Po lekturze powieści "Wszystko na darmo" Waltera
Książka "Prima sort", która ukazała się w Niemczech w roku 1971 i przyniosła autorowi uznanie krytyki i czytających, jest pierwszą powieścią pisarza z jego wielkiego cyklu "Deutsche Chronik" ("Niemiecka kronika"). Książki te powstały na bazie nagrywanych na taśmę magnetofonową rozmów z matką, bratem i innymi żyjącymi krewnymi oraz zbieranych listów, zapisków, dokumentów czy fotografii. Wszystko to przetworzone literacko złożyło się na ten cykl.
Opowieść zaczyna się w marcu 1938 roku, kiedy to mieszkająca w Rostocku rodzina Kempowskich przenosi się do nowego, bardziej komfortowego mieszkania. Walter ma wtedy dziewięć lat. Koniec to moment, kiedy do rodzinnego miasta pisarza wkraczają wojska radzieckie, czyli wiosna roku 1945. Jest więc to opowieść o zwyczajnej niemieckiej mieszczańskiej rodzinie w burzliwych czasach. Ojciec pisarza, weteran pierwszej wojny, którą często wspomina, był szanowanym rostockim armatorem, pochodząca z kupieckiej rodziny matka zajmowała się domem. Małżonkowie mieli jeszcze dwoje starszych dzieci, syna Roberta i córkę Ullę.
Przeprowadzka do nowego, lepszego, mieszkania ma zwiastować dla rodziny lepsze czasy. Jakby wbrew temu, co dzieje się wokół. W życiu Kempowskich polityka właściwie nie istnieje. Na pewno nie są gorliwymi wyznawcami nazizmu, ale też nie widać jakichś oznak obrzydzenia dla tej ideologii.
Na Patriotischer Weg znaleziono obcięte palce, robota ludu Izraela. Mordują chrześcijan, ćwiartują, a potem wyrzucają. Uważają to za dobry uczynek. W każdej synagodze jest piwnica wypełniona zakrzepłą krwią. Dzięki temu trafiają do nieba.
Tak Walter relacjonuje swoje rozmowy z kolegami w drodze do szkoły.
Ależ ten Hitler robi świetną robotę. (...) Możemy być dumni, że dane nam jest żyć w takich czasach.
Takie teksty słyszy w szkole.
- O fuj - szepnęła matka. - Wygląda jak gruby żydowski szpieg ...
Wszystko, co złe w charakterze dzieci, a szczególnie Waltera, który z czasem będzie przysparzał jej trosk, matka przypisuje polskim przodkom.
- Ale: żeby nigdy nie odrabiać prac domowych, to też żadna robota. - Nie dziw się potem, że tracimy cierpliwość. - To ci polscy przodkowie w naszej rodzinie dochodzą do głosu.
Taka fraza powraca w powieści wielokrotnie. Kiedy wybuchnie wojna, ojciec nie będzie mógł przeboleć, że z powodu przynależności do loży masońskiej nie został powołany do wojska. Potem zostanie wcielony do służb pomocniczych, będzie między innymi stacjonował w okolicach Szczecina. Nie zwierzał się z tego, co tam dokładnie robił.
Narrator opowiada o zwyczajnym, codziennym życiu swoim i swojej rodziny. O rozmowach przy stole, o spotkaniach z kolegami, o szkole, o wakacjach, o bracie, siostrze, znajomych, sąsiadach, o coraz większych problemach z zaopatrzeniem, o bombardowaniach miasta, a wreszcie o znacznych zniszczeniach w ich wyniku. Jest tylko dzieckiem, więc dostrzega też dobre strony alarmów przeciwlotniczych.
Jeśli alarm odwoływano po północy, następnego dnia byliśmy zwolnieni z dwóch pierwszych lekcji. To było przyjemne, niekiedy nawet pożądane.
W miarę upływu czasu, kiedy dorasta, jego spojrzenie na świat się zmienia. Nie może przeboleć, że nigdy nie był w jednym z kościołów, który zbombardowany podczas jednego z alianckich nalotów zniknął z powierzchni ziemi. Kultura odgrywa ważne miejsce w życiu rodziny.
- Ale przecież kultura ... - zaczęła matka. - Nasza stara, dobra niemiecka ojczyzna ...
Słuchają muzyki, brat i jego koledzy także jazzu, w domu są książki. Nawet pod koniec wojny Walter i jego matka nie potrafią się oprzeć i idą na koncert organowy do jednego z ocalałych kościołów, chociaż zdają sobie sprawę, że jest to niebezpieczne z powodu grożących bombardowań. W czasie koncertu kilkakrotnie gaśnie światło.
I takie przeczucie: może dziś ostatni raz słucha się organów? Czy za chwilę zacznie się nalot?
Dziadek, który przybył do nich z Hamburga, kiedy jego dom został zbombardowany, wielokrotnie wspomina utracone książki. Nawet kiedy pod koniec wojny Walter, wcielony do służby kurierskiej Luftwaffe, jedzie do zrujnowanego Berlina, szuka tam jeszcze ocalałych księgarń.
Na próżno szukać jednak refleksji, z jakiego powodu ich wygodny mieszczański świat runął. Matka wzdycha i powtarza coś w rodzaju: co to się porobiło, i zmęczona trudami codziennego życia chciałaby, aby to się już skończyło.
- Że też ludzie nie potrafią żyć w pokoju - westchnęła matka. Wielcy tego świata powinni iść na ring bokserski i rozegrać walkę między sobą. Chętnie by popatrzyła.
Och, gdyby mogła chwycić tych oficjeli za karki i uderzyć jednym łbem o drugi. Żeby tutaj wszystko obrócić w ruinę. Zawsze ubzdurają sobie jakieś głupoty, a potem my musimy wypić to piwo.
Słyszą o poległych na froncie sąsiadach, znajomych, kolegach Roberta czy Ulli, ale sami mają szczęście - ich najbliżsi są w miarę bezpieczni. Robert z powodu wady wzroku nie został wcielony do wojska, Ulla wyszła za mąż za Duńczyka i wyjechała do Danii. Jednak im bliżej końca wojny, tym bardziej widać jej tragiczne skutki. To nie tylko zniszczenie miasta i coraz trudniejsza codzienność, ale także napływający do Rostocku uciekinierzy z zajmowanych przez armię radziecką terenów. I strach przed nadciągającymi Rosjanami. Co robić? Zostać czy uciekać do stref zajętych przez Brytyjczyków czy Amerykanów? Ale jak zostawić wszystko? Jak tam dotrzeć, kiedy kolej nie działa?
A my? Czy Rosjanie dotrą też do nas? W głowie się nie mieści.
Czytając książkę, widzimy źródła zła, które toczy niemieckie społeczeństwo. To między innymi dryl i okrucieństwo szkoły oraz organizacji młodzieżowych, choćby Hitlerjugend, do których obowiązkowo wcielani są uczniowie. Nawet korepetycje u niejakiej ciotki Anny, na które wysyłają Waltera rodzice, bo nie przykłada się do nauki, budzą grozę wśród chodzących na nie uczniów. Dorastający Walter nie umie czy nie chce dostosować się do tego drylu. Znajduje sobie towarzystwo wśród takich jak on outsiderów. Wyrazem buntu jest fryzura - dłuższe włosy.
Co się stało, co za głupoty wyprawiam! Wciąż te długie włosy, nigdy nie stawiam się na służbę... ("Liesel, czy załatwiłaś już listy?") A tu proszę, raport: klub jazzowy i przesiadywanie w kawiarni? Zajadanie piankowych deserów?
Dlatego trafia do karnej jednostki Hitlerjugend, gdzie tacy jak on mają dostać szkołę życia. Stosowane wobec młodych buntowników metody budzą grozę. Odskocznią jest sztuka. To właśnie po jednym z takich dni spędzonych w tej karnej jednostce Walter myśli tylko o tym, aby pójść na koncert organowy.
Oryginalność "Prima sort" bierze się ze sposobu pisania i z języka. Pełno tu rozmaitych powiedzonek, którymi posługują się członkowie rodziny Kempowskich. Miód, malina, gitara, mandolina, tytułowe prima sort, a kiedy się coś nie udaje psia dupa, psie ryby. Ale nie tylko o te powiedzonka chodzi. Narracja prowadzona jest w taki sposób, jakbyśmy znaleźli się w samym środku rozmów, które często prowadzone są przecież chaotycznie. Nie zawsze wiemy, kto wypowiada daną kwestię, opowieść przetykana jest krótkimi dygresjami, cytatami z piosenek, jakimiś wtrąceniami zapisywanymi w nawiasach.
- Kto wistuje?
Spustoszyć całe miasto - niewiarygodne, jak daleko to zaszło. Całkowicie niepojęte. Wspaniały kościół Świętego Piotra. Święty Jakub. Nie do pomyślenia.
- Gra w piki daje wyniki.
Może to stanowić barierę w czytaniu, ale naprawdę warto się przełamać, bo bardzo szybko da się przyzwyczaić do takiego sposobu opowiadania. Warto też zapoznać się z posłowiem tłumaczki, Małgorzaty Gralińskiej, która pisze o tym, jak szukała odpowiedników tych rodzinnych powiedzonek, jakie zabiegi stosowała, aby oddać styl i język powieści, a wreszcie zwraca uwagę na symbolikę zaszytą w niektórych fragmentach tej książki trudną do rozszyfrowania dla przeciętnego czytelnika. Pisze też o powojennych losach rodziny Kempowskich, które nie były różowe.
Zdaję sobie sprawę, że twórczość Waltera Kempowskiego raczej nie spotka się z masowym odbiorem, ale naprawdę warto spróbować. Ja jestem jej fanką.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz