Do debiutów, a zwłaszcza do polskich, bo zagraniczne przechodzą
przez podwójne sito - w swoim kraju i u nas, podchodzę jak pies do jeża - z wielką ostrożnością. Wiadomo, każda sroczka swój ogonek chwali, więc za debiutem kryje się wydawnictwo, które z jakichś powodów uwierzyło, iż rzecz warta jest publikacji i zachwala, że wyjątkowe i niezwykłe. No a potem bywa różnie. Na "Trzewia" Aleksandry Paduch (Czarne 2025) pewnie bym się nie zdecydowała, gdyby nie entuzjastyczny głos literaturoznawczyni, którą bardzo cenię, bo nie boi się krytykować, z czym dziś wśród recenzentek i recenzentów różnie bywa. No bo jak to tak sprawiać przykrość, skoro ktoś włożył w książkę tyle serca. Ironizuję, lecz zupełnie nie zgadzam się z takim podejściem. Ale do rzeczy.Wielkie rozczarowanie! Naprawdę podeszłam do tej książki z dobrą wolą, długo czekałam na nią w kolejce w bibliotece, no ale nie mogę ukrywać, że są mi "Trzewia" dokładnie obojętne. Tu dygresja - od zapisania tych refleksji do ich dzisiejszej redakcji i publikacji minął miesiąc, a we mnie nic z tej książki nie zostało. Gdyby nie ta stworzona przeze mnie notka, chyba nie umiałabym sobie przypomnieć, o czym "Trzewia" były. To najlepszy dowód, jak mało mnie obeszły. Czytając, czułam coraz większą złość na to, że tracę czas. Nie byłam nawet w stanie docenić sprawności językowej, na co zwykle jestem czuła. Tym razem wrażenie nieważności i wtórności tego, o czym czytam, sprawiło, że nie zwracałam uwagi na język. I pewnie bym "Trzewia" rzuciła, gdyby nie bardzo mikra objętość - lektura na dwie, trzy godziny.
Nie wiem, na ile ta mikropowieść jest autofikcją i czy w ogóle, ale przecież w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Mnie ta książka niczym nie porwała, niczym nie zainteresowała. Miałam wrażenie, że czytałam już o tym po wielokroć. Historia rodzinna składana ze strzępków przez narratorkę, która opowiada o pokoleniu babć i dziadków, o rodzicach i rodzeństwie. Mamy tu wojnę, Wołyń, wędrówki ludów, PRL, lata transformacji, trochę szkoły, studia w Londynie, jakiś romans, zaburzenia odżywiania, choroby. A wszystko to w cieniu śmierci brata i innych krewnych, co powoduje u narratorki zrozumiały strach przed śmiercią. Motyw żegnania zmarłych spoczywających w otwartej trumnie powraca niczym mantra.
Te wątki i opowieści, niektóre powtarzane, zapisane zostały w krótkich, mikroskopijnych obrazkach, od kilkuwersowych do maksymalnie półtorastronicowych, z przewagą tych krótszych. Jest tych scenek, czasem refleksji, równo sto i nie wiedzieć czemu, zaczynają się od setnej kończą na pierwszej. Ja w każdym razie nie jestem w stanie odszyfrować zamysłu, jaki kierował pisarką, kiedy zdecydowała się tak to ponumerować. Po co te numery? Dlaczego w odwrotnej kolejności?
Wymieniając tematy pojawiające się w powieści, użyłam stwierdzenia mamy tu, ale tak naprawdę nie mamy, bo to zaledwie sugestie, krótkie scenki, obrazki, taki szkic. Trudno z tego stworzyć jakąś przyciągającą uwagę całość, trudno się skupić.
A skąd tytuł "Trzewia"? Pewnie dlatego, że dużo tu chorób, rozmaitych dolegliwości i ... jedzenia, które do tych trzewi się wrzuca. Bo jedzenie stanowi ważny element tej rodzinnej opowieści. Wokół niego skupia się życie.
Babcia z Wołynia/Reblina/Słupska nie wychodzi z kuchni, spełnia zachcianki i marzenia. Dziadkowe i nas wszystkich. (...) Do syta i do pełna oznacza posłuszeństwo, zapobiegliwość i przeżycie, a trawienie dowodzi istnienia.
Po kokardę, po uszy się najeść z radości spotkania. Biesiadowania, narodzenia bożego, imienin, czegokolwiek. Na zapas, na wypadek braku i zgodnie z nauką: jak dają, to bierz. Jak jest, to jedz.
Jedzenie jest tu opresją, zastępuje rozmowę, ma wyrażać bliskość, miłość, ale prowadzi do otyłości i chorób. Ale o tym też już przecież było.
Cóż, zupełnie nie podzielam zachwytu Mikołaja Grynberga wyrażonego w blurbie. Że: Nie było jeszcze książki, która tak celnie opisuje nasz kraj. I że to: Wspaniały tekst o polskich wnętrzach, tych mieszkaniowych i tych psychicznych. Jakoś się z tą powieścią całkowicie rozminęłam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz