Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Philip-Roth-Duch-wychodzi, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Philip-Roth-Duch-wychodzi, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

Philip Roth "Teatr Sabata"

Już od dawna czas był najwyższy, aby sięgnąć po kolejną powieść mojego ukochanego Philipa Rotha. Przygodę z jego twórczością rozpoczęłam późno, ale natychmiast poczułam, że to mój pisarz. Odtąd regularnie nadrabiam zaległości. Nie wszystko, co przeczytałam, zachwyciło mnie w równym stopniu, ale trudno, aby tak płodny prozaik za każdym razem tworzył powieść wybitną. Na razie najwyżej na mojej prywatnej liście rankingowej, a przeczytałam dwanaście powieści Rotha, plasują się "Duch wychodzi" i "Wzburzenie", potem amerykańska trylogia, czyli "Amerykańska sielanka", "Wyszłam za komunistę" i "Ludzka skaza", no i "Kompleks Portnoy'a" oraz "Nemezis".  Zdecydowanie nie podobała mi się tylko jedna - "Upokorzenie". Pozwalam sobie na takie zwięzłe podsumowanie, bo i okazja jest szczególna - Philip Roth umarł niedawno (Powinno być - kilka miesięcy temu. Ten wpis powstał w czerwcu), a smutny dzień jego śmierci zbiegł się z dniem radosnym - właśnie wtedy Olga Tokarczuk dostała Bookera za "Biegunów". Tak to się plecie. Roth nie żyje i nigdy już nie dostanie Nobla. Odkąd zaczęłam czytać jego książki, co roku spodziewałam się, że to właśnie on albo drugi mój ukochany, Amos Oz (Też już niestety nic nie napisze. Pożegnalny wpis tutaj.), dostąpi tego zaszczytu. Niestety nic z tego. Z Noblem czy bez obaj i tak są wielcy. Nie ukrywam, że to właśnie wiadomość o śmierci Philipa Rotha kazała mi sięgnąć po kolejną jego powieść. Chociaż na mojej półce książek oczekujących leży pięć kolejnych, to kupiłam inną - "Teatr Sabata". Chyba dlatego, że w materiałach, jakie ukazały się po śmierci pisarza, znalazłam informację, że była to jego ulubiona powieść, bardzo dla niego ważna - darzył ją szczególnym uczuciem.
Jej bohaterem jest ponad sześćdziesięcioletni Morris Sabat, nazywany też Mickey'em, dziwkarz, uwodziciel, zboczeniec, wykorzystujący kobiety, burzący obyczaje, wciągający w matnię młodzież, żonobójca. To jego słowa, tak, trochę ironicznie, widzi siebie w momencie wielkiego rozgoryczenia, takie słowa każe sobie wyryć na nagrobku, kiedy umrze. Jeśli był zboczeńcem, to tylko w potocznym, obraźliwym znaczeniu tego słowa, żony nie zabił, pozostałe epitety są prawdziwe. Tak, całe jego życie od czasów wczesnej młodości, od kiedy jako bardzo młody człowiek zaczął pracować na statkach, obracało się wokół seksu. Prawdopodobnie przez psychologa lub psychiatrę zostałby sklasyfikowany jako seksoholik. On tak o sobie nie myśli. Seks, kolejne erotyczne przygody są dla Sabata z jednej strony przejawem niczym nieskrępowanej wolności, przekraczaniem granic - żyję, jak chcę i co mi zrobicie, z drugiej ucieczką. Ucieczką od świata i od śmierci, która w jego życiu pojawiła się bardzo wcześnie, do której w swoich wspomnieniach obsesyjnie wraca. To śmierć kilka lat starszego, ukochanego brata będącego jego autorytetem i przewodnikiem po świecie. Zginął w czasie drugiej wojny, zestrzelony przez Japończyków. Jego strata zburzyła życie całej rodziny, przecięła beztroskie dzieciństwo Sabata. Ze śmiercią i utratą zmierzy się jeszcze kilkakrotnie w swoim życiu. Niemal zawsze będzie to przeżywać równie mocno. 
To pesymistyczna powieść, powieść o nieudanym życiu, o klęsce. Klęski nie tylko Sabata dotyczą. Zresztą, czy on tak ocenia swoje życie, wcale nie jestem pewna. Owszem, robi to w chwili słabości, zwierzając się przyjacielowi niewidzianemu od bardzo wielu lat, od czasu, kiedy uciekł z Nowego Jorku i zagrzebał się na prowincji. Czy chce wzbudzić litość, aby znaleźć pomoc, czy naprawdę tak czuje? Z jednej strony użala się nad sobą, przedstawiając swoje życie jako pasmo klęsk i niepowodzeń, z drugiej natychmiast zaczyna poszukiwania, jest gotów wdać się w kolejny romans, rzucić się w nową przygodę. Ta perspektywa czyni go innym człowiekiem, daje mu kopa, pozwala znowu uciec. Tyle że Sabat już nie bardzo ma gdzie uciekać, nie jest młody, ma sześćdziesiąt cztery lata, dziś to nic, ale akcja powieści toczy się na początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, w dodatku cierpi na artretyzm. Zaniedbał się, wygląda jak starzec z długą, siwą brodą. Ile kobiet jeszcze uwiedzie? Ile razy się zakocha?
To kolejna powieść Rotha o starości. Jak zawsze przejmująca. Bo w starości, jeśli trafnie odczytuję myśl Rotha wyrażoną nie tylko w tej książce, nie strach przed śmiercią jest najgorszy, tylko zderzenie pragnień, które nadal są żywotne, z niemożnością ich zrealizowania, odstawienie na boczny tor, nuda, trwanie. Sabat jeszcze walczy, ale jego o wiele lat starszy kuzyn, który dożył setki, ma już przed sobą tylko nudę i trwanie. Nawet wspominać mu trudno, bo niewiele pamięta. Scena, kiedy główny bohater dość nieoczekiwanie odwiedza swojego dawno niewidzianego krewniaka, jest jedną z najbardziej przejmujących w całej powieści. Stary, samotny człowiek, który przeżył wszystkich, swoją żonę, swoje kochanki, swoje dzieci, swoich przyjaciół i znajomych. Sam w zapuszczonym domu niemal tak wiekowym jak on.
Ale bohaterkami "Teatru Sabata" są także kobiety. Jego zaginiona pierwsza żona i druga, alkoholiczka. Obie niepotrafiące się odnaleźć w życiu, skazane na klęskę, bo nie umieją odciąć się od przeszłości. Tak jak Sabata na zawsze naznaczyła śmierć brata, tak na ich losie cieniem położyły się relacje z ojcem i rozpad małżeństwa rodziców. Tylko Drenka, Chorwatka, jego kochanka, potrafiła się jakoś dogadać z losem. Może dlatego, że podobnie jak Sabat przekraczała granice, ucieka w seks, w eksperymenty. To daje jej napęd i wigor, ale nie jest ratunkiem przed ostatecznym.
Nie zapiszę "Teatru Sabata" na listę moich ulubionych powieści Philipa Rotha, może dlatego, że trudno mi polubić głównego bohatera, ale w żadnym razie nie żałuję, że ją przeczytałam.

Philip Roth "Wyszłam za komunistę"

Wydawnictwo Literackie co kilka miesięcy wydaje kolejną książkę Philipa Rotha, jednego z moich ulubionych pisarzy. Ledwie zdążyłam przeczytać "Wyszłam za komunistę" (WL 2015; przełożył Jacek Spólny), drugą część trylogii amerykańskiej, a już wyszła trzecia, "Ludzka skaza". Od razu kupiłam, a nuż Roth wreszcie dostanie Nobla, to wszyscy się rzucą, ale z lekturą trochę poczekam. Przecież nie samym Philipem Rothem człowiek żyje. (Wpis, jak często, trochę przeleżał. Roth Nobla nie dostał, Amos Oz też nie, ale za to noblistką została Swietłana Aleksijewicz. Też dobrze!) "Wyszłam za komunistę" to jednocześnie książka z cyklu o pisarzu Nathanie Zuckermanie. To on jest jednym narratorem. Ale mamy i drugiego, Murray'a Ringolda, przed wieloma laty uczył Nathana angielskiego. Bo ta powieść, tak jak pierwsza część trylogii, oparta jest na podobnej konstrukcji. Pisarz spotyka dziewięćdziesięcioletniego Murraya, a on opowiada mu historię swojego brata Iry Ringolda, którego Nathan w młodości znał  bardzo dobrze. Ba, był pod jego wielkim wpływem, a Ira traktował go jak syna, którego nie miał. Jak zwykle u Rotha powieść ma dwie płaszczyzny. Jedna to barwna i bogata historia bohaterów, druga tło społeczne i polityczne. Tym razem pisarz cofa się do lat czterdziestych i pięćdziesiątych, oczywiście do swojego Newark.

Kim jest Ira? Człowiekiem z nizin społecznych, bestią, która walcząc ze swoją agresją, chroni się w ramionach pięknej, bogatej i popularnej aktorki, Evy Frame, ale przede wszystkim lewicowym celebrytą. Wcielając się w rolę Abrahama Lincolna występuje na związkowych wiecach, potem zostaje radiowym aktorem -amatorem, a wreszcie mężem Evy. Ira zaczynał od kopania rowów, imał się różnych prac, włóczył się po kraju, ukrywał, miał na sumieniu różne sprawy, walczył w czasie wojny i to właśnie wtedy spotkał ideowego działacza ruchu związkowego, który go ukształtował. Ale nie podążył jego drogą, nie pracował w fabryce, nie walczył, nie mieszkał w jakiejś zatęchłej norze, nie został wyrzucony z pracy za agitację, nie rozdawał ulotek. Wcielanie się w Lincolna, występy w radiu, a wreszcie małżeństwo z Evą przyniosły mu wygodne życie i popularność. Dlatego jego dawny mentor i towarzysz gardzi nim. Ira jest swego rodzaju dziwowiskiem, przecież nie pasuje do środowiska, w którym dzięki małżeństwu się obraca. Tolerują go ze względu na Evę, a on unosi się, prowokuje. Nie jest już prawdziwym komunistą, ale nigdy nie będzie, bo nie potrafi, być prawdziwym burżujem. Dlatego skazany czeka go klęska. Osobnym , ważnym pytaniem pozostaje, dlaczego bogata, piękna aktorka związała się z Irą? Odpowiedź znajdzie czytelnik w książce. Bo jest to też historia ich toksycznego małżeństwa, a właściwie trójkąta, bo kością niezgody jest córka Evy z drugiego małżeństwa. Poznajemy skomplikowane relację pomiędzy tą trójką, a przede wszystkim pomiędzy matką i córką. Eva Frame to pełnoprawna bohaterka powieści. Jej skomplikowane losy, historia kariery i kolejnych małżeństw stanowi jeden z wątków książki. Osobnym bohaterem, niby trochę w cieniu tamtych, pozostaje oczywiście Nathan Zuckerman. To opowieść o jego dojrzewaniu, o kształtowaniu się poglądów, o ludziach, którzy wywarli wpływ na jego młodość i przyszłość. Najpierw, zafascynowany Irą, towarzyszy mu na wiecach, pod jego wpływem tworzy słuchowiska radiowe o lewicowej tematyce, dostępuje zaszczytu i zostaje zaproszony na przyjęcie do Iry i jego żony, co niezwykle imponuje jego matce. Potem, w czasie studiów, o duszę Nathana walczy pewien profesor literatury. I jeszcze jedno spotkanie wywiera niezwykły wpływ na młodego Nathna Zuckermana. To wizyta u mentora Iry, związkowego działacza. Wyprawa na robotnicze przedmieścia Chicago robi na nim ogromne wrażenie. Podziwia swojego rozmówcę, jest gotów żyć tak jak on, poświęcić się związkowej agitacji.

Spotkania, wpływ innych na nasze życie to jeden z tematów powieści. Jakże często przypadek, który stawia na naszej drodze ważnych ludzi, decyduje o tym, kim będziemy i jak potoczą się nasze losy. Kim byśmy się stali, gdyby nie oni? I wreszcie warstwa najważniejsza, tło społeczne i polityczne. Roth sięga w swojej powieści do czasów, gdy w Stanach zapanowała antykomunistyczna histeria. Wszędzie tropiono komunistów, agentów, wrogów, spiski. Powstawały listy proskrypcyjne, a ofiarą padali nie tylko ci, na których rzucono podejrzenie, ale także ich krewni czy znajomi. Najciekawszy wydał mi się mechanizm niszczenia ludzi. Często za ideą kryły się niskie pobudki. Osobista zemsta, kariera, szantaż. Ten, kogo użyto jako narzędzia zbrodni, zanim się obejrzał, został wyrzucony na towarzyski śmietnik. Na ofiarę, szczególnie jeśli znana, rzucały się wygłodniałe media. Upadek człowieka stawał się rozrywką dla mas, rola mediów bardzo trafnie zostaje przyrównana do funkcji średniowiecznego pręgierza. Karę wymierza się publicznie ku uciesze pragnącej krwi gawiedzi. Moralna hańba jako rozrywka i igrzyska dla tłumów.

Powieść jest niezwykle bogata. Mnóstwo tu bohaterów, a pisarz pochyla się nad każdym, nawet tym epizodycznym. Historie takich postaci stanowią swoiste dygresje, mikroopowieści. Kto lubi i ceni Philipa Rotha, na pewno sięgnie po drugą część amerykańskiej trylogii, a potem po kolejną. Wszak ten cykl uważany jest za jego najważniejsze osiągnięcie. Przyznam się, że moje ulubione powieści  "Duch wychodzi", inna książka z Zuckermanem, "Wzburzenie", no i kapitalny "Kompleks Portnoya". Co nie znaczy, że nie polecam i nie cenię "Amerykańskiej sielanki" i "Wyszłam za komunistę". A kto nie zna twórczości pisarza, niech wreszcie zacznie swoją z nim przygodę. 

Jerzy Pilch "Zuza albo czas oddalenia"

Pilcha zaczęłam czytać stosunkowo niedawno. To znaczy wcześniej czytywałam jego felietony, ale ponieważ miał w zwyczaju zmieniać redakcje jak rękawiczki, to nie zawsze było nam po drodze. Mam do jego literatury stosunek mieszany. O ile zachwyciły mnie opowiadania wydane w tomie "Moje pierwsze samobójstwo", o tyle dwie powieści, które przeczytałam, "Wiele demonów" i "Miasto oddalenia", wydały mi się mocno nierówne. Momentami świetne, gawędziarskie, śmieszne, ale i dotykające problemów egzystencjalnych, grzeszyły jednak nadmiernym gadulstwem, co sprawiało, że całe partie stawały się nużące. Dwa tomy dzienników (niestety nie napisałam tu o nich), okrzyknięte przez krytyków znakomitymi, mnie aż tak znakomite się nie wydały, ale może na moją ocenę wpłynął fakt, że nie przepadam za tym gatunkiem. Niemniej jednak są na pewno interesujące, a "Drugi dziennik", świadectwo postępującej choroby, rzeczywiście porusza. Jak by nie było, wiedziałam, że do Pilcha wracać będę. Nie jest tak, że mam potrzebę przeczytania wszystkiego, ale zrobiłam sobie listę powieści, które chcę prędzej czy później poznać.
Dlatego wiadomość o zbliżającej się dacie premiery najnowszej książki pisarza, "Zuza albo czas oddalenia" (Wydawnictwo Literackie 2015), przyjęłam z nadzieją. Pierwsze głosy jakoś jednak ostudziły mój zapał. Z jednej strony informacja, że to powieść krótka, mogła rokować pozytywnie, bo, jak wspomniałam przed chwilą, moim zdaniem nadmierne gadulstwo Pilchowi nie służy. Z drugiej strony opinie, że to materiał na dzieło solidnych rozmiarów niezrealizowane z różnych powodów (chyba nie tylko kondycyjnych) wzbudziły moją podejrzliwość. Bo co innego napisać krótko z wyboru, a co innego z musu. Wobec tego postanowiłam na razie wstrzymać się z zakupem, ale nieoczekiwanie otrzymałam ją w prezencie. A że potrzebowałam czegoś nie nazbyt dołującego, a stale mam w głowie te opowiadania Pilcha, które tak mnie kiedyś cieszyły w podróży, od razu po nią sięgnęłam i ...... i niestety przeżyłam ogromny zawód! Szczerze mówiąc, dawno nie miałam poczucia, że tracę czas na lekturę książki. Na szczęście wiele go nie zmitrężyłam, bo "Zuza albo czas oddalenia" to raczej dłuższe opowiadanie niż powieść. 130 stron niewypełnionych po brzegi. Trochę przyjemności, ale głównie złość, nuda i poczucie, że zostałam nabita w butelkę, to wszystko na przemian towarzyszyło mojej lekturze.
Przyczyn jest co najmniej kilka. Wcale nie mam pewności, czy temat jest tą najważniejszą. Kto śledzi na bieżąco wiadomości literackie, ten na pewno wie, że to historia sześćdziesięciolatka chorego na parkinsona, który zakochuje się w dwudziestoletniej pannicy lekkich obyczajów, a traci dla niej głowę do tego stopnia, że się z nią żeni. Pilch obudowuje temat licznymi odniesieniami literackimi, czyni to też w wywiadach, których kilku udzielił. Nawiązuje głównie do Marqueza ("Rzecz o mych smutnych dziwkach"), ale zamieszcza też stosowny cytat z "Braci Karamazow" Dostojewskiego. Jednym słowem wznosi ten literacki motyw na wyżyny, przydając mu gębę istoty i sedna. Wydaje mi się, że pisarz, który nie przeżył tego rodzaju fascynacji, (...) za wiele nie zwojuje. - to cytat z wywiadu udzielonego Justynie Sobolewskiej, ale mówił to też w innych rozmowach. No cóż, nie żebym się gorszyła, zresztą książka jest całkiem niewinna, bo tych kilkanaście grubych słów rozsianych tu i ówdzie to dziś przecież kaszka z mleczkiem, ale temat mnie jakoś specjalnie nie porywa. A jeszcze Marqueza nie znam, więc ewentualne literackie gry nie dla mnie. Pilch uderza z jeszcze grubszej rury, bo tytuł nawiązuje do biblijnej historii o Zuzannie i starcach, a i w środku znalazły się na ten temat passusy.
Kolejny powód mojego rozczarowania to jednak nadmierna zwięzłość. Książka ma formę zapisków (?), dziennika (?) znalezionego w bucie leżącym na klatce  warszawskiej kamienicy przy ulicy Hożej oczywiście. Taka forma tłumaczy fragmentaryczność notatek i ślizganie się przez czas (historia nieszczęśliwej miłości ledwie się zaczęła, a już się skończyła, chociaż minęły raczej lata niż miesiące). Nic jednak nie poradzę na to, że mnie brakuje tego charakterystycznego Pilchowego stylu i gawędziarstwa. Jakby autor zatrzymywał się w połowie. Już, już się rozpędza, już, już uderza w charakterystyczny ton, kiedy nagle stop. Koniec opowieści. I tak  nie wybrzmiewa ani historia Nulli, pierwszej żony narratora, ani opowieść o innych miłosnych zawirowaniach, ani wspomnienia z dzieciństwa, ani wreszcie opowieści o matce i ojcu. Oczywiście autor ogrywa tę zwięzłość, narrator snuje wywód, jak to historia jego opętania powinna się rozwijać i na ilu stronach, ale czytelnikowi z tego mała pociecha. Może komuś ten destylat będzie odpowiadał, wszak powściągliwość bywa atutem, ale ja nie tego od Pilcha oczekuję. Pomiędzy rozwlekłością, która czasem mi przeszkadzała, a nadmierną zwięzłością jest przecież jakiś złoty środek.
Gdybym przynajmniej dostała coś w zamian. Ale nie! To znaczy niby dostaję tematy najważniejsze. Miłosne opętanie, wolność, rozpacz, samotność, samobójstwo, starość, chorobę, śmierć. Co z tego, kiedy to wszystko nie robi specjalnego wrażenia. Jest naskórkowe i wykoncypowane. Owszem, znajdzie się parę interesujących myśli, które można by zanotować w jakimś kajeciku, gdyby się taki kajecik prowadziło. Ale to jednak mało. Szczególnie jeśli ma się w czytelniczej pamięci, a ja mam, to, jak temat starości pożądającej młodości i uczucia potraktował mój ukochany Philip Roth w znakomitej powieści "Duch wychodzi" (może być też w "Evrymanie"). Zresztą Pilch przywołuje tę pierwszą pozycję we wspomnianym tutaj wywiadzie. Czytając historię Nathana Zuckermana, odczułam całe przekleństwo starości, choroby, niemożności, przemijania i żalu za utraconą młodością. Czytając Pilcha, najczęściej nie czułam nic. Przejmująco robi się dopiero na ostatnich stronach, kiedy narrator z rezygnacją wylicza, co mu choroba odebrała.
Na koniec muszę się do czegoś przyznać. Ponieważ znany jest cały kontekst powstania tej książki, zastanawiałam się, czy aby wypada ją krytykować. Bo może powieść była dla pisarza terapią? Może choroba uniemożliwiła mu napisanie dzieła kompletnego? Potem jednak pomyślałam, że w wywiadach poczyna sobie Pilch całkiem pewnie i śmiało, a poza tym książka pokazana światu zostaje wystawiona pod osąd i litować się nad nią nie mamy prawa. Takie wilcze czytelnicze prawo. No i jest jeszcze wydawnictwo, które pragnie na autorze zarobić i wciska mi tę książeczkę za niemałe pieniądze, wabiąc z okładki pokrętnym tekstem. Przypomina się hucpa z "Kronosem" Gombrowicza. Cóż, z dużej chmury mały deszcz.

Philip Roth "Amerykańska sielanka"

Jak tak dalej pójdzie, to mój blog stanie się blogiem tylko książkowym. W kinach bryndza, a jeszcze niedawno nie nadążałam za ciekawymi nowościami. Na razie jednak pozostaję przy lekturze i to nie byle jakiej. Nareszcie spełniłam swoje czytelnicze marzenie i przeczytałam pierwszą część trylogii amerykańskiej Philipa Rotha, czyli "Amerykańską sielankę". A wszystko to dzięki Wydawnictwu Literackiemu (2015; przełożyła Jolanta Kozak), które wykupiło prawa do jego książek i po kolei będzie wydawać wszystko! Hurraa!!! Trzy powieści składające się na ten cykl uważane są chyba za najwybitniejsze dzieła Rotha. Nie wiem właściwie, dlaczego wydawało mi się, że jest to jedna z jego pierwszych książek. Może dlatego, że dotyka bolesnych dla Amerykanów czasów wojny w Wietnamie? Tymczasem została napisana w roku 1997. Dla porządku dodam jeszcze, że należy do  cyklu powieści z pisarzem Natanem Zuckermanem. Tym razem jednak to nie on jest głównym bohaterem, ale starszy brat jego szkolnego kolegi, Seymour Levov, zwanym Szwedem. Niegdyś gwiazda szkolnej drużyny bejsbola, uwielbiany przez  kolegów, nauczycieli i rodziców. Autorytet i niedościgniony ideał. Poznać go bliżej to było marzenie wszystkich uczniów w Newark. Tak, tak, w Newark. Roth, jak często w swojej twórczości, wraca do rodzinnego miasta. Akcja rozgrywa się na kilku planach czasowych. Retrospekcje sięgają lat czterdziestych ubiegłego wieku, kiedy bohaterowie chodzili do szkoły. Potem zdarzenia rozpięte zostają między kilkoma kluczowymi datami: rokiem 1968, latami siedemdziesiątymi, by wreszcie dojść do roku 1995, z której to perspektywy Zuckerman opowiada historię wzlotu i upadku Szweda, Newark i Ameryki. Przyglądając się losom indywidualnym, pokazuje los miasta i kraju.

Znajdziemy też w "Amerykańskiej sielance" jeden z naczelnych motywów twórczości Rotha, konfrontację żydowskiego Newark ze światem gojów. Dla pokolenia rodziców Zuckermana i Szweda to świat inny, wrogi, od którego należy się trzymać z daleka. Dla ich dzieci przez swoją odmienność, lepszość, staje się obiektem zazdrości, pożądania pomieszanego ze strachem zaszczepionym przez dom. Rodzice Szweda, szczególnie ojciec, nigdy, mimo zmian, na które nic nie można poradzić, więc jakoś trzeba je oswajać, nie pozbędą się poczucia odrębności i obcości. Jest w powieści kilka kapitalnych scen, które to pokazują. Na przykład rozmowa starego Levova z narzeczoną syna, irlandzką katoliczką. Swoisty targ, próba zawarcia religijnego i światopoglądowego kompromisu, która przede wszystkim dotyczy sposobu wychowania dzieci. Od jej wyniku zależy zgoda na małżeństwo. To i tak postęp, bo poprzednią nieżydowską dziewczynę Szweda rodzice po prostu przepędzili. Ale nie tylko ten podział dzieli amerykańskie społeczeństwo. Są biali i czarni, republikanie i demokraci (czytaj: konserwatyści i liberałowie), katolicy (mniejszość) i protestanci (większość), wreszcie bogaci i biedni. Ten ostatni idzie w poprzek tamtych. Levovowie dzięki swojej wytrwałości i ciężkiej pracy stali się potentatami w branży rękawiczniczej. To kariera iście amerykańska, powielająca mit amerykańskiego snu czy owej tytułowej amerykańskiej sielanki, od zera do milionera. Już w latach czterdziestych przeprowadzili się do lepszej dzielnicy Newark. Rodzice Zuckermana nigdy nie opuszczą tej gorszej. Ale ten podział dotyka nie tylko Żydów. Żona Szweda, piękna Miss New Jersey, pochodzi z biednej (oczywiście bieda to pojęcie względne, bieda biedzie nierówna) sfery. Całe życie będzie mieć z tego powodu kompleks. Zazdrości  WASP-om (biali anglosascy protestanci) i podziwia ich, chce im dorównać, jednocześnie nienawidzi i czuje się gorsza.

Kolejnym ważnym tematem powieści Rotha jest zmiana. Zmiana mentalności, obyczajowa, po prostu zmiana świata. Symbolem starego są w powieści rodzice Szweda, wierni religii, wartościom, obyczajom. Starają się jakoś odnaleźć we współczesnym świecie, jakoś go zrozumieć, ale dziwią się mu i nie zawsze akceptują. Pół biedy jeszcze starszy syn, Levov. Ożenił się wprawdzie z katoliczką, ale przynajmniej jest jej wierny i przejął rodzinną fabrykę rękawiczek, starając się kultywować tradycję i solidność w interesach, chociaż jednocześnie wprowadził zmiany, które ojciec nie zawsze akceptuje. Ale młodszy brat Szweda, Jerry, bogaty kardiochirurg z Florydy, prowadzi życie, którego rodzice zaakceptować nie są w stanie. Zamiast studiów skończył chyba szkołę rozwodów, wykrzyczy ojciec. Ale zmiany dotykają całego świata. Zmienia się sposób prowadzenia interesów, fabryki przenosi się tam, gdzie tania siła robocza, produkuje się za grosze, więc tandetnie, a w ogóle nikt już nie potrzebuje tylu rękawiczek, ile kiedyś i cała misterna, tajemna rękawicznicza wiedza Levovów powoli staje się zbędna. Kto zawraca sobie jeszcze głowę takimi drobiazgami jak ilość guziczków przy rękawiczce (zależna od długości; tego i wielu innych fascynująco podanych informacji (to nie ironia) o produkcji rękawiczek można dowiedzieć się w powieści), kto jeszcze w ogóle produkuje rękawiczki z guziczkami? Ale może najbardziej dojmująca jest zmiana, jaka zaszła w Newark. Miasto podzieliło los wielu innych, popadło w ruinę, stało się niebezpieczne. Kto może, ucieka z niego, bo nie sposób tam mieszkać i wychowywać dzieci. Dawne dobre dzielnice stały się dzielnicami złymi. Zresztą całe Newark to złe miasto. Tylko Szwed, wierny swym ideałom, z uporem maniaka nie chce przenieść fabryki w inne miejsce, chociaż sam już od dawna tam nie mieszka. Myśli o ludziach, którym daje zatrudnienie, myśli o rodzinnym dziedzictwie. Wdzięczności niech jednak nie oczekuje. W zamieszkach na tle rasowym, jakie pod koniec lat sześćdziesiątych wybuchną w Newark, jego fabryka cudem ocaleje, a i własna córka uzna go za kapitalistycznego krwiopijcę.

No właśnie. Czas przejść do tego, co w powieści porusza najbardziej. To historie bohaterów. Jest ich wiele, świetnie nakreślonych, świetnie opowiedzianych. Wszystkie zasługują na uwagę. I o ojcu Szweda, i o jego żonie, wreszcie o córce, ale oczywiście najważniejsza jest opowieść o nim, o Seymourze Levovie, zwanym Szwedem. Kiedy Zuckerman spotyka idola swojej młodości go po latach, ma wrażenie, że stał się nudnym, nieciekawym człowiekiem, wiodącym zwyczajne życie. Zawodowy sukces, piękna żona, dzieci, zdrowie i uroda. Jakże się myli. Pewnie, że Szwed chciałby, aby tak wyglądało jego życie. On nie miałby nic przeciwko temu, aby uznano je za nudne i zwyczajne. Rzeczywiście o niczym innym nie marzy, tylko o rodzinnym szczęściu i porządnym prowadzeniu interesów. Niestety same chęci nie wystarczą. Świat się zepsuł i nie udaje się go naprawić, jak  mówi narrator. Nie mamy wpływu na najbliższe nam osoby, tym bardziej nie mamy wpływu na wojny, społeczne nierówności, politykę, biedę, globalizację i co tam jeszcze. Choćby się chciało, nie zawsze można uciec od wielkiej polityki. Polityka pod postacią córki, zbuntowanej nastolatki, radykalnej przeciwniczki wojny w Wietnamie wkracza w życie Szweda i niszczy jego sielankę. Jaki mamy wpływ na bliskie nam osoby? Jak żyć po traumie? O tym jest powieść Rotha. I jeszcze o tym, że to, co widzimy, to często tylko pozory. W kapitalnej, ale coraz bardziej przejmującej, śmieszno-strasznej scenie towarzyskiego przyjęcia łuski spadają z oczu Szweda. Nic nie jest takie, jak mu się wydawało. Tylko rodzice pozostali wierni swojej przeszłości. Mimo starań nie udaje się naprawić zepsutego świata. Suma wysiłków poszczególnych jednostek, suma ich energii niczego nie zmienia. Pozostaje dojmująca bezradność i poczucie, że niewiele można.

Kończę stwierdzeniem, że powieść koniecznie trzeba przeczytać, jest w niej o wiele więcej sensów i znaczeń, niż zdołałam napisać w moich długich, a przecież w gruncie rzeczy krótkich, rozważaniach. Dodam jeszcze, że książka jest znakomicie napisana i świetnie się ją czyta, jak zawsze Rotha. "Amerykańska sielanka" staje w szeregu moich ulubionych i jednocześnie najważniejszych, najbardziej dojmujących jego dzieł. Obok "Duch wychodzi" i "Wzburzenia". Zaraz potem stawiam "Nemezis" i "Kompleks Portnoya", chociaż ten ostatni to trochę inna liga. Kończę, teraz już naprawdę, wezwaniem czytajcie Philipa Rotha!


Philip Roth "Przeciwżycie"

Na mojej półce co jakiś czas przybywają kolejne powieści mojego ulubieńca, Philipa Rotha, a ja, też co jakiś czas, systematycznie po nie sięgam. "Przeciwżycie" (Czytelnik 2009; przełożyła Zofia Zinserling) przeczytałam w czerwcu 2013 roku, notkę o książce napisałam również wtedy. To kolejna pozycja, której bohaterem i narratorem jest pisarz Nathan Zuckerman, chyba przedostatnia z cyklu ( o ostatniej pisałam; to moja ulubiona, niezwykle poruszająca "Duch wychodzi"). Powieść, o której dzisiaj, dotyka trzech zagadnień, które ściśle się ze sobą splatają.

Pierwsze z nich, co pewnie zrozumiałe, skoro bohaterem jest pisarz, to problem twórczości. Ile twórca czerpie w swoich książkach z rzeczywistości? Na ile fikcja miesza się z życiem? Co jest prawdą a co zmyśleniem? I wreszcie jak dalece wolno pisarzowi wykorzystywać w swojej pracy cudze życiorysy? Zuckerman całą swoją twórczość czerpie z życia. Obsesyjnie notuje wszystko, co wydaje mu się istotne, tworząc z tych zapisków, jak sam pisze, magazyn w swej fabryce pamięci (to też jego określenie). Wszystko może się przydać i wszystko może być wykorzystane. Właśnie to stało u źródeł konfliktu między pisarzem a jego najbliższą rodziną. Po wydaniu jednej z powieści obrazili się na niego rodzice i brat Henry, który nie może mu wybaczyć, że jej bohaterami zostali właśnie oni, w dodatku ukazani w niekorzystny i nieprawdziwy sposób. Właściwie wszystkie bliskie mu osoby, które czytały jego książki, boją się, że zostaną sportretowane w kolejnych. To bywa powodem nieporozumień a nawet rozstań. Może dlatego Zuckerman wiedzie żywot samotnika, z dala od rodziny, porzucany przez kolejne kobiety? Zajęty tworzeniem powieści, w których, wychodząc od swoich korzeni, bada inne możliwości. I to są owe tytułowe przeciwżycia.

Tak doszłam do kolejnego tematu powieści. Roth-autor i Zuckerman-bohater-pisarz pokazują, jakie mogą być konsekwencje naszych decyzji. Co się stanie, kiedy podążymy za swoimi marzeniami, pragnieniami, zrywając z dotychczasowym życiem. Obaj stawiają swoich bohaterów wobec wyborów najważniejszych. Kładąc wszystko na jedną szalę, czasem ryzykują życie. Pytanie, czy warto? Czy warto dla odzyskania męskości poddawać się ciężkiej operacji? Jakie koszty zapłacimy, jeśli dla miłości zmienimy całkowicie środowisko? Czy można odejść od rodziny, aby zmienić wszystko? Czy warto porzucać samotność, aby w dojrzałym wieku zrealizować pragnienie bycia ojcem, które się nagle pojawiło? Jak daleko wolno się posunąć w swoich pragnieniach? Kiedy są to tylko egoistyczne zachcianki, a kiedy odzyskiwanie prawdziwego siebie? Roth i Zuckerman snują przeciwżycia swoich bohaterów. Pozwalają im sprawdzić, co się stanie. Zajrzeć na drugą stronę lustra. Taka jest moc literatury. Dzięki temu zabiegowi czytelnik stale jest zaskakiwany i trzymany w napięciu. Co jest prawdziwym losem bohaterów, a co jest szkicem wyjętym z magazynu fabryki pamięci Zuckermana? W swojej powieści Roth stale wodzi nas za nos.

I ostatni temat, stały motyw twórczości pisarza, to problematyka żydowska. Roth zastanawia się, jaką postawę powinni przyjąć Żydzi wobec reszty świata. Pokazuje ich kilka. A więc Żydzi amerykańscy, którym wystarczy tylko świadomość swoich korzeni. Żyją w kontrze do losu swoich rodziców. Nie są religijni, nie katują się Holokaustem, nie zastanawiają się, co myśli o nich świat. Nie czują się prześladowani czy dyskryminowani. Przeciwnie, mają się znakomicie. I to właśnie oni są znienawidzeni przez niektórych Żydów mieszkających w Izraelu, tych, którzy budują osiedla na Zachodnim Brzegu. Akcja powieści toczy się w roku 1978, kiedy osadnictwo dopiero się rozkręca. Roth w swojej powieści prezentuje ideologię, która za tym stoi. Przekonanie o konieczności powrotu do Judei, żydowskiej kolebki. Potępianie zeświecczonych Żydów ze Stanów i z Tel Awiwu. Tak, zdaniem bohatera, fanatyka mieszkającego w jednym z osiedli, dokonuje się prawdziwy Holokaust rękami samych Żydów. Tak Żydzi tracą swą podmiotowość, bo chcą upodobnić się do nie-Żydów, chcą im się przypodobać. Jest wreszcie jeszcze inna postawa reprezentowana przez zwariowanego młodzieńca, który remedium na antysemityzm, odnajduje w zaprzeczaniu Holokaustowi. Nie przypominajmy gojom ich win, a oni przestaną nas nienawidzić. Żydami będziemy i bez Holokaustu. I jeszcze inna możliwość, a łączy się z nią, chyba najciekawsza, opowieść o amerykańskim Żydzie, który przeprowadza się do Anglii. W Ameryce w ogóle nie zastanawiał się nad swoim żydostwem, tu nieoczekiwanie dla siebie spotyka się z zawoalowanym, głęboko zakorzenionym, często nieuświadamianym antysemityzmem, co zmusza go do zrewidowania swojej postawy. Nagle to, co w nim żydowskie, a do czego wcześniej nie przywiązywał wagi, staje się ważne. Broniąc się, oburzając, na nowo definiuje siebie. Czy przy okazji staje się przesadnie drażliwy? To zarzuca mu jego ukochana, Angielka, a on ją oskarża o nieuświadomiony antysemityzm, o którym przed chwilą pisałam. Spór pomiędzy parą bohaterów jest bardzo ciekawy. Stawia pytania o granice politycznej poprawności (chociaż samo pojęcie nie pada), o prawo do przewrażliwienia na swoim punkcie czy wreszcie o ów podskórny, często nieuświadamiany antysemityzm przejawiający się na przykład w języku. Chociaż powieść powstała w 1986 roku przedstawiane zagadnienia są bardzo aktualne. Można iść tym tropem dalej  poszerzyć pole rozważań o rasizm i problemy mniejszości.

"Przeciwżycie" to intelektualna przygoda zmuszająca czytelnika do myślenia, stawiania pytań, konfrontowania się z własnymi przekonaniami. Bliżej jej do "Operacji Shylock" niż do "Wzburzenia", "Nemezis" czy powieści "Duch wychodzi". Bardzo ciekawa i bardzo dobra. Po przeczytaniu już (albo dopiero) siedmiu książek Rotha (ile jeszcze przede mną!), mam już swój prywatny ranking. Najbardziej lubię te, w których pisarz dotyka zagadnień egzystencjalnych, one mnie prawdziwie poruszają, przejmują. To właśnie "Wzburzenie", "Nemezis" i "Duch wychodzi". Ale to nie znaczy, że po "Przeciwżycie" sięgnąć nie warto. Przeciwnie. Trzeba.

Philip Roth "Everyman"

Powrót do Rotha (Philipa). Odkryłam go kilka lat temu, więc mam co nadrabiać, ale to wielka przyjemność. Na półce czeka pięć kolejnych powieści, w tym trzy kupione ostatnio za grosze na w taniej książce. Marzę jeszcze o zdobyciu cyklu zwanego "Trylogią amerykańską", ale już wiem, że to nie będzie łatwe. Nie ma co owijać w bawełnę, w tej chwili Philip Roth to, obok Amosa Oza, mój ulubiony pisarz (no i jeszcze Miljenko Jergowic, jak mogłam go pominąć!). Oczywiście nie wszystkie z sześciu dotąd przeczytanych powieści cenię na równi, ale tylko jedną, "Upokorzenie", uważam za nieudaną. Najlepsze?  "Duch wychodzi", "Wzburzenie" i "Nemezis". Przeczytanego właśnie "Everymana" (Czytelnik 2008; przełożyła Jolanta Kozak) sytuuję zaraz za nimi. Niewielka, skondensowana książeczka, jakby wprawka do wydanej rok później znakomitej, robiącej niesamowite wrażenie powieści "Duch wychodzi". Napisałam wprawka, bo obie lektury łączy temat: mierzenie się ze starością, chorobą i nieuchronnym końcem. Ale o ile "Everyman" skupia się prawie wyłącznie na tych zagadnieniach, o tyle "Duch wychodzi", pozycja znacznie obszerniejsza, wielowątkowa, zajmuje się też innymi tematami. No ale skupmy się na mojej ostatniej lekturze, przecież to o niej mam pisać.

Jak wspomniałam przed chwilą, jedno jest w życiu pewne: śmierć. Może dlatego powieść rozpoczyna się sceną pogrzebu głównego bohatera. Od razu wiemy, że umrze. Kiedy ziemia przykryje trumnę z jego ciałem, kiedy rozejdą się żałobnicy, wśród nich nienawidzący go synowie z pierwszego małżeństwa, druga żona, córka, ukochany, młodszy brat, jedna z kochanek, poznamy zwięzłą historię jego życia, zwykłego człowieka, everymana. Najpierw będzie o szczęśliwym dzieciństwie, którego nie zmącił nawet pobyt w szpitalu i pierwsze ledwo uświadomione zetknięcie ze śmiercią. Potem nastąpią opowieści o trzech żonach, dzieciach, kochankach, błędach, winach, zaniechaniach, oskarżeniach, pracy w agencji reklamowej. Swoisty życiowy bilans, podsumowanie. Żył w zgodzie ze sobą, czyli tak, jak mu było wygodnie, zdaje sobie sprawę z popełnionych błędów, z zaniechań, z tego, że dokonując dość egoistycznych wyborów, krzywdził innych, ale nie rozpamiętuje. Było, minęło, czas łagodzi emocje i uczucia. Dlatego nie rozumie swoich dorosłych już synów, którzy nadal tkwią w dziecięcych pretensjach do ojca dlatego, że porzucił ich matkę. Są dorośli, czas, aby go zrozumieli.

Jednak najważniejszym tematem powieści jest przemijanie, starzenie się, choroba. Ale wbrew pozorom to nie nękające go dość regularnie, skrupulatnie wyliczane, kłopoty zdrowotne czynią jego starość przykrą. Najgorsza jest samotność, poczucie bezsensu i świadomość, że choćby nie wiadomo jak zaklinać rzeczywistość, nie ma powrotu do tego, co było. Cóż z tego, że jemu nadal podobają się młode kobiety, kiedy on dla nich jest tylko żałosnym starcem. Na nic zajęcie się malarstwem  porzuconym niegdyś dla pracy w branży reklamowej, poczucie bezsensu i ciągnącego się, a jednocześnie umykającego czasu, pozostaje. A wokół, gdzie się nie obejrzy, podobni do niego schorowani starzy ludzie robiący dobrą minę do złej gry. Główny bohater, tytułowy everyman, płaci za popełnione w przeszłości błędy, przede wszystkim samotnością, poczuciem wykluczenia, zbędności. Starość w książkach Rotha, tak jest też we wspomnianej przeze mnie powieści "Duch wychodzi" (nawet bardziej), nie jest radosna, beztroska i wesoła. Mimo że zamożna to beznadziejna, bo znękana chorobami i poczuciem przerażającej pustki. I choćby nie wiem jak się chciało, z tej drogi zawrócić nie można. Przeszłość pozostaje tylko wspomnieniem.

Philip Roth "Upokorzenie"

Kolejny Roth, tym razem "Upokorzenie" (Czytelnik 2011; przełożyła Jolanta Kozak). Niewielka książeczka wydana w serii Nike, tak cienka i delikatna, że w czasie lektury momentami miałam wrażenie, iż mam puste ręce. Chciałoby się poczuć w dłoniach jej ciężar. Piszę o tym, bo być może właśnie jej  mizerny rozmiar sprawił, że autor nie nabrał rozpędu, nie wszedł w temat dość głęboko, jednym słowem zabrakło rozmachu potrzebnego do tego, aby czytelnik przejął się historią  Simona Axlera, wybitnego aktora teatralnego po sześćdziesiątce, który nagle kładzie dwie role z rzędu, załamuje się i wycofuje z życia. Tak, to niewątpliwie słabsza książka Rotha, na pewno najsłabsza z pięciu, które dotąd przeczytałam. Nie zniechęca mnie to jednak do dalszego, systematycznego odzyskiwania amerykańskiego pisarza. Wiadomo, jeśli napisało się tak dużo powieści, nie wszystkie będą wybitne czy choćby bardzo dobre. Dlatego na mojej półce czeka ostatnia z prezentowego pakietu choinkowego, a wkrótce, też w prezencie, dostanę aż cztery kolejne starannie wybrane. A teraz o "Upokorzeniu", pewnie krócej niż zwykle, bo przemyśleń i wrażeń nie ma tak wiele.

To kolejna książka Rotha o starości. Nie mogę uciec od porównań do mojej przedostatniej rothowskiej lektury, znakomitej powieści "Duch wychodzi". Historia starego pisarza Nathana Zuckermana, który pod wpływem nagłego uczucia do młodej kobiety wychodzi ze swojej samotni, naprawdę porusza. Kontrast pomiędzy młodym wnętrzem, a starzejącym się ciałem pokazuje tragedię człowieka u schyłku życia. Uniwersalny, egzystencjalny temat. Oczywiście to nie wszystko, bo "Duch wychodzi" jest nie tylko o starości, ale o tym już przecież obszernie pisałam, a tematem tej notki jest wszakże "Upokorzenie". I tu także, jak wspominałam, mamy starzejącego się człowieka, chociaż o dziesięć lat młodszego od Zuckermana. Może dlatego nie tyle starość jest tematem książki, a twórczy kryzys. Simon Axler nie potrafi podnieść się po klęsce swoich dwóch ostatnich ról, wycofuje się ze sceny, nie chce słyszeć o żadnych nowych propozycjach, nie ma w sobie sił na podjęcie kolejnych wyzwań, przechodzi nawet załamanie nerwowe i spędza miesiąc w ekskluzywnej klinice psychiatrycznej. Muszę szczerze wyznać, że ta pierwsza część powieści raczej mnie nużyła. Nie potrafiłam przejąć się losem opuszczonego bohatera, którego dotykają kolejne niepowodzenia, nie poruszały mnie też rozważania o samobójstwie (Simon spotyka w szpitalu niedoszłych samobójców) ani nawet historia młodej kobiety, która nie potrafi poradzić sobie z odkryciem, że mąż molestował jej córeczkę. Ożywiło mnie dopiero to, co nastąpiło potem. Otóż nieoczekiwanie w życie Simona wkracza kobieta, młodsza od niego o ponad dwadzieścia lat, nieco zwariowana córka jego dawnych przyjaciół. Pegeen, bo tak ma na imię, dotąd żyła z kobietami, teraz, nieoczekiwanie dla siebie, wiąże się z Axlerem. Nowy związek, seks, przekraczanie granic dają napęd do życia. Simon stwarza Pegeen na nowo, jednak tylko w sferze fizycznej. Uczy ją seksu z mężczyzną i kupuje nowe, kosztowne stroje. Ale jego partnerka pozwala mu na zmiany tylko w ograniczonym zakresie. Szybko okaże się, że przemiana dotyka wyłącznie jej nowego imagu, nawet w sferze seksualnej to ona zaczyna stawiać warunki, a jej duch w ogóle nie daje się kontrolować. Oboje muszą rozstrzygnąć dylemat: czy warto ryzykować  i angażować się w nowy związek,  nowe uczucie. Simon boi się, nie chce cierpieć. Jest za bardzo doświadczony, aby powiedzieć sobie: trudno, może będzie bolało, ale najpierw przeżyję kolejną miłość, więc warto. Nie ma przecież żadnej pewności, że Pegeen z nim wytrwa. Wszak nie chodzi tylko o różnicę wieku, ale także o jej przeszłość. Czy potrafi związać się z mężczyzną? Czy nie ucieknie do kobiety? Pegeen z kolei nie umie zerwać więzi z rodzicami, którzy robią wszystko, aby odciągnąć ją od Simona. Bo dużo starszy, bo przeszedł załamanie nerwowe. Jaka naprawdę jest? Taka, jaką widzi ją Simon czy taka, jaką przedstawia ją jej ostatnia, zraniona przez nią, kochanka. Mimo że narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, świat poznajemy tylko z perspektywy Simona. Nie wiemy, co naprawdę robi i myśli Pegeen. Nasza wiedza jest jego wiedzą. Czy to modliszka, która niszczy swoje kolejne ofiary? Czy kobieta w drodze, stale szukająca nowych wrażeń? Właściwie dlaczego nagle zjawia się w jego domu? Simon cały czas pozostaje aktorem. O życiu zaczyna myśleć jak o roli. Aby rozwiązać swoje problemy, potrzebuje odwagi. Szuka jej, z jednej strony inspirując się zachowaniem innych, z drugiej traktując to, co robi, jak zadanie aktorskie. Czy gra wielką rolę czy jest tylko kabotynem? Dwa spotkania, dwie kobiety zaważą na jego przyszłości. I o tym też jest ta książka. O spotkaniu, które może człowieka zbudować na nowo albo zniszczyć.

Mogłabym pewnie jeszcze tak przez chwilę snuć swoje rozważania, to wszystko jednak nie zmienia faktu, że "Upokorzenie" nie jest powieścią porywającą. Każdą historię już przecież opowiedziano i dlatego liczy się przeżycie. Albo autor potrafi tak sprzedać swoją story, żeby wznieść ją na wyższe piętro i poruszyć czytelnika, a nawet nim wstrząsnąć, albo pozostawi go obojętnym. Tak niestety było tym razem. Nie obrażam się jednak na Rotha, bo zawdzięczam mu wiele wrażeń i, jeśli wierzyć krytykom, wszystko jeszcze przede mną. Czekają na mnie kolejne powieści amerykańskiego pisarza uznawane za wybitne czy przynajmniej bardzo dobre. Za jakiś czas sięgnę po kolejną.

Philip Roth "Duch wychodzi"

Nadrabiania literackich zaległości ciąg dalszy, czyli kolejne spotkanie z prozą Philipa Rotha. Wciąż mnie zdumiewa, że odkryłam go tak późno, jakieś dwa lata temu, więc mam co nadrabiać, bo to pisarz niezwykle płodny. Pod choinkę zażyczyłam sobie jego książki, dostałam trzy, jako pierwszą wybrałam "Duch wychodzi" ("Czytelnik" 2010; przełożyła Jolanta Kozak). No i nie zawiodłam się. Czytając Rotha, mam zawsze przeświadczenie, że obcuję z prawdziwą literaturą, nie tylko świetnie napisaną, mięsistą, zawiesistą, zaludnioną pełnokrwistymi postaciami, ale ważną, o czymś.

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku  jesiennych dni w Nowym Jorku w roku 2004, w tygodniu wyborów prezydenckich. Ale tematem tej książki nie jest polityka. Wybory są o tyle ważne, o ile stosunek do nich charakteryzuje niektórych bohaterów. Poza tym pyszna scena w czasie wieczoru wyborczego, kiedy  para młodych bohaterów nieomal rwie włosy z głowy, rozpaczając z powodu wygranej Georga W. Busha, przypomina emocje, jakie polityczne starcie dwóch przeciwnych obozów wywołuje u nas. Cóż, miło pomyśleć, że i gdzie indziej wybory potrafią podzielić rodziny i przyjaciół. Ale do rzeczy, bo, jak wspomniałam, nie polityka jest tematem powieści Rotha. Co w takim razie? Starość, jej konfrontacja z młodością, ale także literatura, twórczość. Bohaterem i narratorem książki jest siedemdziesięciokilkuletni znany pisarz Nathan Zuckerman (Roth stworzył cały cykl powieści z tym bohaterem; twórczość pisarza składa się z kilku różnych cykli, które łączy albo bohater, albo temat). Po jedenastu latach samotniczego życia na prowincji, w górskiej głuszy, przyjeżdża na kilka dni do Nowego Jorku i nieoczekiwanie dla siebie zostaje wciągnięty w wir życia. Można by powiedzieć, że na nowo zachłystuje się życiem po latach uśpienia. Jeszcze trafniejsze byłoby stwierdzenie, że zachłystuje się ludźmi i to przede wszystkim ludźmi młodymi, bo letarg, w jakim tkwił przez ostatnie lata, był ucieczką właśnie od ludzi, a nie od twórczości. Konfrontacja z młodością jeszcze bardziej uświadamia Zuckermanowi, że się starzeje. Ten proces jednak dotyczy tylko  ciała, nie ducha. Przepaść pomiędzy duchem a cielesnością to dramat narratora. Myślę, że podobny dramat przeżywa wielu ludzi, którzy przekroczyli już smugę cienia. Jego psujące się ciało odgradza go od życia. Duch jest nadal młody i młodości pożąda. Zuckerman nieoczekiwanie dla siebie zaczyna pragnąć Jamie, trzydziestoletniej początkującej pisarki. Wie, że ich spotkanie jest niemożliwe, nie tylko dlatego, że ona ma męża i prawdopodobnie kochanka, ale także z powodu jego impotencji, skutku onkologicznej operacji, którą przeszedł przed laty (niczego tu nie zdradzam, tego czytelnik dowie się na pierwszej stronie). Życie na odludziu odgrodziło go od pokus świata, ułatwiło pogodzenie się z fizyczną niesprawnością, teraz uśpione pragnienia budzą się na nowo. Zuckerman chyba po raz ostatni daje się porwać złudzeniu, że jeszcze wszystko jest możliwe. Broni się przed tym pragnieniem, zdając sobie sprawę, że próba spełnienia może się skończyć w najlepszym razie rozczarowaniem, w najgorszym upokorzeniem. Jest interesujący dla Jamie jako pisarz, nie jako mężczyzna. Ona, marząca o literackiej karierze, doznaje początkowo zawrotu głowy, kiedy w jej życie zupełnie nieoczekiwanie dzięki zrządzeniu losu wkracza sławny literat. Trudno nawet powiedzieć, aby po chwilowym zawrocie głowy, jakoś specjalnie fascynowała się jego intelektem, nie, ona postanawia wykorzystać go do własnych celów (wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie chodzi o jej karierę). Jednak  nie ta niemożliwość związku z kobietą spowodowana fizyczną dolegliwością, która przecież może przytrafić się w każdym wieku, była dla mnie tak przejmująca, ale nasilające się kłopoty z pamięcią. To jest prawdziwy dramat starego pisarza. Zapominanie zaczyna wykluczać go z życia, nie daje kontroli nad tym, co się dzieje, czyni bezbronnym i  podatnym na manipulacje innych, ale przede wszystkim dziurawa pamięć zaczyna mu odbierać możliwość tworzenia. Nie fizyczny defekt, ale utrata pamięci oznaczać będzie prawdziwy kres jego życia. Przejmujące jest śledzenie, jak narrator stopniowo zaczyna sobie uświadamiać problem, jak próbuje z nim walczyć, jak w gruncie rzeczy jest bezradny i bezsilny. Starość wyobcowuje go ze świata. Drażnią go różne przejawy nowoczesności, drażni bezczelna, ekspansywna młodość dążąca do celu po trupach. Właściwie uświadamia sobie, że żyje wspomnieniami, pośród umarłych. Prawdziwie porozumieć się może tylko z Amy, starszą od niego, chorą na guza mózgu kobietą, którą przypadkowo, po latach spotyka w czasie pobytu w Nowym Jorku. Łączy ich przeszłość, wspólne spojrzenie na świat, literaturę, fascynacja pewnym nieżyjącym już od lat pisarzem, starość i choroba. Także kłopoty z pamięcią. Tylko z Amy może jeszcze znaleźć wspólny język. Z młodymi nie. To oni go odrzucają, nie chcą dostrzec w nim człowieka, traktują instrumentalnie. Jest ważny o tyle, o ile może im się na coś przydać.

Starość w powieści Rotha nie jest straszna z powodu fizjologii. Nie ma tu opisów ludzi niedołężnych, przykutych do łóżka, skazanych na pomoc innych. Jak już wspomniałam, i przypadłość Zuckermana, i choroba Amy mogą się przecież przytrafić każdemu w każdym wieku. Starość jest okropna, bo wyobcowuje ze świata, wyklucza, skazuje na samotność, niezrozumienie. A przecież, kiedy słuchamy opowieści siedemdziesięcioletniego Zuckermana, nie mamy poczucia, że obcujemy ze starcem. Przeciwnie.

Ale, jak już pisałam, to nie tylko powieść o starości. Roth zadaje w niej inne istotne pytania, to wokół nich kręci się akcja książki. Zuckermanowi nie daje spokoju znajomy Jamie, Kliman, który chce za wszelką cenę napisać biografię pewnego zapomnianego, niegdyś bardzo znanego, pisarza. Narrator jest przekonany, że biografia, która ma wywołać skandal, to tylko środek do kariery Klimana, bezczelnego, pewnego siebie, dążącego po trupach do celu, niesympatycznego typka. I tu pojawia się szereg pytań. Czy biograf ma prawo ujawniać tajemnice życia pisarza, szczególnie jeżeli żyją jeszcze jego dzieci? Czy taka tajemnica w ogóle istnieje? Na ile twórczość pisarza jest odbiciem jego życia? Na ile życie ją oświetla i tłumaczy? Czy wolno wykorzystywać niedokończone dzieło? Czy możliwe jest dojście po latach do prawdy? Zuckerman na te wszystkie pytania odpowie przecząco, ale czytelnikowi wolno zastanawiać się dalej. Czy przeszłość pisarza, spuścizna po nim może być własnością jednej osoby? Czy taka osoba może strzec pisarza przed jego czytelnikami? Dlaczego nie chce dać jego twórczości drugiego życia? Czy to ona ma prawo decydować, kto napisze jego biografię, a kto nie jest tego godzien? Na Klimana patrzymy oczami Zuckermana i Amy. Pewnie dlatego wydaje nam się wytworem współczesnego świata goniącego tylko za sensacją. Ale może jest inaczej? Może Zuckerman i Amy to przedstawiciele skostniałej przeszłości broniący za wszelką cenę pamięci o ukochanym pisarzu? Może Zuckerman w młodości, kiedy kręcił się wokół swojego literackiego idola, był też takim Klimanem? Tego nie sposób rozstrzygnąć. Roth w swojej powieści dał głos starym, dlatego młodych widzimy ich oczyma.

Świetna książka. Przejmująca, stawiająca ważne pytania. Do tego żywo prowadzona akcja: czytelnik krok po kroku odkrywa tajemnicę, balansuje pomiędzy prawdą, a wyobrażeniem, bo autor cały czas wodzi go za nos. A do tego znakomite, wnikliwe portrety kilku postaci dramatu. Rotha po prostu trzeba czytać!


Popularne posty