Od razu wpadłam po uszy i systematycznie sięgałam po jego powieści. Nie ma ich wiele, bo tylko siedem, za to jakie! Bo Wiesław Myśliwski nigdy nie poddał się gorączce pisania jednej książki za drugą. Twierdził, że: pisać książki powinno się dopiero, gdy człowiek naprawdę czuje, że nie ma już żadnego innego wyjścia (...), wtedy kiedy jest się przekonanym, że ma się naprawdę coś do powiedzenia komuś drugiemu. (Cytat zaczerpnęłam z info wydawnictwa o "Ostatnim rozdaniu".) To powinno stać się credo wszystkich pisarek i pisarzy oraz ich wydawnictw, które niestety przyczyniają się do nadprodukcji literackiej.
Teraz została mi tylko do przeczytania jeszcze jedna powieść Wiesława Myśliwskiego, "Pałac". Zdecydowanie najwyżej cenię "Widnokrąg" i "Kamień na kamieniu", zaraz potem przywołany przed chwilą "Traktat o łuskaniu fasoli", co nie oznacza, że odrzucam "Ucho igielne" czy debiutancki "Nagi sad". No i wreszcie zabrałam się za jego przedostatnią powieść, "Ostatnie rozdanie" (Znak 2019). Co jakiś czas chciałam sobie sprawić tę przyjemność, ale inne lektury wpychały się przed nią, no a teraz powód oczywisty, ale bardzo smutny, śmierć pisarza. Że nie napisze już nic nowego, wiedziałam, bo taką deklarację złożył, wydając "Ucho igielne", ale teraz ostatecznie klamka zapadła. Smutno.
"Ostatnie rozdanie" na pewno nie jest lekturą łatwą i wszystkim, którzy prozy Wiesława Myśliwskiego nie znają, a chcieliby spróbować, radzę zacząć od "Widnokręgu", bo łączy w sobie to, co dla twórczości pisarza charakterystyczne z największą przystępnością, no i jest to powieść miejsko-wiejska. To uwaga dla tych, którzy tematyki reprezentowanej przez ten drugi człon nieco się obawiają. A w powieści, o której piszę dzisiaj, również oczywiście znajdziemy stałe elementy prozy pisarza. Mamy tu narrację pierwszoosobową, właściwie monolog narratora będącego zarazem głównym bohaterem, który przy okazji porządkowania notesu z adresami i telefonami wspomina swoje dotychczasowe życie. Są to wspomnienia nieuporządkowane, chaotyczne nie tylko dlatego, że niechronologiczne, ale również z tego powodu, iż jedno wspomnienie albo jedna refleksja prowokuje następną. Ta szkatułkowość poszczególnych rozdziałów jest bardzo charakterystyczna dla prozy Wiesława Myśliwskiego. Tu pretekstem jest porządkowanie notesu, podejmowanie decyzji, kogo przepisać do nowego, a kogo wyrzucić. Bohater próbuje sobie przypomnieć, kim były te osoby. To prowokuje wspomnienia. Czasem są to opowieści o ludziach, których spotkał tylko raz, rozmawiał z nimi przez chwilę, czasem o tych najważniejszych, matce, mieszkańcach miasteczka, w którym się wychował - krawcu, u którego przez jakiś czas uczył się zawodu, jego dwóch pomocnikach, szewcu, z którym grywał w pokera. O nich myśli najczęściej, te historie wracają kilkakrotnie. Wspomina też kobiety, z którymi krócej lub dłużej był związany, a najczęściej Marię, swoją pierwszą miłość. Marię, która przez całe życie pisze do niego listy, a on na nie konsekwentnie nie odpowiada. To właśnie wspomnienia tych osób prowokują tak charakterystyczne dla prozy pisarza gawędy, które uwielbiam. Potoczyste opowieści o zwykłych ludziach, którzy jednak za sprawą pamięci stają się barwni, mniej lub bardziej niezwykli. Nieraz jest to tylko przywołanie jakiegoś zdarzenia, jakiejś rozmowy.
Co wiemy o bohaterze "Ostatniego rozdania"? Urodził się w czasie wojny, ale był na tyle mały, że nie odcisnęła się piętnem na jego psychice. Nie poznał swojego ojca, matka twierdzi, że zginął, a wcześniej umieścił ją w znajdującym się w niewielkim miasteczku domu, w którym potem będzie mieszkać wraz synem. Chodził do liceum plastycznego w jakimś mieście, gdzie poznał Marię, swoją pierwszą miłość. Potem studiował malarstwo, ale rzucił studia, wrócił do domu i za namową matki zaczął uczyć się krawiectwa, z czego ostatecznie też zrezygnował. Wcześniej rozstał się z Marią, a właściwie przestał się z nią kontaktować. Potem imał się różnych prac, prowadził różne biznesy, zmieniał mieszkania, nigdzie nie mógł zagrzać na dłużej miejsca, był, krócej lub dłużej, z wieloma kobietami, ale z żadną nie zbudował dłuższej i głębszej relacji. Jak mówi, zastanawiając się nad sobą:
Ratunek widziałem tylko w tym, żeby uciec przed sobą. I uciekam, wciąż uciekam (...)
Jest człowiekiem dojrzałym, raczej już chyba po sześćdziesiątce, dobrze, a może nawet bardzo dobrze, sytuowanym. Tyle konkretów.
To opowieść o człowieku, który najczęściej kieruje się impulsami, tak rzucił studia, tak przestał praktykować u krawca, albo pozwala się prowadzić losowi.
A wtedy, gdy wróciłem po rzuceniu studiów do domu, czułem się jakby obumarły i chwilami było mi wszystko jedno, czy zostanę krawcem, czy kimkolwiek, czy nikim. Uczyć się na krawca nie było dla mnie wyborem zawodu, bo nie byłem zdolny do żadnego wyboru, raczej ucieczką przed sobą. Krawiec? Może być i krawiec.
Wiele dzieje się w jego życiu przez przypadek, dzięki ludziom, których spotyka na swojej drodze.
Nie mamy żadnej władzy nad życiem, wbrew temu, co nam się wydaje. To ono rządzi nami przez różne przypadki, zbiegi okoliczności i temu podobne.
To dzięki splotowi rozmaitych okoliczności i spotkań nie zszedł na manowce, a osiągnął materialny sukces. Rzadko podejmuje decyzje świadomie, bardzo często działa przez zaniechanie. Tak doprowadził do ruiny dom rodzinny, bo przestał się nim interesować, kiedy zabrał z niego matkę, gdy wymagała już opieki. Właściwie nie wiemy, dlaczego przestał kontaktować się z Marią, która nie pozwala mu o sobie zapomnieć, prowadząc z nim jednostronną korespondencję. Czy jest jego wyrzutem sumienia? Czy żałuje, że ją porzucił? Czy dlatego nie potrafi nawiązać bliższej relacji z żadną z kobiet, z którą się związał? Czy jest szczęśliwy?
A może ten zamierający las, to jezioro przykryte co dzień z rana gęstą mgłą, która często przez cały dzień z niego nie schodziła, a także ten pusty pensjonat, potęgują poczucie pustki, jakby odsłaniając zarazem pustkę mojego życia, której nie dopuszczałem do świadomości lub zapełniałem ją śmieciami pozorów, oszukując się przecież w różny sposób, co nie jest znowu takie trudne.
Czasem miałem poczucie, że jestem tylko tą pustką. To poczucie pustki nie brało się stąd, że nie miałem jej czym zapełnić. Miałem nawet w nadmiarze.
Bohater "Ostatniego rozdania" najbardziej przypomina mi bohatera "Traktatu o łuskaniu fasoli". Obaj są jak trzciny na wietrze, pozwalają się prowadzić losowi, a to, że pozostają na powierzchni, a narrator "Ostatniego rozdania" nawet świetnie się po niej porusza, zawdzięczają szczęśliwemu splotowi okoliczności i spotkań. Równie dobrze ich życia mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej.
- Wie pan, zastanawiam się czasem, czy nie zmarnowałem swojego życia. (...) Powinno się pewnie inaczej potoczyć - dorzuciłem, gdy kelner już z nowej nam nalewał.
- Każde mogłoby się inaczej potoczyć, każde. Ale czy lepiej, czy gorzej, oto jest pytanie.
O czym jest jeszcze dla mnie "Ostatnie rozdanie"? O tym, że idąc przez życie, spotykamy na swojej drodze mnóstwo ludzi. O większości z nich zapominamy, bo zetknęliśmy się z nimi tylko na chwilę, niektórzy chociaż też zagościli w nim tylko przez moment, odcisnęli na naszym losie jakieś piętno, inni byli ważni, nie potrafimy o nich zapomnieć. Każdy z nas mógłby pewnie mieć taki pękaty notes, z którego w miarę upływu czasu zaczynają wypadać kartki, trzeba go ściskać mocną gumą, aby się nie rozleciał, ale trudno się pozbyć tych ludzi, tych spotkań, tych rozmów. Jest to też powieść o tym, że idąc przez życie, stale coś tracimy. Najczęściej są to rozstania z ludźmi, niekoniecznie świadome, nigdy nie wiemy, które będzie tym ostatnim, nie planujemy tego, po prostu tak się dzieje. Tracimy też miejsca. Czasem jest już za późno, aby coś naprawić, aby wrócić do tego, co zniszczyliśmy, zaniechaliśmy. Żyjąc, pozbywamy się także złudzeń.
Młodość nie jest tak pociągająca, jak się panu może wydaje. Młodość to zmarnowany czas. Zmarnowany na złudzenia. Jakby życie ofiarowując nam młodość, zadrwiło z nas, aby tym dotkliwiej nas potem doświadczyć.
Nie jest to wesoła powieść, chociaż trudno powiedzieć, aby bohatera dotknęły jakieś nieszczęścia, ale unosi się nad nią jakaś aura melancholii, smutku.
Upadek, można powiedzieć, to stan naturalny świata.
Takich niewesołych refleksji snuje bohater znacznie więcej. Pewnie stąd to poczucie smutku i melancholii. Ale z drugiej strony zdarza się i taka myśl, tyle że wypowiedziana nie przez niego, a przez prostego szewca.
- No, a jak naprawiać świat i nie wierzyć? A trzeba ciągle go naprawiać. Może nigdy nie będzie tak naprawiony, żeby ludziom chciało się na nim żyć. Ale wierzyć trzeba. Bez wiary kto by chciał go naprawiać? A źle czy dobrze się naprawia, tego się nie wie, póki się nie naprawi.
Wspomniałam już wcześniej, że to nienajłatwiejsza lektura, a to dlatego, że oprócz tak charakterystycznej dla Wiesława Myśliwskiego gawędy, bardzo dużo tu rozważań, refleksji. Wydawca określa ją nawet mianem filozoficznej, gdzieś znalazłam stwierdzenie, że jest to połączenie powieści i eseju. Rzeczywiście nie ma w tym przesady. I pewnie warto czytać ją wolno, a nawet sięgnąć po nią po raz wtóry. Mam tylko nadzieję, że nikogo nie zniechęciłam, bo naprawdę nie ma się czego obawiać. Bez przesady, nie jest to książka bardzo trudna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz