną wstrząsnął, abym się jakoś specjalnie znakomicie bawiła. Dlatego zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że to jednak krok wstecz. Z filmów o prowincji, które ostatnio obrodziły w polskim kinie, ten obszedł mnie najmniej. Zdecydowanie wyżej stawiam znakomitą "Cichą noc" Piotra Domalewskiego, "Wieżę. Jasny dzień" Jagody Szelc czy "Dzikie róże" Anny Jadowskiej, najmniej w tym gronie utytułowane, dla mnie bardzo ważne. Małgorzata Szumowska chciała się rozprawić z wieloma naszymi wadami - nietolerancją, powierzchowną, pustą religijnością, za którą nic nie stoi, wrogością do obcych, megalomanią, źle pojmowanym patriotyzmem, hipokryzją, nieuctwem,  chciwością, prymitywizmem, alkoholizmem, zawiścią. Dostało się też kościołowi i mediom, które wszędzie wietrzą sensację i z wszystkiego zrobią show. Obawiała się skandalu, a może na niego liczyła, a przynajmniej na krytyczne wzmożenie. Tymczasem chyba nic takiego się nie stało.

Zaczyna się z grubej rury - groteskową sceną, świetnie pokazaną, trochę śmieszną, trochę straszną, ale czy rzeczywiście potrzebną? To swoisty prolog do filmu, preludium. Potem w pierwszej części oglądamy szereg innych scen, które pokazują nasze wady. Nasze? Czy jest to portret Polaków, czy portret polskich prowincjuszy? Tej Polski B albo C, którą lubimy obwiniać o całe zło.

Niby pierwsza scena wprowadza widza w konwencję, więc może nie powinnam się czepiać, że wszystko tu rysowane jest grubą kreską, uproszczone, skondensowane. Pewnie takie ma być. Ja jednak wolę subtelność "Cichej nocy" czy "Dzikich róż". Bohaterów tamtych filmów można nie darzyć sympatią, można patrzeć na nich krytycznie, z odrazą, ale można ich też zrozumieć, współczuć im, a nawet polubić. Bohaterów "Twarzy", rodziny Jacka, nie sposób. Wszyscy, poza siostrą graną świetnie przez Agnieszkę Podsiadlik, i dziadkiem, który prawie się nie odzywa, są prymitywni, chciwi, odrażający i chcą, aby wszyscy żyli według jednego wzoru. Klną jak szewcy, piją, mężczyznom brzuchy wylewają się zza pasków, kobiety, usługujące mężom, zajmujące się dziećmi, są tak szare, jakby ich wcale nie było. Tylko matka, w tej roli Anna Tomaszewska, to niezła sekutnica, która z czasem staje się coraz bardziej demoniczna. Wszystko to kondensuje się w kilku scenach. Pierwsza - codzienna popijawa. Druga - śmieszne, groteskowo przerysowane składanie wigilijnych życzeń. Trzecia - pogrzeb. Mogłam coś przeoczyć, te najbardziej zapadły mi w pamięć. Również ksiądz i inni hierarchowie sportretowani są tak, jak możemy tego oczekiwać. Pazerni, nietolerancyjni, hipokryci, ich słowa zupełnie rozmijają się z czynami. Oczywiście Szumowska nie wymyśliła sobie tego. Tacy jesteśmy, takie mamy wady. Pijemy, przeklinamy, zazdrościmy, nasza religijność jest często fasadowa, mnóstwo jest takich księży, więc niby wszystko się zgadza, tym bardziej, że konwencja nie do końca serio, a jednak coś tu nie gra. Nie ma w tym portrecie Polski i Polaków niczego zaskakującego, wszystko jest do bólu przewidywalne. Czy taka jest prowincja? Czy, jak twierdzą niektórzy, tak wyobraża ją sobie Małgorzata Szumowska? Skąd mam wiedzieć. Ja, człowiek miasta, żyjący w swojej bańce, na dobrą sprawę nie mam pojęcia. Mogę się tylko domyślać, że jest nieco bardziej różnorodna.

Z tego tła od początku wyróżnia się główny bohater, Jacek, grany przez Mateusza Kościukiewicza. Ma długie włosy, słucha metalu, chodzi w dżinsowej kamizelce, ma tatuaże, chce wyjechać, a może uciec. Wszyscy traktują go jak dziwaka i odmieńca, rodzina ma chyba nadzieję, że to minie, kiedy tylko się ożeni. Może by wyjechał, może by się ożenił, gdyby nie wypadek, którego konsekwencją jest przeszczep twarzy. Jeżeli coś mnie porusza w tym filmie, to samotność, wyalienowanie i rozpacz bohatera po operacji i powrocie do domu. Żyje, a to jest najważniejsze, ma nową twarz, ale przecież nie jest to twarz ładna. Budzi ciekawość, sensację, ale i odrazę, lęk. Izolowany, odrzucony przez miejscową społeczność, z trudem tolerowany przez rodzinę, no bo trzeba jednak przygarnąć, ale przecież taki dziwny, żeby nie powiedzieć straszny, więc jak. W trudnej sytuacji wspiera go tylko siostra, na pomoc państwa też nie może liczyć. Szumowska skupia się przede wszystkim na wyobcowaniu bohatera, jego problemy bytowe, finansowe są tylko ledwie zaznaczone.

Film jest oczywiście bardzo dobrze zrobiony. Wracają obrazy i sceny. Przystanek autobusowy, most. Spotkania i rozstania. Każde inne, aż w końcu stają się filmową metaforą. To wszystko nie ratuje jednak "Twarzy", która nie zapada w pamięć, co przyznaję ze smutkiem. Mam jednak nadzieję, że kolejnym filmem Małgorzata Szumowska wróci do swojej wysokiej formy, przecież i w przeszłości zdarzały się jej wpadki. Po "33-ech scenach z życia" przyszedł dużo słabszy "Sponsoring', a potem znowu było dobrze ("Imię") albo znakomicie ("Body/Ciało").

Maciej Płaza "Robinson w Bolechowie"

Kiedy jakoś tak późnym latem usłyszałam, że jesienią wyjdzie druga powieść Macieja Płazy, ucieszyłam się ogromnie, bo tak bardzo zachwyciłam się jego debiutanckim "Skoruniem". I właśnie skończyłam czytać "Robinsona w Bolechowie" (W.A.B. 2017), emocje jeszcze świeże, refleksje też, a zachwyt? Taki sam jak poprzednio! Powieść gęsta, mięsista i pięknie napisana. Nawet gdyby najnowsza książka Macieja Płazy była o niczym, oczywiście jest o czymś, to i tak nie żałowałabym lektury, bo wystarczyłaby mi już tylko przyjemność  obcowania z tą niezwykle napisaną prozą. Kto zna "Skorunia", ten wie, o czym piszę, kto nie zna, powinien spróbować, chociaż z bólem serca przyznaję, że nie jest to rzecz dla każdego. Na pewno wymaga skupienia, uważnej lektury, rozsmakowania się w kunsztownym, barokowym języku pełnym metafor, porównań, niezwykłych skojarzeń, neologizmów i czego tam jeszcze! Kto nie lubi opisów, długich i dokładnych, ale jakich niezwykłych, kto nie lubi introspekcji, kto musi mieć dialogi zapisane, jak Bóg przykazał, i narrację prowadzoną prosto, najlepiej chronologicznie, bez żadnych czasowych zapętleń, przeskoków, bez niedomówień i zagadek, niech się za "Robinsona w Bolechowie" nie zabiera. Niestety. Jeśli dla kogoś to wszystko nie stanowi przeszkody, namawiam gorąco.

W drugiej powieści Macieja Płazy znajdziemy pewne motywy znane z poprzedniej, ale poza tym wszystko jest inne. To, co już oswojone, to wieś - Bolechów, gdzieś nad Wisłą, na jej stromym brzegu, gdzieś w okolicy Sandomierza. Chociaż ziemie też żyzne, chociaż jest i sad, to wieś jednak inna. Bo są wprawdzie chałupy, gospodarstwa otoczone malowniczymi sadami właśnie, ale jest też szpecący okolicę PGR, szczególnie, kiedy zostanie zamknięty i popadnie w ruinę, jest wreszcie pałac należący niegdyś do hrabiego, który zginął w czasie wojny. Potem utworzono w nim muzeum. I ten kontrast wieś - pałac bardzo mocno w powieści wybrzmiewa. Nie tylko w czasach przedwojennych, kiedy żył jeszcze hrabia, ale ta dominacja, ta wielkopańskość trwa nadal - i w czasach komunistycznych, i po transformacji. Nie ma już hrabiego, pałac upaństwowiono, powstało w nim muzeum, ale jego długoletni kustosz - Stefan, syn dawnego ogrodnika, od dziecka zafascynowany pałacowym światem, ma w sobie coś jaśniepańskiego. Człowiek, który swoją zawodową karierę, wykształcenie zawdzięcza historycznej zawierusze, który gdyby nie wojna, gdyby nie zmiana ustroju, pewnie zostałby jak ojciec pałacowym ogrodnikiem,  zachowuje się jak pan na włościach. Gwoli sprawiedliwości dodajmy jednak, że jak dobry, oświecony pan. Jeszcze lepszą panią okaże się jego córka, Łucja, która zgodnie z wolą ojca będzie kontynuowała jego misję.

Na drugim biegunie jest wieś. A tam kamieniarz Franciszek, mistrz w swoim fachu, ale odludek, milczek, gbur, gwałtownik, człowiek o pogmatwanej przeszłości. Począwszy od drugiego rozdziału, naprzemiennie śledzimy losy Stefana i Franciszka. Bardzo mocną dominantą jest tu wojna oglądana oczami dzieci - kilkunastoletniego Stefana i kilkuletniego zaledwie Franciszka. Szczególnie jego perspektywa jest niezwykła, bo nie rozumie, co się wokół niego dzieje, więc i my w taki sposób, niekonkretny, niedomówiony, zawoalowany, nie wprost poznajemy historię wołyńskiej rzezi, bo to na Wołyniu urodził się Franciszek. Temu podporządkowany jest też oczywiście język - enigmatyczny, nasączony strachem. Tym strachem nasiąknie Franciszek, co położy się cieniem na jego życiu. Będzie odmieńcem, dziwakiem, czarcim pomiotem.

Ale powieść Macieja Płazy jest niezwykle zwodnicza, i to kolejna z jej zalet, bo odnosiłam wrażenie, że co jakiś czas zaczyna się od nowa. Zmienia się temat, inny bohater staje się najważniejszy. Niby to naturalne w rodzinnych sagach, a tym w pewnym sensie jest "Robinson w Bolechowie", ale tu poprowadzone to zostało jakoś inaczej. Na tyle zwiodła mnie historia Stefana i Franciszka, że zupełnie straciłam z oczu pierwszy rozdział, który przecież dyskretnie wprowadzał głównego bohatera i najważniejszy temat powieści. Kto nim jest? Robert, wnuk Stefana, syn Łucji. Wychowany w pałacu, oczko w głowie dziadka, to słowo do Stefana bardzo nie pasuje, kolejny odmieniec. Paniczyk, malarzyk, jak o nim mówią. Jest łącznikiem pomiędzy pałacem a wsią, z którą wiążą go rozmaite więzy. Od dziecka maluje, rysuje, włóczy się po okolicy ze szkicownikiem i pudełkiem po czekoladkach, w którym trzyma ołówki i inne przybory potrzebne mu do szkicowania i rysowania. Pudełko to nie byle jakie, Stefan dostał je jeszcze od hrabiego i przechował jak najcenniejszą pamiątkę. Wiele tu takich śladów łączących powojennych mieszkańców pałacu z jego dawnym właścicielem.

Druga część powieści skupia się przede wszystkim na dorosłym już Robercie. To z jego perspektywy patrzymy na Bolechów i jego mieszkańców. Swoje życie rozpiął pomiędzy rodzinną wsią a Poznaniem, gdzie skończył studia na ASP i gdzie zamieszkał. Wątek poznański jest równie fascynujący jak ten bolechowski. Poszerza perspektywę historyczną, społeczną, bardzo ciekawy jest obraz środowiska artystycznego. Nieco zmienia się też w tych partiach język. Jest prostszy, bardziej narracyjny, chociaż nadal niepozbawiony barokowych ozdób, ale tu są nieco dyskretniejsze, mniej liczne. Robert robi karierę, także finansową, jego obrazy są kupowane, wystawiane w Polsce i na świecie, ale jest też związany z artystami z kolektywu Zakład zajmującymi się sztuką krytyczną i po sąsiedzku z anarchistami mieszkającymi w squacie Rozbrat (taki squat rzeczywiście w Poznaniu istnieje, sprawdziłam). Tak jak w Bolechowie jego życie oscylowało między pałacem a wsią, tak tu rozpięte jest między drogim loftem, w którym zamieszkał, a artystycznym kolektywem i squatem, z którym łączą go więzy nie tylko towarzyskie. Ale teraz przebywa odwrotną drogę - z lochu, jak mówi Julia, do drogiego, wypasionego loftu.

Bo jest to powieść o artyście. Maciej Płaza portretuje proces twórczy - wiele tu fascynujących, pięknych opisów obrazów i szkiców malowanych i rysowanych przez Roberta. Autor stawia ważne pytania dotyczące kondycji artysty i pokazuje przejmujące dylematy, przed którymi staje Robert. Co jest miarą sukcesu? Od czego sukces zależy? Co jest źródłem inspiracji? Kim jestem? Jakie maski przybieram? Kiedy jestem sobą? Jaką cenę płacę za sukces? I kiedy czuję, że coś ze mną nie w porządku? Jest też zdrada, ale nie taka, o jakiej pewnie w tej chwili myślisz, czytelniku tej notki, i twórczy kryzys. Maciej Płaza inspirował się malarstwem amerykańskiego malarza Andrew Wyetha. Przyznam się, że o nim nie słyszałam, ale w trakcie lektury obejrzałam sobie reprodukcje jego obrazów. Okładki "Skorunia" i "Robinsona w Bolechowie" zdobią dwa z nich. Jeden z ważnych wątków w powieści inspirowany jest pewnym zdarzeniem z życia malarza. Warto o tym wiedzieć, czytając powieść. Jest w niej też dużo odniesień do prozy Schulza, poezji Leśmiana, może jeszcze do innych autorów, ale nie będę się wymądrzać i udawać, że je odkryłam, bo niestety nie jestem aż taką erudytką. Jednak zapewniam, że i bez tego powieść sprawia ogromną przyjemność i daje niezwykłą satysfakcję. Bo jest też zagadka, tajemnica i czytelnik ma ogromne pole do snucia własnych domysłów nie tylko tych związanych ze wspomnianą przed chwilą tajemnicą. I na koniec jeszcze jedno. Mimo że głównym bohaterem jest mężczyzna, to bardzo istotne i ciekawie sportretowane są też postacie kobiece - wspomniane już Łucja, Julia, ale przede wszystkim Urszula, córka Franciszka.

To niezwykła powieść. Tyle w niej jest - i rodzinna saga, i kawał historii, i bohaterowie z krwi i kości, i portret środowiska artystycznego, i inne wątki, o których nie dałam rady albo nie mogłam w tej notce wspomnieć. Kiedy czytam takie książki jak "Robinson w Bolechowie" Macieja Płazy, to wiem, że obcuję z prawdziwą literaturą, a nie wyrobem literaturopodobnym, literackim produktem skrojonym pod czytelnicze gusta.

Popularne posty