Tym razem najnowszy film Polańskiego nie rozczarował mnie jak poprzedni "Autor widmo". Może dlatego, że doskonale wiedziałam na co idę, bo wiosną widziałam w teatrze "Boga mordu" Yasminy Rezy, sztukę, na której oparty został scenariusz. Nie rozczarował, nie oznacza wcale, że jakoś szczególnie się zachwycam. Pewnie wszyscy już wiedzą, że "Rzeź" to historia jednego popołudnia, kiedy to dwie pary małżeńskie spotykają się, aby wyjaśnić konflikt pomiędzy ich nastoletnimi synami. Jedno mieszkanie, cztery osoby i rozmowa, która krok po kroku przeradza się w kłótnię. Spadają maski, zmieniają się sojusze, wychodzą na wierzch skrywane urazy i pretensje. Para przeciw parze, kobiety przeciw mężczyznom (i odwrotnie), żony przeciw mężom (i, jak łatwo się domyślić, odwrotnie). Znikają gdzieś polityczna poprawność, dobre wychowanie, maniery, uprzejmość, szacunek, miłość, dialog, chęć porozumienia, pojawiają się egoizm, chamstwo, szyderstwo, pogarda, złość, niekontrolowane wybuchy gniewu. Trudno powiedzieć jednak, aby film Polańskiego był szczególnie ostry, jak uważają niektórzy. Raczej jest to przyjemna rozrywka i koncert gry aktorskiej, niż z pasja wykrzyczane oskarżenie. Nie wyszłam po seansie jakoś szczególnie poruszona czy zamyślona. Górę w filmie Polańskiego bierze ton rozrywkowy nad poważnym. Gdzie "Rzezi" do takiego na przykład "Placu Zbawiciela" Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze! Ani takiej temperatury, ani siły rażenia! A przecież oba filmy są w pewnym sensie podobne: obnażają prawdziwe oblicze zwyczajnych, porządnych mieszczan. To pierwszy z brzegu przykład, jaki wpadł mi do głowy, ale pewnie mogłabym podać ich więcej. Tak więc "Rzeź" polecam przede wszystkim dla aktorów, bo śledzenie ich gry jest przyjemnością samą w sobie, ale radzę nie oczekiwać dużo więcej ponad inteligentną rozrywkę.
"Rzeź" Romana Polańskiego
"Code blue" Urszuli Antoniak
Muszę przyznać, że taki sposób filmowego opowiadania chyba najbardziej mnie w kinie drażni. Jeśli domyślam się, że będę miała do czynienia z bardzo artystycznym dziełem, raczej je sobie darowuję, a jeżeli już przypadkowo dam się wpuścić w estetyczne maliny, żałuję i składam sobie obietnicę, że uważniej będę wybierała to, co oglądam. Tym razem jednak i tak bym pewnie poszła do kina, bo naprawdę podobał mi się debiut Urszuli Antoniak. Już tamten film miał podobne ciągotki, ale jakoś się jeszcze ziemi trzymał. Ten nie. Powolne tempo, wysublimowane, chłodne kadry, świat wyabstrahowany z realizmu, sprawiający wrażenie makiety, sceny, o których nie wiemy, czy są prawdziwe, czy rozgrywają się tylko w wyobraźni bohaterki, nagłe przechodzenie na angielski (Dlaczego? Ma ten zabieg podkreślić uniwersalność opowiadanej historii, która mogłaby się zdarzyć wszędzie?), pustka, szarość to wszystko sprawia, że nie potrafię do końca przejąć się losem Marian. W tym sztucznie wypreparowanym świecie odbieram ją jak symbol, a nie jak żywą kobietę z krwi i kości. Filmów o samotności widziałam w ciągu ostatniego roku kilka i muszę przyznać, że losy samotnych bohaterów meksykańskiego "Roku przestępnego", a przede wszystkim znakomitego "Kolejnego roku" Mike'a Leigh poruszyły mnie znacznie bardziej. Zdecydowanie też wolę "Pianistkę" Hanekego, do której "Code blue" zdradza pewne podobieństwo. Tyle wybrzydzania, a teraz zajmę się problemami, jakie film porusza.
Marian jest kobietą samotną. Z wyboru pracuje w hospicjum (a może to szpital?), głównie nocą. Jak duch przemierza sterylne, szpitalne korytarze, zagląda do sal, w których leżą terminalnie chorzy. Jest dla nich czuła, delikatna, troskliwa, cierpliwa. Myje stare, wychudzone ciała, trzyma za rękę, głaszcze. Robi to wszystko, o czym myślimy z lękiem albo nawet z obrzydzeniem. Antoniak pokazuje w swoim filmie to, o czym wolimy zapomnieć: starość, chorobę, śmierć. Nie oszczędza widza. Już w pierwszej scenie jesteśmy świadkami agonii. Nie uchyla się od kontrowersyjnych tematów. Widzimy udrękę choroby i umierania, patrzymy, jak ta sytuacja wyzwala w bliskich niskie uczucia (Ktoś szepcze: Chcę, żebyś już umarł.). Przeraźliwą samotność i anonimowość w sterylnym szpitalu. Marian chce jakoś ocalić tych wszystkich umierających ludzi, wyrwać ich z anonimowości. Może dlatego gromadzi w domu ich osobiste przedmioty, ślady życia: ołówek, grzebień, zdjęcie. A kiedy sądzi, że chory ma już dość wegetacji, skraca mu życie, podając zastrzyk, a wcześniej głaszcze i czule trzyma za rękę. Pomaga przejść na druga stronę, towarzyszy w umieraniu. To kolejny kontrowersyjny temat: eutanazja. Reżyserka pokazuje dwie strony medalu: skrócenie bezsensownego cierpienia, ale także pomyłkę. Bo raz Marian popełnia błąd, źle odczytuje intencje chorego. Scena, kiedy mężczyzna do końca walczy, broni się, nie chce umierać, jest przerażająca. Ale Marian nie jest okrutną, bezduszną panią-śmierć. Nie potrafi sobie z tym, co zrobiła, poradzić. Szuka pocieszenia u jedynej bliskiej jej osoby, przypadkowo poznanej sąsiadki (Też starszej! Dlaczego obcuje ze starością? Boi się ludzi? Nie potrafi nawiązać kontaktu z rówieśnikami?). Chciałaby rozgrzeszenia, ale żyje w duchowej pustce, nie jest osobą wierzącą, a więc nie ma jej kto odpuścić grzechu. Jak poradzić sobie z winą w takim świecie? Nie ma boskiego autorytetu, nie ma winy, nie ma kary, nie ma żalu, nie ma pokuty, nie ma wreszcie odpuszczenia grzechu. Ale Marian czuje się winna, potrzebuje rozgrzeszenia. Czy Boga ma jej zastąpić sąsiadka, która problem zbywa ironią?
Świat Marian jest przeraźliwie pusty i samotny. Właśnie przeprowadziła się do jakiegoś koszmarnego, wielkiego, nowoczesnego, szklanego bloku, gdzie wszystko jest równie bezduszne i anonimowe. Wokół księżycowa pustka. Jej białe, surowe, puste mieszkanie zapełniają nierozpakowane kartony. Tak jakby była tu tylko na chwilę. Może obcując ze śmiercią, odczuwa tymczasowość, kruchość życia? Nie warto się zakorzeniać? Mościć sobie wygodne gniazdko? A może po prostu nie przywiązuje do tego wagi? Jest abnegatką? Minimalistką? W domu tylko śpi i ogląda telewizję. Długo wydaje się, że taki stan jej odpowiada. Ale to tylko pozory. Bo Marian marzy o bliskości, o miłości i o seksie. Tak bardzo, że ulega fascynacji okrutną sceną gwałtu, którą obserwuje z okna swojego pokoju, a potem błaga o miłość mężczyznę, z którym kilkakrotnie krzyżują się jej drogi. Może uwierzyła, że to nie przypadek, ale zrządzenie losu. Poniża się przed nim, daje się upokorzyć. To sceny, które najtrudniej znieść. Dręczyły mnie długo. Biedna, przeraźliwie chuda Marian, brzydka w swej kościstej nagości. Kiedy widzimy ją nagą, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że jej wysiłki są daremne. Inaczej niż bohaterka wspomnianego "Roku przestępnego" pragnie nie tylko seksu, ale przede wszystkim miłości. Skąd jej samotność? Czy dlatego żyje sama, bo jest oschła i nieprzyjemna (scena w sklepie, wizyta pary znajomych)? Czy odwrotnie: oschłość to maska, która ma chronić ją przed światem? Jakby nie było, Marian budzi litość, współczucie, ale i jakiś rodzaj niechęci. A może złości?
Cóż, film zirytował mnie formą, ale jednocześnie nie dał o sobie zapomnieć. Mógłby podziałać jeszcze mocniej, gdyby nie ta forma właśnie. Mimo wszystko czekam na kolejny film Urszuli Antoniak. Ciekawe, jaki będzie.
"W ciemności", najnowszy film Agnieszki Holland.
Nie mogę powiedzieć, abym była wielką admiratorką Agnieszki Holland. Wielu jej filmów nie widziałam, spośród tych, które obejrzałam, nie wszystkie należą do moich najbardziej ulubionych. Ale jednocześnie to ona zrobiła "Gorzkie żniwa" (za które zresztą była nominowana do Oskara), film moim zdaniem znakomity. Bardzo mnie kiedyś sponiewierał. Kameralny, psychologiczny dramat, z historią w tle, rozpisany właściwie na dwoje bohaterów, niezwykle mocny. Wspominam o nim przy okazji, bo temat podobny, a jako że w Polsce chyba nigdy nie był normalnie rozpowszechniany (to jeden z pierwszych albo pierwszy z emigracyjnych filmów Holland, nakręcony w 1985 roku), nie każdy o nim wie, a naprawdę warto zobaczyć. No ale to nie o nim mam pisać, wobec tego zmieniam temat i wracam do "W ciemności".
Może zacznę od tego, o czym mówi się najmniej przy okazji gwaru wokół najnowszego dzieła Agnieszki Holland, a co mnie zawsze porusza, kiedy czytam lub oglądam coś o tematyce wojennej. Myślę o tragicznych wyborach, których musieli dokonywać ludzie żyjący w tamtych czasach. Wybory świadome lub nie, decyzje, które ważyły na czyimś życiu, a czasu, aby je rozważnie podejmować, brakowało. Może zresztą tak było lepiej, bo jak z rozmysłem decydować o czyimś być lub nie być? Tak jest i tu. Kto ma zejść do kanałów? Wiadomo, że wszyscy nie mogą. Krzyk, pisk, płacz, szloch. Żona i córka czy kochanka? Kogo ma wybrać Janek, kiedy żona stawia ultimatum: albo ja, albo ona? A potem, kiedy staje się jasne, że trzeba tę gromadę ukrywających się podzielić i Socha mówi, że w inne, lepsze miejsce może zabrać tylko jedenaście osób? Kto ma iść? Kto ma o tym decydować? Ci, którzy zostaną, zdają sobie sprawę, że to wyrok. I gdzie jest ta granica? Dlaczego jedenastu a nie dwunastu lub jeszcze lepiej trzynastu? Zostać w mokrych, ciemnych, zimnych, brudnych, zaszczurzonych, cuchnących kanałach czy jednak wyjść i próbować szczęścia na powierzchni? Ile można wytrzymać w podziemnym więzieniu? W takich koszmarnych warunkach? Kiedy towarzyszy ci wieczny strach, bo w każdej chwili ktoś jednak może cię odkryć? A czy można ufać Sosze? Długo mu nie ufają! I co tam robić, kiedy minuta równa się wieczności? Ocean czasu naszpikowany strachem. Zostać, jak każe starsza siostra, czy wyjść? A potem dylemat Klary: szukać Mani czy nie? A ile dylematów przed Sochą! Początkowo myśli tylko o zarobku, nie zastanawia się nad niebezpieczeństwem i konsekwencjami. Z czasem, kiedy robi się niebezpieczniej, krążą pogłoski o tym, że w kanałach ukrywają się Żydzi, Socha coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że ryzykuje nie tylko swoim życiem, ale życiem swojej rodziny. Kogo byś wybrał? Jakże często konsekwencje decyzji, które podejmowali, były tragiczne dla innych. Tak jest, kiedy Mundek, poszukując Mani, przedostaje się do obozu. To, że on nie ma czapki, nieoczekiwanie skaże na śmierć mężczyznę stojącego obok. Jemu niemiecki żołnierz w ostatniej chwili daruje życie, bo jest zdrowy i silny, a więc zdolny do pracy. W zamian zginie ten obok, bo starszy i wygląda na słabszego. Ale jeszcze bardziej wstrząsająca jest historia, kiedy w odwecie za zamordowanie niemieckiego żołnierza, Niemcy wieszają dziesięciu Polaków. Wśród nich Socha rozpoznaje swojego przyjaciela Szczepka. A przecież on i Mundek musieli zabić tego żołnierza w obronie własnej! Ironia losu polega na tym, że Szczepek, aby nie narażać siebie i swojej ciężarnej żony, przestaje pomagać Żydom ukrytym w kanałach. Mimo to swojego życia nie ocalił a nieszczęście sprowadzili na niego, zupełnie nieświadomie, właśnie Mundek i Socha. Zawsze, kiedy czytam lub oglądam coś o czasie zagłady, dręczą mnie pytania: co ja bym zrobiła? czy miałabym odwagę pomagać? czy umiałabym narażać najbliższych? A gdybym to ja musiała się ukrywać? Wytrwałabym czy wyszła na powierzchnię, aby zginąć?
Równie ciekawy jest portret Żydów z getta. Holland portretuje ich nie jak bohaterów bez skazy, ale jak zwykłych ludzi: z zaletami i przywarami. Kłótnie, złośliwość, zawiść, zdrada, romans, podłość, wzajemna niechęć, ale i szlachetność, pomoc, wspieranie się, podtrzymywanie na duchu. Są tak bardzo różni: wykształceni i prości, bogaci i biedni, niewierzący i tacy, którzy nawet w kanałach nie zapominają o modlitwie. Te różnice najlepiej pokazuje pomieszanie języków: polski, jidisz, niemiecki. Ale być może najbardziej szokują sceny seksu. Na oczach wszystkich, bo intymność jest w tych warunkach niemożliwa. Jakoś nie wyobrażamy sobie, że miłość, seks, romans, zdrada, zazdrość były tam możliwe. A jednak, jak wiadomo z licznych świadectw, ludzie się zakochiwali, zdradzali, kochali. Może to był ratunek? A może natura jest silniejsza?
No i wreszcie główny bohater, Leopold Socha. Kanalarz, drobny cwaniaczek, który, jak wielu innych, korzysta z okazji i bez skrupułów, bez refleksji przeszukuje porzucone przez Żydów przedmioty w poszukiwaniu czegoś cennego. Nie waha się też kraść. Poznajemy go, kiedy wraz z przyjacielem, Szczepkiem, włamują się do opuszczonego domu gdzieś pod Lwowem. W pobliskim lesie są świadkami egzekucji na grupie żydowskich, odartych z godności, nagich kobiet. To wstrząsająca scena. Ale jej wspomnienie nie przeszkadza Sosze po powrocie do domu kochać się z żoną. Żydów, którzy postanawiają ukryć się w kanałach, los stawia na jego drodze przez przypadek. Początkowo pomaga tylko dla pieniędzy. Nie ufa im, ale i oni mu nie ufają. Są zdani całkowicie na niego. Staje się ich panem i władcą. Nie mają wyboru. On ma. Ale od początku to postać niejednoznaczna. Interesowny cwaniaczek, gotowy wykorzystać sytuację do końca, ale to jednocześnie dzięki niemu przerażona Krysia schodzi do kanału. Jest dla niej czuły, troskliwy i delikatny. Cierpliwie przemawia i łagodzi strach. Potem obserwujemy jego wahania. Kiedy robi się coraz niebezpieczniej, chce ich zostawić. Ma żal, że mu nie ufają, że nie okazują wdzięczności. Cały czas jednak wraca, coraz bardziej narażając swoja rodzinę. Musi lawirować i kombinować. I nie wiadomo już, kogo chce ocalić: rodzinę, siebie czy Żydów. W którym momencie stają się jego Żydami? Nie ma iluminacji. Przemiana dokonuje się stopniowo, aż wreszcie, kiedy skończą się pieniądze, pomaga za darmo. Gotów jest zabrać i wychowywać urodzone przez Chaję niemowlę. A w końcu nie zważa już na nic i kiedy w czasie ulewy grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo, ratuje ich, narażając siebie i przede wszystkim rodzinę. Długo ten cwaniaczek postępuje instynktownie, jego dobroć to odruch: dziewczynka płacze, to trzeba ją pocieszyć, dzieci się zgubiły, to trzeba je odprowadzić do rodziców. Zwyczajny człowiek, który bohaterem staje się przez przypadek, krok po kroku. On, który początkowo nie krył swojej niechęci i uprzedzeń do Żydów. Inaczej jest z jego żoną. To ona żałuje mordowanych Żydów, dostrzega w nich ludzi, ale kiedy dowiaduje się, że mąż im pomaga, jest wściekła. Teoria sobie, praktyka sobie. Od słów do czynów daleko. Ale wcale niełatwo ją potępić: lęka się nie tylko o siebie i męża, ale przede wszystkim o córeczkę. Cały czas zmaga się z tą sytuacją. Chociaż boi się i nie pochwala, to jednak pozwala. Nie mówi kategorycznie: nie. W końcu to ona wychodzi z inicjatywą zabrania urodzonego w kanałach niemowlęcia.
Muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o fantastycznych zdjęciach Jolanty Dylewskiej, które budują klimat filmu. Są realistyczne, ale jednocześnie niezwykle malarskie. Tak filmowana jest tragiczna, przejmująca scena egzekucji żydowskich kobiet, o której wspominałam. O obrazach myślę też, kiedy kamera wyłuskuje z ciemności kanałów jasną, brodatą twarz starego, modlącego się Żyda.
I wreszcie wyznanie najbardziej osobiste. Na koniec po prostu się rozpłakałam (musiałam kryć swoje łzy) i wcale nie ze wzruszenia. Kiedy nagle po szczęśliwym, nieco cukierkowym, acz podszytym jakąś niepewnością, zakończeniu pojawiły na białym tle czarne, proste napisy informujące o tragicznej śmierci Sochy i potem kolejne o tym, co powiedział ktoś na jego pogrzebie, nie wytrzymałam. Przytoczę tu z pamięci jeszcze jeden ostatni: czy naprawdę potrzebujemy Boga, aby się karać?
Arnaldur Indridason "W bagnie". Kryminał z deszczowej Islandii.
Strasznie zachciało mi się kryminału. Odkąd skończyła się moja ukochana seria o komisarzu Wallanderze poszukuję czegoś równie ekscytującego. Gdzieś niedawno usłyszałam o kryminałach islandzkiego pisarza Arnaldura Indridasona, podobno nawet lepszych od książek Mankella. Kupiłam więc część pierwszą "W bagnie" (W.A.B. 2010) i w czasie świąt połknęłam. Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby był to zły kryminał, ale do książek Szweda mu daleko. Owszem, czyta się świetnie, zagadka jest skomplikowana, aby ją rozwikłać komisarz Erlendur musi zanurzyć się w mrocznej przeszłości zamordowanego mężczyzny, wyjątkowo odrażającego typa. Sama zbrodnia nie jest specjalnie wyrafinowana, policjantom wydaje się początkowo, że będą mieli do czynienia z typowym islandzkim morderstwem, ale szukając motywu i sprawcy, odgrzebują przeszłość, o której zainteresowani woleliby zapomnieć, i uruchamiają lawinę nieszczęść.
Dlaczego wobec tego kręcę nosem? Otóż brakuje mi tła, mięsistych opisów, krwistych bohaterów. Chciałabym przy okazji poznać trochę Islandii, niestety nic z tego. Tylko deszcz pada i pada. Komisarz Erlendur nakreślony raczej cienką kreską, gdzie mu tam do rozterek duchowych Wallandera. No i sam problem gromadzenia danych o chorobach genetycznych mieszkańców wyspy też potraktowany raczej naskórkowo. Książka jest po prostu za krótka, miejsca starczyło tylko na wartką, kryminalną intrygę. Nie wykluczam jednak, że to, co dla mnie jest wadą, dla innych będzie zaletą. Nie wiem, czy sięgnę po kolejną część serii (dotąd wyszły trzy). Mogę, ale nie muszę. Co mi zastąpi Wallandera?
Howard Jacobson "Kwestia Finklera"
Po raz drugi w ostatnim czasie przeżywam rozczarowanie książką autora, którym kiedyś się zachwyciłam. Tak było z "Wolnością" Franzena, tak jest z "Kwestią
Finklera" Howarda Jacobsona (Świat Książki 2011; przełożyła Grażyna Smosna). Kilka lat temu przeczytałam artykuł o współczesnej literaturze żydowskiej tworzonej przez pisarzy urodzonych już po wojnie, mieszkających nie tylko w Izraelu. Autorka wymieniała kilka nazwisk. Zwróciłam uwagę na Howarda Jacobsona i przeczytałam jego pierwszą powieść wydaną w Polsce "Wieczory kaluki" (Cyklady 2008; przełożył Maciej Świerkocki). W międzyczasie ten urodzony w roku 1942 brytyjski pisarz dostał Nagrodę Bookera. Trudno mi wypowiadać się na temat całej jego twórczości, ale we wspomnianych powieściach w sposób prześmiewczy, ironiczny, obrazoburczy przygląda się angielskim Żydom. Jego spojrzenie na świat, łagodnie krytyczny, zdystansowany stosunek do bohaterów mnie przypomina nieco metodę Woody Allena. On sam nazwał siebie żydowską Jane Austen, a krytycy okrzyknęli go brytyjskim Phlipem Rothem. W artykule, o którym napomknęłam, znalazłam opinię, że tylko żydowski autor może pozwolić sobie na tak krytyczny i kpiarski stosunek do swych rodaków. Goj prezentujący takie sądy mógłby zostać posądzony o antysemityzm. Teraz, kiedy, czytelniku tej notki, zorientowałeś się przynajmniej troszeczkę, kto zacz ten Jacobson, pora przejść do wydanej jesienią "Kwestii Finklera".Kim jest tytułowy Finkler? A może należałoby zapytać, kim są Finklerzy? Pięćdziesięcioletni Sam Finkler to jeden z trzech głównych bohaterów tej powieści, angielski Żyd, filozof, któremu sławę przyniosła seria popularnych poradników podlanych filozoficznym sosem odnoszących się do rozmaitych życiowych kwestii. Odkąd jako guru dla maluczkich zaczął udzielać się również w telewizji, stał się celebrytą. Drugą ważna personą w tej książce jest jego szkolny przyjaciel, Julian Treslove, goj, życiowy nieudacznik stale obawiający się jakiejś mniejszej czy większej katastrofy. Ten były dziennikarz BBC, szczerze nienawidzący tej rozgłośni, obecnie para się zajęciem sobowtóra sław. Jest tak doskonale nijaki, że potrafi wcielić się w każdego, może dlatego w swoim fachu cieszy się wielką popularnością. Ma niezwykłą zdolność zakochiwania się w rozmaitych kobietach niemal od pierwszego wejrzenia, ale z żadną nie jest w stanie związać się na dłużej. I wreszcie trzeci bohater, Libor Sevcik, o ponad trzydzieści lat starszy, zaprzyjaźniony z nimi czeski Żyd, który od dawna mieszka w Londynie. Niegdyś znany dziennikarz za pan brat z hollywoodzkimi gwiazdami. W tym męskim gronie nieoczekiwanie na kartach powieści pojawia się jedna kobieta, daleka krewna żony Libora o przedziwnym imieniu Hephzibah.
Jądrem książki jest kwestia żydowska, tytułowa kwestia Finklera. Dlaczego Finklera? Otóż Julian Treslove, jedyny goj w tym towarzystwie, Finklerami nazywa wszystkich Żydów. Trzej bohaterowie i trzy postawy, spory i dyskusje. Tym gorętsze, że właśnie trwa interwencja Izraela w Gazie. Nie tylko w Londynie, nie tylko w Anglii odbywają się przeciwko niej protesty. Odpowiedzialnością, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, obarcza się wszystkich Żydów niezależnie od ich poglądów i miejsca zamieszkania. Narasta fala antysemityzmu, mnożą się drobniejsze i poważniejsze antysemickie incydenty. Libor mimo że jest zwolennikiem państwa Izrael, coraz gorzej myśli o swych pobratymcach, coraz bardziej drażni go ich żydowskość, pewna znajoma zarzuci mu nawet antysemityzm. Finkler natomiast to zdeklarowany antysyjonista, założyciel stowarzyszenia SKONsternowanych Żydów, które gromadzi rozmaitej maści celebrytów wymieszanych z, jak to się u nas mówi, autorytetami moralnymi. Jak łatwo zgadnąć protestują przeciwko interwencji Izraela w Gazie. W gruncie rzeczy Finkler zupełnie nie przywiązuje wagi do swojego żydowskiego pochodzenia, a obecną sytuację polityczną cynicznie wykorzystuje dla wzmocnienia medialnego wizerunku. I wreszcie Treslove, postać allenowska, człowiek bez właściwości, od dawna dzięki przyjaźni z Finklerem zafascynowany Żydami i wszystkim co żydowskie, choć jego filosemityzm zaprawiony jest złośliwością, przekąsem i drwiną. Nagle pod wpływem pewnego incydentu zaczyna doszukiwać się żydowskich korzeni. Tym to łatwiejsze, ale jednocześnie trudniejsze, że niewiele wie o przeszłości swojej rodziny, bo jego rodzice od dawna nie żyją, a żadnych krewnych nie ma. Ten człowiek bez przeszłości, właściwości i tożsamości chce być Żydem. W jego wypadku jest to pragnienie bycia kimś, zasypania egzystencjalnej pustki. Treslove rozpaczliwie szuka sensu w swoim nijakim życiu.
Czy będąc Żydem można nie zajmować stanowiska wobec kwestii palestyńsko-izraelskiej? Co to znaczy być Żydem dziś, jeśli nie mieszka się w Izraelu? Czy wolno obarczać wszystkich Żydów winą za interwencję w Gazie? Czy Izraelczyków atakujących Palestyńczyków godzi się przyrównać do nazistów, a wydarzenia w Gazie do Holokaustu? A współczesny antysemityzm czy jest współczesnym Holokaustem albo do niego prowadzi? Czy Żydzi sami sprowadzają na siebie nieszczęście biernością, tchórzostwem i strachem? A może, wobec tego, postawa Izraela to postawa właściwa? Nie dać się zgnieść, wyprzedzić ruch przeciwnika. Takie pytania padają w tej powieści wypowiadane ustami jej bohaterów. Trzeba przyznać, że to problematyka odległa od polskich dyskusji o kwestii żydowskiej, u nas toczonych wokół Holokaustu, polskiej winy i odpowiedzialności, polskiego antysemityzmu, który korzenie cały czas ma raczej w przeszłości niż w obecnej sytuacji politycznej Izraela.
Ale powieść Jacobsona mierzy się też z innymi tematami: śmiercią, starością, życiowym bilansem, ojcostwem, żałobą po stracie ukochanej osoby, przerażającą samotnością. Te partie książki dotykają najbardziej. Finkler i Libor właśnie zostali wdowcami. Szczególnie dla tego ostatniego to wielki ciężar. Trudno się dziwić, ma prawie dziewięćdziesiąt lat i ze swoją ukochaną, niezwykłą żoną, Malkie, spędził prawie całe życie. Teraz nie umie się odnaleźć, nagle zaczyna przypominać sobie wszystkie złe chwile swojego małżeństwa, wszystkie winy wzajemne. Tym bardziej jest mu ciężko. Żałuje popełnionych błędów, nie wiadomo, prawdziwych czy wyimaginowanych. Niezwykle to smutny obraz starego, usychającego, samotnego człowieka pogrążonego w swojej rozpaczy, który do niedawna tryskał wigorem. Nikt nie zauważa tego, co się z nim dzieje. Zupełnie inna jest żałoba Finklera tak, jak inne było jego małżeńskie życie. Na tle tych dwojga Treslove jawi się tym bardziej jako postać groteskowa, śmieszna i żałosna ze swoimi wydumanymi problemami. Chociaż i on, oprócz politowania i uśmiechu, może wzbudzić w czytelniku uczucie litości.
Na początku napisałam, że "Kwestia Finklera" rozczarowała mnie. Na koniec czas wyjaśnić dlaczego. Otóż wydała mi się przegadana. Spory toczone przez przyjaciół, ich żydowskie dylematy momentami nużyły, wydawały mi się przedstawione w sposób nieco akademicki, brakowało im żywości i temperatury. Może dlatego, że tak to odległe od tego, co gorące w Polsce? A może po prostu dlatego, że przeintelektualizowane? Chociaż żywo interesuję się tematyką żydowską, w losach bohaterów Jacobsona o wiele bardziej poruszyło mnie to, co uniwersalne: strata, żałoba, rozpacz, nieznośny ciężar życia. Ich życiowe porażki, niepowodzenia i zmaganie się z nimi. Mimo wspomnianych zastrzeżeń warto sięgnąć po "Kwestię Finklera", a z całą pewnością po "Wieczory kaluki", gawędziarskie, zabawne, zjadliwe, pełne dziwacznych zdarzeń.
"Chciwość". Kino o początkach kryzysu.
Po wyjściu z kina jeszcze przez jakiś czas nie mogłam strząsnąć z siebie przygniatającej, dusznej atmosfery wykreowanej na ekranie. Zamknięte wnętrza naszpikowane biurkami, na których stoją ekrany komputerów migoczące rzędami cyfr i tajemniczymi wykresami, które rozumieją tylko nieliczni. Sterylne toalety, takie same gabinety, w których decyduje się o finansowych losach świata. A wszystko oddzielone od tego, co na zewnątrz, ogromnymi połaciami okien. Przez te okna na Nowy Jork od czasu do czasu spogląda któryś z protagonistów, niczym Bóg. Bóg? A może Szatan? Bo jeśli starotestamentowy Bóg sprowadzał na świat jakiś kataklizm, to zawsze po to, aby ukarać grzeszną ludzkość a na gruzach stworzyć coś nowego. Tu jest inaczej. Bossowie wielkiej finansowej korporacji podejmują brzemienne w skutkach decyzje tylko dla własnego zysku, dla ratowania swoich finansowych tyłków i nic więcej się nie liczy. Działaniami wszystkich rządzi tytułowa chciwość, etyka w tym świecie nie istnieje. I nawet jeśli przyjąć, że ludzkość też chciała mieć wszystko od razu, nieważne, że na kredyt, też była chciwa na swoją, znacznie mniejszą, skalę, to jednak stało się to przy wydatnym udziale finansowego świata, który mamił szaraczków perspektywą łatwego, luksusowego życia.
Pierwszy kadr tego filmu to obraz fragmentu Manhattanu, jak się domyślam, Wall Street. Oświetlone blaskiem słońca wieżowce wyglądają wyjątkowo pięknie, kuszą swoja smukłością, przyjemnymi dla oka, ciepłymi barwami. Ale jednocześnie pokazane są w krzywej perspektywie, jakbyśmy spoglądali na nie przez soczewkę. I taki jest ten świat: z jednej strony przyciąga, mami i kusi ogromnymi pieniędzmi, z drugiej obejdzie się z tobą bezwzględnie. Wykorzysta, wydusi i wypluje, kiedy będziesz zbędny. To świat w pewnym sensie nieprawdziwy, wirtualny, pieniądze istnieją tu tylko na papierze, a właściwie na ekranach komputerów i na ich twardych dyskach. Następna scena filmu to czystka: masowe zwolnienia. Scena niczym z horroru. Żadnych dyskusji, krótkie, rzeczowe informacje: spakować swoje osobiste dobra, żadnych kontaktów z nikim i na bruk pod eskortą cerbera o kamiennej, uprzejmej twarzy, w eleganckiej, czerwonej marynarce. Żadnych uczuć, czysta zawodowa uprzejmość. Procedury. Kto przeżyje, odetchnie z ulgą, poczuje się zwycięzcą, zostanie zagrzany do boju przez szefa działu maklerów, Sama, który już nie wierzy w to, co mówi, ale spełnia swą zawodową powinność, zapewne też w oparciu o korporacyjne procedury. Dlaczego nikt się nie buntuje? Dlaczego ludzie godzą się na takie traktowanie? Odpowiedź jest oczywista: dla finansowej kariery. Każdy, czy jest trybikiem na dole tej drabiny, czy kimś postawionym wyżej, zarabia odpowiednio dużo. Nieprzyzwoicie dużo, można powiedzieć. A nawet jeśli trybikowi wydaje się, że jego zarobki są niewspółmiernie niskie do zarobków jego szefa, to marzy o tym, że kiedyś i on awansuje, a wtedy zgarniał będzie miliony. Willi, który te miliony zarabia, nawet nie bardzo umie powiedzieć na co poszła ich lwia część. Knajpy i dziwki, skonstatuje. Szybko okaże się, że jego dochody są niczym w porównaniu z pieniędzmi ludzi z zarządu. Jest się o co bić. Te wielkie kwoty deprawują. Chce się więcej i więcej, i nic się nie liczy. Jak zauważyła kiedyś Joanna Szczepkowska, mówiąc o polskich aktorach-celebrytach, nigdy nie będzie dość. Jak się ma już willę z ogrodem, to trzeba zarobić na ogrodnika. Nawet ci, którzy początkowo mieli jakieś skrupuły, w końcu się złamią. Poniżony Eric Dale tylko przez chwilę się buntuje i stawia, w końcu ulegnie i przyjedzie do firmy, aby na czas finansowego przekrętu dać się zamknąć w gabinecie z widokiem na Manhattan. Ma przecież elegancki dom kupiony na kredyt, troje dzieci, jakieś opcje i ubezpieczenie do zrealizowania. Peter Sullivan, który odkrył problemy firmy, szybko dostrzeże swoją szansę i sprzeda się za większe pieniądze. Był nikim, pionkiem, trybikiem, po dwudziestu czterech godzinach jest już traktowany z atencją przez członków zarządu. Słuchał o milionach zarabianych przez Williego, teraz być może zarobi więcej. Z sali pełnej komputerów, przechodzi do miejsc tylko dla wtajemniczonych. Sam, szef maklerów, zgodzi się namówić swoja drużynę do bandyckiej, finansowej operacji, która ratuje firmę, ale pogrąża świat, bo, jak mówi, chociaż to niewiarygodne po trzydziestu latach w firmie nadal potrzebuje pieniędzy. A dlaczego godzą się maklerzy? Przecież Sam nie kryje przed nimi, że większość straci pracę. Też dla zysku. Odprawa przed najważniejszą operacją przypomina zagrzewanie do boju. Jak przed bitwą. Będą straty, ale dajcie z siebie wszystko. Wielu z was zginie, trudno. Za firmę, w imię firmy! To bezwzględny świat, w którym liczy się tylko zysk, nieważne jakim kosztem. Tu nie ma przyjaźni, nikt nikomu nie pomoże, przyjaciel pójdzie na odstrzał, ktoś przecież musi być kozłem ofiarnym rzuconym na pożarcie. I Sarah Robertson, grana przez Demi Moore, nawet się nie buntuje, rozumie sytuację, przecież wcześniej potraktowała tak innych, a poza tym wynagrodzą ją sowicie na otarcie łez. A kto szlachetny, szybko zostanie zdeprawowany jak wspomniany już Peter Sullivan, niedoszły konstruktor rakiet czy samolotów. To świat wirtualnych, wymyślonych operacji finansowych, które rozumieją tylko nieliczni i to raczej ci z dołu drabiny. Góra kieruje się tylko prostą zasadą zysku. Mów do mnie jak do głupka albo labradora, powie cyniczny, makiaweliczny Tuld, grany przez Jeremiego Ironsa. Świat w wyniku jego decyzji się wali, a on spokojnie je wykwintne śniadanie. Gdyby ktoś sprzedał komuś za wielkie pieniądze dom, który byłby ruiną, albo samochód, który okazałby się kupą złomu, nazwano by go oszustem, a nabity w butelkę nabywca pewnie usiłowałby dojść swych praw przed sądem. Tutaj oszustwo popełniono na masową skalę, sprzedając z premedytacją nic niewarte papiery, a co było dalej, wiemy.
"Listy do M". Miły wieczór w kinie.
Nie zamierzałam iść na ten film przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszy to nachalna kampania reklamowa prowadzona przez jedną ze stacji telewizyjnych. Drugi: wyrosłam z komedii romantycznych i wyjątki robię tylko dla tych bardzo, bardzo chwalonych. Przyznaję, jest kilka, które widziałam parę razy: "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill", "Zielona karta" Petera Weira z Andie MacDowell i Gerardem Depardieu czy "Wpływ księżyca" z Cher i Nicolasem Cagem. Szczególny sentyment mam do tych dwóch ostatnich. I pewnie bym na "Listy do M" nie poszła mimo dobrych recenzji (pomyślałam, za rok pokaże je w czasie świąt wspomniana stacja telewizyjna i odtąd będzie je można oglądać co roku o tej porze), gdyby nie rekomendacja mojego ojca. A trzeba ci wiedzieć, czytelniku tej notki, że mój ojciec, miłośnik sztuk wszelkich, nie popada w zachwyt nad byle czym i zawsze ma własne zdanie na temat tego, co zobaczył. Kiedy więc w czasie rodzinnego obiadu, gdy wymienialiśmy uwagi na temat co warto, a czego nie warto, obwieścił: Idźcie na "Listy do M", zrozumiałam, że sprawa jest poważna i w przedświąteczny czwartek wybrałam się do kina. No i rzeczywiście nie żałuję. Film jest naprawdę sympatyczny, trochę śmieszny, trochę smutny, trochę wzruszający, wszystko jest w tym świecie piękne, nawet pokoik biednej, nieszczęśliwej Doris granej przez Romę Gąsiorowską. Tym razem jednak nie wyzłośliwiam się wcale, kupuję konwencję z dobrodziejstwem inwentarza. Ale najlepsze są w tym filmie zaskoczenia. Otóż nie wszystko przebiega tam zgodnie ze spodziewanymi schematami, jest sporo niespodzianek, na które dałam się pięknie nabrać. Wiadomo, że wszystkie wątki muszą znaleźć swoje happy endy,i tak się dzieje, ale niektóre kończą się zaskakująco. I tylko jedno drażniło mnie w tym uroczym, sympatycznym, świątecznym filmie: Tomasz Karolak, który od jakiegoś czasu popadł w idiotyczną, aktorską manierę i zawsze gra tak samo. Co raz mogło być śmieszne, powielane irytuje, a szkoda, bo to dobry aktor. Tak czy inaczej z czystym sumieniem "Listy do M" polecam. Miłej zabawy.
"Lalki w ogniu" Pauliny Wilk. Opowieść o Indiach.
Kiedyś marzyłam o podróży do Indii. Te pragnienia brały się z literatury i trochę z filmu. Przeczytałam "Podróż do Indii" Forstera a później obejrzałam ekranizację tej powieści. Potem, a może przedtem, połknęłam indyjską tetralogię Paula Scotta ("Klejnot korony", "Dzień skorpiona", "Wieże milczenia" i "Podział łupów") i "Dzieci północy" Salmana Rushdiego. To wystarczyło, aby ulec fascynacji. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, że to obraz Indii epoki kolonialnej. Z czasem te marzenia gdzieś się rozwiały i dziś, kiedy mogłabym je zrealizować, gdybym tylko bardzo pragnęła, już nie chcę. Nadal jednak powodowana dawnym sentymentem od czasu do czasu, gdy tylko coś wpadnie mi w ręce, sięgam po indyjską literaturę. (Polecam "Przedział dla pań" Anity Nair, a szczególnie "Brzemię rzeczy utraconych" Kiran Desai.) A piszę o tym, bo właśnie skończyłam opowieść o Indiach i hinduskim społeczeństwie: "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii" Pauliny Wilk (Carta Blanca 2011). Niezorientowanych informuję, że to nie beletrystyka a literatura non-fiction. Reportaż chciałoby się napisać, ale może raczej jest to socjologiczny portret indyjskiego społeczeństwa napisany pięknym, literackim językiem.
Ci wszyscy, którzy oczekiwaliby czegoś w rodzaju dziennika podróży, mogą poczuć się zawiedzeni. Owszem, Paulina Wilk odwiedzała Indie kilkakrotnie, ale nie znajdziemy w jej książce informacji o atrakcyjnych turystycznie miejscach, podróżnych przygód czy czegoś w tym guście. Jeśli przejedziemy się indyjskim pociągiem, to nie dlatego, aby popatrzeć przez okna na mijany krajobraz, ale aby przyjrzeć się krążącym po wagonach żebrakom różnej maści. Jeśli znajdziemy się na ulicach Delhi, Kalkuty czy Bombaju, to nie po to, aby zwiedzać te miasta, ale na przykład dlatego, żeby pochylić się nad tymi, którzy swoje życie wiodą gdzieś na ulicy, a w Kalkucie odwiedzić dzielnicę książek, co stanowi pretekst do rozmowy o tym, jak i co czytają Hindusi albo czego i dlaczego nie czytają (Odpowiedź jest prosta: ponad jedna trzecia społeczeństwa to nadal analfabeci. Mimo że czytać nie potrafią, otaczają słowo pisane kultem i czcią a czytających podziwem i szacunkiem.) Jeśli znajdziemy się w autobusie telepiącym się gdzieś po wąskich, krętych górskich drogach to nie po to, aby uczestniczyć w niebezpiecznej, aczkolwiek fascynującej górskiej podróży, ale dlatego, aby zastanowić się nad tym, jak Hindusi postrzegają czas. I tak dalej, i tak dalej. Reporterka nie pisze o sobie, o swoich przygodach, jej w tej książce po prostu nie ma. Nie ma też prawie ludzi, a właściwie są, jest ich nawet mnóstwo, nieznośne i fascynujące ludzkie mrowie, które na moment nie pozwala na samotność. Jeśli w pierwszym odruchu napisałam, że ich na stronach tej opowieści brakuje, to dlatego, że nie znajdziemy w niej ludzkich portretów czy barwnych historii. Jeśli już pojawiają się z imienia i nazwiska, częściej tylko z imienia, to na moment i po to, aby posłużyć jako przykład. Bo książka Pauliny Wilk to przede wszystkim portret hinduskiego społeczeństwa.
Każdy rozdział poświęcony jest innemu problemowi. Pisze autorka na przykład o przeludnieniu i jego społecznych konsekwencjach, o wodzie, brudzie, żebrakach, stroju, jedzeniu, przemieszczaniu się, handlu, astrologii i zabobonach, religii i wielu jeszcze innych sferach ludzkiego życia. A wszystko to ujmuje głęboko, bardzo ciekawie, od czasu do czasu podbudowując historyczną czy kulturową wiedzą. Na styku tych problemów pojawiają się inne, równie ważne, na przykład życie hinduskich kobiet. Żaden z rozdziałów nie jest poświęcony wyłącznie im, ale kwestia kobieca wypływa kilkakrotnie. Podobnie spostrzeżenia o powolnych zmianach, jakie zachodzą w hinduskim społeczeństwie pod wpływem globalizacji, co szczególnie dotyczy pokolenia młodszego i mieszkańców dużych miast. To nie jest wiedza, jaką można zdobyć, spędziwszy w Indiach powiedzmy dwa tygodnie. Aby tyle zauważyć, poznać i zgłębić, trzeba na pewno było podróży wielokrotnych, spotkań i rozmów z wieloma ludźmi, odwiedzin w ich domach, być może przyjaźni. To wiedza o kraju, jakiej szczerze zazdroszczę. Dzięki niej i czytelnik może zanurzyć się w indyjskiej odmienności, wyruszyć na spotkanie z innym, poczuć zapachy, smaki i kolory. Zagubić się w ludzkim mrowiu, zachłysnąć się fascynującą i odrażającą mieszanką brudu, biedy, bogactwa. Poczuć wilgoć monsunowego powietrza, która pożera domy i książki, albo spływać potem w upale. Bo autorce udało się połączyć socjologiczny wykład z bardzo sensualnymi, literackimi opisami. Oto próbka wybrana na chybił trafił:
"Bieda pierwsza rzuca się w oczy. Nie ukrywa się, leży na ulicy. Dla przyjezdnego jest jak niespodziewany policzek, dawka goryczy na powitanie. Rozkłada się, bo jest u siebie. Ci, którzy nie mają dokąd pójść, wegetują na widoku, nie pozwalają o sobie zapomnieć. Ubóstwo odebrało im nawet możliwość cierpienia w spokoju, na osobności." ( Z rozdziału "Korowód żebraków")
I tak przez ponad dwieście stron. Naprawdę pięknie. Tego też autorce zazdroszczę!
Ale ta arcyciekawa książka sprawiła, że zupełnie wyleczyłam się z marzeń o podróży do Indii. Dlaczego? Przecież Paulina Wilk rozpostarła przede mną kolorowy, pawi hinduski ogon, naprawdę fascynujący. Chyba byłoby mi trudno obcować z wszechobecną ludzką biedą i marnością. To, do czego Hindusi podchodzą ze spokojem (wiara w system kastowy), dla mnie, przesiąkniętej europejską mentalnością, byłoby trudne do zniesienia. Ilu ludziom można dać jałmużnę? I przez ile dni? Jak sobie poradzić fizycznie i duchowo ze sprytnie żerującymi na turystach żebrakami? Jak znieść brud wylewający się na ulice? Jak nie zatracić się w tłoku? Jakiś czas temu słyszałam kogoś, kto wrócił z Indii rozczarowany. Między innymi dlatego, że nie potrafił odnaleźć się w ludzkim tłumie. Ale znam też takich, którzy byli tam kilkakrotnie i wciąż im mało. Co ich tam ciągnie? Zastanawiam, czy obraz indyjskiego świata wykreowany przez autorkę nie jest czymś w rodzaju skondensowanego destylatu. Na ile Paulina Wilk wyostrza problemy i wywleka na wierzch ciemne strony Indii? Ale może pisze o tym, co widoczne od razu, na pierwszy rzut oka, od czego nie sposób uciec, będąc tam? Jakby nie było, książkę przeczytać należy koniecznie. A ci, którzy odwiedzili Indie, będą mogli skonfrontować swoje obserwacje z doświadczeniami autorki.
Peter Goddwin "Gdzie krokodyl zjada słońce". Piękno i koszmar Afryki.
Jak zacząć? Może od tego, że pewnie nigdy nie wzięłabym do ręki książki pod takim tytułem, bo niesie skojarzenia z literaturą przygodową i to raczej, powiedzmy, młodzieżową. Ale to przecież książka nominowana do pierwszej edycji Nagrody im. Kapuścińskiego. Jakiś czas temu wymienił ją Wojciech Tochman, pisząc o dziesięciu pozycjach z literatury non-fiction, które koniecznie należy przeczytać. Właśnie dlatego sobie o niej przypomniałam i natychmiast kupiłam. Mogłabym też zacząć tak: Ta książka miała być wytchnieniem po moich ostatnich lekturach. Albo jeszcze inaczej: Początkowo byłam rozczarowana. Skąd ten zachwyt Tochmana? Skąd ta nominacja? Bo rzeczywiście, "Gdzie krokodyl zjada ludzi" Petera Godwina (W.A.B. 2008; przełożył Lech Z. Żołędziowski) zaczyna się nijako, zwyczajnie. Jakieś odwiedziny u rodziców w Zimbabwe połączone z pisaniem reportażu dla National Geographic, ślub siostry, trochę rodzinnych historii, nic specjalnego. Ale stopniowo, niespodziewanie ta sielanka zamienia się w prawdziwy dramat, robi się bardzo poważnie.
Ale od początku. Książka Godwina, amerykańskiego (?) reportera urodzonego i wychowanego w Zimbabwe, opatrzona podtytułem Wspomnienia to historia jego rodziny, szczególnie ojca, i historia Zimbabwe. To opowieść o miłości rodzinnej, o miłości do kraju i do Afryki, która dla rodziców pisarza stała się przybraną ojczyzną, a dla ich dzieci ukochanym miejscem urodzenia, krajem lat dziecinnych. Kiedy o tym piszę, nadal wygląda to niewinnie, ale to tylko pozory. Żebyś, czytelniku tej notki, lepiej zrozumiał, cofnę się w czasie. Kiedy rodzice Godwina przybyli tu w latach pięćdziesiątych, dzisiejsze Zimbabwe było jeszcze Rodezją, brytyjską kolonią. Jeden procent ludności, czytaj biali, władał ponad połową ziemi, która wcześniej nie należała do nikogo, bo rdzenni mieszkańcy nie znali prawa własności, które przynieśli ze sobą z Europy dopiero biali kolonizatorzy. Po ośmioletniej wojnie domowej w roku 1980 Rodezja uzyskała niepodległość i zmieniła nazwę. Władzę objął Robert Mugabe, którego nazwisko pewnie przynajmniej niektórym coś mówi. Nowa władza namawiała białych farmerów, aby zostali. Większość chętnie skorzystała z zaproszenia. Kochali to miejsce, tu były ich domy, ich praca, wielkie farmy budujące zasobność kraju, dorobek ich życia. Niełatwo nagle porzucić wszystko i gdzieś daleko zaczynać od nowa. Chociaż nie jest to niemożliwe i wielu tak robi. Tu nieoczekiwanie przypomniała mi się Karen Blixen, która po opuszczeniu swojej afrykańskiej farmy wróciła do dalekiej Danii i została pisarką. Kiedy Godwin w 1996 roku zaczyna snuć swoją opowieść, sytuacja w Zimbabwe jest dość stabilna. Chociaż kraj od czasu odzyskania niepodległości stopniowo pogrąża się w kryzysie, wszystkie wskaźniki ekonomiczne lecą w dół, gospodarka się zwija zamiast rozwijać ( jak pisze Godwin: "Zimbabwe jest niekwestionowanym liderem pod względem tempa ekonomicznego upadku, a jego gospodarka zwija się najszybciej na świecie."), a rdzenna ludność dziesiątkowana jest przez AIDS (długość życia spadła do trzydziestu kilku lat), to jednak tamten okres, szczególnie po koszmarze wojny domowej, był czasem wytchnienia. I nagle, niepostrzeżenie wszystko zaczyna się zmieniać. Na skutek intryg politycznych weterani wojenni, zwani wetwojami, roszczą sobie prawo do ziemi. Stopniowo kraj pogrąża się w chaosie. Anarchia, bezprawie, morderstwa białych farmerów, wyrzucanie ich z farm, grabieże, znęcanie się nad ludźmi i nad ich zwierzętami. Wetwojów szybko zastępują wysocy urzędnicy, znajomi polityków i inni znajdujący się w kręgu władzy. Weterani wojenni stali się narzędziem w ich rękach. Farmy dzieli się pomiędzy samozwańczych właścicieli w sposób chaotyczny, niekontrolowany i bezsensowny, a najgorsze jest to, że ziemi już nikt nie uprawia, bo nowi farmerzy ani nie potrafią, ani nie chcą. Traktują ją jako miejsce weekendowego odpoczynku. Pozbywają się czarnych robotników rolnych, którzy dotąd na farmach białych pracowali, a teraz nagle zostają pozbawieni źródła utrzymania. Podział nie przebiega na linii czarni - biali, ale ludzie Mugabego - reszta społeczeństwa. Skutki są opłakane. Nie tylko brak żywności w kraju, który dotąd był rolniczym rajem, ale upadek gospodarczy w tempie nieprawdopodobnym. Nie ma benzyny, wyłącza się prąd, inflacja szaleje. Ruina i degrengolada. Mnożą się napady, grabieże, już nie tylko na farmach, ale i w miastach. Policja i prawo są bezradne. Państwo właściwie nie funkcjonuje. Kraj opuszczają nie tylko biali, ale i czarna, wykształcona, opozycyjna elita. Godwin kończy swoje wspomnienia w roku 2004. W ciągu tych ośmiu opisywanych przez niego lat stabilny świat rodziców autora i im podobnych rozpadł się kompletnie. Życie stało się beznadziejnym koszmarem podszytym strachem. Każdy dzień to walka o przetrwanie. Nocą dom trzeba zamieniać w twierdzę, za dnia też nie jest bezpiecznie. George Godwin został napadnięty przed własnym domem, dwukrotnie ukradziono mu samochód, dawna pomoc domowa, traktowana jak członek rodziny, uczciwie przez lata wynagradzana, nagle, podburzona, domaga się pieniędzy. Inflacja i gospodarczy kryzys sprawiają, że państwo Godwinowie, i nie tylko oni, tracą dorobek całego życia. Oszczędności stopniały, papiery wartościowe i polisy ubezpieczeniowe stały się nic niewarte. Mimo wieloletniej pracy na starość zostali nędzarzami. Opisy panującego w kraju chaosu, beznadziei, morderstw, napadów i grabieży są naprawdę przerażające. "Te opustoszałe farmy i całe życie ludzi wywalone na podłogę, rozbite i podeptane." To lapidarne zdanie wypowiedziane przez jedną z bohaterek, zajmującą się ratowaniem bestialsko traktowanych przez wetwojów zwierząt, celnie oddaje sytuację. Mimo wszystko rodzice autora nie chcą z kraju wyjechać, bo starych drzew się nie przesadza.
Ale to książka nie tylko o rozpadzie świata. Nie tylko dlatego jest tak przejmująca. To również rzecz o starości, o przemijaniu. Peter Godwin dawno wyjechał z Zimbabwe, mieszkał w Wielkiej Brytanii, potem osiadł w Nowym Jorku, jego siostra wyemigrowała z powodu politycznych prześladowań, a w kraju zostali starzy, schorowani rodzice, coraz gorzej radzący sobie z codziennością. Starość, choroby, samotność nigdzie nie są łatwe, ale w okolicznościach, o jakich pisałam, są trudne po wielokroć. Godwin pisze o swoim strachu o starzejących się rodziców, o trosce o nich, o próbach zabezpieczenia ich przed najgorszym, o zmaganiach, aby jakoś ułożyć im życie w tych skrajnie trudnych warunkach. Miota się między Ameryką a Afryką, korzysta z każdego zlecenia, aby tylko być bliżej nich. Nie może zostać, bo w Nowym Jorku ma już swoją rodzinę. Poza tym jak żyć w tym morzu bezprawia i nędzy? Najchętniej zabrałby ich do siebie albo do siostry do Londynu, ale oni nie chcą, bo kochają to miejsce. Podobnie Godwin i jego siostra Georginia, która cierpi podwójnie. Nie może przyjechać choćby na chwilę, bo groziłoby jej aresztowanie. Bardzo smutny obraz.
Ale to jeszcze nie wszystko. Bo jest to również książka o zmianie tożsamości, o całkowitym odcięciu się od przeszłości. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie Godwin poznaje historię ojca. Nagle dowiaduje się, że George Godwin to urodzony w Warszawie Kazimierz Goldfarb, syn Maurycego, polskiego zasymilowanego, zamożnego Żyda. Nagle za sprawą przeszłości ojca w życie jego syna wkracza Holocaust, Polska, polscy Żydzi, świat dotąd nieznany, obce problemy. Urodzony i wychowany w Afryce niewiele na ten temat wiedział, o Polsce być może nic. Chcąc nie chcąc, musi zmierzyć się z tymi problemami. Zrozumieć ojca, który zrobił wszystko, aby wymazać ze swojego życia przeszłość i stworzyć sobie nową tożsamość, nowego siebie. A najsmutniejsze może jest to, że koszmar przeszłości, chociaż w innej formie , powraca. Jeszcze raz wali się jego zamożny, poukładany świat. Kiedyś w Europie, teraz w Afryce. Historia się powtarza. Niegdyś w Europie był prześladowany z powodu swojego żydostwa, teraz w Afryce prześladują go z powodu koloru skóry. Godwin nieoczekiwanie uświadamia sobie, że i on w pewnym stopniu powtarza los ojca. I on stał się kimś innym. Porzucił afrykańskie życie, odciął się od afrykańskich problemów i jest już nowojorczykiem, który przeżywa traumę 11 września bardziej niż, w gruncie rzeczy tragiczniejszy, chaos w swojej dawnej ojczyźnie. Ale tęskni. Jego więź z Zimbabwe jest jednak silniejsza niż więź jego ojca z Polską i Europą, które wymazał z pamięci. Mimo że problematyka Holokaustu zajmuje w książce niewiele miejsca, to jednak właśnie tu znalazłam najokrutniejszy, chociaż bardzo rzeczowy i suchy, opis zagłady Żydów w obozie w Treblince. Niby tyle na ten temat wiem, ale to, co przeczytałam u Godwina, naprawdę mną wstrząsnęło. Nieoczekiwanie dopełniło lekturę "Biednych ludzi z miasta Łodzi", od której chciałam uciec.
Okazało się, że Tochman miał rację. To niezwykła, przejmująca książka, która krok po kroku odsłania przed czytelnikiem kolejne tajemnice. Zwyczajny, nieco sielankowy świat stopniowo na naszych oczach zamienia się w koszmar. To czytelnicza wyprawa w nieznane, odkrycie nowych lądów: kraju, problemów, nietuzinkowej historii człowieka. Ale refleksja niewesoła: w tylu miejscach na ziemi dzieją się rzeczy straszne, świat jest chaosem, wszystko może nagle runąć, a szczęście dane jest tylko na chwilę.
Andrzej Bart "Fabryka mucholapek"
W poprzednim literackim wpisie uczyniłam dygresję do "Fabryki muchołapek" Andrzeja Barta (W.A.B. 2008), którą wtedy, bezpośrednio po lekturze "Biednych ludzi z miasta Łodzi", czytałam. Właśnie skończyłam, więc spieszę zanotować swoje refleksje. Powieść Barta bardzo chwalono, dostała nagrodę Gwarancje Kultury przyznawaną przez TVP Kultura, była finalistką Nike w roku 2009. Nie wiem, jaki byłby mój odbiór, gdybym przeczytała ją wcześniej. Teraz, po lekturze Sandberga, wydała mi się zgrabną błyskotką, literacką zabawą, przyznaję bardzo erudycyjną, dotykającą poważnego problemu, ale niczym więcej.
Głównym bohaterem jest Chaim Rumkowski, przewodniczący starszeństwa Żydów w łódzkim getcie. Kim był, pisałam przy okazji książki szwedzkiego pisarza, nie będę się więc powtarzać, zainteresowanych odsyłam do tamtej notki lub do innych źródeł. Przypominam tylko, że to postać kontrowersyjna, obiekt sporów historyków. Z woli autora Rumkowski staje przed sądem. Wyimaginowana rozprawa ma miejsce we współczesnej Łodzi, a narrator, pisarz Andrzej Bart, dostaje dziwne zlecenie: ma napisać coś w rodzaju korespondencji z tego procesu. Jest jednak raczej przekonany, że w wyniku choroby ulega halucynacjom. Ze swojego zadania nie wywiązuje się zbyt pilnie, bo ulega urokowi czeskiej Żydówki, Dory, która wraz z matką i innymi mieszkańcami getta, obserwuje to, co dzieje się na sali sądowej. Śledzimy więc na przemian proces (a to relacjonowany przez narratora, a to z punktu widzenia Reginy, drugiej żony Rumkowskiego, czy ich przybranego syna, tu nazywanego Markiem) lub łódzkie peregrynacje narratora i Dory, która z zapałem odwiedza miejsca znane jej z czasów pobytu w getcie.
Dlaczego Dora spacerując po Łodzi, zachowuje się tak, jakby odbywała podróż sentymentalną, a nie odwiedzała miejsca, w których spędziła prawdopodobnie najgorsze i zarazem ostatnie lata swojego życia? Czy czas, który minął i nie minął jednocześnie, złagodził tamte przeżycia? Z nostalgią spogląda z okien kamienicy, w której mieszkała, na dobrze znane jej budynki, ulice i place. Z radością dzieli się tymi miejscami ze swoim nowym znajomym, mówiąc: Tu pracowałam, to mieszkanie należało do tego a tamto do owego, tu stało się to. Mimo upływu lat tereny getta nadal pozostają zaniedbaną dzielnicą Łodzi. Niewiele się zmieniło, zauważa narrator. Tylko mury kamienic upstrzone są całkiem świeżymi antysemickimi napisami. Przeszłość miesza się z tym, co teraz. Mieszkańcy kamienicy, w której mieszkała rodzina Dory, nie myślą, a może nawet nie wiedzą, o tym, co tu się rozegrało, ale w mieszkaniu starszej pani, które zajmowali czescy Żydzi, kobieta znajduje książkę podarowaną jej niegdyś przez ojca. A niedaleko stamtąd w dawnej fabryce Poznańskiego dziś jest nowoczesne centrum handlowe. Chodzimy po miejscach, gdzie rozgrywały się ludzkie tragedie, niewiele się nad tym zastanawiając. Dobrze to czy źle? Jak żyć w Oświęcimiu (myślę o mieście)? Jak w innych miastach naznaczonych przez historię? Czy na pięknej, normandzkiej plaży, na której w 1944 roku wylądowali alianci, wypada się kąpać? Takie pytanie zadałam sobie kilka lat temu, kiedy zeszłam tam wprost z cmentarza poległych żołnierzy. Czy ta plaża na zawsze już ma zostać tylko miejscem pamięci? W każdym razie ja na kąpiel się nie zdecydowałam, nie tylko dlatego, że woda w oceanie zimna.
Takie spokojne, nieco sentymentalne spojrzenie na to, co wydarzyło się w łódzkim getcie cechuje też innych bohaterów. Tak zachowuje się Regina, która bardziej przeżywa to, jak jej mąż zniesie proces, niż to, czy zostanie skazany. Tak zachowuje się Marek, który z ciekawością charakterystyczną dla dziecka, zwiedza zakamarki ponurego, zaniedbanego gmaszyska, gdzie toczy się rozprawa. Tak zachowują się świadkowie, sędzia, prokurator i obrońca. Być może bezczas, w którym znaleźli się dzięki twórczemu kaprysowi autora, sprawia, że patrzą na zdarzenia ze spokojnym dystansem tak, jakby nie ich dotyczyły. Chwila w bezczasie darowana im pomiędzy opuszczeniem getta a załadowaniem do towarowych wagonów.
Ciekawe są rozważania narratora o losach Franza Kafki, który, gdyby nie umarł jeszcze przed wojną, trafiłby do łódzkiego getta jak jego siostry i ich mężowie. O ich pobycie tam mało kto pamięta, ślady po nim pewnie czciłoby wielu. Wzruszająca jest opowieść powołanej na świadka Polki, która do getta trafiła dobrowolnie, przenosząc się tam wraz ze swoimi przybranymi żydowskimi opiekunami, którzy przed laty pomogli jej w biedzie i przygarnęli do siebie. Tylko wielka miłość i wdzięczność czy także nieświadomość tego, co znaczy mieszkać w getcie, stały za jej decyzją? Co bym zrobiła na jej miejscu? Nie stronię od podobnych pytań.
Wiele w książce Andrzeja Barta podobnych smaczków.
Ale najważniejszy jest sam proces. Mieszają się tu postacie z różnych porządków czasowych, przewijają świadkowie słynni (Korczak, Hannah Arendt), znani raczej tylko historykom (niemiecki komendant getta Biebow) i zwyczajni mieszkańcy getta, o których istnieniu nie wiedzieliśmy. A wszystko po to, by rozstrzygnąć, czy Chaim Rumkowski zasługuje na pamięć, bo robił, co mógł, aby ocalić Żydów, czy też na potępienie, bo był narzędziem w ręku Niemców, którym ułatwiał likwidację mieszkańców getta. Powieść Barta ma tę zaletę, że wyostrza problem, pokazuje jego sedno, sprowadza go do istoty. Stawia wiele etycznych pytań, na które wcale niełatwo znaleźć odpowiedź. Co lepsze: dłuższe życie w getcie łódzkim czy szybsza śmierć w warszawskim? Czy życie w takich warunkach (między innymi potworny głód!) jest jakąś wartością? Po co żyć dłużej, skoro tak bardzo się cierpi? Lepiej honorowo umrzeć (Adam Czerniaków w Warszawie) czy wierząc w ocalenie, współpracować z Niemcami (Rumkowski w Łodzi)? Czy coś dobrego przyniósł Żydom szlachetny sprzeciw przewodniczącego starszeństwa Żydów w getcie w Zduńskiej Woli, który nie zgodził się, jak Rumkowski, pomagać Niemcom przy transportach? Nie, też zginęli, podobnie jak ci z Łodzi, Warszawy i innych miast. Ale co przyniósł kompromis i współpraca Rumkowskiego z hitlerowcami? Co dała ofiara złożona przez niego ze starców, chorych i dzieci? A może gdyby nie niekorzystny przebieg wypadków na froncie udałoby mu się ocalić przynajmniej część mieszkańców getta? Czy wysiedlani Żydzi wiedzieli, że jadą na śmierć a nie do pracy, jak ich łudzono? I czy mamy być wdzięczni Niemcom za to humanitarne oszustwo, które, ich zdaniem, czyniło życie w getcie znośniejszym? Czy, gdyby ocaleli, zastanawialiby się nad tym, że Rumkowski, aby ich ratować, zaprzedał swoją duszę? Czy miałoby to dla nich jakiekolwiek znaczenie? Był Rumkowski tragicznym bohaterem, który w czasach okrutnych musiał dokonać zimnej, realistycznej kalkulacji: chorzy, starcy i dzieci na śmierć (ich dni i tak są wszak policzone), bo dzięki temu można przynajmniej ocalić niektórych? Takie pytania, i wiele innych, stawia przed czytelnikiem książka Barta. Muszę przyznać, że gdybym miała za sobą tylko tę lekturę, pewnie inaczej patrzyłabym na Rumkowskiego, nie skreśliłabym go tak jednoznacznie jak po przeczytaniu "Biednych ludzi z miasta Łodzi", mimo że i Bart nie ucieka od pokazywania ciemnych stron przewodniczącego (pedofilia).
Kto znajdzie w sobie siłę powinien przeczytać obie książki, kto tej siły nie ma, niech przynajmniej przeczyta "Fabrykę muchołapek". Stanie w obliczu pytań ostatecznych, ale nie zetknie się z koszmarem życia w łódzkim getcie.
"80 milionów" Waldemara Krzystka. Warto wybrać się do kina!
Po filmach ciężkich i poważnych obrodziło lżejszymi. Przynajmniej ja tak sądzę, bo koleżanka, której poleciłam "Szpiega" jako film rozrywkowy, zgłosiła reklamację nie do samego filmu, ale do klasyfikacji. Będę jednak trwać przy swoim i "80 milionów" Krzystka, które właśnie obejrzałam, też zaliczę do kategorii filmów lżejszych, ale zastrzegam, że to nie zarzut. Reżyserowi udała się niełatwa w polskim kinie sztuka ujęcia poważnego tematu w sposób atrakcyjny, bez zadęcia. Autentyczną historię wypłacenia z bankowych kont i ukrycia owych tytułowych osiemdziesięciu milionów, czego dokonali trzej działacze dolnośląskiej Solidarności w przededniu stanu wojennego, opowiada w sposób żywy, zajmujący i trzymający w napięciu. Umiejętnie oddaje entuzjazm tamtych dni, energię i witalność, jednocześnie pokazując beznadziejność sytuacji. Szare, brzydkie miasto, takie same wnętrza i ciuchy na grzbietach ludzi (celowo piszę o ciuchach, bo w środku szarzy nie byli, przynajmniej nie wszyscy) . Ale najgorsza jest wszechobecność milicji i ubecji. Na losy bohaterów spoglądamy jednocześnie z dwóch perspektyw: od wewnątrz i od zewnątrz. Każdy ich krok jest śledzony, wszyscy są obserwowani, inwigilowani, podsłuchiwani i fotografowani. Podobnie jak w "Szpiegu" widzimy znudzonych funkcjonariuszy siedzących gdzieś w jakimś zamkniętym pomieszczeniu przy urządzeniach podsłuchowych. Tyle tylko, że tu wszystko jest na mniejszą skalę i bardziej przaśne, co nie znaczy, że mniej groźne. Podobnie jak w tamtym filmie szeregowi funkcjonariusze tajnych służb traktują swoje zajęcie jak zwykłą pracę: narady, szef arogant i despota, nudna obserwacja namierzonych działaczy. Mimo tego działalność związkowa, a właściwie polityczna, to nie żarty i zabawa, jej konsekwencje są bardzo poważne. Ale Krzystek, chociaż nie stroni od pokazywania zdarzeń dramatycznych, ucieka od tonu martyrologicznego i opowiada historię trochę w konwencji baśni, trochę w konwencji westernu. Doskonale wiemy, że główni bohaterowie w końcu zostaną aresztowani, ale tego dowiadujemy się z końcowych napisów. Ostatnia scena filmu jest zupełnie inna: radosna, dynamiczna, pełna energii i entuzjazmu. A czarny charakter, rzeczywiście rewelacyjnie grany przez Piotra Głowackiego, dostanie za swoje, na co patrzyłam z dziecięcą niemal, nieskrywaną satysfakcją. Jak to w baśni: dobro wygra, zło zostanie pokonane. Warto wybrać się na ten film!
Popularne posty
-
Kiedy ponad rok temu wreszcie zawarłam znajomość z prozą Myśliwskiego, wiedziałam, że nastąpi ciąg dalszy. Wtedy przeczytałam "Trakt...
-
Wszystkim amatorsko interesującym się malarstwem, wszystkim, którym wyraz galeria kojarzy się w pierwszym rzędzie z malarstwem albo rzeźbą, ...
-
Zacznę od wyznania - literaturę latynoamerykańską znam bardzo słabo. A i to za dużo powiedziane, bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że właś...
-
Po lekturze "Kronik oporu i miłości" byłam pewna, że do książek Ingi Iwasiów jeszcze wrócę, żeby nadrobić zaległości, bo wcześni...
-
Do "Zielonego Domu" Mario Vargasa Llosy (Znak 2010; przełożył Carlos Marrodán Casas) przymierzałam się od dawna, a utwierdził mnie...
