Żanna Słoniowska "Dom z witrażem"

Odkąd ponad rok temu zapisałam się do biblioteki, co każdemu

polecam, oprócz nowości zupełnie świeżych i tych nieco przeterminowanych, sięgam też dość regularnie po książki starsze. Tak było i tym razem - postanowiłam wreszcie przeczytać debiutancką powieść Żanny Słoniowskiej  "Dom z witrażem" (Znak 2015). Książka zwyciężyła w konkursie na powieść zorganizowanym swego czasu przez wydawnictwo. W roku 2016 autorka dostała Nagrodę Conrada przyznawaną właśnie za debiut, była też nominowana do Nike. Od dawna miałam ochotę ją przeczytać, ale ponieważ nie było ebooka - pojawił się po wznowieniu - sprawa leżała odłożona na święty nigdy. Od kiedy pokochałam czytnik, dość ortodoksyjnie trzymałam się książek elektronicznych, biblioteka to zmieniła. Nadal jednak wolę ebooki, jakoś niepotrzebny jest mi zapach papieru, wybieram wygodę. Ale dość dygresji.

Zanim o książce, parę słów o autorce. Urodziła się we Lwowie, ma polskie korzenie. Od 2002 roku mieszka w Polsce, najpierw w Warszawie, gdzie kontynuowała studia, teraz w Krakowie. Pisze po polsku, tłumaczy. Jest autorką czterech książek - dla dzieci o Ukrainie, jeszcze jednej powieści i albumu o przedwojennym Lwowie. Tu kolejna dygresja - najpierw pomyślałam sobie: tylko dwie powieści? Dlaczego tak mało? Dopiero potem przyszła refleksja - a dlaczego miałoby być więcej? To współczesny rynek wydawniczy przyzwyczaił nas do tego, że pisarze produkują książki niemal na akord. Nie wydajesz, nie istniejesz. Nieważna jakość, ważna ilość. Dość kolejnej dygresji, czas przejść do książki.

Akcja "Domu z witrażem" toczy się we Lwowie naprzemiennie pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych, od czasu do czasu sięgając w przeszłość. To historia czterech pokoleń kobiet mieszkających w mieszkaniu we lwowskiej kamienicy, w której znajduje się unikalny witraż, prawdopodobnie w czasach rozwijającego się dzikiego kapitalizmu skazany na zagładę. Przetrwał, wprawdzie w nie najlepszym stanie, czasy ZSRR, teraz grozi mu zagłada w związku z budową plomby. Czy taka kamienica istniała, istnieje?, nie mam pojęcia. 

Od razu muszę dodać, że "Dom z witrażem" przypomina mi trochę "Dom dla Doma" Wiktorii Ameliny, która już niestety niczego nie napisze, bo zginęła w czasie wojny w ataku rakietowym na popularną pizzerię w mieście przyfrontowym, gdzie znalazła się razem z jakąś zagraniczną delegacją, której była przewodniczką. Jej śmierć dotknęła mnie jakoś wyjątkowo, także dlatego, że uczestniczyłam kiedyś w spotkaniu z nią, czego efektem było przeczytanie jej powieści, która bardzo mi się podobała. W każdym razie w obu mamy Lwów, kamienicę, historię rodzinną, u Wiktorii Amieliny znacznie bardziej rozbudowaną.

Narratorką "Domu z witrażem" jest córka Marianny, znanej we Lwowie śpiewaczki operowej, która z wyboru stała się Ukrainką i pod koniec lat osiemdziesiątych zaangażowała się w ruch niepodległościowy. Zginęła w czasie jednej z demonstracji, kula snajpera nie była przeznaczona dla niej, tylko dla najważniejszego w mieście dysydenta. Jej córka miała wtedy kilka lat, nie chciała iść na pogrzeb, który przerodził się w manifestację polityczną. Obserwowała z okna mieszkania, jak tłum przetacza się po ich ulicy. Została z Prababką i babcią, nazywaną Abą. Tego wszystkiego dowiadujemy się z pierwszego rozdziału powieści, a więc niczego tu nie zdradzam. Marianna jako pierwsza miała odwagę sprzeciwić się despotycznej Prababce i wybrać śpiew, czego nie potrafiła kiedyś zrobić Aba, która zrezygnowała z malarstwa na rzecz medycyny. W Akademii Sztuk Pięknych studiować będzie jej wnuczka. 

O czym jest powieść Żanny Słoniowskiej? Jak każda dobra książka ma wiele warstw. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście historia rodzinna, którą poznajemy dzięki narratorce. Nie została opowiedziana linearnie, poznajemy ją ze skrawków rozrzuconych tu i ówdzie. Z tych fragmentów wyłania się historia Prababki, Aby i Marianny, ich nieszczęśliwe najczęściej związki z mężczyznami, ich potyczki z Historią, która je mieli, i, co też bardzo ważne, ich bogate osobowości, no i skomplikowane relacje między nimi. Mamy więc i trochę czasów sprzed drugiej wojny, nieco samej wojny, okres powojenny, kiedy Prababka razem z Abą znalazły się we Lwowie, gdzie już zostały.

Druga warstwa to historia miłosna, można powiedzieć, że w pewnym sensie historia miłosnego trójkąta. Bo romans z Mikołajem, artystą i scenografem w operze, miłośnikiem Lwowa, co ważne w tej historii, a o czym za chwilę, najpierw miała Marianna, a wiele lat później ze swoim wykładowcą, bo Mikołaj w międzyczasie zacznie pracować też na Akademii Sztuk Pięknych, będzie romansować jej córka, główna bohaterka powieści. Nie, nie jest to historia wyciskająca łzy z oczu ani specjalnie intrygująca, bo dziwne to są romanse. Dla Marianny najpierw istotniejsza jest jej praca, a potem walka o niepodległą Ukrainę, dla jej córki ta historia wydarza się trochę z przypadku, jakby bezwolnie poddawała się Mikołajowi, który ważniejszy jest chyba dla niej jako cicerone odkrywający przed nią piękno i tajemnice Lwowa niż kochanek. Zastanawiam się nawet, czy czytając tę powieść dziś, nie patrzę na ich historię inaczej - czy nie mamy tu do czynienia z przekroczeniem, wykorzystaniem relacji mistrz - uczennica. Może jednak przesadzam, chyba nic na to nie wskazuje. W każdym razie w trakcie lektury nie odniosłam takiego wrażenia, przyszło mi to na myśl teraz.

Kolejna warstwa to opowieść o Lwowie - o jego skomplikowanej, wieloetnicznej historii, ale przede wszystkim o jego dziedzictwie materialnym, na którym przeszłość miasta i jego wielokulturowość odcisnęły swoje piętno. Mikołaj i narratorka wędrują po Lwowie, i właśnie te wędrówki ona lubi najbardziej, patrzą, jak miasto się zmienia, jak przeszłość ustępuje miejsca współczesności, jak ginie to, co przyniosły czasy ZSRR, a co często było niechciane, ale też to, co stanowi o jego oryginalności, jak zmieniają się nazwy ulic, jak znikają pomniki. Symbolem tych złych przemian jest historia tytułowego witraża, o której już wspominałam.

A wreszcie kolejna warstwa to opowieść o wieloetniczności miasta i budzeniu się ukraińskości, która za czasów ZSRR była tłumiona i rozpływała się w radzieckości, w fali przybyszów z różnych stron Związku Radzieckiego. Narratorka ma przecież po Prababce korzenie polskie, ale niezwiązane wcześniej ze Lwowem, a po męskiej linii rosyjskie. 

- Jestem Polką z krwi i kości - mówiła Aba.

- Jestem Ukrainką z wyboru - powiedziała Mama.

- Moskale, precz! - krzyknęli do mnie chłopcy.

- Jestem narodowości lwowskiej - powtórzył Mikołaj za swoim mistrzem Walerym Bortiakowem. To ostatnie odpowiada mi najbardziej. 

Warto też zwrócić uwagę na język, miejscami finezyjny.

Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że Mikołaj, czekając na mnie, zostawił w całej okolicy swoje posępne spojrzenia samoprzylepne, wisiały na drzewach, leżały na bruku i na szynach, uwaga, niektóre z nich niczym redaktora Berlioza może rozjechać tramwaj, i ja będę za to odpowiedzialna.

A miejscami dowcipny.

... wszyscy bowiem wiedzieliśmy, że życie miało wyglądać inaczej: obywatele mieli być równi i mieć tyle samo praw i obowiązków, tyle samo pomarańczy i moreli, ale wyszło inaczej, nas nie było stać prawie na nic, ich stać było na wszystko.

Powieść czyta się znakomicie. Nie jest to rzecz wybitna, ale dobra i bardzo ciekawa poznawczo. Cieszę się, że ją przeczytałam.

Justyna Sobolewska "Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej"

O Jadwidze Stańczakowej pierwszy raz dowiedziałam się ze

znakomitego filmu Andrzeja Barańskiego "Parę osób, mały czas", którego była bohaterką. Grała ją Krystyna Janda, a Mirona Białoszewskiego, z którym się przyjaźniła, nieżyjący już Andrzej Hudziak, aktor krakowskiego Starego Teatru znany z ról u Krystiana Lupy. Ten film wydobył ją z niebytu. A ponieważ była to postać nietuzinkowa, jak wynikało z filmu, dlatego, kiedy wnuczka Jadwigi Stańczakowej, znana krytyczka literacka, Justyna Sobolewska, napisała jej biografię, wiedziałam, że będę chciała po nią sięgnąć. Zamiar tylko się umocnił po wysłuchaniu kilku podcastowych rozmów z autorką. I oto przeczytałam "Jadwigę. Opowieść o Stańczakowej" (Znak 2024).

Na pewno warto tę biografię poznać, bo jej bohaterka rzeczywiście była postacią niebanalną, o czym za chwilę. W trakcie lektury zastanawiałam się, co mi przeszkadza, co jest dziwnego w tej książce i po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że autorka zupełnie zrezygnowała z czegoś, za co uwielbiam ten gatunek literacki - nie ma tu tła epoki, kontekstu i niewiele jest też o innych postaciach związanych z bohaterką, a właśnie to dodaje biografiom powietrza i jest znakomitym źródłem wiedzy. W tej książce mamy całkowite skupienie na bohaterce i trochę opowieści o samym procesie pisania, o czym też za chwilę. Prawdopodobnie jest to świadomy wybór autorki. Dlaczego tak się stało? Czy uznała, że wszyscy już wszystko wiedzą o czasach, w których żyła jej babcia? Czy był jakiś inny powód? Chętnie zadałabym jej to pytanie.

Kim była Jadwiga Stańczakowa? Gdybym miała opisać ją w formie tagów, wyliczyłabym: osoba niewidoma, pisarka, Miron Białoszewski, depresja, Żydówka, samodzielność, upór. Te hasła najlepiej oddają jej los i osobowość. Nie będę tu opowiadać o jej życiu, kto ciekaw, niech po prostu przeczyta, bo warto, skupię się na tym, co poruszyło mnie najbardziej. I muszę przyznać, że nie zawsze było to to samo, na co zwracałam uwagę, słuchając tych kilku rozmów z Justyną Sobolewską. 

Chyba największe wrażenie zrobił na mnie okres wojenny. Jadwiga Stańczakowa, wówczas Strancman, razem z rodzicami trafiła do warszawskiego getta. Byli zamożną rodziną, chociaż jeszcze przed wojną nękaną różnymi nieszczęściami, więc początkowo nie wiodło im się źle. Dzięki małżeństwu ze Zdzisławem Stańczakiem wyszła z getta, potem intuicja kazała jej wyprowadzić stamtąd rodziców, co nie było proste, bo oprócz zwyczajnych trudności musiała pokonać ich opór. Najbardziej przejmujące jest to, co dzieje się potem - ciągłe zmiany adresów z powodu donosów, strach, że na ulicy spotka się kogoś, kto rozpozna i pójdzie na gestapo albo będzie szantażował, ukrywanie się, coraz trudniejsza sytuacja bytowa. Strach i trud. Justyna Sobolewska nie rozpisuje się o tym szeroko, a i tak na mnie te fragmenty zrobiły największe wrażenie.

Druga sprawa, na którą zwróciłam uwagę, to wzrok. Problemy pojawiły się jeszcze przed wojną i z czasem narastały. Zawężało się pole widzenia, wzrok się osłabiał i nie było na to ratunku. W końcu przestała widzieć, ale nigdy się nie poddała, chociaż życie niewidomej osoby nie było, i na pewno nie jest, łatwe. Póki mogła, pracowała jako dziennikarka, potem odkryła świat ludzi niewidomych - język braila, stowarzyszenie, pisma. I właśnie w takich gazetach zaczęła pracować, co wymagało przestawienia się. Korzystała ze społecznych przewodników i przewodniczek oraz lektorek, z niektórymi się przyjaźniła. Czasem rodziło to problemy - zdarzało się, że ktoś zapomniał po nią przyjść i była sama, bezradna w obcym miejscu. Niezręczne było korzystanie z pomocy przewodniczki czy przewodnika, kiedy udawała się na randkę. Generalnie jednak radziła sobie znakomicie, starała się prowadzić normalne życie - dbała o strój, pracowała, działała w rozmaitych stowarzyszeniach, miała liczne grono znajomych i przyjaciół.

Jadwiga pisarka. O pisaniu myślała już przed wojną, potem została dziennikarką, aż wreszcie ośmielił ją Miron. Pisała wiersze, opowiadania, które ukazały się w zbiorze "Ślepak", i krótkie prozy nazwane przez nią prozinkami. Wspólnie z Białoszewskim stworzyła "Dziennik we dwoje". Wydawała, aż przyszły lata dziewięćdziesiąte, bardzo trudne dla polskich pisarzy. Jej książki wychodziły w jakimś małym efemerycznym wydawnictwie, które od dawna nie istnieje. Słaba dystrybucja powodowała, że głównie zalegały w paczkach. Dziś przypomina jej twórczość wnuczka, Justyna Sobolewska. Jadwiga Stańczakowa wychodzi z cienia. W biografii autorka często cytuje wiersze, czasem prozinki. Te pierwsze robią na mnie wrażenie, wobec tych drugich jestem obojętna, ale to oczywiście wyimki. W swojej twórczości nawiązywała do wojny i doświadczeń osoby niewidzącej, ale pisała też o codzienności - chorobie, zachwycie chwilą, przyrodą.

Jadwiga i Miron. To okres jej życia, dzięki któremu o niej usłyszałam, bo widziałam film, o którym wspominałam na początku. Wdarła się do jego kręgu niemal siłą i zostali przyjaciółmi, chociaż nie była to łatwa relacja. Miron dopingował ją do pisania, ale potrafił być krytyczny, wspólnie nagrywali coś, co potem stało się "Dziennikiem we dwoje", i inne materiały. Wyruszali na niesamowite, często nocne, eskapady po mieście, o czym więcej jest w filmie niż w książce. Miron miał w jej mieszkaniu swój pokój. I to jest ta część książki, gdzie chyba najbardziej brakuje mi szerszego tła - opowieści o Mironie Białoszewskim, o kręgu jego znajomych i wyznawców. Może autorka uznała, że dużo na ten temat wiadomo, ale biografia dociera do różnych czytelniczek i czytelników.

Depresja. Nękała ją od lat siedemdziesiątych, wiele razy trafiała do szpitala, niedoskonałe leki coraz słabiej działały. Bała się jej, nie znosiła pobytów w szpitalu, co dla niej, niewidomej, wiązało się z jeszcze większymi utrudnieniami, z jakich człowiek widzący nie zdaje sobie sprawy. Z czasem choroba wracała coraz częściej. Muszę przyznać, że opowieść o tym okresie robiła na mnie o wiele większe wrażenie, kiedy słuchałam tych kilku rozmów z Justyną Sobolewską. Połączona z jej trudnymi doświadczeniami, kiedy w czasie studiów pomieszkiwała z Jadwigą, przygnębiała, w książce nie jest to aż tak bolesny obraz. Ale może inaczej bym go odebrała, gdybym nie wiedziała o tym nic wcześniej.

I ostatnia sprawa, o jakiej chciałabym napisać. Justyna Sobolewska jest wnuczką Jadwigi, bardzo z nią związaną. Pisząc o niej, nie mogła uniknąć opowieści o ich relacji i o procesie powstawania tej konkretnej biografii. Autorka nie chowa się, a nawet się trochę odsłania. I muszę przyznać, że jej obraz dzisiejszy, publiczny bardzo kontrastuje z jej okresem młodzieńczym, zwłaszcza szkolnym. Przygnębia, ale daje nadzieję, że problemy da się zostawić za sobą. Mnie poruszył i jakoś podbudował. Bardzo ciekawa jest opowieść o pracy nad książką - o strachu przed wracaniem do bolesnych wspomnień, o szukaniu materiałów, otwieraniu po raz pierwszy teczek pozostawionych przez Jadwigę, przesłuchiwaniu taśm, o wrażeniu, jakby babcia sama podsuwała jej materiały do swojej biografii.

Ciekawy życiorys, ciekawa, poruszająca, ale jednak podbudowująca, mimo mroków, lektura. 

Andrew O'Hagan "Chwile"

Być może nie sięgnęłabym po powieść "Chwile" Andrew O'Hagana

Znak 2024; przełożyła Kaja Gucio), gdyby nie zachwyty w pewnym nieliterackim podcaście, na koniec którego prowadzący i zaproszona osoba polecają jakąś książkę. Ten zwyczaj pojawia się coraz częściej i bardzo mi się podoba. Zachwycał się ktoś bardzo mądry, kto na pewno byle czego nie czyta. A że już wcześniej dobrze słyszałam o tej powieści, ta polecajka przeważyła szalę. Wypadałoby coś napisać o Andrew O'Haganie, ale uważane za szacowne wydawnictwo podaje tylko informację, iż trzykrotnie był nominowany do Bookera, a jakaś nic mi niemówiąca Granta umieściła go na liście najbardziej obiecujących brytyjskich pisarek i pisarzy. Oczywiście muszę uwierzyć, że ta lista owej Granty jest szalenie prestiżowa. Cóż, chętnie dowiedziałabym się czegoś jeszcze o autorze "Chwil". 

Czy moje oczekiwania zostały spełnione? Czy warto było przeczytać powieść? Nie powiem, że nie, ale uczucia mam mieszane. Tak to zwykle bywa, kiedy spodziewam się wielkiego wow. Były momenty genialne, znakomicie oddające owe ulotne chwile, ale były też fragmenty, które nieco mnie nużyły. Może dlatego, że książka nie do końca wpisuje się w moje zainteresowania, stąd zresztą  początkowa rezerwa. Ale po kolei.

Akcja powieści rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Pierwsza część to rok 1986 robotnicze przedmieścia Glasgow, czas górniczych strajków, zamykania kopalń i neoliberalnych rządów żelaznej Margaret Thatcher. Głównymi bohaterami książki są dwaj przyjaciele, licealista James, jednocześnie narrator, i kilka lat od niego starszy Tully, który pracuje w jakiejś fabryce. James od jakiegoś czasu mieszka sam, bo jego rodzice po rozstaniu poszli swoimi drogami. Ciepło, którego został pozbawiony, odnajduje w domu przyjaciela. Zawsze może tam wpaść, pogadać, zjeść obiad, a nawet przenocować. Jest jeszcze ktoś, kto dostrzeże wrażliwość Jamesa - to jego nauczycielka literatury, dzięki niej postanowi iść na studia i dostanie się na uniwersytet. Zanim jednak zacznie się jesień, trwa lato swobody. Obaj przyjaciele, którzy uwielbiają kino i cytatami z filmów mogą się swobodnie przerzucać, wybierają się na punkowy festiwal do Londynu. Bo ich największą pasją jest właśnie muzyka. Tully zafundował bilet Jamesowi, bo Tully jest wspaniałym przyjacielem, powszechnie lubianym ziomkiem. Razem z nimi na koncerty wybiera się jeszcze kilku kolegów. To wariacka wyprawa - nie mają załatwionych noclegów, nie znają miasta, z pieniędzmi krucho. Mają jednak nadzieję na wspaniałą zabawę, wzniosłe muzyczne przeżycia, spotkanie jakichś interesujących dziewczyn, alkohol i inne używki. W pierwszej części powieści jesteśmy świadkami przygotowań do wyprawy, a przede wszystkim samego pobytu w Londynie. Dla wszystkich bohaterów będzie to niezapomniane wydarzenie, takie, jakie być może zdarza się raz w życiu, kiedy człowiek jest młody i wydaje mu się, że wszystko przed nim, że jeśli zechce, to marzenia się spełnią, a nic złego go nie spotka. Nie jego. Króluje muzyka, zapomina się o pracy, o prozie życia, o szarej codzienności, o braku perspektyw. Chwilo trwaj. 

Jak już wspominałam, ta część budziła moje mieszane uczucia. Ciekawe było tło społeczne, obserwacja rodziny Tully'ego, historia Jamesa. Ot choćby taka refleksja bohaterów.

To oni, socjaliści, wrzucają ludzi do jednego worka i gadają o "ciapatych". Aż mi się niedobrze robi. A żaden nie może się nawet równać ze Steadym. [Steady jest czarny.] Pod żadnym względem. Nie potrafią myśleć tak jak on, nie umieją gotować, nie czytają książek, nie sprawdzają się jako ojcowie ani w ogóle. Biali faceci z klasy robotniczej. 

- Masz rację Tully, ale my przecież bronimy robotników.

- Bronię ich praw,  a nie uprzedzeń.

Dzieje się już coś, o czym pisał też Didier Eribon w swojej znakomitej książce "Powrót do Reims" - klasa robotnicza skręca na prawo. 

Sama wyprawa do Londynu momentami mnie nudziła. Błahe rozmowy, jedna wielka balanga. Ale fragmenty opisujące chwile, kiedy bohaterowie przeżywają ekscytację związaną z koncertem i samo zakończenie pierwszej części książki, kiedy nie mogą zasnąć pełni muzycznych wrażeń, były znakomite. Autorowi udało się oddać te ulotne wrażenia, emocje, szczęście. Nie wiem, czy oddadzą to krótkie cytaty, namiastki dłuższego fragmentu, ale spróbuję.

Pełnia bytu. Kto wiedział, co przyniesie czas i co pokaże życie; byliśmy tam, płynęliśmy w powietrzu bez kompasu. Wznosiliśmy się pod same krokwie i skakaliśmy ramię w ramię. A słowa, które śpiewaliśmy, były głupie i romantyczne, dojrzałe i brytyjskie, stworzone dla młodych o jasnym spojrzeniu.  

 

... zdjął koszulkę i resztę ubrań, a potem zanurkował w basenie. Siedziałem na brzegu i patrzyłem na niego z uśmiechem. Widziałem zarys jego ciała pod wodą, gdy przepływał na drugą stronę. Wynurzył się i zatoczył ramionami kilka kółek.

- Nie daj sobie odebrać wolności, Kluska! - krzyknął. - I właź tutaj.

Zgasiłem światła, a miasto migotało do końca nocy. Woda była zimna, ale zawsze szybko się rozgrzewa, gdy chłopcy są stworzeni ze słonecznego blasku. 

Druga część powieści to rok 2017, trzydzieści lat później. James, który mieszka w Londynie, odbiera telefon od swojego najlepszego przyjaciela. Tully ma dla niego przykre wieści i wielką prośbę. A przyjacielowi trudno odmówić. I tu zaczynają się schody. Dla bohaterów i dla mnie. Dlaczego dla mnie? Bo dalsze rozważania wiązałyby się ze spojlerowaniem. Przyznam, że ja wiedziałam, o co Tully poprosi Jamesa i właśnie tej drugiej części powieści byłam najbardziej ciekawa. Tego dylematu moralnego, który stawia przed czytającymi autor. Jak ma zachować się James? Do czego ma prawo Tully? Jak pogodzić to, co chce, z oczekiwaniami Anny, jego partnerki? Czyje zdanie powinien brać pod uwagę James - swojego przyjaciela czy jej? Kto tu wobec kogo powinien wykazać się empatią? Napiszę tylko tyle, że stoję po stronie Tully'ego i Jamesa, ale nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu Anny.

Druga część była dla mnie ciekawsza, chociaż i tu nie obyło się bez rozczarowań. Może lepiej by jej zrobiło, gdyby autor bardziej ją skondensował. Miałam wrażenie, że się powtarza, że za długo trwa prezentowanie stanowisk, dyskusje bohaterów, z których żaden nie chce, bo nie może zmienić zdania. I znowu najlepszy okazał się ostatni fragment powieści, kiedy bohaterowie nieuchronnie zbliżają się do tego, czego pragnął Tully. To wspólne przeżywanie chwil, które, tak jak tamte sprzed trzydziestu lat, nigdy się nie powtórzą. Więcej napisać nie mogę.

Dodam na zakończenie, że dużym walorem "Chwil" jest język powieści, szczególnie ten z pierwszej części - potoczny, kolokwialny, chłopacki. Znakomicie oddany przez niezawodną Kaję Gucio.

Dorota Masłowska "Inni ludzie"

"Inni ludzie" (Wydawnictwo Literackie 2018) to pierwsza książka

Doroty Masłowskiej, którą przeczytałam. Wstyd?! Niekoniecznie. Po pierwsze, czytam, na co mam ochotę i nic nie muszę, żadne mody literackie i mustready mnie nie interesują, z nowości wybieram to, co odpowiada moim zainteresowaniom. A po drugie wprawdzie Masłowskiej dotąd nie czytałam, ale jej twórczość znam. Jakim cudem? Z teatru i z kina. Widziałam bardzo dobre inscenizacje "Pawia królowej", "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną", "Między nami dobrze jest" i "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku", no i dwie ekranizacje jej powieści, "Wojnę polsko-ruską" i właśnie "Innych ludzi". A teraz uświadomiłam sobie, że czytałam też zbiór jej felietonów. Więc trudno powiedzieć, abym  twórczości Masłowskiej nie znała. 

Dlaczego wobec tego nagle postanowiłam przerzucić się na czytanie? Powodem jest jej najnowsza książka "Magiczna rana", którą zapragnęłam poznać, zanim ktoś ją wystawi w teatrze lub zekranizuje. A że mówi się, iż to nowe otwarcie w jej twórczości, to postanowiłam przeczytać jej trzy najważniejsze powieści, aby sprawdzić, na czym ten nowy rozdział polega. Zaczęłam od "Innych ludzi", może dlatego, że film zrobił na mnie duże wrażenie.

Muszę się przyznać, że mam problem z pisaniem o książkach zaliczanych do klasyki, a przecież Dorota Masłowska klasyczką już jest, przynajmniej współcześnie, bo jak będzie w przyszłości, nie nam oceniać. Skąd moje skrupuły? Ponieważ zawsze wydaje mi się, że wszystko już o takim kanonicznym tytule napisano, cały światek czytających już go zna, więc gdzie ja ze swoimi refleksjami. W takich sytuacjach zastanawiam się, czy w ogóle warto pisać o takiej klasycznej pozycji. Ale że traktuję ten blog jak moją kronikę przeczytanych książek, staram się coś jednak skrobnąć, aby jakiś ślad po lekturze dla mnie samej został. Czasem  nie udaje się z braku czasu, co mnie irytuje.

Początek lektury nie był wcale łatwy, jakoś nie mogłam się przebić. Problemy były dwa. Pierwszy to język. Chociaż doskonale wiedziałam, jak Masłowska pisze, to jednak nie jest łatwe przerzucenie się z napisanych po bożemu "Aktów desperacji" Megan Nolan, na "Innych ludzi", gdzie powiedzieć, że króluje język potoczny, to, cytując innego klasyka, nic nie powiedzieć, gdzie szyk zdania poprzestawiany i gdzie wiele innych ekwilibrystycznych łamańców. Drugi problem to forma. Ni to powieść, ni to dramat, a do tego dochodzi hiphopowa fraza, od czasu do czasu rym. Jednym słowem nie było łatwo. W pewnym momencie zastanawiałam się nawet, czy warto brnąć dalej, a że książka z biblioteki, to żalu z powodu wydanej kasy by nie było. No ale po jakimś czasie przełamałam się, zaskoczyłam i szło już gładko.

Świat "Innych ludzi" to świat straszny. Zanurzony w najgorszej porze roku, po świętach, kiedy igły z choinki już opadły, kiedy ciemność zapada szybko, kiedy zimno, szaro, ponuro, kiedy na ulicach topniejący śnieg. I nic, żaden udawany blichtr miasta, tego nie przykryje. To tylko może spotęgować nadciągającą chandrę. I nic dziwnego, że bohaterów powieści dopada. Nikt tu nie jest szczęśliwy. Ani Kamil, który mieszka w ciasnym blokowiskowym mieszkaniu, gdzie pokój musi dzielić z nastoletnią siostrą, matka ma do niego pretensje, bo nie pracuje, a on z trudem znosi obecność kolejnych jej facetów, którzy przemykają przez ich życie. Ściany cienkie, niczego ukryć się nie da, mierzą go odgłosy dochodzące nocą z jej pokoju. A on marzy o wydaniu hiphopowej płyty, czuje się artystą.  Nie jest szczęśliwa Aneta, jego dziewczyna, studiująca zaocznie, zarabiająca na swoje utrzymanie w Rossmanie w jednej z handlowych galerii. Tam się poznali. Aneta marzy o lepszym życiu i lepszym chłopaku, ale z braku laku lepszy Kamil niż nikt. Pogardza swoją współlokatorką Justą, bo gruba, brzydka i tylko się uczy. Szczęśliwa nie jest także Iwona mieszkająca razem z mężem Maciejem i synem Leonem w wypasionym apartamentowcu, w wypasionym mieszkaniu w centrum Warszawy, skąd wszędzie blisko. Niby wszystko ma, ale mąż ją zdradza, pustkę i frustrację zabija xanaxem. Maciej również nie jest szczęśliwy. Ma problemy z pierwszą żoną, nie dogaduje się z córką z pierwszego małżeństwa, uwikłał się w romans z koleżanką z pracy, na której mu zupełnie nie zależy. Niby Iwona powinna mu się podobać, zrobiona jest przecież według jego upodobań, za jego pieniądze, ale też nic do niej nie czuje. 

Ci wszyscy ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, są potwornie samotni, puści, gonią za jakimś wymyślonym światem, w którym, wydaje im się, powinni żyć. Chcą dorównać jakimś narzucanym im wyobrażeniom wykreowanym przez bilbordy, świat galerii handlowych, media, influencerów, ludzi stojących wyżej od nich na drabinie społecznej. Aspirują do świata blichtru i pozorów. Ale to ułuda, bo lepsze życie szczęścia nie daje. Wszyscy sobą wzajemnie gardzą i gdyby nie poprawność polityczna oraz resztki ogłady pewnie rzuciliby się do gardła sobie i innym. Wzbiera w nich gniew i rozpacz. Nawet Chrystus, który pojawia się tu czasem, a w filmowej wersji to istotna postać, jest tu daleki od ideału. Poprawia Biblię - owszem, kochaj bliźniego, ale niekoniecznie każdego. Taki Chrystus, jakie czasy. Masłowska po równo nie ma litości ani dla tych z blokowisk, ani dla tych z lepszych, bo nowych, bloków powciskanych pomiędzy te stare na obrzeżach Warszawy, ani dla tych ze śródmiejskich apartamentowców. Kiedy oglądałam film, odrobinę sympatii poczułam dla Kamila. Teraz też było podobnie, chociaż muszę przyznać, że jego książkowa wersja wydała mi się nie aż tak bardzo godna współczucia jak filmowe wcielenie. 

Jednym słowem - Polaków portret własny. Chociaż przecież nie wszystkich Dorota Masłowska zaczepia w swojej powieści. Pomija na przykład takich jak ona, inteligentów. Pytanie, czy poza formą i językiem, też przecież w jej wydaniu nie nowym, jest w tym obrazie świata coś świeżego, odkrywczego? A czy było w roku 2018, kiedy książka się ukazała? Na mnie działa atmosferą, ciemnym klimatem, ale czy porusza? Sama nie wiem. Bardziej tym ludziom współczuję, niż się z nich śmieję. Biedni ludzie, chciałoby się powiedzieć.

Megan Nolan "Akty desperacji"

Kolejna książka z cyklu irlandzkiego. Tym razem sięgnęłam po

drugą powieść Megan Nolan, "Akty desperacji" (Filtry 2022; przełożyła Aga Zano), które były jej powieściowym debiutem. Od razu zaznaczę, że dobrze się stało, iż najpierw przeczytałam "Zwykłe ludzkie ułomności", bo gdybym zaczęła od "Aktów desperacji", kto wie, jakby potoczyła się moja znajomość z twórczością Megan Nolan. Być może uznałabym, że to nie literatura dla mnie, a szkoda, bo moim zdaniem "Zwykłe ludzkie ułomności" to powieść znacznie ciekawsza i opowiadająca o problemach, które mnie bardziej interesują. Nie wykluczam jednak, że dla wielu młodych kobiet "Akty desperacji" są książką ważną, bo poruszającą bliskie im tematy.

"Akty desperacji" to monolog dwudziestokilkuletniej bohaterki, nienazwanej z imienia, która opowiada o sobie, a przede wszystkim o swoim związku ze starszym od niej o kilka lat Ciaranem. Zanim go poznała, przyjechała z irlandzkiej prowincji do Dublina na studia, które szybko rzuciła. Odtąd pracuje, a to w knajpie, a to wykonuje jakieś prace biurowe. Zanim zwiąże się z Ciaranem, jej wolny czas upływa na imprezowaniu i szukaniu przygodnych znajomości.

Moje życie towarzyskie z czasem straciło rozmach. Przespałam się ze zbyt wieloma cudzymi chłopakami, rzygałam w zbyt wielu salonach. Straciłam urok wesołej imprezowiczki i zmieniłam się w taką gorączkowo szukającą zabawy, aż w końcu i tak poczułam, że zrobiłam się na to za stara.

Desperacko pragnie uwagi innych, zainteresowania jej osobą. Ale znajomości, jakie nawiązuje, są na ogół powierzchowne. Jedynie relacja z Lisą, jej współlokatorką, którą podziwia, bo jest jej przeciwieństwem, oparta została na czymś głębszym. Ale tak naprawdę narratorka marzy o miłości, definiuje się przez związek z mężczyzną. Jakby ona sama się nie liczyła, nie była ważna w pojedynkę, jakby o jej wartości stanowiło to, że zakocha się z wzajemnością.

Od zawsze nosiłam w sobie rozpaczliwą potrzebę bycia kochaną przez mężczyznę i przekonanie, że zainteresowanie mężczyzny albo jego chęć uprawiania ze mną seksu na zawsze uciszą wszystkie złe głosy w moim wnętrzu.

Nie było dla mnie ważne, czy ma poczucie humoru, co o mnie myśli, jakie książki oboje czytaliśmy. Zakochałam się w nim od pierwszej chwili i ani on, ani nikt inny nie zdołałby tego zmienić.

To desperackie pragnienie bycia w związku prowadzi do tego, że kiedy się zakocha w Ciaranie, staje się wobec niego bezbronna. Nadskakuje mu, żyje w wiecznym lęku, że zrobiła coś nie tak, więc on się na nią gniewa, godzi się na wszystko, zamienia się w gospodynię domową, która ma spełniać wszystkie zachcianki mężczyzny, podsuwać mu wszystko pod nos. 

Przez wiele miesięcy żyłam z Ciaranem w stanie wiecznych cichych negocjacji. Każdy dzień bycia bezproblemową, rozumiejącą i dobrą dziewczyną uznawałam za prawidłowo odstawiony rytuał.

Z każdym skrojonym plasterkiem ziemniaka wyklinałam Ciarana i nasze mieszkanie, choć jednocześnie byłam w pełni świadoma, że to ja błagałam - czasami dosłownie, na kolanach - o ten przywilej dzielenia z nim życia, i to właśnie na takich warunkach. To ja się rwałam do udomowienia naszego związku, do budowania kojącej powtarzalności wspólnej rutyny, do komfortu świadomości, że to obok mnie będzie spał każdej nocy.

Miał mnie przecież tutaj w domu, bezpieczną i użyteczną jak kuchenny zlew.

... moim podstawowym pragnieniem było go zadowalać i być przez niego kochaną.

Ona w tym związku nie istnieje, nie liczy się, czego chce. Na własne życzenie. A gdy zaczyna dostrzegać, że ta toksyczna relacja ją niszczy, nie potrafi odejść. Kiedy Ciaran wyjedzie na kilka dni, w jej życiu pojawia się pustka, której nie potrafi niczym wypełnić. To uzależnienie od niego ma jeszcze inne bardzo przykre konsekwencje. Nie potrafi powiedzieć nie, kiedy nie ma ochoty na seks. Godzi się dla świętego spokoju, aby się nie tłumaczyć, nie dyskutować.

... godzę się, bo tak jest łatwiej.

Odmowa i tak była prawie niemożliwa, bo tak trudno zdobyć się na ryzyko, że ktoś nas zrani, przestanie lubić, na nas nakrzyczy. Tyle nas kosztuje zmuszenie się do odmowy po całym życiu bycia uczoną mówienia wyłącznie "tak", ustępowania, zadowalania mężczyzn.

Dlaczego tak jest? Dlaczego młoda dziewczyna z pokolenia milenialsów tak bardzo uzależnia się od faceta? A gdzie feminizm? A gdzie dążenie do niezależności? Gdzie jej samodzielność? A może trzeba coś przeżyć? Dojrzeć? Dorosnąć? Nabrać doświadczenia, aby znaleźć siebie.

A poza tym jaką niby jednostką byłam wcześniej? Jaką tożsamość miałabym wymazywać swoją świeżo odkrytą rolą dumnej gospodyni? Nigdy nie znalazłam żadnej dość trwałej, by zdołała się utrzymać w mojej pamięci po tym, jak znikała. Żadna nie była dość prawdziwa, by za nią tęsknić.

A może należy winić środowisko, w jakim się wychowała, bo zabrakło jej tego kulturowego backgrandu, który by ją ukształtował? Nie wiem. Kwestie klasowe nie wydają mi się jakoś bardzo istotne w tej powieści. A może przyczyny trzeba szukać w fakcie, że jej rodzice się rozstali i zabrakło jej na co dzień ojca? Albo w wychowaniu? W tym wdrażaniu do mówienia zawsze tak.

Co jakiś czas narratorka spogląda na siebie tamtą z kilkuletniego dystansu. Wyjechała do Grecji, mieszka w Atenach. Ale nawet po tych kilku latach nadal jest uzależniona od akceptacji innych. Żyje nadzieją  

zostania dostrzeżoną i na nowo urealnioną przez ludzi patrzących na mnie z zachwytem albo ciekawością

Czy żyjąc w dzisiejszych czasach, nie miałam szansy, żeby się na nich [mężczyzn] uodpornić siłą woli, wykształceniem i dumą? Czy nie miałam dostępu di innych wielkich miłości niż tylko miłość do mężczyzn? Oczywiście, że miałam i mogłam, ale z tego nie skorzystałam. A to jest moja historia, historia ogromnej porażki.

Tak krytycznie ocenia siebie.

Chociaż książkę przeczytałam bardzo szybko, nie była to łatwa lektura - to babranie się w sobie, ta wieczna autoanaliza. A poza tym taka postawa, takie całkowite uzależnienie się od faceta, takie spełnianie jego wszystkich oczekiwań, takie nadskakiwanie jest mi zupełnie obce. Chociaż zdarzyło mi się bardzo stracić głowę, zakochać się szaleńczo, to jednak zawsze ja sama dla siebie byłam też ważna. Chociaż dziś na siebie tamtą też patrzę z politowaniem, to jednak nigdy nie przekroczyłam pewnej granicy. 

Popularne posty